podroze · 12 min czytania
Niewidzialny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{font:arial}{i}Moje życie od zawsze było zbyt idealne. Czułem to każdą komórką ciała, choć raczej podświadomie. Nie zastanawiałem się nad tym, ale było coś, co nigdy nie dawało mi spokoju. Jako dziecko oczywiście nic nie rozumiałem, niczego nie zauważałem. Dopiero potem... Coś wydało mi się nie w porządku. Było zbyt pięknie. Miałem wspaniałych, kochających rodziców. Jako jedynak byłem raczej rozpieszczany, ale nie do przesady. Co roku jeździliśmy na wakacje do Francji. Chodziłem do porządnej, ale nie nadmiernie wymagającej szkoły. Miałem wianuszek dobrych, godnych zaufania kolegów. Miałem dziewczynę, wspaniałą, kochającą, śliczną. Mieszkałem w jednopiętrowym domku rodzinnym na przedmieściach. W porządnej dzielnicy, z przyjaznymi sąsiadami, którym ze szczerym uśmiechem mogłem mówić na ulicy “dzień dobry”. Ze strony których w najmniejszym stopniu nie obawiałem się rasizmu, choć przecież tak różniłem się od nich wyglądem. Miałem wszystko. A jednak żadna z tych rzeczy nie była w stanie mnie uszczęśliwić, tak naprawdę uszczęśliwić. To nie było tak, że nie chciałem tego mieć. Że nie byłem wdzięczny. Ale idealne życie wymaga bycia idealnym. I nie chodzi tu o rodziców z chorymi wymaganiami, których jedyną ambicją jest wepchnięcie syna na medycynę lub prawo, bo tylko takie poważne kierunki są warte studiów. Nie, takie rzeczy nigdy nie wchodziły w grę. Ale gdzieś z tyłu głowy zawsze siedziała mi myśl: muszę na to zasłużyć. Muszę pasować. A ja... Ja nie byłem idealny. Nigdy. Zawsze byłem tylko przeciętny. Mówili mi kiedyś, że ludzie uciekają przed problemami, że wyjeżdżają, bo łudzą się, że kłopoty zostawią wtedy za sobą. Ja chciałem uciec przed brakiem problemów.{/i}
Ostrożnie robię krok do przodu, nie mogąc opanować lekkiego dreszczyku niepewności połączonej ze strachem. Moja stopa, wbrew podszeptom płatającej figle wyobraźni, ląduje jednak na twardym podłożu, na najzwyklejszej w świecie kamiennej płycie. Znajduję się na przestronnym dworcu kolejowym, a zewsząd otaczają mnie zupełnie obcy ludzie. Ktoś popycha mnie od tyłu. Oglądam się przez ramię i dopiero teraz dociera do mnie, że blokuję wyjście z pociągu. Bez słowa odsuwam się nieco w bok, a zirytowani pasażerowie wysypują się na peron. Obserwuję przez chwilę, jak gorączkowo rozglądają się w poszukiwaniu czekającej na nich rodziny, lub kierują pewne kroki w stronę wyjścia. Powoli ruszam przez dworzec, rozglądając się z ciekawością. Obserwuję wszystkich i wszystko, chłonąc ten nowy, fascynujący świat, tak zupełnie różny od tego, który znałem do tej pory. - Hej! Hej, ty! - dobiega mnie gdzieś z tyłu. Początkowo nie zwracam na to uwagi, przez myśl mi nie przeszło, że ktoś w tym tłumie mógłby coś do mnie mówić. Obracam się dopiero, gdy ludzie wokół spoglądają na mnie z zainteresowaniem. Przed sobą mam mężczyznę w służbowym mundurze, kogoś w rodzaju ochroniarza czy strażnika, patrzącego na mnie z mieszaniną ciekawości i troski. - Zgubiłeś się? - pyta po francusku, a ja przez chwilę nie wiem, co odpowiedzieć. - Właściwie to nie, proszę pana - odpowiadam grzecznie bezbłędną francuszczyzną. Otaczający nas ludzie powoli tracą zainteresowanie sytuacją. Odwracają się lub rozchodzą, wracając do swoich spraw. - Nikt po ciebie nie przyjechał? - pyta strażnik, mierząc mnie wzrokiem. Chyba dostrzegam w nim lekką nieufność, ale w zasadzie może mi się wydawać. Nikt tak nigdy na mnie nie patrzył. Nikt nigdy nie miał powodu, by to robić. - Nie, proszę pana. Nie ma tu nikogo, kogo bym znał. - Więc czemu przyjechałeś? Ha, dobre pytanie. Żebym to ja wiedział... Coś jednak muszę odpowiedzieć, bo ochroniarz patrzy na mnie z wyczekiwaniem. - Chyba na wakacje - mówię w końcu, mimowolnie wzruszając ramionami. Tym razem mężczyzna jest wyraźnie nieufny. Może myśli, że jestem jakimś nielegalnym uchodźcą. Albo terrorystą. Albo dziewiętnastolatkiem, który nawiał z domu. Cóż, to ostatnie nawet by się zgadzało. - Mogę zobaczyć twój paszport, mały? - pyta po chwili milczenia mężczyzna. Bez wahania wręczam mu dokument. Ważny, rzecz jasna. Rodzice regularnie mi go odnawiali. Ze zdjęcia spogląda na strażnika nieco młodsza wersja mnie: nastolatek o azjatyckich rysach twarzy, z kruczoczarnymi włosami i ciemnymi oczami w kształcie migdałów. - Czyli nazywasz się... Liam Ishimura? - odzywa się strażnik po krótkim przeglądzie dokumentu, oddając mi go z powrotem. - Tak, proszę pana. - I przyjechałeś z Londynu? - Właściwie to z Manchesteru. Ale przesiadałem się w Londynie. - I jesteś tu na wakacjach? - Tak. Ochroniarz milknie. Najwyraźniej nie bardzo wie, co zrobić. Nie ma powodu mnie zatrzymywać. Po chwili mówi mi, że to wszystko i mogę odejść, kieruję się więc w stronę wyjścia z dworca. Biorę głęboki oddech... I wpadam prosto w chaos.
Paryż. Jest hałaśliwy, zanieczyszczony spalinami i ruchliwy. Wszędzie, gdzie nie spojrzeć, kręcą się ludzie albo jeżdżą samochody, zdając się zajmować każdy dostępny kawałeczek przestrzeni. Otula mnie aura nerwowości, wrażenie pośpiechu. Tak, wszyscy się tu spieszą. Dokąd? Nie mam pojęcia, ale mimo to z uśmiechem robię kilka kroków po ciągnącym się wzdłuż ulicy chodniku. Na plecach czuję ciężar podróżnego plecaka, ale za sobą zostawiłem o wiele większy. Kątem oka dostrzegam pocztę. Natychmiast przypominam sobie o rodzicach, po raz kolejny od chwili wyjazdu. Teraz trochę mi głupio, że nawet się z nimi nie pożegnałem. Że nie zostawiłem im kartki, nie zadzwoniłem. Kiedy planowałem wyjazd uznałem, że tak będzie lepiej. Że jeśli się nie pożegnam, to nie zostawię ich na zawsze. Że jeśli nie powiem im, że wyjeżdżam, to będą się spodziewali, że wrócę. Teraz myślę, że po prostu nie chciałem spalić za sobą tego jedynego, ostatniego mostu. Byłem idiotą. Machinalnie wyciągam z kieszeni spodni smartfona. Wprawnym ruchem odblokowuję…