Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

aktualnosci · 25 min czytania

Nieznanemu Bogu. Duchowe drogi i bezdroża.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Mamy rok 2024 po Chrystusie. Jest to także epoka „po II wojnie światowej, Holokauście”, wcześniej „po Koperniku” czy wreszcie „po Einsteinie”. Niektórzy sądzą, że zbliża się „koniec świata”, apokalipsa i łożą ciężkie pieniądze na budowę schronów. Żyjemy „tu i teraz”, lecz nasza współczesność to jakby jedna wielka „ciemna noc”. Nie wiemy, skąd ani na dobitkę „dokąd” idziemy? Mnożymy teorie, hipotezy, sugestie, monologujemy na forach internetowych, gdzie emocje związane z konfliktem ewolucjonizmu z kreacjonizmem sięgają czasem apogeum. Jednak mam wrażenie, że XXI wiek jeszcze się nie zaczął, bo miał być mistyczny, a jest terrorystyczny. Tak, jak XX wiek zaczął się w 1914 roku, tak i teraz mamy nadzieję wciąż na pokój i początek nowego milienium. Stanisław Lem (zm. 2005) pod koniec życia, a więc w okresie, kiedy człowiek podsumowuje cały swój dorobek, powiedział, że z ludzkością jest jakiś „piekielny problem”. Judaizm i chrześcijaństwo nazywają od dawna ten „piekielny problem” grzechem czy winą pierworodną. Wyruszamy zatem do korzeni, aby nie tyle dokonać rewolucji globalnej, o jakiej marzyli utopiści, ile aby wiedzieć, co przeżyliśmy, zgodnie ze słowami Marii Janion („czy będziesz wiedział, co przeżyłeś?”). Da się wiele naprawić, mając świadomość, że ten świat przemija, jest tymczasowy, że jesteśmy tu przez okamgnienie, że ostatecznie nie powinniśmy tutaj budować „domu spokojnej młodości”. Jeśli już - to młodość pełną ideałów – ostatecznie, jak sądzę, żyjemy po jakiejś mitycznej katastrofie i nie widać, aby na tym martwym morzu miał zawiać pomyślny wiatr w żagle naszej łajby.

Nikt nie może dziś negować teorii ewolucji, którą określono jako „coś więcej niż spekulację czy hipotezę”. Sam Papież Jan Paweł II stwierdził, że należy doceniać wysiłki badaczy-ewolucjonistów. Jeśli tak, to od tego problemu, stanowiącego dla wielu ludzi religijnych poważny dylemat wypadnie zacząć. Ludzie XXI wieku żyją mimo wszystko – wbrew temu, co powiedziano wyżej - w wieku religijnym. Ktoś, jeszcze zanim nastało nowe tysiąclecie powiedział, że wiek XXI będzie „religijny” (w innej wersji „mistyczny”) albo.. nie będzie go wcale. Zaczął się od tragedii w Ameryce, gdzie przeprowadzono zamach terrorystyczny, u którego podstaw tkwi zderzenie cywilizacji wschodu i zachodu. Tak naprawdę to był element walki ludzi „religijnych” (choć w negatywnym sensie) i cywilizacji okropnie jednak jednostronnej, zorientowanej na wartości materialne, pozorne i zewnętrzną ekspansję w świecie. Ten zamach pokazał, że u podstaw wszystkich ludzkich konfliktów zarówno jednostkowych, jak i globalnych leży „walka o prawdę”, co znowuż pokazały wydarzenia w Finlandii. Terrorysta zabił tam kilkadziesiąt osób, żeby „walczyć z wielokulturowością”. A przecież podstawowym prawem biologii obok I i II prawa biologicznego jest bioróżnorodność. Po doświadczeniach bezdusznego wieku XX, wieku wielkiego skoku technicznego, a zarazem dwóch wojen światowych, wiemy jedno: religia jest wewnętrzną, odwieczną potrzebą ludzką, pragnieniem, które jakoś trzeba zaspokoić. O ile w znanej hierarchii wybitnego psychologa Roberta Maslowa prymarną potrzebą człowieka są potrzeby fizyczne i poczucie bezpieczeństwa, to na poziomie ponadfizycznym chodzi o doświadczenie transcendencji – „coś tam jest”, „chodżcie, zobaczcie”, „coś odkryłem”, jest „coś więcej”. Innymi słowy doświadczenie religijne koryguje naukowe tendencje do analizy i redukowania zjawisk skomplikowanych do prostych. Nauka mówi: „to nic innego, jak”, „to tylko to i nic więcej”, podczas gdy człowiek chce ‘czegoś więcej’, chce nieskończoności. Czymże są rozpaczliwe próby oszukania starzenia się, a nawet poszukiwanie Graala – pigułki nieśmiertelności, zamrażanie w ciekłym azocie czy budowanie schronów, aby przetrwać wszelki kataklizm? Wpisane w naturę jest dążenie coraz wyżej, dalej, szerzej, aż po nieskończność. Tyle, że o ile religia twierdzi, że to dążenie wpisał w nas Bóg, nauka mówi, że to jeszcze jedno złudzenie, które podlega kolejnemu rozczarowaniu. Max Weber jako pierwszy opisał podstawowe „odczarowanie” świata – demitologizację, utratę sacrum – życie nas stale rozczarowuje. Rozczarowanie zaczyna się chyba wtedy, gdy odkrywamy, że to nie święty Mikołaj przynosi nam prezenty, że nie przyniósł nas bocian, a kręgi w zbożu, pojawiające się co roku na polach uprawnych to jedynie wygłup zazdrosnego sąsiada. Życie to pasmo nie tyle udręki, co rozczarowań. Cóż tedy dziwnego, że coraz to pojawiają się próby „remitologizacji” – w sztuce, kulturze, w humanistyce, w działaniach codziennych małych narracji, w zaaferowaniu w pracy, pracoholizmie, który zakrywa pustkę duchową ludzi XXI wieku. Kto tę pustkę spowodował, na to pytanie odpowiedzi nie znam, jednak nie wierzę w manichejską teorię walki dobrego bóstwa i złego demona. To nie jest takie proste, że położymy się na kozetce albo zasięgniemy porady egzorcysty i od razu będzie super. Problemem ludzi leżących w parku na ławce i nocujących na dworcach wielkich miast jest utrata sensu – cierpią oni na bezsens. Psychiatrzy nazywają takie stany depresją, dawniej melancholią, lecz to przecież tylko nazwy. Za bezsensem kryje się rzeczywistość – słowa mają wbrew temu, co twierdzą postmoderniści, swoje odniesienie: to świat niegotowy, stający się, wiecznie zmienny. Już teraz wiemy, skąd tyle pesymizmu w egzystencjalizmie połowy XX wieku – utrata korzeni na skutek II wojny, a te korzenie były trzy: a) kultura śródziemnomorska; b) antyk grecko-rzymski, c) judeo-chrześcijaństwo. Wszystko to zabrała pożoga wojenna. Nic dziwnego, że wszyscy cierpimy.

Jednak na tym doświadczeniu nie wolno się zatrzymać. Trzeba, przepracowawszy naszą tradycję (także prasłowiańską, przedchrześcijańską), iść naprzód pomimo strat, jakie ponieśliśmy choćby przez trzy dekady wprowadzania do naszego kraju kapitalizmu. Pisało o tym mnóstwo pisarzy, najpiękniej Marek Nowakowski, który piętnując wady narodowe emigracji „za chlebem”, jednocześnie potrafi dać coś w zamian, coś pozytywnego. Stąd w tym najszerszym kontekście przypatrujemy się bolesnej wojnie między nauką i religią, a właściwie religiami, bo o ile istnieje jeden światopogląd czy metodologia naukowa, to religii jest wiele, nawet tylko tych monoteistycznych. Podkreślamy konieczność ekumenizmu, bo tylko religie, które się wzajemnie szanują, mogą podjąć wspólny dialog z naukowcami, którzy powinni liczyć się z etyką badań i bioetyką. Nie sądzę, że możliwy jest powrót do stanu rajskiej symbiozy techne i sztuki (gr. techne – sztuka), lecz zarazem nie jestem przekonany, że poszukiwanie obcych cywilizacji czy klonowanie to dobra droga dalszego rozwoju ludzkości. Długo hamowany rozwój naukowy nagle „wybuchł” około XVII wieku i odkrycia oraz wynalazki pojawiały się jedne po drugich, niemal równocześnie. Nic już tego nie może pewnie zatrzymać, można i trzeba jednak zwolnić tempo, tym bardziej, że podczas gdy bada się lek na nieśmiertelność, miliony ludzi po prostu głodują.

Teoria ewolucji jest młoda, a jej autorem jest Karol Darwin, który sformułował ją niezależnie od innego badacza mniej więcej w II połowie XIX wieku. Jednak jeszcze przed nimi znano pojęcie „rozwoju”, kluczowego dla teorii ewolucji, które jest słowem obcym, pochodzącym z łaciny („evolvo” – rozwijam).

Kluczem do ewolucji naturalnej jest rozwój. Od form prostych organizmów jednokomórkowych ku złożonym organizmom wielokomórkowym, takim, jak małpa czy człowiek. Rozwój ten nie został zapoczątkowany zbyt blisko nas, lecz trwał miliony lat. Wedle wczesnych badaczy nie interweniowała podczas tego rozwoju żadna siła wyższa ani nadprzyrodzona, bo być może nie było takiej konieczności. Jest to ewolucja samoistna, ślepa, bezkierunkowa i bezcelowa. Uproszczona wersja ewolucjonizmu, którą w XX wieku chętnie posługiwali się w walce z religiami komuniści, głoszona w szkołach podstawowych sprowadzała się do zdania, że „człowiek pochodzi od małpy”, przy czym stale usilnie szukano tajemniczego „brakującego ogniwa” i co jakiś czas w prasie można było usłyszeć „eureka”. Problem z banalizacją niezwykle złożonej teorii Darwina i wulgaryzowaniem idei spotyka wszelkie śmiałe, nowe i skomplikowane teorie.

Ewolucję niektórzy uznali za wszech zasadę tłumaczącą dosłownie wszystko: ewolucja kosmosu od Wielkiego Wybuchu, ewolucja gwiazd, układów planetarnych, wreszcie geologiczna ewolucja Ziemi, która liczyć ma około 5 miliardów lat. Idąc w kierunku kultury zastosowano ewolucjonizm do kultury, techniki, wynalazków, które też ewoluują w czasie, a nawet do duchowości, zmiennej zarówno w życiu społeczeństw, jak i u jednostki. Wreszcie – ewolucji podlegała…sama teoria ewolucji.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie zakwestionuje pojęcia rozwoju – przecież mówi się o potrzebie „zrównoważonego rozwoju” w polityce, gospodarce, projektach społecznych. Nauka w szkole, początkowo tylko w edukacji alternatywnej, wzmacnia (lub osłabia) rozwój ucznia. Uczelnie przyspieszają lub spowalniają rozwój, procesy społeczne w czasie są zmienne, więc podlegają ewolucji, nawet jeśli wiedzie ona przez kryzys, zjawiska chaotyczne czy nawet okresowy regres.

Jak powiedziano sama teoria przeszła znamienną ewolucję. Początkowo odkrycie Darwina wywołało znany okrzyk „bóg umarł”, które komentowano szeroko potem w całym XX wieku. Nie było miejsca dla Boga we wczesnej teorii ewolucji – nie był potrzebny, zachodziło nawet podejrzenie, że ewolucja musi siłą rzeczy obejść się bez „pomocy”, stąd Bóg był na cenzurowanym co najmniej przez I połowę XX wieku. To wtedy jakby dla reakcji powstały takie dzieła, jak „Nieuświadomiony Bóg” Frankla czy „Człowiek jednowymiarowy” Musila. Znani humaniści zwalczali pesymizm tchnący z ewolucjonizmu i w dobrej wierze popierali prymitywny, oparty na dosłownej lekturze Genesis kreacjonizm. Do gabinetów słynnych psychiatrów (Freud, Jung, Adler, Horney) zaczęli zgłaszać się pacjenci, twierdzący, że ich życie i w ogóle życie nie ma już sensu, celu, a wieczność to urojenie. Leczenie było trudne i mało skuteczne, ponieważ wydawało się, że nauka i technika negują pośrednio Boga. W XX wieku Bóg był nie tylko zbędny, lecz i szkodliwy. Okazało się, że można świetnie urządzić sobie życie ziemskie bez odniesienia do jakiejkolwiek formy transcendencji. Ten kruchy lód jednak w pewnym momencie trzasnął. Ludzie dryfowali, pozbawieni tradycyjnego celu, jakim było zbawienie czy nawet świętość. Wreszcie nadeszła II wojna światowa…

Granice rozumu – racjonalizm i empiryzm.

Ikoną dzisiejszych czasów nie jest już fabryka, dymiące kominy i przedmieście, lecz wielkomiejskie korporacje naukowe, które projektują coraz bardziej miniaturowe (nanotechniczne) urządzenia, układy i maszyny. Dzisiejszy świat faktycznie stoi na naukach ścisłych – humaniści są postrzegani jako „hamulcowi”, którzy mają rozterki, wahania, czy jeden obrany przez ludzkość kierunek rozwoju jest tym właściwym. Otóż „zaludniliśmy świat” (jak to projektowano w Genesis), uczyniliśmy go sobie prawie całkowicie poddanym. Nie ma już w geografii białych plam – nieodkryte lądy są wyłącznie w świecie wewnętrznym. Opisaliśmy planetę, począwszy od wyprawy Kolumba, mamy dokładne, satelitarne mapy terenu, GPS i Google Street. Nie wychodząc z domu dzięki multimediom możemy być wszędzie. To już się stało, kiedy wymyślono fotografię, film, a potem telewizję. Miliony ludzi wiedzą, co się dzieje z milionami. Żyjemy w globalnej wiosce – mamy massmedia, kulturę masową i wszystko, co chcemy. Oczywiście, my, czyli ludzie z I i II świata – krajów rozwiniętych i rozwijających się. Naszym wyrzutem sumienia podczas porannego golenia pozostaje jeden szkopuł – istnienie III świata, o czym chcemy szybko zapomnieć, myśląc: „bogaci pomogą, albo poradzą sobie sami”. Demografia to fakty – jest nas pond 8 miliardów. Jeszcze dwieście lat temu…był to miliard, w 1900 roku zaledwie dwa miliardy. Czy to dużo? Myślimy, że jest nas za dużo, gdy tymczasem już nas nie jest mało (i stąd produkcja nie nadąża za demografią), ale jeszcze…za mało, aby wszystkiego wystarczyło dla wszystkich. Większość ludzkości żyje w nędzy. Odkrycia raz dokonanego czy wynalazku nie da się z powrotem ‘zasłonić’, ukryć. Co zostało raz odkryto (np. prąd, teoria ewolucji, atom), musi być odtąd odkryte, co już

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nieznanemu Bogu. Duchowe drogi i bezdroża. — czytnik · opowiadania