akcja · 43 min czytania
Nieznajomy (epizod II - cz.2)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
VI
Duch wzdrygnął się niespokojnie, parskając i wierzgając kopytami, poczym nagle uspokoił się. Mimo panujących ciemności, poznał kroki człowieka, który się do niego zbliżał. Poczuł znajomą dłoń na swoich nozdrzach. - Nie lubisz ciasnych stajni, co? – chrypliwy głos Gaetha, w drewnianej, niemal pustej stodole udającej stajnię, brzmiał jeszcze nieprzyjemniej niż zwykle. – Nie przejmuj się bracie, ja też nie. Jutro, gdy tylko zaświta, wyjedziemy stąd. Pojedziemy na południe, do Gwyntii. Może znajdzie się tam co dla nas do roboty. Podobno nowe czasy tam nastały, a gdzie nowe idzie, tam pewnie i dla nas jaki zarobek się znajdzie. Tęsknisz za domem, co? Ja też. Tam gdzie pojedziemy, do domu bliżej. Odpocznij koniku do rana, bo droga przed nami daleka. Zwierzę spojrzało na niego swoimi wielkimi, czarnymi ślepiami, cicho parsknęło. Opuściło łeb. - Smutne masz oczy, przyjacielu – Gaeth poklepał Ducha po karku. – Chciałbyś tu jeszcze pewnie zostać. Dobrze ci tu, co? Jesz do syta, śpisz pod dachem, nie tułasz się po norach zabitych dechami, nie wiedząc nawet czy jutro coś włożysz do pyska. Też bym tu został, ale nie możemy. Chyba rozumiesz, że nie możemy, prawda? Jeśli tu zostaniemy, ściągniemy na nich kłopoty. To dobrzy ludzie, pomogli nam a my się nawet nie mamy czym odwdzięczyć. Jedyne, co możemy zrobić, to odjechać, aby oszczędzić im problemów. Lada dzień wójt wyśle tu swoich pachołków po mnie, a wtedy to miejsce przestanie być dla nich bezpieczne. Wiem, że ci się to nie podoba, ale tak to już jest. Nikt nie lubi obcych, zwłaszcza takich, którym nie można narzucić swojej woli. Duch nagle cofnął łeb i nerwowo zaczął tupać kopytami po drewnianej podłodze, wyłożonej słomą. Gaeth odruchowo sięgnął ręką po miecz. Zamiast chwycić za rękojeść, poklepał się tylko po pustym boku. Miecza nie było na swoim miejscu. Został w chałupie. - Psia mać! – zaklął pod nosem przez zaciśnięte zęby. Koń, coraz bardziej niespokojny, szamotał się we wszystkie strony. Gaeth wyprostował się, zamknął oczy. Nasłuchiwał odgłosów, kroków, czegokolwiek. Nie usłyszał nic. Po chwili trzask łamanych, suchych gałązek doszedł do jego uszu. Nawet nie drgnął. Powoli, ze wszystkich sił starając się nie stracić skupienia, rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby posłużyć za broń. Od wideł dzieliły go dwa kroki. Zdążę, pomyślał, robiąc krok w ich stronę. Wrota stodoły lekko zaskrzypiały. Gaeth zacisnął pięści, nosem nabrał powietrza. Uśmiechnął się. Poczuł jaśmin. - Nie mogłam zasnąć. Pomyślałam więc, że może dotrzymam ci towarzystwa – jej głos niczym aksamit, otulił panującą ciszę. – O ile, oczywiście, nie masz nic przeciwko. - Nie mam – odpowiedział, głaskając Ducha, który uspokoił się, gdy tylko Hagal do nich podeszła. - Może wyjdziemy na zewnątrz? Noc ciepła a tutaj… – dziewczyna skrzywiła się lekko. – Jakby to powiedzieć… - Śmierdzi? – dokończył za nią Gaeth. Miał w zwyczaju nazywać rzeczy takimi, jakimi naprawdę były. - Delikatnie to ująłeś, ja miałam na myśli znacznie gorsze określenie. Szli w milczeniu. Łodygi litworu i wielkie paprocie otaczały ich swoimi ramionami. Ciepły wiatr szumiał w koronach bardzo starych dębów, w oddali, spokojnie i miarowo, pohukiwała sowa. - Pięknie tu – przełamał ciszę. – Tak spokojnie i cicho. Wasza okolica przypomina Temir sprzed wojny. - Nie musisz wyjeżdżać, Gaeth. Słyszałam, co mówiłeś, tam w stodole. Nie musisz. Miejsca tu sporo a i okolica nie jest tak spokojna jak sądzisz. Zresztą jesteś na to najlepszym dowodem. Ty i to, co cię tu spotkało. - Hagal, ja.. - Sam mówiłeś, że ci się tu podoba. Co cię powstrzymuje? – Hagal zatrzymała się i odwróciła w jego stronę. – Przecież nie masz nikogo, kto czekałby na ciebie. - Posłuchaj mnie – podszedł to przewróconego dębu, usiadł na wielkim, spróchniałym pniu. – Tam gdzie ja się pojawiam, pojawiają się kłopoty. Cierpią ludzie, przy których jestem. - Tak nie musi być – podeszła i usiadła przy nim. - Nie rozumiesz. Ten idiota od wójta, za kilka dni niechybnie po mnie wróci. Widziałem w jego oczach gniew i żądzę zemsty. Tacy jak on nie lubią odmowy a ja odmówiłem. Może nie powinienem, ale zrobiłem to. Naraziłem się ludziom z wioski, zabijając gówniarzy, którzy podnieśli na mnie rękę. Nikogo nie obchodzą moje motywy. Nikt nie będzie o nie pytał. Jestem tu obcy a nikt nie potrzebuje obcych. - Ja… To znaczy my cię potrzebujemy. Hubrig cię potrzebuje. Bardzo się do ciebie przywiązał, jesteś dla niego bohaterem. Mnie też ludzie nie darzą sympatią i gdyby się mnie tak nie bali, już dawno przepędziliby nas z tej cholernej wioski. - Uważają cię za czarownice z uroczyska. - I niech sobie dalej uważają – Hagal zmarszczyła gniewnie nos. Gaeth lubił, kiedy tak robiła. – Dzięki temu nikt się tu nie zapuszcza i nie zakłóca nam spokoju. Ty polujesz na czarownice, mam rację? Twój tatuaż… do tej pory widziałam go tylko w księgach, myślałam, że to tylko legenda. - Polowałem… – Gynvaldczyk spuścił głowę. – I nie tylko na czarownice. Polowałem na wszystkich tych, którzy różnili się od reszty. Na wszystkich tych, których jakiś zarozumiały skurwysyn uznał za istoty, które nie zasługują na to, by chodzić po świecie. Bo uznał, że z takich czy innych powodów, zagrażają porządkowi świata. - Czytałam, że łowcy tropili i zabijali tylko wyjętych spod prawa, bandytów, morderców i gwałcicieli. Zabijali diuków i książęta, którzy dopuścili się zdrady królestwa. Grododzierżców, którzy przepuścili cały majątek miejski na pijaństwo i własne zachcianki. - Pięknie to jest napisane w księgach, prawda? Wielkie ideały, honor, służba królestwu. Bronić słabych przed silnymi. Biednych przed bogatymi. - Chcesz powiedzieć, że… - Że to wszystko bzdury i zachęta dla idiotów, którzy wchodząc w dorosłe życie, są pełni ideałów i rycerskiej szlachetności. Wierzących, że ocalą dobro niszcząc zło – Gaeth spojrzał w rozgwieżdżone niebo. – Coś ci powiem. Będąc łowcą, zabiłem niewielu złych ludzi. Reszta, którą dosięgnął mój miecz, to byli ludzie winni tylko tego, że urodzili się inni lub zaczęli przeszkadzać tym, którzy mieli więcej złota od nich. Na tyle dużo, żeby nas wynająć. My braliśmy pieniądze i robiliśmy porządki, nie pytając o nic. Nie pytając czy to, co robimy jest słuszne czy nie. - To dlaczego teraz jesteś tutaj? - Bo raz zapytałem. Zerwał się chłodny wiatr i zrobiło się zimniej. Gaeth zdjął płaszcz i okrył nim dziewczynę. Będzie padać, pomyślał, patrząc w niebo, na którym nie dostrzegał już gwiazd. Hagal położyła głowę na jego ramieniu. - Czyli księgi kłamią? - Powiedzmy, że nie mówią wszystkiego – odpowiedział, obejmując ją. – Księgi nie piszą się same. To ludzie je piszą. Piszą to, o czym wiedzą, albo to, o czym myślą, że wiedzą. To, czego nie wiedzą, wymyślają. Wymyślają własne nazwy rzeczom, których prawdziwych nazw nie znają lub nie potrafią sobie przypomnieć. A czasami po prostu piszą to, czego jakiś możnowładca, na którego utrzymaniu się znajdują, domaga się, by napisali. - Ale to właśnie z ksiąg nauczyłam się przyrządzać lekarstwa z ziół i leczyć nimi ludzi. Nikomu jeszcze nie zaszkodziłam i nikogo nie zabiłam… - Nie mówię, że wszystko jest kłamstwem, czarownico – powiedział i szybko przekonał się, że to, co wydawało mu się żartobliwym określeniem, wcale nim nie było, bo w tym samym momencie poczuł jej łokieć na swoim boku. Krzywił się z bólu i z trudem powstrzymał, by nie przekląć. - Nie powstrzymuj się łowco – zaśmiała się Hagal złośliwie. – Możesz teraz sobie pokwiczeć. Tak jak wtedy, gdy ta czarownica cię opatrywała. Jako prosiak byłeś taki sympatyczny. - Nie bolało – skłamał. - Wiesz, Gaeth – powiedziała po chwili milczenia. – Ludzie święcie wierzą we wszystko, co jest napisane w księgach i często gotowi są za to umrzeć. - Księgi… - zawiesił głos, próbując znaleźć dla Hagal milsze określenie niż ostatnie, lecz nic mu nie przychodziło do głowy. – Księgi dzielą się na te, których treść służy ludziom pomocą i na te, które sprawiają, że człowiek postrzega świat zupełnie inaczej niż on w istocie wygląda. Widziałem twoje księgi. Jedne opisują smoki ziejące ogniem i strzegące skarbów w swoich grotach, inne opisują konie z wielkim rogiem na łbie. Czytałem o ludziach, którzy podczas pełni księżyca potrafią zamienić się w wilka i o złośliwych skrzatach, które dla żartu szczą babom do mleka. Ja nie wierzę w smoki, jednorożce, bazyliszki. Nie wierzę w dziwożony, które porywają dzieci z kołysek i podmieniają je na własne, nie wierze w strzygi i wąpierze, wysysające krew z młodych dziewcząt. Wiesz dlaczego nie wierzę? - Bo? - Bo jeszcze żadnego takiego stworzenia nie widziałem na własne oczy, choć zjeździłem spory kawał świata. Mało tego. Nie znam i nigdy nie spotkałem nikogo, kto by je widział choć raz. A to, że je opisują księgi nie dowodzi tego, że one istnieją. - Ale to, że ich nie widziałeś, nie dowodzi tego, że nie istnieją. Krople deszczu, najpierw sporadycznie, po chwili już gęściej, zaczęły spadać na ich twarze. Siedząc w bezruchu, zdawali się ich w ogóle nie czuć. Hagal mocniej wtuliła się w niego. Spojrzał na jej kasztanowe włosy i poczuł nieopisany spokój. Nie pamiętał już, kiedy ostatni raz tak się czuł. Nie mogę, pomyślał, nie mogę tu zostać, Hagal, choć tak bardzo bym chciał. Wiatr niemal całkowicie ustał i tylko odgłos kropel, uderzających o liście drzew, dobiegał do nich z każdej strony. Zapach deszczu i jaśminu wirował nad nim, obejmując i wdzierając się głęboko, w każdy zakamarek jego myśli. Zapach, który nie pozwalał trzeźwo myśleć. Zapach deszczu i jaśminu…
VII
- To tutaj. Jesteśmy na miejscu – Golvan zatrzymał się i zeskoczył z konia. – Pośpieszmy się, zaraz będzie świtać. Hazeem, rozwiąż dziewczyny i posadź gdzieś pod drzewem. Chyba nie chcemy, aby nam biedactwa całkiem zamokły? Hazeem milcząco skinął głową, podjechał do konia, na którym z zimna dygotał zmoknięty Halga. Z pochwy na plecach wyciągnął zakrzywiony miecz i jednym, szybkim ruchem przeciął linę, którą dziewczęta przywiązane były do łęku siodła. Pozostali, poza grubasem, zeskoczyli na ziemię. - Pomóc ci ściągnąć twoje tłuste dupsko, Halga? – Bideven nigdy nie przepuszczał okazji, by ponaigrawać się z tuszy swojego kompana. - Po… Po… Poradzę sobie – ledwo wymamrotał zmarznięty grubas. Dopiero teraz na polanę pośrodku lasu wjechali bliźniacy. W jednym tempie zeskoczyli ze swoich koni. Ściągnięty łuk, Nathair przytroczył do kulbaki. Lorcan swój zostawił na plecach. Hazeem podszedł do panien, oswobadzając je z mocnego uścisku liny. Wyjął drugi miecz i wskazał nim na wielkie drzewo rosnące na polanie. Kiwnął głową w tamtym kierunku, dając im do zrozumienia, aby się tam udały. Tak też zrobiły. Deszcz nie przestawał padać a jego złowieszczy szum mieszał się z wyciem wilków, które słychać było coraz bliżej. - Nie podoba mi się to miejsce, braciszku – Lorcan nie krył zdenerwowania. – Ludzie gadają, że jeśli wilki wyją nocą w deszczu, to musi się niechybnie co niedobrego stać. - A ja ci gadam, że nic się nie stanie – Nathair poklepał go po ramieniu. – Poza tym, że niebawem odjedziemy stąd a złoto w sakwach będzie nam pięknie dźwięczeć aż do samego domu. - Niech ta noc się już kończy. Nie wiem po co dałem ci się na to wszystko namówić. - Bo to robota jak każda inna, a i zarobek łatwy. Poza tym, sam żeś gadał, że dość masz już tyrania w polu od świtu do zmierzchu. Od jutra leżeć ino będziesz a dziewki same będą włazić na ciebie. Piwo lać się będzie strumieniem, prosto ci do gęby. - Może i dość – Lorcan poprawił ciężki od deszczu płaszcz – ale przynajmniej w polu robota bezpieczna a i w mordowanych chłopów udziału brać nie trza. - Ale żeś się moralny na stare lata zrobił. Ja ci gadam, nic złego się nie zdarzy. - Może i nie, ale wilki wyją… - A co mają robić innego? Miałczeć? Toż po to wilkami są, aby wyć. - Może i racja. - Racja, racja… - Nathair uśmiechnął się. – I przestań już mędrkować, bo ino cię od tego łeb rozboleć może. Nie czas na to. Będziesz sobie filozofował, jak już ci się dziewki i piwo znudzą i za pasaniem bydła zatęsknisz.
Część 22 / 2
- Ty łajzo wstrętna! Ty wieprzu obleśny! – ciszę przerwał krzyk dziewczyny. – Dotknij mnie jeszcze raz to ci skopię tę tłustą mordę! - Panienka się uspokoi! – Halga bezradnie próbował zapanować nad zakładniczką. - Nie nazywaj mnie panienką, ty suczy synu! Golvan przykucnął i ze spokojem obserwował to, co dzieje się pod wielkim drzewem. - Siadaj, panienko, grzecznie jak inne, bo nie ręczę za siebie – dyszał ze zdenerwowania grubas. - A w rzyci mam twoje polecenia, ty knurze chędożony! Pozostałe dziewczęta z przerażeniem patrzyły jak jedna z nich szarpie się ze swoim porywaczem. - Alinoe, proszę… – odezwała się cicho Breena. – Jeszcze ci się krzywda stanie. - Zamiaru najmniejszego nie mam siedzieć biernie jak wy i szlochać. Chcecie to płaczcie. Ja nie pozwolę, by jakieś brudne psie pomioty mówiły mi, co mam robić tylko dlatego, że siłą zabrali mnie z domu. - Radzę posłuchać, co mówi ta ślicznotka – Halga zmienił strategię, próbując teraz po dobroci. Nieskutecznie, bo gdy tylko podszedł bliżej, but Alinoe z wielką siłą wylądował na jego kroczu. Grubas wydał z siebie przeraźliwy pisk i padł na ziemię, jakby rażony piorunem. - Moje… Moje… - próbował wycedzić przez zęby, łapiąc oddech. – Moje… - Twoje jaja są teraz w twoim gardle – powiedziała dziewczyna z nieukrywaną radością w głosie. – Ostrzegałam, żebyś się nie zbliżał. - Dość tego! – Golvan podniósł się i podszedł do dziewczyn. – Ja też cię ostrzegałem, że jeśli będziesz sprawiać kłopoty, to wszystkie tego pożałujecie. - Podejdź bliżej, gówniarzu, to będziesz zaraz leżał jak ten wieprz – od kiedy Halga zwijał się z bólu, Alinoe czuła się jeszcze bardziej pewna siebie. - Czyżby? - Myślisz, że się ciebie boję? Możesz mnie zabić, mam to głęboko gdzieś. Nie będziesz mi rozkazywał. Mój ojciec zajmie się wami wszystkimi. Będziecie wisieć! - Groźna jesteś, panienko – Golvan wyszczerzył zęby w paskudnym uśmiechu. - Nie nazywaj mnie panienką, ty plugawa świnio! Dłoń Golvana błyskawicznie znalazła się na gardle pyskatej dziewczyny. Przycisnął ją do drzewa i zbliżył twarz. Nie uśmiechał się już. - Będę cię nazywał jak tylko mam na to ochotę, i mogę zrobić z tobą, co mi tylko przyjdzie do głowy. Albo kazać któremuś z nich ci to zrobić, i nie pomogą twoje krzyki ani wyzwiska. Tutaj ja rządzę i ostrzegałem cię po dobroci. Wielka szkoda, że nie posłuchałaś jak inne. Może tobie, panienko, nie zależy na zachowaniu życia, ale jak mniemam, pozostałym dziewczynom zależy, więc jeśli obchodzi cię choć trochę ich los, to zawżyj pysk i siedź cicho. - Zabij mnie, jeśli chcesz, przybłędo, ale nie będę ci posłuszna, nie zlęknę się ciebie… - Czyżby? – Golvan zdjął dłoń z jej krtani. – Bo mi się wydaję, że będziesz… Podszedł do chudej, wysokiej blondynki. Dziewczyna wyglądała na najbardziej przerażoną ze wszystkich. - Ty jesteś… Sofri? – Golvan uśmiechnął się do dziewczyny i zbliżył usta do jej ucha. – Dobrze pamiętam? - Tak, Panie. - Czy ty też masz zamiar się buntować? - Nie odpowiadaj mu, Sofri, on chce cię tylko przestraszyć. Nie ma tyle odwagi by wyrządzić nam krzywdę – Alinoe nie dawała za wygraną. - Powiedz mi, Sofri – Golvan wydawał się być spokojny i opanowany. – Czy chciałabyś wrócić do domu? Do rodziców? - Tak, panie – odpowiedziała z płaczem jasnowłosa. - To teraz podziękuj pięknej Alinoe – mężczyzna złapał Sofri za dłoń i podszedł z nią bliżej buntowniczki. – Podziękuj jej, bo przez nią i przez jej niewyparzony język… Nie wrócisz. W tym samym momencie, drugą dłonią Golvan dobył zza cholewki buta niewielki sztylet i błyskawicznie wbił go w jej brzuch, aż po samą rękojeść. Jasnowłosa otworzyła szeroko usta, wydając tylko cichy jęk. - Podziękuj jej za to, co musiałem zrobić – Golvan przeciągnął w bok wbite ostrze – by zamknąć jej śliczną buzię. Sofri bezwiednie, niczym spadający z drzewa suchy liść, osunęła się na ziemię. Nie dawała już oznak życia. Alinoe stała w milczeniu. Golvan przyłożył zakrwawiony sztylet do jej brzucha i delikatnie wytarł go o jej sukienkę. Dziewczyna nawet nie drgnęła. - Może nie zależy ci na twoim życiu, ślicznotko, ale jeśli nie chcesz mieć na sumieniu pozostałych żyć, to naprawdę radzę ci wszystko przemyśleć i jednak się nie buntować. Wierzę, że sumienie masz – Golvan spojrzał jej prosto w oczy – więc nie zmuszaj mnie do sprawdzenia, ile twoje sumienie jest w stanie udźwignąć ludzkich istnień. Zrozumiałaś przesłanie mojego przedstawienia, panienko? Alinoe nie odpowiedziała. Cicho i bardzo powoli siadła obok pozostałych. Twarz schowała w dłonie. Dziewczyny objęły ją bez słowa.
- Coście, chłopy, takie miny macie wytrącone? – spytał Bideven podchodząc do bliźniaków. - Ano niby i nic – mruknął pod nosem Lorcan. - Jak to nic? Przecie oczy mam, to i widzę, że coś wam po łbach łazi. Ze sobą ino gadacie a od naszej reszty na dwa sążnie z boku. Godzi się to tak z kamratami nie trzymać? - Powody swoje mamy – odburknął Nathair. - Może i macie. Ja tam do waszych powodów mieć nic nie zamierzam. - Ty, Bideven… – Lorcan odciągnął drągala na bok. – Znacie tego Golvana? Długo już z nim jeździcie? - A gdzież mi tam z tym gówniarzem długo jeździć – zaśmiał się Bideven. – Ot, robotę wziąłem na raz, jako i wy. Długów mam, co nie miara, to i gdzie ja taki szybszy zarobek znajdę? - Myśleliśmy, że wy tak z nim… No wiesz, cały czas. - Mówiłem mu, że go kiedy te jego myślenie do zguby doprowadzi – przerwał bratu Nathair. - Myślenie, dobra rzecz – odparł Bideven po chwili ciszy. – We mnie też czasem jak się ochota na myślenie zbierze, to lepiej mi wtedy nie przerywać… - Powiedz mi, jak się zaciągnąłeś? - Sam mnie znalazł. - Sam? - Ano sam. Podobno Golvan do każdej roboty, zawsze nowych bierze. - A jak ciebie wziął, Bideven? - W oberży siedziałem, u starego Pokrzywki, piwo piłem. Wszystko byłoby się może i dobrze skończyło, ale gospodarz, zaraza jego by wzięła, piwa mi podał w pękniętym kubku. To ja mu mówię grzecznie, bo ja zawsze najwprzód grzeczny człek jestem, coby mi podał w całym. Ta gnida mi rzecze, że całe mu się skończyli. To ja mu, że płacę, to i wymagam. To on mi, że wymagać, to ja mogę, ale od mojej baby w chałupie. Ja jemu na to, że nie zapłacę, a i po okolicy rzyć obsmaruję, że z niego skurwiel i cham. Bliźniacy spojrzeli na siebie z uśmiechem. - Czerwony się na pysku zrobił – ciągnął dalej olbrzym – jakby mu jaka dziewka, pod szynkwasem, usteczkami swemi, między nogami przedobrzyła. Wiecie o czym mówię, ha? Ale do rzeczy. Zawołał swoich. Do oberży wejszło ze pięciu albo i ze sześciu. Ze ślepiów im źle biło. Ja, sami widzicie, wielki jestem, ale tamci to jeszcze dobry łeb nade mną byli. Wszyscy na raz, na mnie skoczyli. Żadny rady mi nie dał. A jakże… Nie tacy już próbowali. Jak żem z oberży wyszedł, Golvan już tam stał. Powiedział, że widział, co potrafię, i że ludzi szuka do roboty za dobrą cenę. Długów mam, to i bez pytań zbędnych żem się zgodził. - Żadnych wątpliwości nie miałeś? – spytał Lorcan. - A co miał mieć. Przecie gada, że w potrzebie był. - No… - Bideven podrapał się po czole. – Jak się dowiedziałem, że zabrać trza z wioski dziewek parę i jakiemu staruchowi w lesie oddać, to może i miałem. W końcu sam dwie córki mam. Ładne niczym cud jaki, mówię wam, ale głupie to one straszliwie są. Po matce takie. No, ale jak Nathair mówi, w potrzebie byłem, to żem się chyżo wątpliwości wyzbył. No ale… Nie przyszlim tu prawić historii. Do świtu już będzie po wszystkim i każdy się w stronę własną rozjedzie. - Obyś rację miał, wielkoludzie – odparł Lorcan niepewnie. - A co ma nie mieć, jak ma. Toż ci cały czas gadam, braciszku. Stratny przeze mnie nigdy nie byłeś, to i teraz też nie będziesz. Dobrze gadam? Bideven? - Tak, tak… – odpowiedział od niechcenia, rozglądając się czujnie dookoła. – Coś się tu zbliża. Zdaję mi się, coby już pora nastała.
Halga, ciągle ciężko dysząc, stanął przy Hazeemie pilnującym kobiet. Golvan robiąc kilka kroków do przodu, wyciągnął miecz. Dwa świerki poruszyły się. - Schowaj ten miecz, chłopcze – głos starca przerwał ciszę. Zza drzew, powoli, wyszedł mężczyzna w długiej szacie. Włosy miał długie i całkiem siwe, przewiązane rzemieniem. Za nim wyszło kilkunastu osobników uzbrojonych w dziwne, dwuręczne, jednosieczne miecze o długim trzonie, bez głowicy i jelca. Każdy z nich miał twarz zakrytą kapturem. Golvan szybko schował broń i uklęknął, spuściwszy głowę. - Witaj, mistrzu Morhirze. - Darujmy sobie te ceremonie. Ani na to czasu, ani ochoty nie mam. To te kobiety? - Tak, mistrzu – odpowiedział Golvan, nie podnosząc głowy. - Dlaczego jedna z nich wydaje się być mniej żywa niż reszta? A może mnie już na starość oczy zawodzą? - Nie zawodzą cię, mistrzu. Halga, Bideven i bliźniacy spojrzeli na siebie z zaskoczoną miną. Pierwszy raz wyczuwali strach w głosie swojego przywódcy. Tylko Hazeem nie zareagował. - Zdarzył się wypadek – kontynuował Golvan. – Jedna z kobiet… - Nie obchodzą mnie twoje wypadki! – zagrzmiał Morhir – Nie pozwolę, by cokolwiek pokrzyżowało mi plany! Zrozumiałeś? - Tak, mistrzu. - Daję ci proste polecenie, czas na przygotowania, a ty pozwalasz, by zdarzały się wypadki? Mam rozumieć, że nie wywiązałeś się ze swojego zadania? Golvan spuścił głowę jeszcze niżej. Nie odpowiedział. Halgę momentalnie oblał zimny pot. Bideven zerknął na Nathaira. Lorcan położył dłoń na swoim toporze. - Tylko spokojnie, braciszku – szepnął Nathair, dając bratu