Fantasy · 7 min czytania
Niewinna krew - rozdział I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Słońce zaszło już jakiś czas temu. Na dworzu dość szybko zapadał zmrok. Drzewa, targane silnym, chłodnym wiatrem, obficie gubiły swoje pożółkłe, jesienne liście. Zaczęła zapadać, gęsta jak mleko, mgła. Wrażenie grozy potęgował przeszywający chłód. Niebo jednak było bezchmurne, a księżyc rzucał przepiękne srebrzyste światło. Srebrny glob był właśnie w pełni, więc oprócz gwizdu nasilającego się wiatru, dało się również słyszeć wycie wilków, a być może i wilkołaków. Mimo tych niesprzyjających warunków z karczmy znanej pod nazwą „Zajazd pod złamanym mieczem” dobiegał dość głośny harmider. Odbywała się tu wówczas biesiada z okazji 16 urodzin Xantrii, najmłodszej córki Bilranda de Sentreaux, który niestety z powodu swoich obowiązków nie mógł być obecny na owej uroczystości. Karczma była niewielka. Miejsc siedzących było dla około 12 gości. Jednak tego dnia znajdowało się w niej ponad 20 osób, a stoły były przysunięte do ściany, aby utworzyć miejsce do wszelakich tańców. Jednak z powodu dość późnej godziny, a raczej z powodu spożycia zbyt dużej ilości napojów, większość ludzi szukała miejsca do spoczynku. Niektórzy nie mogąc tego dokonać po prostu leżeli pod stołem. Na środku sali bawiły się już tylko 3 osoby, a konkretniej dziewczyny. W pewnej chwili, do jednej z nich, podszedł młody mężczyzna. -Zdaje się, że powinniśmy już wracać Veo. Themrod mówił, abyśmy wrócili przed zachodem słońca, więc i tak już jesteśmy spóźnieni. – powiedział młodzian -Czemu Ty zawsze chcesz mi rozkazywać? – odpowiedziała zbulwersowanym głosem dziewczyna, po chwili dodając ironicznie. – Jestem już duża, więc mogę chyba sama decydować o sobie?! -Zgodziłbym się z Tobą, jednakże teraz jesteś pod moją opieką i masz mnie słuchać. – odpowiedział niemalże despotycznie, po chwili dodając. –A za picie piwa, rozliczę się z Tobą później. A teraz musimy już się zbierać. Po pożegnaniu się ze wszystkimi zebranymi, młodzi ludzie wyszli na werandę. Chłopak przystanął na chwilę, spojrzał w gwiaździste niebo, po czym zjechał wzrokiem na schodzącą ze schodów na podwórko Veę. Dopiero teraz w srebrzystym świetle księżyca można było zauważyć urodę dziewczyny, która była niewidoczna w zaciemnionej karczmie. Dziewczyna była dość wysoka, o jakieś pół głowy przewyższała swoje rówieśniczki. Miała szczupłą sylwetkę, a jej jasne-blond włosy opadały jej do ramion. Jej twarz była dziecięca, wzbogacona jednak o iście przeszywający wzrok, który zapewne mógł kruszyć męskie serca lepiej niż jakakolwiek stal. Oczy jej były zielone, niczym oczy kota. Otoczone długimi rzęsami, uwydatniającymi jej piękno. Usta były różano-czerwone, a uszka lekko spiczaste, prawie jak u elfki. Do jej wyglądu nie pasowały tylko czerwone rumieńce, jakie pokazały się od zimna, a może od alkoholu, na jej jasnej cerze. Była jeszcze dość młoda, nie miała jeszcze wyraźnie rozwiniętego biustu. Miała zapewne niecałe 17 lat. Chłopak, zapatrzył się trochę, prawdopodobnie w uroki dziewczyny. -Długo mam jeszcze czekać? – odezwała się złośliwie. –Najpierw każesz mi wychodzić, a później trzeba na Ciebie czekać! Co ja z Tobą