Fantasy · 1 godz. 41 min czytania
Niewinna krew
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
I Słońce zaszło już jakiś czas temu. Na dworzu dość szybko zapadał zmrok. Drzewa, targane silnym, chłodnym wiatrem, obficie gubiły swoje pożółkłe, jesienne liście. Zaczęła zapadać, gęsta jak mleko, mgła. Wrażenie grozy potęgował przeszywający chłód. Niebo jednak było bezchmurne, a księżyc rzucał przepiękne srebrzyste światło. Srebrny glob był właśnie w pełni, więc oprócz gwizdu nasilającego się wiatru, dało się również słyszeć wycie wilków, a być może i wilkołaków. Mimo tych niesprzyjających warunków z karczmy znanej pod nazwą „Zajazd pod złamanym mieczem” dobiegał dość głośny harmider. Odbywała się tu wówczas biesiada z okazji 16. urodzin Xantrii, najmłodszej córki Bilranda de Sentreaux, który niestety z powodu swoich obowiązków nie mógł być obecny na owej uroczystości. Karczma była niewielka. Miejsc siedzących było dla około 12 gości. Jednak tego dnia znajdowało się w niej ponad 20 osób, a stoły były przysunięte do ściany, aby utworzyć miejsce do wszelakich tańców. Jednak z powodu dość późnej godziny, a raczej z powodu spożycia zbyt dużej ilości napojów, większość ludzi szukała miejsca do spoczynku. Niektórzy nie mogąc tego dokonać po prostu leżeli pod stołem. Na środku sali bawiły się już tylko 3 osoby, a konkretniej dziewczyny. W pewnej chwili, do jednej z nich, podszedł młody mężczyzna. -Zdaje się, że powinniśmy już wracać Veo. Themrod mówił, abyśmy wrócili przed zachodem słońca, więc i tak już jesteśmy spóźnieni. – powiedział młodzian -Czemu Ty zawsze chcesz mi rozkazywać? – odpowiedziała zbulwersowanym głosem dziewczyna, po chwili dodając ironicznie. – Jestem już duża, więc mogę chyba sama decydować o sobie?! -Zgodziłbym się z Tobą, jednakże teraz jesteś pod moją opieką i masz mnie słuchać. – odpowiedział niemalże despotycznie, po chwili dodając. –A za picie piwa, rozliczę się z Tobą później. A teraz musimy już się zbierać. Po pożegnaniu się ze wszystkimi zebranymi, młodzi ludzie wyszli na werandę. Chłopak przystanął na chwilę, spojrzał w gwiaździste niebo, po czym zjechał wzrokiem na schodzącą ze schodów na podwórko Veę. Dopiero teraz w srebrzystym świetle księżyca można było zauważyć urodę dziewczyny, która była niewidoczna w zaciemnionej karczmie. Dziewczyna była dość wysoka, o jakieś pół głowy przewyższała swoje rówieśniczki. Miała szczupłą sylwetkę, a jej jasne-blond włosy opadały do ramion. Jej twarz była dziecięca, wzbogacona jednak o iście przeszywający wzrok, który zapewne mógł kruszyć męskie serca lepiej niż jakakolwiek stal. Oczy jej były zielone, niczym oczy kota. Otoczone długimi rzęsami, uwydatniającymi jej piękno. Usta były różano-czerwone, a uszka lekko spiczaste, prawie jak u elfki. Do jej wyglądu nie pasowały tylko czerwone rumieńce, jakie pokazały się od zimna, a może od alkoholu, na jej jasnej cerze. Była jeszcze dość młoda, nie miała jeszcze wyraźnie rozwiniętego biustu. Miała zapewne niecałe 17 lat. Chłopak, zapatrzył się trochę, prawdopodobnie w uroki dziewczyny. -Długo mam jeszcze czekać? – odezwała się złośliwie. –Najpierw każesz mi wychodzić, a później trzeba na Ciebie czekać! Co ja z Tobą mam. Heeeh. -Przepraszam zagapiłem się troszkę w niebo. –odparł młodzian. – Już siodłam konia i wracamy do domu. Chłopak szybko wyprowadził konia ze stajni, założył siodło i pomógł wsiąść dziewczynie, po czym sam znalazł się na grzbiecie zwierzęcia. Pomachali jeszcze stojącym na werandzie gościom i ruszyli w drogę. -Nigdy nie lubię jeździć przez ten las. Jest taki okropny. Wydaję się jakby w nim straszyło. Jest w nim bardzo ciemno. Po co w ogóle istnieje ciemność? – zagadnęła Vea -Ja również mam takie wrażenie. Ale czego można wymagać od lasu Borest, gdzie zginęła bez śladu niejedna wyprawa. A co do ciemności to, tylko dzięki temu ze istnieje ciemność, możemy dostrzec istnienie światła. – odpowiedział chłopak -Ale w razie czego, to Ty mnie obronisz Elearze? -Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Las naprawdę nie był sympatyczny. Wzdłuż drogi rosły rozłożyste pozbawione liści, uschłe drzewa. Księżycowe światło padało jedynie na samą drogę. A las zdawał się zlewać w jedną nieprzeniknioną czarną masę. Ponadto, gęsta mgła, mocno ograniczała widoczność. A zgubienie się w lesie, w nocy, oznaczało najprawdopodobniej niechybną śmierć. W pewnym momencie dziewczynie zaczęło doskwierać przenikliwe zimno. -Zimno mi! – powiedziała kapryśnie dziewczyna, jakby winę za to ponosił jedynie Elear -Mówiłem Ci, żebyś nie ubierała się tak cienko na jesieni. Ale Ty zawsze chcesz być mądrzejsza. – odpowiedział jeździec -A co ja poradzę, że teraz taka moda? Ja, po prostu, lubię się podobać innym. Chyba nie masz mi tego za złe. -Nie, nie mam. Chłopak zaczął, w tym momencie zdejmować swój błękitny płaszcz, przewidując kolejne pytanie dziewczyny. -To jak, dasz mi swój płaszczyk, ażebym nie marzła? – zapytała -To jest normalnie wykorzystywanie mojej dobroci. –odpowiedział Dziewczyna obróciła się ku chłopakowi. Przykryła się płaszczem, zasłaniając wydekoltowane piersi. Po czym spojrzała chłopakowi, głęboko w niebieskie oczy. -Jesteś chyba dla mnie za dobry. Nie powinieneś chyba jako rycerz być aż tak ustępliwy. -A Tobie to czemu piersi jeszcze nie urosły. -żachnął się chłopak. Nie lubił, gdy ktoś krytykował go jako rycerza. Ponadto był jeszcze giermkiem. A każdą uwagę Vei, kontrował wypowiedzią na temat wielkości jej biustu. -Grrr. Ja uważam, że nie jest zły i taki wystarczy. A z Ciebie to i tak taki rycerz jak i ze mnie. -odpowiedziała dziewczyna, wypinając przy tym język. Po czym dodała. –Ale naprawdę, nie wiem co bym bez Ciebie zrobiła. Tyle dla mnie robisz, jesteś taki dobry. -Robię tylko to, co powinienem Veo. -odpowiedział jej dobrotliwie młodzian -Jak ja Ci powinnam dziękować. Kiedy ja Ci się odwdzięczę Elearze. –Po tych słowach dziewczyna nie wytrzymała i po jej policzkach zaczęły spływać przezroczyste, niewinne łzy. -Nie płacz, bo Ci to szkodzi na urodę. –odparł na to chłopak, ścierając jej łzy z policzka. -Ja Cię kocham. Ja Cię, po prostu kocham, braciszku. Elear nie odpowiedział nic na te słowa. Na jego twarzy zarysował się tylko uśmiech. Nie wiadomo tylko czy dlatego, że był dumny z wyznania Vei, czy dlatego, że widział już światła osady Hellad.
II Osada Hellad była niewielka. Mieszkało w niej kilkudziesięciu wieśniaków. Jednak była to również rezydencja najsławniejszych rycerzy. Wieś leżała zaledwie 30 minut pieszej drogi od stolicy całej krainy Nivii, grodu Andrendel. Osada był dość bogata. Swoje domostwa mieli tu zarówno kowale, jak i młynarze. Większość wieśniaków utrzymywała się natomiast z uprawy roli i drobnego handlu. Themrod nie mógł długo spać. Zwykle wstawał jeszcze przed wschodem słońca. Wczorajszego wieczora martwił się o swoich podopiecznych Veę i Eleara. Był to człowiek w podeszłym wieku. Kiedyś był rycerzem, a zaoszczędzone kosztowności zapewniały mu godziwy żywot. Veą i Elearem zaopiekował się jak byli jeszcze mali. Nikt z osadników nie wiedział, kim był dla nich. Jednak jego podopieczni mówili do niego dziadku. Wczorajszego dnia Themrod martwił się o swoje „wnuki”. Bardzo ich kochał. Od maleńkiego starał się ich dobrze wychować i przygotować do dorosłego życia. Mimo, iż był rycerzem to jednak był bardzo pobłażliwy, szczególnie dla urokliwej Vei, która przypominała mu jego córkę. Themrod był kiedyś żonaty, jednak jego żona i jego jedyne dziecko zginęły podczas najazdu orców. Starzec postanowił nie budzić z rana młodych. Sam udał się do Andrendel na targ. Vea, również nie mogła spać. Często rano płakała. Była przecież sierotą. Ich rodzice zginęli w pożarze osady Atrect, wraz z pozostałą częścią ludności wsi. Z całej ludności osady, ocaleli tylko oni oboje. Odnalazł ich właśnie Themrod. Postanowił zaopiekować się nimi, gdyż sam stracił rodzinę. Sam nadał im imiona - Vea i Elear. Uznał ich za rodzeństwo, gdyż na to wskazywały okoliczności. Tuż po tragedii znajdowali się w jednej szopce, a poza tym mieli bardzo podobne rysy twarzy. Nie znali oni swojego prawdziwego nazwiska, bowiem byli za mali, aby pamiętać swoich rodziców. Jednak Themrod zabierał ich, co roku na wspólny grób mieszkańców Atrect. W owym grobie, wśród wielu innych ciał, spoczywali również ich rodzice. Z resztą był to także grób reszty członków ich rodziny. Vea znowu rozpoczęła dzień od płaczu. Płakała w poduszkę, nie chciała obudzić swego brata. Tym razem jednak jej się to nie udało. Elear natychmiast przybiegł do izby siostry, gdy usłyszał jej płacz. -Czemu płaczesz siostro? Proszę, nie płacz. – powiedział pieszczotliwie z dobrocią -Płaczę, bo jesteśmy sami w świecie. A teraz, gdy Ty staniesz się rycerzem, zostanę już tylko sama. – odpowiedziała, zanosząc się jeszcze większym płaczem -Wcale nie będziesz sama. Masz nadal mnie, masz przyjaciół i Themroda, który się nami opiekuje. Mówiąc, że jesteś sama obrażasz ich. – odpowiedział z litością -Wiem co masz na myśli, ale popatrz na to sam i zobacz ile nieszczęść nas już spotkało. – powiedziała, podtrzymując swoje zdanie -Zawsze mogłoby być gorzej, więc nie powinniśmy narzekać. I nie płacz już, bo kto będzie chciał mieć płaczkę za damę serca? – odpowiedział żartując, aby rozweselić atmosferę -To Ty, nie wybierzesz mnie? Jak byłeś młodszy to obiecywałeś, że będziesz robił wszystko dla mnie, a teraz się wymigujesz. –odpowiedziała udając zbulwersowanie, aby dowiedzieć się czegoś więcej, jak to przystało na kobietę, na temat dobierania dam serca. -Nie mogę wybrać Ciebie. Przecież z siostrą nie mogę brać ślubu. A po za tym, to powinnaś się domyślać, że wybiorę Naltyanę. – wytłumaczył siostrze -Ty, chyba naprawdę jesteś głupi. Raz ją widziałeś i od razu taki awans jej dajesz. Poza tym to elfka, a ostatni ślub między człowiekiem a elfem został zawarty jakieś 40 lat temu. Więc, ja Cię po prostu nie rozumiem. – odpowiedziała prześmiewczo -No tak to nie będziemy rozmawiać. Człowiek przychodzi kogoś pocieszyć i jaką dostaje zapłatę od rodzonej siostry. Czasem się zastanawiam czy my w ogóle jesteśmy rodzeństwem? –zapytał z dziwnym przekąsem -Też mam czasem takie obiekcje. Ale gdy spojrzę na Twoje włosy i usłyszę Twój głos, od razu odrzucam takie spekulacje. Po za tym jesteś prawie tak przystojny, jak ja ładna. Ale prawie robi wielką różnicę. – roześmiała się, lubiła przekomarzać się z bratem – A teraz wychodź stąd, bo kto to słyszał, żeby chłopak wchodził bez pytania do damskiej sypialni? Teraz się , nie dziwię czemu ta Na…, Natlyj…,Naltya… czy jak ona tam ma, nie chce Cię odwiedzić… A teraz won, bo muszę się ubrać! – odpowiedziała tak, gdyż zezłościła się na brata, iż nie powiedział jej czy ktoś weźmie ją na damę serca. -Już mnie nie ma, panienko. A od Naltyany to wara, bo ja się nie pytam o tych nygusów co się za Tobą kręcą. – powiedziawszy to szybko zamknął drzwi. Z resztą uczynił to słusznie gdyż po chwili usłyszał dźwięk poduszki uderzającej o drewniane drzwi.
III -Śniadanko było pyszne, dzięki dziadku. – powiedziała z uśmiechem na twarzy Vea, po czym po chwili dodała –A nic w stolicy nie mówią, kiedy wrócą nasi rycerze z bitwy i kto w niej zwyciężył? -A od kiedy to się tak interesujesz rzemiosłem rycerskim? – wtrącił z przekąsem Elear -Droga Veo. To raczej nie była żadna bitwa. Nasi wojownicy pojechali raczej tylko przegonić bandę wałęsających się orców, którzy napadali na nasze wioski blisko granicy z ich królestwem Orflundem. A dziś usłyszałem, że rycerze wrócą prawdopodobnie dzisiaj wieczorem. Co się dzieje w tym naszym królestwie Nivii, żeby na bandę hołoty wysyłać całą naszą elitę rycerską, heeeh. -Wreszcie, to już dziś. Mam nadzieję, że wszyscy wrócą zdrowi. Znowu będę mogła porozmawiać z „wujaszkiem” Rivianem i kochaniutkim Vanderem. -A o moim pasowaniu, to już nikt nie pamięta? – zapytał z nutką zazdrości Elear -Na to będzie jutro czas. A ja lecę pogadać z Seleną i Lilianą. Nie czekajcie na mnie z obiadem, wrócę pewnie po powrocie naszych „przystojniaczków”. – mówiwszy te trzy zdania zdążyła odejść od stołu, nałożyć trzewiki i zamknąć za sobą drzwi. -Heeeh. To chyba taki wiek. – powiedział Themrod -Kiedyś jej to chyba przejdzie. – odparł Elear -Mam taką nadzieję. – odrzekł Themrod, po czym wstał od stołu i udał się na odpoczynek Elear nie wiedział, co ma robić. Wszyscy wokoło biegali, zajmowali się swoim życiem. Do wieczora spędził dzień w swojej izdebce, rozmyślając o tym jak to będzie być rycerzem. Tuż przed zachodem słońca odwiedził swojego przyjaciela Maltrika. Obaj znali się odtąd, gdy Elear przybył do osady Hellad z Themrodem. Już od początku się zaprzyjaźnili. Byli w tym samym wieku. Kiedyś wraz z Vanderem, tworzyli nierozłączną kompanię. Jutro mieli dołączyć do tego ostatniego, aby swoją znajomość utwierdzić w rzemiośle wojennym. Obaj udali się do Andrendel, aby również zobaczyć powrót bohaterów. Miasto było udekorowane, jak na jakieś święto. Z wielu domków zwisały wstęgi w kolorach Królestwa Nivii czerwono-niebieskich. W miejskich karczmach piwo i wino lały się strumieniami. Mimo iż była to już późna jesień, to jednak wszyscy ludzie oczekiwali na przybycie rycerzy. -Co Ty tutaj robisz? Myślałam, że będziesz w domu przeżywał swój ostatni dzień, przed Twoim pasowaniem. –zagadnęła doń Vea -Tak jakoś nie chciało mi się samemu siedzieć. – odparł Elear -To skoro już tu jesteś…, jesteście, to chodźcie do nas. Chłopcy, oczywiście skorzystali z zaproszenia. Wszakże razem zawsze raźniej. Jednakże Elear nie przepadał za towarzystwem koleżanek siostry. Nie lubił tych słówek na ucho dziewcząt i tego ich śmiechu. Dobrze również wiedział, iż młodsze od niego koleżanki podkochiwały się w nim. Tu jednak nie było się, czemu dziwić, gdyż chłopak był bardzo przystojny. Bardzo wysoki i dobrze zbudowany z niebieskimi oczami, blond włosami i lekko opaloną cerą. Zainteresowanie wzbudzał również poprzez swoje dandysowskie zachowanie. Vea była dumna ze swego brata, zwykle jednak nie chciała tego przed nikim pokazywać. Maltrik był nieco niższy od Eleara i bardziej szczupły. Miał zielone oczy i blond włosy i równie jasną jak Vea cerę. Był jednak bardzo nieśmiały. Nie przeszkadzało mu to jednak w tym, że był bardzo lubiany przez innych. Vea bardzo lubiła z nim rozmawiać. Mogła z nim mówić o rzeczach, za które brat zapewne sprawiłby jej kolejną bitwę na poduszki bądź przyduszanie poduszką. Maltrik był bardzo lojalny, dziewczyna mu ufała. On się w niej podkochiwał, jednak bał się jej wyznać uczuć. Zdawał sobie sprawę z tego, że Vea była po uszy zakochana w Vanderze, który jednak uważał ją za małolatę i nie zwracał na nią uwagi. -Jadą, jadą – krzyknęła Selena -Widzę Vandera. O jejku to On. Jak On cudnie wygląda na tym koniu. – zachwycała się Vea -Nie podniecaj się tak – stłamsił ją brat Widok był naprawdę piękny. Cała najlepsza jazda Królestwa Nivii, galopowała ku północnej bramie miasta. Z daleka widać było chorągiew Riviana Abatemarco, który prowadził całą kompanię. Na chorągwi widać było herb Królestwa – Czerwonego gryfa na niebieskim tle. Takie godło widniało również na tarczy każdego rycerza. Grupa rycerzy była niewielka, liczyła niespełna 30 osób. Były wśród niej jednak takie sławy jak wspomniany Rivian Abatemarco, Bilrand de Santreaux, Thornvald von Roserback, Elahior de Leaux, Cirian van Helsey czy najlepszy rycerz, czyli duma Królestwa Altamir Yuskanen. W orszaku nie zabrakło również młodego aczkolwiek zasłużonego Vandera de Maleaux.. Witał ich nie tylko prosty lud, ale również i sam król Vivianus II von Glock, oraz mistrzyni zakonu magii Shayana Latsey. Uroczystość była iście propagandowa. Wszakże dla 30 najlepszych rycerzy, cała wyprawa była tylko tygodniową przejażdżką. A królowi zależało tylko na pokazaniu potęgi wojsk, swoim podwładnym. Dobrze o tym wiedziała starszyzna królestwa, której do wyjścia nie namówiło nawet darmowe piwo na rynku przed zamkiem. Po powitaniach grupa przyjaciół postanowiła wrócić do osady. Podczas ich powrotu doszło do rozmowy na temat rycerstwa i ich kolegi Vandera, który jadąc na koniu nawet ich nie zauważył. Usprawiedliwiała go tylko Vea, która mówiła, iż na pewno nie miał on czasu, gdyż rycerstwo to nie karczma. Po powrocie do domu, Vea dokładnie opisała uroczystość Themrodowi, który skwitował to tylko jednym zdaniem. –Ach ta propaganda królewska. Po czym wszyscy poszli spać, gdyż jutro czekała ich bardzo ważna uroczystość.
IV Kaplica w Zamku Króla wyglądała tego dnia przepięknie. Udekorowana była świeżo ściętymi kwiatami, stworzonymi przez adeptki magii. Na ścianach zawisły dawno niewieszane herby zasłużonych rodów oraz tarcze poległych, ale zasłużonych rycerzy. Nawet nastrój kaplicznego mroku, napawał jakby bardziej optymizmem. A zapalone na ołtarzu świece dodawały uroku. -Dziś jest nasz dzień. – powiedział z uśmiechem Elear do Maltrika. -Masz rację. Odbębnijmy tą nudną mszę i wracajmy z dumą do domu. – zaśmiał się Maltrik Na dalszą kontynuację rozmowy nie było czasu, bo do ołtarza podeszła właśnie najwyższa kapłanka, a zarazem mistrzyni magii Shayana Latsey. Świątynia była pełna arystokracji i innych darmozjadów, oraz rodzin pasowanych dziś rycerzy. Z boku ołtarza na specjalnie wyznaczonym miejscu siedział Król Nivii Vivianus. W swojej prawicy trzymał święty miecz, zwany Exendal. Był to półtoraręczny miecz wykuty przed wiekami do walki z krwiożerczymi wampirami. Szkielet miecza wykonany był z diamentu. Rękojmię miał oplecioną rzemieniem wykonanym z łuskowatej skóry smoka i złota. Ostrze wystawało z dwóch stron diamentowej konstrukcji. Wykonane było z najtwardszej stali. Było to dzieło wspólnej pracy kowali rasy ludzkiej i krasnoludzkiej. Miecz posiadał również magiczną moc w swoim diamentowym krysztale, za którą odpowiedzialni byli elficcy magowie. Po pokonaniu wampirów, a raczej doszczętnym wycieńczu ich w pień, broń została magicznie wkuta w skałę na górze zamkowej. Znajdowała się tam, aż do momentu, gdy młode dziecko przybyło z nim do świątyni. Jedni mówią, że dziecko było zesłane przez bogów, a inni, że dziecko znalazło miecz po tym, jak krainę nawiedziło trzęsienie ziemi. Młody chłopiec, którego imienia nikt już nie pamięta, został rycerzem, a miecz przekazał ówczesnemu królowi. Ów król, wydawał ten miecz tylko szczęśliwemu znalazcy, do walki w imię sprawiedliwości. Zwyczaj ten przetrwał do dziś. Mimo, iż to król Vivianus nosił przy sobie Exendala, to jednak w czasie walk korzystać z niego mógł Altamir Yuskanen. Rycerza, który mógł posługiwać się tym wspaniałym mieczem, wybierał król, najwyższa kapłanka i dowódca wojsk. Z tym, że takiego rycerza wybierano na całe życie. -Wreszcie skończyła się ta zabobonna szopka, teraz niech nas pasują i spadamy do domu na żarło. – szepnął do Eleara Maltrik -Nie zapominaj o wyborze panienek. – uśmiechnął się Elear -A właśnie, jest ta Twoja elfka-panienka? -A są tu w ogóle jakieś elfy, bo ja ich nie widzę? -Może są na zewnątrz, bo tu miejscówki pozajmowała ta elitarna hołota. – niejednoznaczną odpowiedź dał Maltrik, po czym dodał – A teraz już csiii, bo idzie Vivek, z tą fajniutką kapłanką. Rzeczywiście, po skończonej ofierze mszalnej, uroczystość zbliżała się do swojego apogeum „Ja Ciebie pasuję na rycerza Królestwa Nivii. Służ godnie ojczyźnie i swojemu królowi. I umieraj z honorem w zaszczytnej sławie” – te słowa wypowiadał król Vivianus do każdego adeptów rycerstwa. Po czym do każdego z pasowanych podchodziła najwyższa kapłanka i udzielała błogosławieństwa słowami „Niech Twoja broń służy nie Tobie, lecz bogom, a prawdziwych zaszczytów dostąpisz dopiero po śmierci”. Te słowa usłyszeli również Maltrik i Elear. -Niezły przecinak ten Exendal – zagadnął Elear -Chyba chciałeś powiedzieć, niezła sztuka ta kapłanka – zażartował Maltrik, po czym dodał -A tak propos, widziałem jakieś elfy z tyłu przy wyjściu, Jedna elfka była bardzo ładna, więc śmiem przypuszczać, że to Twoja wybranka. -To i ja dam Ci radę, w drugim rzędzie siedzi moja siostra. Spiesz się, żeby żaden z tych 20 pedantów Cię nie wyprzedził. Z chwilą, gdy król skończył podziękowania dla matek i ojców młodych rycerzy, oraz życzenia dla nowego narybku żołnierskiego, których z resztą nikt nie słuchał, młodzi adepci pomaszerowali w objęcia rodziców i dziadków. Oczywiście nie Elear i Maltrik. Oni od razu udali się do swoich dam serca, którym zaraz mieli składać śluby. Maltrik szybko udał się do Vei. Była trochę rozczarowana, ale gdy zobaczyła pozostałych młodych rycerzy, którzy wydali się jej lalusiami, rozczarowanie bardzo szybko minęło. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, a z kącików oczu wypłynęły łzy. Nawet nie słyszała, iż Maltrik ślubował jej przyniesienie głów 3 orców. A wtedy, gdy tego dokona, Vea albo zawrze z nim związek albo zezwoli mu na ślub z inną panną. Odpowiedziała twierdząco, darowując rycerzowi białą chustkę. Trochę trudniej miał Elear. Elfy z reguły są przeciwne zawieraniu między rasowych małżeństw. Jednak to właśnie za namowami Naltyany, elfy zjawiły się w królestwie Nivii na uroczystość. Młodej przepięknej elfce udało się wytłumaczyć swoim rodzicom, że bycie damą serca rycerza jeszcze do niczego nie zobowiązuje. -Pozwól Pani, że wszystkie swoje czyny, będę dokonywał tylko z Twoim imieniem na ustach, że wszystkie sukcesy będę zawdzięczał Tobie, i zawsze będę uległy Twojej woli. A Twoje imię będę rozsławiał na cały świat, a każdego, kto choćby powiedział na Cię słowo pozywał będę na pojedynek. – powiedział niemalże poetycznie Elear, klęcząc patrząc jedynie w bose stopy elfki -Chłopcze a co ślubujesz naszej córce. – zapytał, ojciec Naltyany, Allawil aep Caher -Ślubuję, jej iż dopóki nie zetnę dziesiątki orczych głów, dopóty… -Chłopcze sugerujesz iż oddam córkę za marne 10 głów tępych orców? -Przepraszam, przejęzyczyłem się chodziło mi o sto orczych głów – odpowiedział spontanicznie Elear, martwiąc się, iż w tych czasach nawet na 10 głów orców trzeba się nieźle nawysilać, bo o orca w świecie ludzi ciężko -Chłopcze, śmiesz porównywać moją córkę z rasą tępych orców? Oddam Ci córkę, tylko wtedy, gdy staniesz się naprawdę kimś ważnym np. królem. – wypowiedział krótka reprymendę Allawil Przez głowę Eleara przebiegła myśl, iż nigdy nie spełni powyższego warunku. Wizja ożenku z elfką zdawała mu się stawać bardziej nierealna. Po chwili jednak powiedział niemalże łkając. –Ślubuję, iż dopóki nie otrzymam do walki Exendala, dopóty nie będziesz musiała pani na mnie patrzeć. A jeśli ślub spełnię, albo zawrze Pani ze mną związek albo zezwoli na ślub z inna panną. – po czym dodał odzyskując pewność siebie –Śmiem jednak prosić, aby umowa ta weszła w życie dopiero od jutra, gdyż chciałbym mieć przynajmniej okazję poznać się z panną, której ślubowałem. -Ja wyrażam zgodę, trzeba jeszcze tylko zapytać o zdanie samej zainteresowanej. – odpowiedział z dziwnym uśmiechem Allawil, będąc pewnym, iż udało mu się spławić natrętnego „pod-elfa”. A umowa wcale nie nakazywała elfce czekać na spełnienie przysięgi, bowiem mogła w każdej chwili zerwać umowę i związać się z kimś innym, zezwalając bądź nie na to samo rycerzowi. Chwila oczekiwania na odpowiedź Naltyany wydawała się Elearowi wiecznością, jednak w końcu usłyszał odpowiedź. -Tak, zgadzam się. Po czym dała rycerzowi rękę do pocałowania i podarowała mu swoją chusteczkę, którą Elear natychmiast schował nie pokazując tego, co było na niej wyhaftowane. -W takim razie zapraszam państwa do siebie na obiad. – powiedział rycerz.
V -Witaj Themrodzie, nie spodziewałem się, że Cię jeszcze zobaczę. – rzekł elf do „dziadka” Eleara -Nic się nie zmieniłeś, wyglądasz tak samo młodo, jak wtedy, gdy razem, ramię w ramię, stawaliśmy do boju z orcami. – odparł Themrod -My elfy, nie postrzegamy upływu czasu tak jak wy, ludzie. Mimo to, jednak nie jesteśmy nieśmiertelni i na każdego z nas w końcu również przychodzi czas. Ale skończmy rozmawiać o starości. To, co mnie do Ciebie sprowadza, to ten młodzieniec. – powiedział wskazując na Eleara -Coś zawinił? – spytał Themrod, nie odwracając wzroku od elfa -Na szczęście jeszcze nic. -Wchodźcie na obiad, u nas dzisiaj wielki dzień. Elficka rodzina zasiadła wraz z Themrodem i Elearem do stołu. Młody chłopak, troszkę zawstydzony, opowiedział zaistniałą sytuację. Po skończonym posiłku, Allawil pozwolił Naltyanie udać się na spacer z rycerzem. Chciał chwilę porozmawiać z dawnym znajomym Themrodem. Po wspomnieniach z przeszłości, dawni wojownicy poruszyli temat ślubowania młodego rycerza. -Ja mu zawsze powtarzałem, że nie powinno się z innymi rasami, gdyż to sprzeczne z przyjętymi konwenansami. – powiedział „dziadek” -Wiem to i ja. Więc postarałem się o to, aby chłopak nawet już sobie nie robił nadziei. W każdej chwili moja córka będzie go mogła zwolnić z umowy, a chłopakowi przejdzie te młodociane uczucie. Nie widząc Naltyany na oczy, szybko o niej zapomni. Za kilka miesięcy będzie po sprawie. Po za tym, w mieście wiele młodych dziewcząt, a rasa ludzka jest słaba na punkcie drugiej płci. – objaśnił elf -Zawsze podziwiałem waszą rasę za mądrość. Chłopakowi szybko przejdzie. Tymczasem dajmy dziś im pobyć razem. – odrzekł Themrod * -Dawno się nie widzieliśmy. Pamiętasz jeszcze jak kiedyś pomogłem Ci przejść przez las Borest, bo się bałaś. – rozpoczął nieśmiało rozmowę Elear -Pamiętam. Od tamtego czasu codziennie o Tobie myślę wieczorami. – odpowiedziała z zawstydzeniem Naltyana. -Ja również myślę o Tobie. Dziękuję, że przybyłaś dzisiaj. – powiedziawszy to spojrzał w oczy elfki -Nie ma, za co dziękować. Jakoś udało mi się przekonać rodziców. – odparła zawstydzona elfka -Pięknie dziś wyglądasz, z resztą zawsze jesteś i będziesz piękna. – kontynuował rycerz -Nie mów tak, wyglądam jak zwykła elfka. – powiedziawszy to opuściła wzrok, jakby bała się spojrzeć w oczy Eleara. Mówiąc, iż wygląda jak zwykła elfka, Naltyana nie miała racji. Powiedziała tak, tylko dlatego, iż była osobą nieśmiałą i skromną. Jej uroda wyraźnie wyróżniała się od innych przedstawicielek jej rasy, nie mówiąc już o ludzkich kobietach. Naltyana była bardzo wysoka. Prawie nie była niższa niż Elear, który uchodził za wysokiego człowieka. Miała długie jasne włosy, zakrywające całkowicie jej spiczaste uszy. Jej oczy były zielone. Widać w nich było delikatność i serdeczność. Była osobą bardzo przyjaźnie nastawioną do innych, nieco naiwną. Elear odczuwał potrzebę zaopiekowania się elfką. Chciał bronić jej, przed tymi, którzy chcieliby wykorzystać jej dobroć. Ubrana była w zieloną suknię w różnokolorowe kwiatki. Ludzkie dziewczynki rzadko widywały tak piękne stroje. Jej głęboki dekolt odkrywał częściowo krągłe i jędrne piersi, a wycieńcie w spódnicy odsłaniało gładkie, ponętne udo. Elear wpatrywał się w Naltyanę, jakby nie dowierzając, że jest aż tak piękna. -Czy to prawda, że ludzcy samce zakochują się nie w kobiecie, lecz w jej ciele. – zapytała trochę zawstydzona elfka -Myślę, że w części to prawda, ale istnieje od tego wiele wyjątków. – odpowiedział zaskoczony pytaniem rycerz -A czy Ty jesteś tym wyjątkiem? – ciągnęła dalej temat Naltyana -Nie wiem, chyba to Ty powinnaś ocenić. Po prawdzie to kocham Cię za to, jaka jesteś a i co do urody, to nie mam nic do zarzucenia. – wybrnął z trudnego pytania chłopak -U nas, to znaczy na naszej wyspie Ad’Leofaos, nie znamy czegoś takiego jak uroda. My elfy zakochujemy się w naszych duszach, a nie ciałach. To chyba nas różni? -Myślę, że porównywałaś całe rasy, a nie nasz konkretny przypadek. Uważam, iż kocham Cię nie mniej niż Twoi rodzice. – bronił swojego honoru Elear -Wierzę Ci, kochany. – odpowiedziała elfka Po tych słowach nastała chwila ciszy. Oboje wpatrywali się sobie w oczy. Nie musieli do siebie nic mówić, rozumieli się bez słów. Ich usta zbliżały się jakby do pocałunku, gdy wtem Naltyana uświadomiła sobie, że być może jest to ich ostatnie spotkanie. -A co będzie jeśli nie zdobędziesz tego miecza? – zapytała z pewnym lękem -Wtedy Cię będę musiał porwać i uciekniemy tam, gdzie nikt nam już nie będzie przeszkadzał. – zażartował rycerz -Zdolny byłbyś do tego, żeby porwać mnie od rodziców? Zaczynam się Ciebie bać. – odpowiedziała z lekką ironią elfka -Nie mówiłem serio. Przecież, jakbym chciał to mógłbym Cię porwać teraz. Dziś jest święto, wszyscy się bawią, nie miałbym problemu, aby udać się z Tobą na południe, gdzie nikt by nas nie odnalazł. – odpowiedział chłopak, lekko naśmiewając się z dziewczyny, że nie zrozumiała żartu -Myślę, że nie potrafiłbyś użyć względem mnie siły, a nawet jeśli to przegrałbyś z moimi czarami. – mówiąc to, marzyła, aby Elear ją porwał, nie docierało do niej to, że więcej mogą się nie zobaczyć -Nie musiałabyś używać, żadnej magii, wystarczyłoby mi twoje spojrzenie. – odrzekł chłopak wyczuwając romantyczną atmosferę Znowu spojrzeli sobie głęboko w oczy. A po chwili ich głowy zbliżyły się tak blisko do siebie, że nie mogli już powstrzymać własnych ust. Całowali się dość namiętnie i długo. Przez głowę, wtulonej w objęcia Eleara, Naltyany przebiegała myśl „czemu mnie nie porwałeś najdroższy, czemu?”
Część 22 / 2
VI Karczma „U Kowala” znajdowała się na niewielkim rynku w osadzie Hellad. Przed wejściem wisiała tabliczka, informująca koślawymi literami, że stanom nie-rycerskim wstęp wzbroniony. Przy największym stole suto zastawionym pieczeniami, golonkami, dziczyzną siedziało kilku rycerzy. Obficie popijali posiłek piwem i winem. Toczyli zażartą rozmowę, przekrzykując się nawzajem. Uciszali się tylko wtedy, gdy do ich stolika przychodziła z nową porcją napojów, kobieta obsługująca klientów, jak nie patrząc, hojnie obdarzona przez naturę. -Aleśmy w nich wjechali. – zakrzyknął rycerz ubrany w czerwone szaty -Jak w masło. – dodał siedzący obok -Nie ma co mówić, po prostu skopaliśmy dupy skurwysynom. – powiedział z euforią ubrany na czarno -Spokojnie, nie ma co się przechwalać. To była prawie nie ważna misja. – odpowiedział chłodno na euforię innych Rivian Abatemarco, mający na sobie niebieski płaszcz -Myślę, że sytuacja się teraz na długo uspokoi. – dopowiedział Altamir Yuskanen, ubrany również w niebieski płaszcz -A nawet jeśli nie, to znowu wpadniemy do tych orców i spuścimy im wpierdol – zakończył Vander de Maleaux, przyozdobiony niebieską szatą Wbrew pozorom, kolor szat w Nivii odgrywał u rycerzy ważna rolę. Niebieski płaszcz zasługiwał tylko najbardziej zasłużonym rycerzom. Taka nobilitację mógł nadać tylko inny rycerz w niebieskim płaszczu. Co więcej czerwony płaszcz przysługiwał tylko oddziałom królewskim. Była to niepisana umowa rycerzy, do której jednak większość się stosowała. Zwykli rycerze chodzili, więc zwykle w czarnych lub białych płaszczach, bądź nie zakładali ich w ogóle. Niebieski płaszcz, mimo młodego wieku mógł już nosić Vander de Maleaux. Wsławił się on już w kilku wyprawach przeciw orcom i wampirom, co i rusz napadającym na krańce Królestwa. Młody rycerz kilkakrotnie również ratował życie samemu Rivianowi. Stawał się pomału jego ulubieńcem. Rivian szykował go sobie na swojego następcę, biorąc pod uwagę, iż Altamirowi nie zależało na dowodzeniu. Tym razem Vander nie mógł jednak długo zostać z królewskimi rycerzami, był umówiony ze swoimi kolegami. Pożegnał się ze starszyzną i wyszedł do swoich przyjaciół. -Witajcie bracia – przywitał się Vander -Witaj – odparli jakby chórkiem Maltrik i Elear -No słyszałem panowie, że znów jesteśmy w jednej ekipie. -To znaczy nie do końca, bo Ty w jednostkach królewskich, a my tylko zwykłe szare rycerstwo. – zauważył Maltrik -Uważam, że nie będziecie mieli problemów z wejściem do naszych jednostek. Wszakże, z Tobą, Elearze wygrałem tylko raz pojedynek za młodu i to wtedy, gdy Cię rzuciłem kamieniem w głowę. – roześmiał się starszy rycerz -Dawne czasy. – odrzekł Elear -A powiem wam tak w tajemnicy, że wbrew temu, co się uważa, nasza wyprawa nie wróciła w całości. Kilku z naszych poległo. Doszły mnie słuchy, że król będzie chciał szybko uzupełnić lukę w oddziale, tak by nie wielu dowiedziało się o stratach. – wyszeptał Vander -To chyba mamy jakieś szanse. – odpowiedział Maltrik -Spokojnie. Z Rivianem już zagadałem, aby właśnie Was poparł. Przydałoby się jeszcze rozmówić z arcykapłanką. Nawet nie wiecie, ile ona ma do powiedzenia w naszym królestwie. A król już chyba dawno zapomniał o królowej Erice. -Czy ja się nie przesłyszałem? Czy Ty masz kontakty z tą dziewicą-czarownicą Shayaną. – zainteresował się Maltrik. -Taaa. Zgadza się. Jeśli nie spieszycie się do domu. To można jeszcze dziś z nią pogadać. Ona wszakże nie lubi przekupstwa, ale zna się na czarach i na pewno pozna się na waszych umiejętnościach. My jej tylko w tym odrobinę pomożemy. Kompani udali się do kaplicy. Pod pretekstem prośby specjalnego błogosławieństwa dla nowych rycerzy, udało się im, a uściślając, Vanderowi wyciągnąć ją na chwilę z komnaty do kaplicy. Arcykapłanka początkowo nie chciała wychodzić z komnaty. Jednak, gdy dowiedziała się, że prosi ją rycerz w niebieskim płaszczu, nie odmówiła. Rycerze ujrzeli ją schodzącą ze schodów obok ołtarza. Bez liturgicznych szat, a w samej sukience wyglądała jeszcze bardziej ponętnie. Była to kobieta o ciemnej cerze, miała czarno-krucze włosy, a jej usta wydawały się nie być czerwone, lecz sine. Od reszty ciała wyraźnie odstawały obfite, jędrne piersi. Mistrzyni magii wyglądała na dwudziestokilkuletnią kobietę. Nie prawdą było jednak to, co mówił prosty lud, iż była sześćdziesięcioletnią czarownicą. Miała dokładnie trzydzieści lat. Swój młody wygląd zawdzięczała własnej dbałości o urodę, i tylko w niewielkim stopniu czarom. Prosty lud nie wiedział, iż arcykapłanka i tylko ona z całego zakonu, miała obowiązek wydania w tajemnicy na świat córki, która stałaby się nową mistrzynią magii. W ten sposób władzę w zakonie zyskała również Shayana. Jej matka zginęła młodo w bitwie z orcami, gdy próbowała wskrzeszać martwych rycerzy. Swojego ojca nigdy nie widziała, nawet nie zależało jej na poznaniu go. Po prostu nie miała do tego prawa. Jako jedyna z kapłanek znała czar umożliwiający wskrzeszanie zmarłych, który jednak zabierał bardzo dużo życiodajnej energii. -Mistrzyni, chciałbym prosić… - zaczął Vander, nie mogąc jednak dokończyć, gdyż przerwała mu arcykapłanka -Wiem, po co tu przyszliście. Wam dwóm się nie dziwię, ale Tobie Vanderze. Przecież wiesz, że ja i tak wskazałabym ich, bo po prostu widzę to, że są najlepsi. -Przepraszam pani, wybacz. – odparł z pokorą starszy rycerz -A teraz uklęknijcie. Musze wam udzielić tego błogosławieństwa, bo te stare jędze patrzą. Nie chcę, żeby coś mruczały pod nosem. -Przed Tobą nie wstyd klękać. – zagadnął Elear -Milcz, jak się modlę. - odpowiedziała jakby ze złością Shayana, w głębi serca jednak zadowolona i zdziwiona iż słyszy takie słowa Po chwili wszyscy, już wychodzili z kaplicy. Maltrik wspomniał, że od teraz już słowem nie wspomni o tej czarownicy, bo boi się jej mocy. Dodał również, że po stokroć woli Veę. Młoda arcykapłanka, jeszcze przez chwilę stała i patrzyła się na odchodzących, a raczej, na Eleara. Wspominając, jego kilka słów, czuła dziwne ciepło we wnętrzu. A dźwięk z jego ust, zdawał się jej wibrować w uszach. Nie chciała jednak o tym rozmyślać. Udała się do swojej ciemnej i ciasnej komnaty.
VII Z dala na północ od Królestwa Nivii, znajdowała się inna, odmienna kraina. Kiedyś mieszkali tu wspólnie elfy z ludźmi, żyjąc w koegzystencji. Była to kraina bogata, mieszkańcy nie znali pojęcia bezdomny, czy głodny. Wszyscy służyli sobie pomocą. Krainą władał miłosierny książę, który swą siedzibę miał w olbrzymim zamku zwanym Capetown. Po tamtym królestwie nie ma już praktycznie śladu. Mieszkańcy wyginęli w skutek panującej zarazy, zwanej szczurzą. A Ci, którzy ocaleli, choć było ich niewielu, przesiedlili się do Nivii, gdyż nie chcieli pamiętać o tamtych wydarzeniach. Po niedługim czasie całą krainę przejęli orcowie. Do dziś Orflund jest królestwem orców. Nikt z ludzi dokładnie nie wie, jak obecnie wygląda ta kraina. Podobno orcowie, żyją w zrujnowanych domach, a w zamku mieszka ich przywódca. Potwory te, co i rusz, napadały na północne krańce Nivii, w celu zdobycia łatwego pożywienia. Orcowie nie gardzili przecież ludźmi, ba byli oni dla nich źródłem cennego białka. Królem orców był Richiter. Nie był on zwykłym orciem. Narodził się z kobiety elfki, która została zgwałcona przez orca w czasie nieustającego konfliktu. Rzecz jasna, stworzenie to zostało wyrzucone przez elfy. Tylko szczęśliwy los uratował je od zguby. Młody Richiter wyglądał prawie jak zwykły orc, prawdopodobnie tylko temu zawdzięczał swój żywot. Był jednak o wiele mądrzejszy niż reszta całej rasy. Znał się również na magii. Po krótkich naukach u orcowych szamanów, stał się szybko najważniejszą osobą w krainie. Zajął miejsce poprzedniego króla. Starał się szybko zmobilizować całe siły militarne orców i uderzyć na ludzi, a potem zaatakować znienawidzone przez niego elfy. Richiter, dzięki swej magii dowiedział się, że jest półelfem. Z biegiem czasu stawał się coraz podobniejszy do człowieka, jednak nie chciał, aby jego pochodzenie wyszło na jaw. Używał magii, aby wyglądać jak orc. Codziennie dokonywał kolejnego kroku, szykując inwazję na świat ludzi. Uważał to za przystanek, do rozbicia elfów i przejęcia kontroli nad całym światem. Mobilizowanie orców nie było jednak łatwe. Stworzenia te, nie dają się łatwo podporządkować. Richiter wprowadził jednak podział władzy. Sam zaczął szkolić orcowych szamanów. Uczył wojowniczych orców strategii i szyku walki. Wysyłanie drobnych band orców na północ krainy Nivii, służyło odwróceniu uwagi wroga. Sprawiało, iż ludzie lekceważyli potęgę królestwa orców. Sam Richiter mieszkał w zamku Capetown. Nad zamkiem codziennie unosiła się chmura siarkowych dymów. Mimo, wielu okien do zamku nie docierało światło. Jedyne oświetlenie stanowiły łuczywa. To jednak wystarczało orcom i ich królowi. -Wejść! – krzyknął Richiter, szybko rzucając czar przemieniający go całkowicie w straszliwego orca -Kolejne orci gotowe, mistrzu. Wyszkolone do obcinania ludzkich łbów i gwałcenia ludzkich dziewek. – powiedział jakiś orcowy szaman -Co?! W takim tempie nie zdążymy z tym atakiem na wiosnę. Przyspieszcie prace. Chcę większej ilości behemotów i walecznych wilków. Przeszkolić dowódców orcowych. Podpisać umowę z trollami. Nie zrobię tego wszystkiego sam. Macie, do kurwy nędzy, ruszyć te wasze zasrane tyłki. Bo poszukam, kogoś lepszego na wasze stanowisko. A was, oddam na pożarcie innym orcom. Zrozumiano?! – wyraził swoje niezadowolenie władca -Tak, panie. – odpowiedział niemalże szepcąc orcowy szmana -Źle, pomiocie! – zbulwersował się Richiter, rzucił orcowcym szamanem o ścianę, przy użyciu swojej magii. -Tak, Mistrzu. – zawył szaman -No, a teraz wypierdalaj skurwysynu! – zakończył rozmowę władca, po czym zdjął z siebie czar. Teraz wyglądał prawie jak zwykły człowiek. Słusznie mówią dawne legendy, jakoby człowiek był brakującym ogniwem między orcem a elfem. Richiter miał spiczaste uszy, ciemną karnację skóry oraz siwe, a może bardzo jasne blond włosy. Jego usta były praktycznie czarne, a jego ręce owłosione i silnie umięśnione. Gdyby zaszył się wśród ludzi, nikt nie poznałby jego pochodzenia. Uznawany byłby może za chłopca, któremu natura nie dała wiele urody. Olbrzymią moc posiadał również w swoich czarnych, jak węgle, oczach. Potrafił z nich strzelać porcjami potężnej energii, lub niemiłosiernie paraliżować. W swojej głowie miał plan, jak przejąć władzę nad całym światem. Pałał ogromną chęcią zemsty na elfach. Dokonał, dosyć wiele w krainie orców. Stworzył regularną armię. Niedługo miał podpisać porozumienie z wampirami z południa. -Wołać mi tu Flegeyda – zawołał przez okno swojej komnaty, jednocześnie zmieniając swój wygląd Nie musiał wiele czekać, gdyż po chwili zameldował się u niego Flegeyd – jeden z generałów. -Szykuj oddział. Potężniejszy niż ostatnio, ale taki, który królewscy jeźdźcy szybko rozniosą. Usiłujcie jednak, zdobyć miecz, który będzie świecił z daleka błękitnym światłem i przynieście go do mnie. Macie być gotowi na jutro. Macie sprawić wrażenie nieporadnych i słabych. Zrozumiano? – wydał polecenia władca -Tak, mistrzu. – odpowiedział spokojnie Flegeyd -To spierdalać mi z oczu. – zakończył orcowy król Richiter wiedział, jak potężną bronią jest exendal. Znał również ludzką głupotę, którzy na niewielką bitwę wysyłali rycerza z tym mieczem. Władca orców chciał przejąć tą broń. W ten sposób umowa z wampirami stałaby się jeszcze bardziej opłacalna. A sam Richiter stałby się najpotężniejszą istotą świata. W takim wypadku jego wizja przejęcia kontroli nad wszystkimi rasami stałaby się bardzo realna. Oddział Flegeyda miał do wykonania dwa zadania. Pokazać słabość orców – dać ludziom okazję do kolejnego świętowania i popadania w euforię. A także, umożliwić przedostanie się orcowym posłańcom, przez królestwo Nivii, do ostatniej rezydencji wampirów, aby zawrzeć z nimi umowę. Powrót posłów nie był brany już pod uwagę, mieli oni tylko wykonać swoje zadanie. Plan Richitera po części zaczął się, więc wypełniać. Nikt z ludzi, nie przypuszczał, co tak naprawdę się święci.
VIII -Orcowie znowu zaatakowali! Orcowie napadli na północ! Palą i grabią wsie! Orcowie atakują! – darł się na rynku jakiś młodociany jeździec -Co się dzieje człowiecze. Opanuj się, powiedz, o co chodzi? – zapytał jakiś przechodzień -Orcowie zaatakowali północne krańce Nivii. Potrzebna pomoc. Muszę rozmawiać z królem. – odpowiedział jeździec Porozmawiać z królem, jednak nie było łatwo. Straże, za nic w świecie nie chciały przepuścić młodego jeźdźca do Vivianusa II. Mimo, iż o całej sprawie mówiło już całe Andrendel, król dowiedział się na końcu. I to dzięki, interwencji Riviana, który nakazał strażom wpuścić młodziana. -Czy przysięgasz, że to prawda? – zapytał król -Tak, wasza wysokość. To najprawdziwsza prawda. – odpowiedział jeździec, zdradzając swoje chłopskie pochodzenie -A co wiecie o ilości tych orców? – zadał ponownie pytanie król -Jest ich około 50, są słabo uzbrojeni, ale dobrze zorganizowani. Napadają, kradną, palą i gwałcą. My chłopi, nie damy rady się obronić. U nas już dawno rycerze zamienili się w rolników. Potrzebna Twoja pomoc królu. – odpowiedział z powagą chłopiec -Podejmę decyzję w najbliższym czasie. Możesz odejść chłopcze. – zakończył Vivianus Po niedługim czasie król zarządził radę. Wezwał na nią arcykapłankę Shayanę, oraz dowódcę sił zbrojnych Riviana Abatemarco. -Sprawa jest taka jak poprzednio. Nie ma wyjścia trzeba interweniować. Lud musi znać dobro i potęgę króla. – powiedział Vivianus -Królu, powinieneś rozstawić straże na granicach królestwa. Wybudować kilka grodów obronnych blisko granic. Wysłać w tamte rejony część rycerstwa na stałe. – odpowiedziała z mądrością mistrzyni magii -Zapewniam Cię, że zrobiłbym tak, gdybym miał na to fundusze i chętnych rycerzy do zamieszkania na tych wsiach. – odpowiedział zirytowany nieco król -Królu, ja melduję swój oddział w gotowości. Możemy ruszać choćby dzisiaj. – odpowiedział Rivian -Tak, musicie wyruszyć. Najlepiej jutro rano. Zbierz stu rycerzy i ruszajcie. Musicie przegonić tych barbarzyńskich orców. -Wystarczyłoby nas dwudziestu, ale wezmę stu rycerzu. Co rozkaz to rozkaz. – odpowiedział z dumą Rivian Po chwili narada zakończyła się. Zainteresowani rozeszli się do swoich zajęć. Rivian zaczął szybko rozsyłać wici do królewskiego rycerstwa. Zawiadomił również Vandera, który następnie poinformował o tym Maltrika i Eleara. -To jak piszecie się na wyprawę panowie. – zapytał z elegancją Vander -No pewnie, nasza pierwsza bitwa. – odpowiedział za obydwu Maltrik -To pamiętajcie, jutro o świcie, na rynku. Ja muszę lecieć dalej rozsyłać wici. Do jutra przyjaciele. – pożegnał się starszy rycerz -Do jutra. – odpowiedzieli niemalże chórkiem, po czym rozeszli się do swych domów. Elear, był bardzo szczęśliwy. Pierwszy raz będzie miał okazję jechać na bitwę. I to będzie jednym ze stu najlepszych rycerzy w królestwie. Postanowił szybko pochwalić się tym w domu. -„Dziadku” wyruszam na bitwę. – oznajmił Elear -Więc, Ty też? – odpowiedział dziwnym pytaniem Themrod -Jak to ja też? – zapytał chłopak -Ty również będziesz walczył z orcami, tak jak ja. -Idę w Twoje ślady, „dziadku”. -A czy myślisz, że na bitwę wystarczy Ci taka marna zbroja. Orcze włócznie raz dwa ją przeszyją. Ja nie chcę Ciebie tracić tak szybko. – zauważył pierwsze mankamenty starzec -Tam będzie stu najlepszych. Po za tym, mam trochę pojęcia o walce. Sam mnie szkoliłeś. – odpowiedział nadal zadowolony Elear -Więc to dziś nastał ten czas. Miałem Ci to dopiero dać, gdy będziesz brał ślub. Ale cóż, muszę Cię jakoś wspomagać. – zaczął Themrod. – Pamiętasz jak otrzymałeś ode mnie miecz, na swoje 12 urodziny? -Pamiętam. Do dziś to mój jedyny miecz. – odparł chłopak -To był jeden z moich mieczów. Mój ulubiony. Dziś jest pora żebyś dostał kolejną rzecz. -Jaką? „Dziadku” jaką? -Moją zbroję. Powinna być dla Ciebie w sam raz. – powiedział z lekką nostalgią starzec – Chodź musisz ją przymierzyć. Themrod wyniósł z piwnicy lekko zakurzoną zbroję. Była to żelazna zbroja płytowa. Cały korpus i nogawice pokryte były niebieskim barwnikiem. Pozostaje zaś obszary, to jest buty, naramienniki i rękawice były posrebrzane. Hełm był niebieski, z posrebrzaną przyłbicą. Elear szybko uwinął się z założeniem zbroi. Prezentował się wspaniale. Teraz już w pełni wyglądał jak królewski rycerz. Ba, z pewnością nieliczni posiadali zbroję podobnej jakości i okazałości. Elear przyglądał się sobie w srebrzystym lustrze, gdy wtem do izby weszła Vea. -Uhuhu, widzę, że mamy gości. „Dziadku” powinieneś mi mówić, że mają do nas przyjść goście to bym się ogarnęła. – zirytowała się dziewczyna -Mi to nie przeszkadza. – ozwał się męski stłumiony głos zza przyłbicy -A kimże jesteś rycerzu? – zapytała śmiało Vea -Twoim bratem. – odezwał się Elear, po czym zdjął hełm. Wszyscy troje, roześmiali się głośno. Vea była pod wrażeniem prezencji swojego brata. Jednak o tym, że Elear udaje się na bitwę dowiedziała się dopiero wieczorem, gdy oboje rozmawiali u Vei w pokoju przed snem. -Jutro ruszamy na bitwę. – zaczął Elear -Jak to? Ty wyruszasz? Przecież, Ty nie masz żadnego pojęcia o walce wręcz. – zdziwiła się Vea -Tak, ja też wyruszam. I to, nie prawda, że nie mam pojęcia. – odpowiedział lekko obrażony chłopak -Jeszcze Cię mi tam zabiją, i co ja wtedy sama pocznę? – zapytała ze łzami w oczach Vea -Nie bój się, nie zginę. Skoro Ty mnie jeszcze nie zabiłaś, to, kto może tego dokonać? – zapytał retorycznie Elear, drwiąc z siostry -A nie chcesz czasem nie dożyć tej wyprawy i zginąć z rąk siostry, po uduszeniu poduszką? – zapytała z uśmiechem Vea, po czym przewróciła brata na łóżko i zaczeła przyduszać poduszką. Elear wcale się temu nie opierał. Złość siostry dawała mu satysfakcję. Lubił jej dokuczać. -No to sama tego chciałaś. Teraz powiem Ci coś, po czym upadniesz z nóg, więc lepiej usiądź. – obwieścił chłopak -Dobra. Byleby to było cos ciekawego. Bo nie na darmo przerywam zamach na Twą osobę. – roześmiała się siostra -Ekhmm. Maltrik, jutro też jedzie. Ścina trzy orcze łby, wraca i bierzecie ślub. – zakomunikował Elear. -Jaka ja tępa byłam, że się na te trzy głowy zgodziłam. A Vander też jedzie? – zapytała Vea -Jedzie. Ale on może mieć takich jak Ty na pęczki i dla niego jesteś za młoda. A Maltrik mi mówił, że też żałuje, bo taki biust to jednej orczej głowy nie jest wart. – znowu roześmiał się z serdecznością z siostry Elear. -Osz Ty. Co Ty masz do moich piersi? Może Ty, jakiś niewyżyty jesteś. Na kazirodztwo nie licz. A w ogóle, to panu już dziękujemy. Won z mojej sypialni! – zdenerwowała się dziewczyna, traktując jednak całą sytuację z uśmiechem na twarzy. -Już mnie nie ma. Za karę specjalnie zginę i nie będziesz miała, kogo dręczyć. – zażartował ponownie chłopak. Po czym szybko wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi. Z resztą uczynił to słusznie gdyż po chwili usłyszał dźwięk poduszki uderzającej o drewniane drzwi.
IX Oddziałem rycerzy dowodził jak zwykle Rivian Abatemarco. Prowadził on cały orszak, mając obok siebie młodego jeźdźca, którym wskazywał drogę do orców. Vander, Elear i Maltrik jechali z tyłu, z lekka się ociągając. Maltrik rozmyślał jak to będzie walczyć. Zastanawiał się, czy uda mu się ściąć trzy orcze głowy. Przekomarzał się nawet z Vanderem, twierdząc, że uda mu się spełnić ślub. Elear był jednak tego dnia markotny i małomówny. Rozmyślał, co miały znaczyć słowa, które usłyszał na ucho od arcykapłanki podczas błogosławieństwa. Co chwila przypominały mu się tajemnicze słowa: „Wrócisz do mnie, rycerzyku”. Co miała na myśli to mówiąc. Przez chwilę w głowie pojawiła się u niego myśl, że może kapłanka, pożąda go na ojca jej następczyni. Szybko jednak potraktował tą myśl jak zła marę. Przecież on był dla niej nikim, niczego jeszcze nie dokonał, to była jego pierwsza wyprawa. Po pewnym czasie zrozumiał słowa mistrzyni magii. Przewidziała zapewne przyszłość. „Więc nie zginę w tej walce” – myślał Elear. „To chciała mi przekazać, abym dał z siebie wszystko w tej bitwie.” – zastanawiał się dalej. Doszedł do wniosku, że musi tak zrobić. Musi od początku być dzielnym rycerzem, aby kiedyś posiąść Exendala. Jechali szerokim dziedzińcem. Wszyscy ubrani w piękne zbroje. Vander miał czerwono-srebrną, a Maltrik czerwono-złotą. Zbroje te przypominały zbroję Eleara. Były prawdopodobnie kute, dawno temu, a przekazywane były z pokolenia na pokolenie. Co pewien czas wystarczyło je tylko zreperować. Wykonane były przez krasnoludzkich kowali, którzy jak nikt inny znają się na płatnerstwie. Wszyscy rycerze z oddziału posiadali identyczne tarcze, z czerwonym gryfem na niebieskim tle. Głównym wyróżnikiem w oddziale był, więc rodzaj używanej broni. Kilkunastu rycerzy posiadało kopie, mając w zanadrzu niewielkie miecze typu gladius. Inni posługiwali się młotami i buławami. Zdecydowana większość oddziału preferowała jednak miecze. A tylko nieliczni używali toporów, które uznawane były za broń dla rycerzy gorszej klasy i krasnoludów. W wysłanym oddziale nie było łuczników. W środku oddziału jechał rycerz zakuty w stalową zbroję, pokrytą w kilku miejscach zieloną smoczą łuską. W miejscach gdzie nie było łuski, stal pokryta była srebrem. Cała zbroja dawała niesamowity efekt. Rycerz ten zwał się Altamir Yuskanen. Po jego lewej stronie zwisał Exendal. Altamir znowuż otrzymał go od króla, na czas wyprawy. Miecz ten w połączeniu z olbrzymimi umiejętnościami rycerza, czynił go praktycznie niepokonanym. Altamir niejednokrotnie sam rozstrzygał o losach bitwy. Również jego hełm był niecodziennie przystrojony. Po obu jego stronach umieszczone były niewielka skrzydła z piór białych orłów. Często na sam widok Yuskanena przeciwnicy uciekali w popłochu. Vander, Maltrik i Elear nieznacznie…