Fantasy · 30 min czytania
Niewinna skazana
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Wstęp
Kilka słów wstępu o świecie od autorki. Po pierwsze: świat jest inny. Rzecz dzieje się na planecie, jaką jest Sharvia. Ma ona kształt elipsy, podobnie, jak Ziemia. Znajduje się na niej jeden kontynent (o tej samej nazwie) otoczony oceanem. Mawiają, że woda nie spada z planety, gdyż „Koniec Świata” jest otoczony Ścianami Śmierci. Nikt nie wie, jak wyglądają i jak „działają” te ściany. Wersje są różne, nikt żywy nie wrócił z wyprawy na Koniec Świata. Sharvia znajduje się w Galaktyce 401-K, w którym znajdują się jedynie dwie gwiazdy, leżące w dość bliskiej odległości. Sharvia jest drugą z trzech planet (pozostałe dwie są w kształcie kuli) i okrąża gwiazdę Tilę (jest jeszcze gwiazda Sorfus) tak jak dwie inne planety. Posiada trzy księżyce – Daltoniod, Saiki oraz Rundell. Istnieje około dwadzieścia ras. Rasy dzielą się również pod względem krwi: krew najszlachetniejsza to kapłani, krew szlachetna – kokici, krew ceniona – Lowarowie, krew (jak mawiają) „zanieczyszczona”, czyli Saburowie oraz krew „psia”, czyli Azmeci. W książce poznacie jeszcze inne zwyczaje ras. Na Sharvii wyznaje się dwie wiary. Po drugie: nowy czas. Czas jest trudny do opanowania, ale spróbuję go wytłumaczyć. Jeden ziemski rok to pół obrotu Sharvii wokół jej gwiazdy, toteż dwa ziemskie lata dadzą jeden rok na Sharvii. Jest on nazywany I.E.S. Jeden I.E.S składa się z 26-ciu pór. Jedna pora to 30 dni (czy dób. Jedna doba to 26 godzin, wyznacza to okrążenie księżyca Rundella). Dla zainteresowanych – porę podzielono na trzy dekady, dziesięciodniowe. To tak, jak nasze tygodnie. Dekady te nie są uwzględniane w datach. Po drugie największą jednostką czasu jest I.E. Na jeden I.E. składa się 500 I.E.S. Liczy się je od tyłu, począwszy od I.E.S. 499, aż do 1. (500 I.E.S to jest ostatni I.E.S poprzedniego I.E.) Zapisywanie dat:
21 XIII 413 I.E.S Dzień pora I.E.S oznaczenie czasowe
Pod I.E.S w nawiasie zapisuje się liczbę I.E.
Właściwe opowiadanie:
ciemne ciężkie niebo kapiący deszcz puste białe ściany wydające się kurczyć
Część 22 / 2
cisza opanowanie ból wspomnienia z ostatnich dni zamknięte oczy stłumiony płacz niemy krzyk
wśród zagubionych marzeń by być tym kim się być przestało czuć to co opuściło ciało widzieć to co już nie błyszczy lecz kiedyś dla nas błyszczało
Prolog
Otworzyła szkliste, szare oczy. Przez chwilę myślała, że to jakiś zły sen i właśnie się obudziła, jednak po pierwszym spojrzeniu na świat uświadomiła sobie, że znowu jest w pustym pokoju o pustych, białych ścianach, o pustych oknach i pustym wnętrzu. Nie licząc stołu, krzesła, łóżka i oczywiście okna i drzwi nie było tu niczego. Dotkliwe zimno, wywołane chyba wilgocią sprawiało, że uczucie bezradności i rozpaczy wzrastało. Blade, sztywne palce zacisnęły się w pięści. Cichy jęk wiatru i postukiwanie deszczu przerywało monotonną, melancholijną ciszę. Czemu, do cholery, nie skazali jej na śmierć?! Mogli to zrobić, ale nie, wygnali ją. Wiedzieli, że to będzie bardziej boleć. Że pozostanie rana, a nawet jeśli, to po niej blizna. Ślad. Nieodwracalny. Z drugiej jednak strony zrobiła to, czego chciała. Zemściła się za to wszystko, co jej zrobił. Nie zastanawiała się, co będzie potem. A tutaj nagle spadł na nią ciężar wiecznego życia. Już po wojnie, nikt jej nie zabije. W dodatku nie może się zabić sama. Nie może zasnąć. Nie może jej rozłożyć choroba. Zaklęła pod nosem. Potem wolno zwlokła się z posłania. Jej długie, kiedyś przypominające jedwab włosy rzucone były bezładnie. Jeden z kosmyków opadał na lewe oko, inny zaś okalał pół twarzy. Poszarpana, nieco brudna szata wydawała się być łachmanem. Co z tego, że kiedyś była piękną suknią, którą nosiły kobiety ze szlacheckich rodów? Teraz jej krew nic nie znaczy. Jej pochodzenie nic nie znaczy. Jej rasa nic nie znaczy. Stała się nikim, a to chyba było najgorsze. Podeszła do dębowych drzwi i nacisnęła zimną, ciężką klamkę. Drzwi były zamknięte. Cicho westchnęła i zapukała. Chwila zdawała się dłużyć w nieskończoność, aż wreszcie można było usłyszeć szczęk zamka. Ciche skrzypienie drzwi. Między nimi, na tle jasnego blasku ognia znajdowała się twarz. Znana, lecz już nic nie znacząca. Czarne, kędzierzawe włosy, małe, błyszczące oczy, wyraźnie za duży nos i opalona cera. Mężczyzna nie uśmiechał się do niej, jak dawniej. - Jesteś gotowa? Kazałem dawno przygotować konie. Kiwnęła głową. - Wiesz, jakie są procedury? Znowu kiwnęła głową, ale po chwili zwiesiła głowę i nie umiała pohamować łez. Ukryła twarz w dłoniach i pozwoliła sobie wyrazić pędzące uczucia. Mężczyzna uniósł dłoń i chciał ją położyć na ramieniu płaczącej, ale zrozumiał, że teraz jest ona zupełnie innym człowiekiem, niż dotychczas. Że jej nie zna. Nie powinien. To straszna przestępczyni. Zacisnął więc wargi i odwrócił się na pięcie. Czemu właśnie ją musiało to spotkać?...
Rozdział I
Shett był osobą sprawiedliwą i spokojną. Swój czas zawsze dzielił między pracę, a życie prywatne. Zawsze omijał karczmy i bary, nie lubił alkoholu, pojedynków, czy palonego kszeoru*. Zarobione pieniądze zwykle zatrzymywał, bądź kupował za nie potrzebne przedmioty. Niestety, dla niego połowy… nigdy nie były równe. Szczególnie, jeśli chodzi o dzielenie swojego życia. A było tak dlatego, ponieważ z zawodu był Monasem, czyli wojownikiem, który wypełniał misje w kraju. Dużo podróżował, nie omijały go również walki. Przesyłanie ważnych wiadomości, sprawy w miastach, zabójstwa potworów, czy odszukiwanie zaginionych były wpisane w jego profesję. Życie prywatne Shetta było nieco spokojniejsze. Miał mało czasu na rozrywkę i zabawy, ogólnie nie starczało go też na życie towarzyskie. Tak więc nie miał żony ani dzieci. Nie spieszył się z tym; nie miał jeszcze nawet lat trzydziestu. Z rasy był Elometem, podobną do człowieka istotą o bardzo giętkim ciele i elastycznych kościach. Z krwi był natomiast jedynie Saburem, co nie dawało mu szans na większą pensję, niż trzy Raszyce tygodniowo. Wystarczyło to jednak na chleb i wodę, toteż Shett nie miał się co martwić o swoje życie. Urodził się w rodzinie ubogiej; matka i ojciec krwi Saburów, trzy siostry, trzej bracia i dziad półkrwi, między szmatą – Azmetem, a znośnym Saburem. Kiedy epidemia jakiejś nieznanej choroby zabiła matkę, dwie siostry, dziada i wszystkich braci, został on sam – Shett, nieznany nikomu, młody Shett – jego ojciec, który próżno szukał pracy i jedyna ocalała siostra – Jokari. W młodzieńczych latach ojciec – a na imię było mu S’mhar - zadbał o to, aby Shett nauczył się walczyć mieczem, ponieważ syn nigdy nie miał predyspozycji do magii. Córkę natomiast szkolił pod względem tej mocy, gdyż od pierwszych dni życia zawsze jej towarzyszyła. Wkrótce okazało się, że w Shettcie znajduje się odrobina magii, ale nie jest jej za wiele. Wkrótce stał się więc wojownikiem, ale używał podstawowych zaklęć. Było to co najmniej dziwne, ponieważ albo ktoś się rodzi ze zdolnościami szybkiego poruszania się i władania mieczem, albo ktoś rodzi się z wielkimi zdolnościami magicznymi. Nikt jednak nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Kiedy Shett rozpoczął pracę, jego ojciec S’mhar umierał. Opiekowała nim się najmłodsza córka, ostatnia, która przeżyła. Niecały obrót Sharvii potem ojciec zmarł, a Jokari zniknęła po jego pogrzebie. Shett nie mógł jej znaleźć i nie dziwił się – Sharvia była potężnym kontynentem, a państwo Nowej Awinei zajmowało ponad jedną trzecią jej powierzchni. Shett przeżył już trzydzieści cztery obroty Sharvii. Elomeci żyli średnio sto dziesięć do stu czterdziestu takich obrotów i byli jednymi z najdłużej żyjących ras. Shett miał więc jeszcze kawał życia przed sobą i wiedział, że na wszystko ma czas. Teraz zajął się pracą, w międzyczasie wypytywał ludzi o siostrę. Tego dnia, w którym zaczyna się cała historia znajdował się gdzieś w Puszczy Nores Tastos, oddzielającą miasto o tej właśnie nazwie od Juuti Gun. Nowa Awinea była rozległym państwem, ale składała się głównie z lasów. Ta puszcza należała do wielkiego Boru Awinejskiego, roztaczającego się od Portu Mikess (leżącego na północy**) a miasteczkiem Lai, leżącym pośrodku kraju, na północ od stolicy. Shett Wędrował do jednego z Wielkich Miast Awinejskich, do Shiik, aby donieść ważne pismo z Suu Saturii. Był piękny, ciepły dzień. Tila przyświecała dziś tak mocno, że na niebie było widać również odległą gwiazdę Sorfus, oświetlającą Sharvię lekko. Dzień na tej plancecie panował bardzo długo o tej porze roku. Doba, trwająca równych dwadzieścia sześć godzin niemal posiadała teraz szesnaście godzin dnia. Shett wstrzymał konia i zsiadł z niego. Sięgnął do bukłaka i napił się kilka łyków orzeźwiającej wody, jednak od dłuższego czasu coś nie dawało mu spokoju. Z początku rozejrzał się bacznie na wszystkie strony. Gdy nie ujrzał nic, co mogłoby go zmartwić, wsiadł na konia i uznał, że może jechać dalej. Poczuł jednak, jak jego miecz ciąży w pochwie, jakby grawitacja nagle stała się większa, jakby miecz miał upaść. Shett wyciągnął go z pochwy, co ukazało się wielką trudnością i spojrzał na klingę. Wszystko w porządku; solidna robota, a miecz taki, jakim go Shett ostatnio widział. „Chyba za mało ostatnio odpoczywałem” – pomyślał Elomet i schował broń z powrotem do pochwy. W związku z takim obrotem sprawy, postanowił jechać dalej przez las. Kiedy popędził konia, ten momentalnie parsknął i stanął. Coś musiało być nie tak, jednak w powietrzu nie unosił się żaden zapach, żadne niepokojące dźwięki nie dochodziły do czułych uszu Shetta, ani nic nie ruszało się w krzakach. Kiedy jednak Elomet poczuł powiew ciepłego wiatru, wiatru niosącego ze sobą pewien rodzaj mocy, nic nie mogło być już dziełem przypadku. Moc była dla Shetta ledwie wyczuwalna, ponieważ nie był on specjalnie utalentowany magicznie. Mimo to, ów magiczna siła musiała być tak potężna, że nawet on zdołał ją wyczuć. Jakieś wspaniałe stworzenie musiało znajdować się w pobliżu. Nie mógł być to człowiek, gdyż żaden z ludzi nie ma w sobie nawet odrobiny magii. Nie mogło być to zwierzę, bo na tych terenach mało było zwierząt posługujących się mocą. Odpadały powoli wszystkie znane rasy, aż zostało tylko pięć, które tą siłę mogły wytworzyć. Luweru, Sannaci, Robladzi, Magowie oraz Elfy. Robladzi to rasa raczej szlachetna, ceniona. Mogli żyć w lasach, ale raczej już się to nie zdarzało, chociaż w Puszczy Awinejskiej żyły jeszcze wygnane rody. Luweru i Sannaci uczestniczyli w wojnie z Elfami, więc te trzy rasy raczej odpadały. A Magów na tych ziemiach było mnóstwo, byli jednak raczej ucywilizowani i nie ruszali się zza ścian swych chat. Mogło się jednak zdarzyć, że jeden z nich szukał w lesie jakiegoś składnika do mikstury, jakiegoś stwora do badań, drzewa do różdżki lub po prostu podróżował. Shett nastawił się więc na Maga. Koń nie chciał iść dalej, stawiał wyraźny opór. Elomet westchnął cicho, rozejrzał się raz jeszcze i przywiązał ogiera do najbliższego drzewa. Sam zabrał jedynie ciężki miecz i dwie sakwy; w jednej skrywał najcenniejsze rzeczy, w drugiej przedmioty potrzebne do walki. Teraz były one szczególnie przydatne, gdy na Sharvii panowały wojny, bitwy i bunty, które dotykały również państwo Nowej Awinei. Elomet zaczął się skradać cicho jak kot. To, jakiej rasy był, bardzo upraszczało mu sprawę. Nie wydawał prawie żadnych dźwięków, a skradanie szło mu dość sprawnie i szybko. Nie wiedział, w jakim kierunku ma iść, gdyż nie był czuły na moc. Wydawało mu się, że ta otacza go ze wszystkich stron. A może było kilka stworzeń? Jeśli go otaczali, zapewne musiał się szykować do obrony. Mogli mu ukraść ogiera, ale Shett nic nie słyszał. Przystanął zgięty wpół i rozejrzał się. Moc była coraz silniejsza, wręcz zaczął czuć, jak powietrze drga. Lekki ból głowy sprawiał, że Elomet zaczął się irytować. Czyżby nieznajomy był aż tak silny? Po kolejnych kilku krokach Shett stwierdził, że pora się rozejrzeć. Próbował się wyprostować, ale miecz ciążył mu niemiłosiernie. Skradający się wyjął go z pochwy, wytężając wszystkie siły, a następnie spróbował lekko położyć. Jego ciało, mimo bólu głowy jakby doznało ulgi. Shett łagodnie, wolno wyprostował się, ale w tej samej chwili powietrze przeszył świst. Elomet znał ten świst. Świst strzały, która leci ku niemu. Padł na ziemię bardzo szybko, ale zaobserwował, że kawałek drewna, który mógł go zabić był prawie tak samo szybki. Shett miał niesłychane szczęście. Teraz już wiedział, że nie tylko moc przeciwnika jest potężna. Jest on wyposażony również w bardzo dobry łuk. Właściwie Shett nie słyszał nic. W pewnym momencie poczuł jednak, jak obiekt mocy zbliża się do niego. Wreszcie wyczuł źródło. Powietrze zgęstniało, Elomet prawie nie miał czym oddychać. Było gorąco, a może tylko tak mu się wydawało? Shett chwycił miecz i spróbował podczołgać się w krzaki. Tym razem nie mógł nawet ruszyć swojej broni. Kiedy dotknął klingi palcem, poczuł przez grubą rękawicę straszne ciepło. Żelazo dosłownie topiło się pod palcami. Shett pierwszy raz w życiu nie wiedział co robić. Był pozbawiony broni. Napastnik wyraźnie chciał go zabić, wysłał strzałę. Nie można go było zaatakować magią, gdyż ta po prostu rozpłynęłaby się w powietrzu. Poruszanie się i oddychanie było trudne, Shett mógłby jednak spróbować uciekać. Jakaś siła trzymała go jednak w tym samym miejscu i nie pozwalała się ruszyć. Było to najprawdopodobniej źródło, które było coraz bliżej. Po chwili poczuł, że prawie krew w nim zamiera, a serce zwalnia. Źródło niespodziewanej mocy było kilka metrów od niego. Odwrócił głowę. To, co zobaczył na zawsze utkwiło w jego umyśle. Pierwszy raz widział osobę o takim wyglądzie. Wyprostowana, wyższa od niego postać. Shett był dość wysoki, ale wiedział, że jest wiele osób wyższych od niego. Zdziwił się jednak widząc, że jest to kobieta. Kobieta chuda, nawet za bardzo chuda. Miała imponującej długości czarne włosy, z przodu opadające po jej sylwetce aż do kolan, z tyłu kończące się kilka centymetrów nad kostkami. Włosy te były proste i gładkie, z wyglądu przypominały jakąś tkaninę. Kobieta miała strasznie bladą cerę, na której tle czerń wyglądała na jeszcze mocniejszą i ciemniejszą. Duże oczy mieszały w sobie szarość z głęboką zielenią. Długie rzęsy, mały, trochę szpiczasty nosek i drobne, malinowe usta wyglądały trochę dziwnie na długiej, „pełnej” twarzy. Brwi miała zdecydowanie zbyt małe i za bardzo oddalone od oczu, co psuło cały ich wizerunek. Dalej jednak widać było długą, wspaniałą szyję i wychudzone ramiona. Dłonie były proporcjonalne do wysokości kobiety. Palce – długie i giętkie – zakończone długimi, dawno nie obcinanymi paznokciami zaciskały się na łuku. Okryte tylko zieloną tuniką, która została poszarpana. Kiedyś musiała być