Historia · 14 min czytania
Niewidzialne ręce
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Arctur Vox
Niewidzialne ręce
****
Pchany silną ręką opiekuna wózek przeszło stuletniej staruszki brnął przez grząską ziemię w stronę wyrzuconego na turecki brzeg wraku okrętu. Ona sama poprawiała chustę którą obwiązaną miała głowę.
Wielki transportowiec zżarty był rdzą i oblepiony glonami. Litery na jego dziobie zblakły lub częściowo starły się, lecz wciąż odczytać można było nazwę – „Eskulap”.
- Pani Kosticzuk, proszę tutaj! – odgarniając z twarzy puszyste włosy adiunkt archeologii Paweł Emmerich machał do niej spod jednej z plandek, które badacze rozciągnęli nad delikatnymi elektronicznymi urządzeniami.
Opiekun skierował tam wózek.
Część 22 / 5
- Tutaj, chłopcze – zablokuj te kółka, dobrze? Dziękuję. Mam termos, naleję czaju – proszę, kubek…
Staruszka w milczeniu przyjęła gorący napój. Paweł nachylił się, mówiąc wyraźnie do jej małego aparatu słuchowego:
- Pani Ołeno Kosticzuk, nie ma co niepotrzebnie tego przedłużać. Już dwa tygodnie mijają, jak sztorm wyrzucił ten statek, a wciąż nikt, nawet najlepsi z ekspertów nie potrafią nic o nim powiedzieć. Przeczesując pokłady, znaleźliśmy zbutwiałą listę ładunkową na której, obok jednego z wielu numerów naskrobano ołówkiem pani imię i nazwisko. Jesteśmy zdesperowani, dlatego nalegaliśmy by mimo wieku i choroby przybyła pani na miejsce.
Kobieta pokiwała głową ze spokojnym, starczym zrozumieniem.
- Czy pamięta pani okręt „Eskulap”? Była kiedyś na jego pokładzie? Proszę opowiedzieć wszystko, od samego początku!
Pani Kosticzuk przełknęła ostatni łyk herbaty, odchrząknęła i zaczęła mówić.
- Urodziłam się dawniej, niż potrafię sięgnąć pamięcią, w małej wsi na wschodzie ukraińskiej Galicji. Miałam trzy siostry. Ojciec nasz był bogatym gospodarzem i wszystkim umiał zapewnić godne utrzymanie. Nie rozpieszczał nas jednak, dobrze poznałyśmy smak ciężkiej pracy.
Część 33 / 5
Mając lat dziewiętnaście poznałam Artema, chłopa z kilkoma zaledwie morgami i zakochałam się w nim bez pamięci. Rodzina naturalnie nie godziła na małżeństwo lecz ryzykując wyklęciem wymusiłam na nich swoją wolę.
Zamieszkałam z Artemem w jego ubogiej chacie i choć życie było ciężkie pod butem pana dziedzica, to miłość wynagradzała wszystko. Już pierwszego roku urodziło nam się dziecko, śliczny Wasylek o włosach aniołka.
Prócz roboty na polu i w obejściu Artem miał też inne zajęcie. Co dwa albo trzy dni wymykał się gdzieś wieczorem, by wrócić dopiero nad ranem. Przy śniadaniu zaś opowiadał z przejęciem, czego się tam nauczył. Mówił o tym, jak wszyscy ludzie pracy zjednoczą się i pójdą razem przeciwko panom; że ziemia i jej plony będą należeć do ludzi, którzy je uprawiają, że nie będzie już cierpienia na świecie, tylko wolność i równość między wszystkimi. Pokazywał przemycane pod bluzą numery „Put k swobodie”. Kazał modlić się za tych, którzy daleko stąd walczą.
Musi pan wiedzieć, że nie mieliśmy głów do żadnych ideologii. W Nestorze Machno widzieliśmy naszego ludowego bohatera, obrońcę; legendy o tym, jak broni Wolnego Terytorium przed bolszewią i imperiami pomagały zapomnieć o chłodzie i głodzie, szczególnie dotkliwych zimą…
Artem z towarzyszami zbierali potajemnie karabiny, organizowali partyzantkę w sąsiednich osiedlach. Mieli wielki plan – wzniecić powstanie w tej części Ukrainy i czekać, aż rewolucja machnowska dojdzie do nas ze wschodu.
Którejś nocy padły pierwsze strzały. Mąż najsurowiej kazał mi pozostać w domu i pilnować Wasylka, ale nie mogłam wysiedzieć, słuchając odgłosów walki i okrzyków. Wybiegłam wreszcie na zewnątrz, w chłód. Coś ciągnęło mnie ku pałacowi dziedzica – gdy tam dotarłam, Artem i dwaj inni mężczyźni zatykali właśnie na dachu czarny sztandar zwycięstwa.
Od razu rozpoczęliśmy zmiany. Założyliśmy szkołę dla wszystkich wiejskich dzieci, ustanowiliśmy plac zebrań i rozparcelowaliśmy sprawiedliwie ziemię, bo działo się to na przednówku. Zdawało nam się, że tak samo jest we wszystkich okolicznych gminach – dopiero potem dowiedzieliśmy się, że tylko kilka wsi prócz naszej odważyło się chwycić za broń.
Część 44 / 5
Był to jedyny okres w mym życiu, kiedy byłam naprawdę szczęśliwa. Długo spacerowałam po łąkach, oglądając zachody i wschody słońca, czując niezwykłą harmonię z całą prowincją. Oprócz pieszczenia mojego Wasylka zajmowałam się też pociechami osieroconymi, gdy ich ojcowie zginęli podczas obalania tyrana.
Oglądałam jego barwne książki, poznając świat liter i wiedzy – w bibliotece i bawialni dworku urządzono wspólną czytelnię.
Chłopi znaleźli w jego piwnicy i mały balon, do którego dopletli kosz. Wypełnili czaszę ciepłym powietrzem i puszczali w niebo wszystkich chętnych. I ja z Artemem raz skorzystałam – z wysokości cały świat wydawał się być na wyciągnięcie naszych rąk.
Popołudniami często zbieraliśmy się na naszym placu całymi rodzinami - rodzice wybaczyli mi dawne nieposłuszeństwo, ciesząc się teraz naszym szczęściem – by rozmawiać i obserwować zabawy beztroskich dzieci. Wtedy czuliśmy się jak mieszkańcy ogrodu rajskiego – całkiem wyrwani z tego świata, w którym całe życie spędziliśmy.
Ale nowe porządki nie spodobały się austrowęgierskiej władzy. Znów słyszeliśmy strzały, od lasu nocą szły łuny detonacji. I Artem chodził ze swoim mosinem, ale już w drugiej potyczce kula rozszarpała mu ramię. Gdy półżywy wrócił do domu, zabroniłam mu ruszać się z łóżka. Wojna zdawała nam się jednak czymś odległym, siły powstańcze mnożyły się w wyobraźni a wróg oddalał od domu– tym większe było przerażenie, gdy w trzy tygodnie od ustanowienia wspólnoty pocisk armatni wyrwał nas ze snu i rzucił o ścianę. Zdołałam tylko przycisnąć do piersi Wasylka, nim omdlałam.
Ołena przerwała, a kiedy znów zaczęła mówić, jej głos zmienił się – był bardziej suchy i stanowczy.
Część 55 / 5
- Kiedy się ocknęliśmy, szarzał świt i wisiała gęsta mgła. Pokrywał nas popiół i odłamki drewna. Wypełzłam z chaty na obejście, niosąc kwilącego synka. Po nocnym ostrzale artyleryjskim ani jeden z budynków nie ostał się w całości. Wygasały ostatnie pożary. Wzdłuż głównego traktu wsi leżeli bądź czołgali się w końcowych konwulsjach rozczłonkowani ludzie.
Środkiem drogi jechali cesarscy kawalerzyści. Na ich czele – młody oficer Ludwig w granatowym mundurze przepasanym złotą szarfą i wysokim hełmie na głowie, który podkreślał jego kwadratową szczękę, władcze spojrzenie i demoniczny wąsik. U pasa wisiała w błyszczącej pochwie szabla.
Potężny rumak dowódcy łomotał kopytami w zmarzniętą glebę. Jeden ze zmasakrowanych mężczyzn drgnął – Ludwig tak poprowadził konia, że ten zmiażdżył głowę nieszczęśnika.
Któryś żołnierz krzyknął:
- Kapitanie von Mises, ta swołocz się pochowała i ciągle żyją!
- I bardzo dobrze, że żyją – odparł oficer po niemiecku, z silnym akcentem. - Żywi mają znacznie większą wartość niż umarli. Zebrać wszystkich na