akcja · 50 min czytania
Nieznajomy (epizod II - cz.1)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
I
Słońce delikatnie, jakby od niechcenia, przeciskało swe promienie przez listwy okiennic, penetrowało małą izbę mackami światła. Ze snu wyrwał go cichy odgłos, którego nie potrafił nazwać. Otworzył oczy, rozejrzał się powoli dookoła. Nie poznał tego miejsca. Wiedział jednak, że nigdy wcześniej tu nie był. Pomieszczenie było małe i niezbyt przytulne. Ława, na której leżał, wyścielona była niedźwiedzimi skórami. Nie dawały ciepła, ale przynajmniej sprawiały, że było miękko. Po prawej stronie, przy ławie, na wysokości jego głowy, stał dosyć nieudolnie wykonany, krzywy, powyszczerbiany stołek, na którym tlił się jeszcze kaganek. Odsunął koc i dotknął swojego boku. Poczuł, że owinięty jest lnianym opatrunkiem. Ciasno, równo i nad wyraz umiejętnie. Osoba, która go opatrzyła, pomyślał, na pewno lepiej znała się na leczeniu ran niż na robieniu stołków. Próbował sobie przypomnieć jak się tu dostał, ale w głowie miał pustkę wymieszaną z bólem, który nie pozwalał mu się skupić. Jak przez mgłę pamiętał ostatnie chwile, deszcz, błoto, dwa trupy, czyjeś dłonie na swojej głowie i ciemność, która nastąpiła zaraz potem. Zamknął oczy i przykrył się kocem, po samą szyję. Nagle usłyszał lekki szelest dobiegający z rogu izby, tuż przy oknie. Spojrzał. Była boso, w prostej, białej sukience. Stała nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w podłogę. Długie, nienaturalnie czarne niczym onyks, włosy niemal całkowicie przykryły jej twarz. - Witaj - powiedział. Podniosła głowę, spojrzała na niego zimnymi, ciemnymi oczami. Nie odpowiedziała. Zauważył, że nie jest opalona, co od razu wydało mu się przynajmniej dziwne. Leżał przecież w wiejskiej chacie, a o tej porze roku, gdy lato minęło i jesień dawała o sobie znać swymi kolorami, wiejskie dziewczęta były zwykle spalone na brąz. Ona nie. Jej twarz i odkryte ramiona były blade. Trupio blade. - To ty mnie tak opatrzyłaś? Uśmiechnęła się, robiąc krok w jego stronę. Poczuł chłód. - Ja nie opatruję – powiedziała cicho. – Ja przychodzę, gdy opatrunki zawodzą. Patrzył na nią. Była jasna, nienaturalnie jasna i świetlista na tle szarej, ponurej izby. - Kim jesteś? – spytał wolno po chwili ciszy. Uśmiechnęła się znowu, podeszła jeszcze bliżej. Powiało zimnem. Przenikliwym chłodem. - Nie wiesz? Milczał chwilę. - Wiem – spojrzał w jej zimne oczy. – Zdaje się… Że wiem. Był spokojny, opanowany. Nie potrafił inaczej. Nie chciał inaczej. Zwłaszcza teraz. - Zawsze byłem ciekaw, Pani, jak wyglądasz. - Nie musisz mnie tak nazywać – odpowiedziała. – Znamy się przecież od lat. - Znamy się – potwierdził. – Mówili, że idziesz za mną. - Idę. Ale ty nigdy nie obejrzałeś się za siebie. Nie spojrzałeś na mnie. Nie spojrzałeś w moje oczy. Nigdy. Aż do dzisiaj. Dzisiaj zobaczyłeś moje oczy po raz pierwszy. Musiałam przyjść, żebyś w nie spojrzał. Nie odpowiedział. Nie miał jej nic do powiedzenia. Był zmęczony i senny. - Jak to się… Stanie? – spytał po chwili. Ze wszystkich sił starając się nie okazywać emocji. Podeszła jeszcze bliżej, usiadła przy nim. Nie zwracał już uwagi na chłód, jaki ze sobą niosła. Spojrzał na jej rękę, na prawym nadgarstku zawiązaną miała złotą nić, której koniec, bezwiednie, opadał na podłogę. Dotknęła jego dłoni. - Przywiążę drugi koniec tej nici do twojej ręki – powiedziała, patrząc mu w oczy – i odejdę, a ty pójdziesz za mną. Poprowadzę cię przez las, zimny i cichy. Wejdziemy we mgłę, jeszcze zimniejszą. Mokrą od łez tych, których prowadziłam przed tobą. - A co będzie dalej… Za tym lasem? Za mgłą? - Nic – puściła jego dłoń i wstała, podchodząc do okna. – Dalej nie będzie już nic. - Nic? - Zupełnie nic. - Od lat idziesz za mną – powiedział – a swoją nić wiązałaś innym. Tym, których spotykałem. Na których mi zależało. Dlaczego? Czy chciałaś sprawić, abym zaczął się ciebie bać? Abym ze strachu zaczął oglądać się za siebie? Coś Ci powiem. Ja zawsze się ciebie bałem, zawsze. To dlatego nigdy się nie odwróciłem. Ze strachu. Bałem się, że jak się odwrócę, to zobaczę jak idziesz tuż za mną. Bałem się zawsze. Do teraz. - Do teraz? - Tak. Do teraz. Przyszłaś tu do mnie, dotknęłaś mojej dłoni, a ja nie czuję strachu. Nie czuję nic. Zabierając mi wszystko, zabrałaś również mój lęk przed tobą. - Więc przy karczmie, gdy leżałeś w kałuży własnej krwi, a ja klęczałam przy tobie, jeszcze się mnie bałeś? Ty… - spojrzała na niego. - Gaeth z Gynvahl, sławny łowca wszelkiego ludzkiego plugastwa, łowca skrytobójców, gwałcicieli, zdrajców i innych potworów w ludzkiej skórze, bałeś się mnie. Schlebia mi to, bo ludzie powiadają, że Gaeth z Gynvahl, zabójca wszystkiego na usługach tych, którzy za porządek, czasami z poczucia sprawiedliwości a czasami ze zwykłej zemsty, gotowi są zapłacić, nie boi się nikogo i niczego. Gaeth, dzięki któremu zawiązałam nić na setkach rąk, bał się mnie. Nie jesteś lepszy ode mnie, wiesz? - Mylisz się. - Czyżby? – jej usta wykrzywiły się w lekkim uśmiechu. – Przychodziłeś cicho, tak jak ja przychodzę. Ci, którzy nasłuchiwali czy po nich nie idziesz, bardziej bali się ciebie niż mnie. Widziałam to w ich oczach. A kiedy wyciągałeś miecz, ja byłam dla nich jedynym wybawieniem. Błagali mnie, bym ich od ciebie zabrała. I nie mówię o tych, którzy zasłużyli na to, by ich głowa spadła z karku. Mówię o tych, których przekleństwem stało się to, że byli inni. Mówię o tych, za których ktoś zadecydował, że nie pasują do miejsca, w którym żyli. A potem zapłacił, aby trafili na ciebie, mimo, że w ich sercu nie widziałam zła. - Dlaczego mnie nie zabrałaś spod karczmy? - Może byłam zajęta tymi szubrawcami, których mi podarowałeś, a może dlatego, że żal mi się zrobiło chłopca, który ze łzami w oczach, własną koszulą, przecierał ci twarz. On się mnie nie bał, wiesz? Nie widział mnie, ale jestem pewna, że czuł moją obecność. Mimo to, nie bał się. Miał to samo spojrzenie, które ty miałeś, kiedy przyszłam po twojego ojca. Kiedy jako chłopiec, nachylałeś się nad nim, próbując wyciągnąć strzałę z jego piersi. Te same oczy. Bez trwogi. Jedynie rozpacz i gniew. - Skończmy z tym – powiedział z trudem. – Niech to się już skończy. Podeszła bliżej, znów poczuł od niej przenikliwe zimno. - Nie dzisiaj – powiedziała. – Pewnego dnia tak, ale nie dzisiaj. - Odebrałaś mi… - Nie! – przerwała, jej twarz zrobiła się jeszcze bardziej trupio blada. – Ja niczego nie odbieram! Ja tylko przychodzę i zawiązuję nić, aby nikt wtedy nie był sam. Sam, w zimnej i mokrej mgle… Odwróciła się i powoli odeszła w stronę zamkniętych drzwi. Dopiero teraz zauważył, że jej stopy nie dotykały podłogi. Kobieca sylwetka zaczęła się nagle rozmazywać. Zmrużył oczy, by ją lepiej widzieć. Odwróciła głowę. - Do widzenia, Gaeth – uśmiechnęła się po raz ostatni. – Do zobaczenia, kiedyś. Milczał, wpatrując się w coraz słabiej widoczną, białą postać. Po chwili nie widział już nikogo. Znowu był sam w pustej, szarej izbie. Leżał nieruchomo, zastanawiając się, czy to było tylko przewidzenie, senne majaki rannego i osłabionego człowieka. Jeszcze raz rozejrzał się po izbie, wzrokiem szukając swoich rzeczy. Nigdzie nie było śladu, ani po jego odzieniu, ani po broni. Płomień kaganka, który jeszcze niedawno delikatnie się tlił, całkowicie zgasł. Spojrzał na okno, cichy śpiew ptaków i szum wiatru rozbrzmiewał na podwórzu. Miał nadzieję usłyszeć odgłos końskich kopyt, może delikatne, znajome rżenie lub parskanie. Nie usłyszał. Tylko ptaki i wiatr. Nic więcej. Ptaki i wiatr. Gdzie jesteś koniku, pomyślał, co oni ci zrobili? Daj znać, że jesteś blisko. Nic. Tylko ptaki i wiatr. Zrobiło się cieplej. Słońce wznosiło się coraz wyżej i coraz śmielej przebijało się swoimi promieniami przez szpary w okiennicach. Poczuł się bardzo zmęczony. Zamknął powieki. Chciał przypomnieć sobie jej twarz, jej zimne, ciemne, martwe oczy. Nie zdążył… Sen przyszedł szybciej.
II
- Co z nim? – spytała, gdy tylko przekroczyła próg chałupy. - Niedobrze, zdaje mi się, coby zmysły tracił. - Aż tak źle? W nocy gorączki już nie miał. Myślałam, że mu się poprawia – Hagal spojrzała w stronę drzwi, za którymi leżał nieznajomy. - A i mnie się takoż myślało – twarz staruszka posmutniała – ale rano, jakeś tylko do lasu wyjszła, majaków dostał straszliwych, a w majakach tych, sam do siebie jął gadać jako niby z kim drugim, coby z nim w izbie stał. O czym gadał nie wiem, drzwi żem nie otwierał. Coś jakeby go… zabrać i… że ktoś za nim idzie? Mówię Ci, córko, niedobre się rzeczy z nim dzieją. Gadał, jakoby się blekotu opił. - Oj tatko, przesadzasz pewnie, jak zwykle – uśmiechnęła się. – Może mu się coś śniło tylko. Powiem ci, że to nawet dobry znak. Od trzech dni tu jest i nawet oczu na moment nie otworzył. Skoro się rano odezwał, to pewnie i na nogi stanie niebawem. Wiklinowy koszyk, po brzegi wypełniony dzięgielem, krętolistkiem, lubczykiem oraz innymi ziołami, których nazw, prócz niej, nie znał chyba nikt, postawiła przy piecu. Z drewnianej skrzyni wyciągnęła długie, równo pocięte, kawałki lnianego płótna. Do miski nalała czystej, źródlanej wody. - Zobacz, tato, czy wywar już gotowy, ten z rumianku i białej lilii. Stary Vretomir siedział przy piecu nieruchomo, wpatrzony w podłogę. Nie usłyszał. - Powiadasz, dobry to znak… Ano obaczym. Mnie się widzi coby… Tak… No tak… Ale jeśli ty tako rzeczesz, tedy musi być prawda… - mówił coraz ciszej, nie przestając patrzeć pod nogi. – A i niech po twojemu będzie, córeczko. Co mnie, staremu, do tych spraw, o których wiedzy nie mam. Ty zielskie księgi czytasz, wiesz dobrze, co w onych na obrazkach wyobrażone i co podle obrazkiem stoi. Gdy tylko… - Podaj mi, proszę, misę z wywarem – przerwała mu. – Sama sprawdzę czy już dobry. - …obaczysz jakie ziele, zrazu wtenczas wiesz, gdzieżby go przytkać, coby ulgi człekowi przydać – ciągnął dalej stary, zupełnie nie zważając na prośbę Hagal. Domyśliła się szybko, że na ojcowską pomoc, jak zwykle zresztą, nie bardzo ma co liczyć. Z trudem przecisnęła się między staruszkiem a piecem, sięgnęła po misę. Zamieszała. Zapach rumianku i białej lilii rozniósł się natychmiast po całej izbie. Już dobry, pomyślała, czas zmienić opatrunki. - A ty się nic nie martw, ojcze – powiedziała, kładąc mu dłoń na ramieniu. Spojrzał na nią raptownie, jakby wyrwany ze snu. Uśmiechnęła się. – Wszystko z nim dobrze. Ty gadasz do siebie, nawet jak nie śpisz, a zdrowyś, więc tym bardziej jemu, śpiącemu, gdy sobie pogada, nic złego się nie stanie. Kiwnął głową na znak, że się zgadza. Ufał jej. Ufał we wszystkim. Pocięte kawałki płótna rozdzieliła na dwie równe części. Jedną część przewiesiła sobie przez ramię, drugą zamoczyła w misie. Zapach kwiatów znowu mocniej zawirował dookoła. Podeszła do drzwi. Uchyliła je, najciszej jak umiała. Zajrzała do środka. Mężczyzna spał. - A… No tak… Com ci ja miał podać? Odwróciła się cicho. - Już nic. Mam wszystko, co mi potrzebne – powiedziała szeptem. – Nie przerywaj sobie. - No tak… - Vretomir podrapał się po czole. – A o czym to jam gadał? A… No tak, że drwa narąbać trza, coby do grzania nie zbrakło. Pójdę tedy, za siekierkę złapię. Może o kwiatach i zielsku twoim, ja nie rozumny, ale siekierę dzierżę jak nikt.
Część 22 / 2
III
Podeszła do niego niemal bezszelestnie, niczym kotka, skradająca się do mysiej dziury. Kaganek ze stołka zestawiła na podłogę, w jego miejsce położyła misę z wywarem. Drugą misę, z czystą wodą, postawiła przy kaganku. W powietrzu zatańczył zapach rumianku i białej lilii. Zbudził go jednak inny zapach, zapach jaśminu. Zapach Hagal. - Witaj, wędrowcze – powiedziała z uśmiechem, wyciskając z namoczonej szmatki nadmiar wywaru. - Widzę, że gorączka minęła, a i wyglądasz lepiej. - Witaj, pani – odpowiedział cicho, głos miał nieprzyjemny. - Muszę odsunąć koc, więc radzę chwilowo zapomnieć o wstydzie. Pewnie zauważyłeś już, że prócz opatrunku, nie masz na sobie nic. Mi to nie przeszkadza, więc mam nadzieję, że i tobie nie będzie. - Nie będzie – skłamał. Dłonią pomacał swoją twarz. - Sądząc po zaroście, jestem tu jakieś trzy dni – powiedział przesuwając dłoń po grdyce. - Nic, poza jednym snem, nie pamiętam, więc musiałem być nieprzytomny. Nie widzę nigdzie moich rzeczy, albo je straciłem, albo je schowaliście. To akurat nie za bardzo mnie obchodzi, bo zbyt wiele nie miałem. Chcę tylko wiedzieć co z Duchem. - Z Duchem? - Mój koń, co z nim? Powiedz mi, proszę. Musze to wiedzieć. - Nie martw się – Hagal spojrzała w kierunku okna. – Twój koń jest cały i zdrowy. Czysty, rozkulbaczony i nakarmiony lepiej niż niejeden chłop w Rejmyre. Twoje rzeczy są bezpieczne. Twój miecz też w niepowołane łapska się nie dostał. Martwić się już nie musisz, choć twe obawy rozumiem. Konia masz pięknego, a i twój miecz jest niezwykły. Odetchnął z ulgą. Duch jest wszystkim, co mam, pomyślał. Dziwnie się poczuł, gdy go odkryła. Spojrzał na jej twarz. Dziewczyna była piękna, całkiem inna niż wszystkie kobiety, które widział do tej pory. Spod ciemnokasztanowych, opadających na ramiona włosów, spoglądały na niego duże, migdałowe oczy, koloru wzburzonego morza. Pełne ciepła i serdeczności. - Dziękuję ci, pani, za opiekę i za gościnę – powiedział cicho. Spróbował się przy tym uśmiechnąć. Nie wyszło. - Cieszę się, że mogłam pomóc – odpowiedziała, przysuwając stołek z misą bliżej siebie. – I nie musisz mi paniować. Jestem Hagal. A ty? Masz jakieś imię? A może wolisz być nazywany wędrowcem? - Gaeth… Jestem Gaeth… - Miło mi cię poznać… Nareszcie przytomnego, Gaeth. Małym nożykiem przecięła lniane płótno, którym owinięty był nieznajomy. Delikatnie obróciła mężczyznę na prawy bok, usuwając kolejne warstwy opatrunku. Gdy zdjęła ostatnią warstwę, ich oczom ukazała się paskudna i niezbyt równo zszyta rana. - Wyglądałoby to lepiej gdybyś się nie wiercił jak cholera – odpowiedziała zanim zdążył zapytać. – Więc sam sobie jesteś winny, że jest tak krzywo. I uprzedzam, Gaeth, nie narzekaj. A gdyby jednak przyszło ci do głowy narzekanie, to miej na uwadze to, że niepostrzeżenie mogę podać ci coś, po czym przez tydzień z wychodka nie wyjdziesz – roześmiała się – a i na rzyci nie usiedzisz przez następne dwa tygodnie. - Ani mi w głowie narzekać, pani – odezwał się cicho. – Rad jestem, że w twoich rękach ratunek znalazłem. Do warunków najgorszych przywykłem, a i wybrzydzać nie mam w zwyczaju. - Jeśli prawdę mówisz to i ja rada jestem to słysząc. Uśmiechnęli się oboje. W tym samym momencie spojrzeli sobie w oczy. - Nie jesteś stąd – zauważyła morskooka. – Dziwny masz akcent. Polała ranę czystą wodą, dokładnie obmywając. Delikatnie wytarła. Jeszcze raz zanurzyła szmatkę w rumiankowo-liliowym wyciągu i wycisnęła jej zawartość wprost na ranę. Gaeth skrzywił się raptownie i zasyczał. - Zapomniałam ci powiedzieć, że może szczypać – powiedziała, zanurzając ponownie dłonie w misie. - Nic… nie szkodzi – wycedził przez zęby, gdy Hagal drugi raz wylała na niego zawartość namoczonej ścierki. – Wytrzymam… Aaaj… Psia krew… Namoczyła trzeci raz. Wycisnęła. - Yyyyhh… - zajęczał. – O bogowie! Słowo daję, że bolało mniej, kiedy przebijali mi ten bok gizarmą. - Słowo daję – wzięła do ręki pocięte równo kawałki płótna – że wolałam, jak byłeś nieprzytomny. Przynajmniej nie kwiczałeś jak prosiak. Nie odpowiedział. Nawet gdyby chciał, nie wiedziałby co odpowiedzieć. Leżał nieruchomo, starając się wytrzymać palące pieczenie. Zaciskał zęby, aby nie kwiczeć. Osuszyła ranę i delikatnie założyła nowy opatrunek. - Dziękuję ci, za wszystko. Za uratowanie życia. - Szybko się goi. Myślę, że jeszcze dzień lub dwa i będzie można to całkiem zdjąć. Masz dość siły by stękać i jęczeć – dodała - więc na pewno będziesz miał dość siły, by wyjść z tej izby. Sam chyba wiesz najlepiej, że powinieneś się dużo ruszać. Nie wiem kim jesteś i czym się zajmujesz, ale sądząc po twoim mieczu i sylwetce, sprawnością zarabiasz na chleb. - Sprawnością – zgodził się obcy – można tak powiedzieć. Podeszła do okna, otworzyła okiennice. W izbie od razu pojaśniało. Gaeth uznał, że zrobiło się trochę przyjemniej. Z trudem udało mu się podnieść na łokciu. Czuł pieczenie i ból w boku, ale nie rezygnował. Z zaciśniętymi zębami udało mu się usiąść na ławie. Hagal, uśmiechnięta, spojrzała na niego. Kiwnęła głową z zadowoleniem. - Skąd jesteś, Gaeth? Nie mówisz jak Koirczycy… Z Nowego Stregovaru też nie jesteś. Znam tamten akcent, twojego nie poznaję… - Jestem z Gynvahl, pani, z… - A ja nie jestem pani – przerwała mu. – Mówiłam ci przecież. Hagal, pamiętasz? - Jestem z Gynvahl – poprawił się. - Z Temiru, tego południowego. - Daleko więc jesteś od domu – zdziwiła się. – Tym bardziej wszyscy tu służymy ci dachem i gościną. - Ale jak ja się właściwie… Jak się… - Tu znalazłeś? – uprzedziła jego pytanie. – Hubrig opowie ci wieczorem. - Hubrig? - Tak, mój synek – uśmiechnęła się. – To jemu, Gaeth, najwięcej zawdzięczasz. No… Ale o tym porozmawiamy później. Teraz muszę już iść, przygotuję strawę, potem świeże zioła przebiorę i do suszenia nad piecem zawieszę. Jeśli byś czego potrzebował, zawołaj, będę za drzwiami. Przyjdę – odwróciła się w jego stronę z uśmiechem – jeśli cię usłyszę. Teraz odpoczywaj. - Czy ktoś tu jeszcze do mnie przychodził? Gdy byłem nieprzytomny? - Tylko mój ojciec i Hubrig – odpowiedziała. – Poza mną, oczywiście. - A kobieta? Wchodziła tu jakaś inna… Ubrana na biało? - Nie, Gaeth – spojrzała się na niego ze zdziwieniem. – Nie było tu nikogo więcej. Może ci się co śniło. Ojciec mówi, żeś rano mówił przez sen… - Być może – odparł niespokojnym głosem. Był jednak niemal pewien, że to nie był sen… - Jeszcze jedno… - zatrzymała się w drzwiach, ta myśl nie dawała jej spokoju. – Dlaczego twój koń to Duch? Niespotykane to imię dla konia. - O tym porozmawiamy później – spojrzał ponownie w jej morskie oczy, nadając swoim ustom kształt niby uśmiechu. – Przecież musisz już iść. Idź więc. Opowiem ci później. Jeśli mnie usłyszysz. - Twoje imię też jest dziwne, będziesz miał mi więc wiele do opowiedzenia – powiedziała, wychodząc. – I obiecuję, że usłyszę… Drzwi delikatnie zamknęły się za nią. Gaeth wciąż siedział wsparty na wyprostowanych rękach. Mimo, że został w izbie sam, ciągle jeszcze czuł jej obecność. Czuł zapach piękniejszy niż rumianek i lilia… Czuł jaśmin…
IV
Kłęby kurzu spod ciężkich, końskich kopyt, wzbiły się wysoko ponad okolicę. Jeźdźcy, zatrzymawszy się na pustym placu przy karczmie, zeskoczyli z koni. Kołczany pełne strzał, zakołysały się na ich plecach. Nie sprawiali wrażenia przyjaznych gości, chcących się tylko najeść do syta i odpocząć. Płonące pochodnie w ich dłoniach nadawały im wyglądu, co najmniej, upiornego. Golvan rozejrzał się dookoła, powoli wyciągając z pochwy swój miecz. Milczał. Pięcioro jego towarzyszy stanęło za nim. Ubrani byli podobnie. Ich ciemne, skórzane stroje, nosiły wyraźne ślady wielu walk i kontaktu z błotem. Przez plecy przewieszone mieli łuki. Jedyne, co ich różniło, to pozostała broń. Lorcan i Nathair, bliźniacy z zarostem koloru słomy, uzbrojeni byli w ciężkie topory, wsunięte ze szerokie, nabijane ćwiekami, pasy. Sapali głośno a skóra na ich twarzach nabrała różowego odcienia. Najwyższy z bandy, długowłosy Bideven, dzierżył w ręku puginał z fantazyjnie zdobioną rękojeścią i stożkowatą głownią o dwóch ostrzach. Opasły do granic możliwości Halga, spocony jak stary wieprz i tak samo cuchnący, wymachiwał buzdyganem. Wymachiwał tak zamaszyście, że zahaczył nim o swoje własne kolano. Stłumił skowyt, który próbował wyrwać się z jego gardła, spojrzał na towarzyszy, aby przekonać się czy żaden z nich niczego nie zauważył. Nie był do pierwszy przypadek, kiedy jego pałka, przypadkowo uderzyła o niego samego. Po ostatnim takim razie, na jego tłustym czole wciąż lśnił dumnie granatowy siniak. Ostatni z nich, ciemnowłosy Hazeem, był inny. Jego ciemniejsza skóra nawet zimą wyglądała na opaloną. Mówił mało, z dziwnym akcentem. Kołczan nosił na biodrze a przez plecy przewieszone miał skośnie dwa niedługie miecze o bardzo dziwnych, zakrzywionych głowniach. Poza imieniem nie wiedzieli o nim niczego i nawet nie próbowali pytać. - Wyłazić wszyscy z chałup! – wrzasnął Golvan. – I to żwawo, bo nie mam ani chęci, ani zamiaru wyciągać was siłą. Klnę się jednak na bogów, że zrobię to, jeśli mnie do tego zmusicie. Mężczyźni! Kobiety! Dzieci! Wszyscy na plac! Bliźniacy ściągnęli z pleców łuki. Cofnęli się. Obaj przyklęknęli na jedno kolano, znieruchomieli. Reszta bandy rozdzieliła się na boki. - Kim jesteście i czego chcecie od nas, porządnych ludzi? – Odezwał się starszy mężczyzna, wychodząc zza karczmy. - Kto dał Ci prawo smarkaczu, prawić nam co mamy robić? Nathair napiął cięciwę. Lorcan uczynił podobnie. - Milcz starcze, bo każe spalić tę dziurę! – Golvan zbliżył się do dziadka. – Jak cię zwą staruszku? Powoli z chałup zaczęły wychodzić wystraszone, ludzkie postacie o zdziwionych twarzach. Nikt nie wiedział co się dzieje. - Jestem Borga – powiedział staruszek Golvan uśmiechnął się szeroko, nie był to jednak uśmiech serdeczny. - Bo widzisz dziadku… To znaczy, Borga… - smarkacz odwrócił się plecami do staruszka. – Albo jesteś bardzo odważny, albo bardzo głupi. Jedno i drugie nie gwarantuje ci długiego życia. Spójrz. My, w przeciwieństwie do was, jesteśmy uzbrojeni, więc miejcie rozsądek i róbcie, co mówię a nikomu nie powinno się nic stać. Uprzedzam, że moi chłopcy poradzą sobie z każdym, kto podniesie swoją brudną łapę na nas. Jego uśmiech stawał się coraz paskudniejszy. Kobiety podchodziły bliżej, tuląc swoje dzieci do siebie. Za nimi szli chłopi ze spuszczonymi głowami. - Niech nikomu nie przyjdzie do głowy się buntować! – krzyknął Golvan do coraz większego tłumu wieśniaków. – A Ty, Borga… - Nie będziesz mi mówił co mam… Dłoń zacisnęła się na dziadkowym gardle błyskawicznie. Golvan zbliżył do niego swoją twarz. Nie było już na niej uśmiechu. - Miałeś szansę przeżyć, głupcze – wycedził przez zaciśnięte zęby – ale moja cierpliwość do ciebie właśnie się skończyła. Popchnięty Borga upadł na ziemię. Golvan podniósł do góry lewą pięść. Opuścił ją, kiedy dziadek zaczął się podnosić. W tym samym momencie świst wystrzelonych strzał rozdarł powietrze. Dwa groty, jeden przy drugim, wbiły się w dziadkową pierś. Upadł, nie dając oznak życia. Ludzie stanęli jak wryci. W oddali rozległ się cichy płacz dzieci i kobiet. - Kto nie stanie tu na placu, tego czeka taki sam los! – krzyknął Golvan do tłumu, poczym odwrócił się do swoich chłopców. – Bideven, Helga, wyciągnijcie resztę tego motłochu z chałup, jeśli chłopi będą stawiać opór, zabić. Tylko pamiętajcie, że kobietom nie może stać się krzywda. No… powiedzmy, większa krzywda… - No to idziem, Helga – Bideven cały aż się trząsł z radości. – Wraz się rozrywka zacznie. - A jakże – sapnął grubas, wycierając rękawem koszuli, spoconą twarz. Hazeem dobył obu mieczy i stał nieruchomo. Wyglądał najgroźniej z całej szóstki. Bliźniacy wyciągnęli następne strzały i ponownie napięli łuki. Byli gotowi oddać drugi strzał. Gdyby tylko zaszła taka potrzeba. - Nikomu, kto będzie rozsądny, nie stanie się krzywda, więc żwawo tu, pókim cierpliwy. Lecz jeśli są tu jeszcze jacyś bohaterowie… - chłopi pokręcili przecząco głowami. – I dobrze… Im szybciej to załatwimy, tym szybciej odjedziemy. Prawda, chłopcy? - Ty, Lorcan, myślisz, że będzie jatka? – Nathair szepnął do brata. - Eee… chyba nie, chłopi pewnie aż tak głupi nie są. Ryzykować im chyba nie we łbach. - Skoro tak gadasz… - Gadam ci… To zapadła dziura, nikt tu nie zagląda poza zwierzem z lasu. A i wieśniacy nic poza ryciem pola nie znają. Nie we łbach im łapy podnosić. - Zabijać w walce, braciszku, to i godzi się, ale chłopów bezbronnych katować, to jakoś… - Eee… nie dumaj na ten sposób, bo i we łbie potem ci się będzie kotłować, Nathair. Gadam ci, zapłata to zapłata. A czy masz strzałą przebić rycerza czy starego dziada, co gębę wykrzywia, to dalsza sprawa. Nie nam osądzać czy się godzi. Nam tylko zapłaty pilnować. - Złoto, dobra rzecz… Ale nie lubię ubijać, gdy kto nie zbrojny. Myślisz, że się nie odważą? - Zobaczym… Ale coś żem słyszał, że się jakieś niedawno, smarkacze chędożone, rzucili w tej dziurze na obcego. Nie dalej jak dni temu ze sześć, dla zabawy. Nie wiem, czy ubić chcieli, czy li tylko strachu zadać, ale marnie skończyli. Z gębami swemi we błocie i z wnętrznościami na zewnętrzu. Nauczkę dostali, by łap nie podnosić, przeto tera najsampierw się będą baczyć czy aby warto. - A jak ten obcy tu jest? Może się w te dni sześć, zżył z wieśniakami i bronić ich będzie miał w sumieniu? - Eee… Nie obroni, nawet gdyby mu się chciało chcieć. Podobno ranny był srogo i ducha oddał zaraz po nich. We błocie, tym samym, go jakie dziecko znalazło. Miejscowe pijaki z karczmy chcieli obcego trupa zabrać, to się dzieciak rozpłakał i prosić jął, by go ostawili. Jak zaczęli gówniarza odpędzać kijami, to się w chłopaku co pozmieniało, jakoby się wilczej jagody albo bieluniu nażarł. W szał jaki wpadł, za miecz obcego chycił i zaczął nim wywijać, mało komu krzywdy nie narobił. Nikt go ruszyć nie chciał, bo smarkacz podobno matkę ma czarownicę. Za wioską mieszkają, przy uroczysku, tam gdzie nikt z własnej się woli nie zapuszcza. Potem, słyszałem, podobno dziad jego a ojciec tej czarownicy,…