Fantastyka · 6 min czytania
Niezniszczalność
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Niezniszczalność.
Nagle znalazłem się w pustce. Dostrzegłem strumienie płynącego światła. Promienie falowały w próżni i miały kolor purpury. Były skierowane wprost we mnie. Wiedziałem tylko tyle, że człowiek ich na pewno nie stworzył. Czułem jak smuga światła przeszywała moje ciało. Przez każdą mą cząstkę przechodziła ta świecąca materia. Wtedy zrozumiałem, że coś ona we mnie zmieniła. Stałem się kimś całkiem innym. Wydawało mi się, iż udoskonaliła mnie. Dzięki niej stałem się większy, silniejszy, czułem się… niezniszczalny! Tak, byłem Niezniszczalnym. I nagle promienie znikły. Rozpłynęły się. Zostały rozproszone przez przeraźliwy dźwięk, którego nie potrafiłem opisać. Byłem w szoku. Nie wiedziałem, co się dzieje. Złapałem się za uszy. Nie mogłem już dłużej tego wytrzymać. Przed oczami pojawił mi się mrok. Nic nie widziałem. Poczułem, że spadam. Walnąłem o coś twardego. Było mi zimno. Zahuczało w głowie. Po chwili ponownie nastał spokój. Byłem w bezruchu. W czasie tej istniejącej ciszy pojąłem, co się tak naprawdę stało. Śniłem ten niesamowity sen, a potem obudził mnie dziki śmiech. Jak zwykle był to Szeloa. Otworzyłem oczy. Nade mną był sufit baszty, leżałem na zimnej posadce. Ze strachu musiałem spaść z łóżka i wyrżnąć głową w kamienną podłogę. Próbowałem wstać. Było mi ciężko. Przez moment nie potrafiłem utrzymać równowagi. Głowa mnie bolała. W uszach słyszałem nadal jego śmiech, a raczej echo tego głosu odbijające się po całej wieży. Usiadłem na koi. Nie mogłem uwierzyć. To nie mógł być zwykły sen. Szeloa często się śmiał. Nikt nie wiedział, dlaczego to robił. Sytuacja, którą obecnie mieliśmy na pewno nie była nikomu do śmiechu. Nastały jeszcze gorsze czasy. Sroga zima, ciągłe burze śnieżne, brak prowiantu i oczywiście nadchodząca ze każdej stron Ciemność. Ten Mrok otaczał nas, byliśmy w pułapce. Zła Materia wszystko zniszczyła. Pozostawiała po sobie tylko pustkę. Każdy, kto stanął na jej drodze, przegrywał z nią. Była niepokonana, była niezniszczalna… Baszta okazała się jedynym miejscem, w której znajdowało się jakiekolwiek życie. To właśnie my w niej byliśmy - ostatni z ludzkości. Mało kto wierzył w to, że jeszcze są jacyś inni ocaleni. Cały świat został zniszczony. Na pewno nikomu nie było do śmiechu. Jednak Szeloa śmiał się nadal. Potem zaczął mówić dziwne rzeczy. Twierdził, że nic nie rozumiemy. Ciągle powtarzał słowa „nieskończoność”, „powtarzać”, „koło”, „niezniszczalność”. To był czysty bełkot. W końcu wszystko zrozumieliśmy – on oszalał. Przez te ostatnie dni widziałem jak zimny pot spływał po karkach jedynych ocalałych. Ręce trzęsły im się ze strachu. Nie potrafili już nawet utrzymać w dłoniach broni. Nikt już ze sobą nie rozmawiał. Panowała cisza przerywana tylko wrzaskami Szeloa. Pewnego dnia już nie…