Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 5 godz. 30 min czytania

Nigdy nie możesz odejść

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wierzę, że jeszcze spotkamy się Spotkamy się… W kolejnym życiu odnajdziesz mnie Odnajdziesz mnie…

„Ostatni list” A. Lipnicka

Ból i radość leżą razem w jednej łupinie- ich mieszanina jest ludzkim losem Johann Gottfried Seume

PROLOG

Zaczynając czytać te wyrazy, które jakimś magicznym sposobem układają się w sensowne i całe zdania, możecie sobie pomyśleć, że to kolejna ckliwa historia, że przecież było już ich wiele, że wcale nie macie ochoty płakać do poduszki, tylko dlatego, że wszystko okazało się jakąś farsą, zupełną, czasem wręcz groteskowo przewidywalną, tragikomedią. Nawet dziś, pisząc te słowa, dziwię się sama sobie. Dziwię się, że potrafiłam tak po prostu to wszystko zostawić, tak naprawdę niczego nie rozwiązując, a może nawet pogarszając sytuację, która już i tak była fatalna. Ale to, że wszystko zostawiłam, wcale nie znaczy, że zapomniałam. Nigdy nie będę mogła zapomnieć. Nigdy nawet nie będę chciała.

To co wydarzyło się kilka miesięcy temu, tak dawno, a zarazem chwilę wstecz przecież, wydaje mi się snem, z którego kiedyś muszę się obudzić. Wiele razy zastanawiałam się, dlaczego to właśnie ja? Dlaczego to mnie musiało coś takiego spotkać? Zapewniam was, że każdy to robi. Każdy się nad tym zastanawia, bo ludzie w gruncie rzeczy są skończonymi egoistami, którzy nigdy nie dotrzymują złożonych przez siebie obietnic. Potem doszłam do wniosku, że nic już nie rozumiem i znów wróciłam do pytania: dlaczego ja? Przecież to mógł być każdy. Każdy. No właśnie. Nawet ja. Myślałam nawet, że to moja wina, że sama tego chciałam. Wyszłam na spotkanie przeznaczenia i nie chciałam zawrócić, kiedy jeszcze miałam taką możliwość. Obwiniałam siebie, bo wiedziałam, że to wszystko tak się skończy. Może nie chciałam do końca w to wierzyć, ale przecież podświadomie to wiedziałam. Na początku było dobrze. Ale to był początek, a potem wszystko się zawaliło. Potem był tylko ból i niezrozumienie po stracie, ból który zna każdy. Doszło nawet do tego, że obwiniałam Boga, uważałam, że jest niesprawiedliwy, nienawidziłam go za to. I nie potrafiłam się pogodzić sama ze sobą, miałam wrażenie, że jestem tak samotna jak jeszcze nigdy, że nikt nie potrafi, a co najgorsze, nikt nie chce i nawet nie próbuje mnie zrozumieć… A potem zdałam sobie sprawę z tego, że Boga nie ma. A jeśli jest, to jest zły i bawi się ludźmi jak zabawkami. Przestałam wierzyć w cokolwiek, nawet w to, że ktoś byłby w stanie zrozumieć, co się stało i dlaczego wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. W pewnym sensie też byłam egoistką, ale tylko w pewnym sensie, ponieważ nie mogłam podzielić się moim bólem. A egoistą jest ktoś, kto nie chce. Różnica między „chcieć”, a „móc” czasem jest ogromna, a czasem nic nieznacząca. Dla mnie w tych czasach była ogromna. Niekiedy cynicznie się uśmiechałam na myśl, że moje imię oznacza ból, a to teraz tak bardzo pasowało… A od czego to się zaczęło? Chyba od kolejnej kłótni z matką. Wiem, że brzmi to banalnie, ale życie takie właśnie jest. A już na pewno nie jest sprawiedliwe. „Tak, życie nie jest sprawiedliwe, zapamiętaj to sobie”, lubiła mawiać moja matka. Wszystko zawsze zaczyna się banalnie, a kiedy już to zrozumiałam, zaczęłam wierzyć, wreszcie wierzyć w to, że nie ma wielkich, nagłych zwrotów w życiu człowieka. Bo gdyby były nagłe, to dałoby się je zauważyć. A zwrot w moim życiu dokonywał się pomału. Tak pomału jak dokonuje się życie człowieka umierającego na jakąś chorobę. Tego zwrotu nawet nie zauważyłam. Przynajmniej dopóki wszystko się nie skończyło. A przecież skończyło się, zanim miało szansę naprawdę się zacząć…

DOLORES

- Jesteś najbardziej krnąbrną i nieposłuszną dziewczyną na świecie!- krzyknęła matka, a ja stałam jak słup soli i z pozorną cierpliwością jej wysłuchiwałam. Ostatnimi czasy kłótnie między nami były na porządku dziennym. Mnie wydawało się, że matka nie może lub też nie chce mnie zrozumieć, nie umie ze mną porozmawiać tak, jak tego potrzebowałam. - Dlaczego nie zrobiłaś tego, co ci poleciłam?- zapytała gniewnie. Przewróciłam oczyma i w duchu błagałam o jeszcze troszkę, tej niezbędnej dla mnie, samokontroli. Jak zwykle będzie udawała, że o niczym jej nie mówiłam i będzie miała do mnie pretensje. Poza tym miałam wrażenie, jakby robiła wszystko, żeby tylko popsuć mi humor. - Mówiłam ci już, że nie miałam…- zaczęłam, ale mi przerwała. Teraz powie, że wymyśli dla mnie odpowiednią karę. - Nic mnie to nie obchodzi! Nie zrobiłaś tego, o co cię prosiłam! Pomyślę nad karą, a teraz wyjdź, bo nie chcę cię dłużej oglądać, Dolores!- wykrzyczała na koniec. Obdarzyłam ją spojrzeniem, ciskającym gromy i odwróciłam się gwałtownie. Pobiegłam na górę, a po drodze, w połowie schodów, natknęłam się na Gilberta. - Znów ci nagadała?- zapytał. Jasne braciszku. Znów poczułam się, jakbym była nikomu niepotrzebna. - Odwal się!- mruknęłam i chcąc utorować sobie przejście, zepchnęłam go na ścianę. Nie było to wcale takie łatwe. Gil był moim starszym o sześć lat bratem, a mieć brata, mającego dwadzieścia trzy lata nie było łatwo. Pewnie ja jako siostra też musiałam być nieznośna. Dotarłam do swojego pokoju i po chwili zastanowienia wyjęłam z szafy jakiś sweter i ponownie zbiegłam na dół, potem wyszłam z domu, trzaskając drzwiami i ruszyłam przed siebie. Chciałam być zupełnie sama, przemyśleć kilka spraw. Wcale nie przejęłam się słowami matki. Nigdy za bardzo nie zwracałam uwagi na to co mówi, przynajmniej kiedy wiedziałam, że to ja mam słuszność. Nie mogła powiedzieć, że byłam kamieniem w jej życiu odkąd zginął ojciec. To było dawno, miałam wtedy sześć lat, Gilbert dwanaście. Bardzo szybko wydoroślał, przynajmniej szybciej od swoich kolegów. To on się mną zajął. To on czytał mi bajki na dobranoc, tulił w nocy, kiedy płakałam, nie wiedząc gdzie jest tata… Widzicie, jeszcze wtedy nie rozumiałam takiego pojęcia jak „śmierć”. To z Gilbertem chodziłam do szkoły, z nim odrabiałam lekcje. Mama, owszem, robiła to, ale bardzo sporadycznie. Po pogrzebie taty załamała się nerwowo, ale teraz na szczęście wszystko z nią w porządku. Była moją matką i nie mogłam sobie wyobrazić życia bez niej. Chodzenia do szpitala w odwiedziny, gdyby naprawdę nie wzięła się w garść i nie zrozumiała, że ojciec zginął nie z jej winy, tylko (przez ciebie, Dolly. I twojego brata. Musiał tam jechać, żeby zapewnić wam godziwe życie) że to był wypadek. Zwyczajny, nieszczęśliwy wypadek, a wypadki czasem chadzają po ludziach. Tylko, że nie zawsze to jest sprawiedliwe. Teraz mój brat był już dorosły, ale nadal troszczył się o mnie. I choć czasem zachowywał się okropnie, nieodpowiedzialnie i prawił mi kazania umoralniające na prawie każdym kroku, to był jednak świetnym bratem. I był bardzo podobny do ojca. Tak samo wysoki i szczupły jak on, miał takie same, orzechowe włosy i ciemne oczy. A co z charakterem? Małe, sześcioletnie dziecko nie miało szansy tak naprawdę poznać swojego ojca. Nie mogłam wiedzieć co lubił, a czego nie, na co się wkurzał, z czego najbardziej był dumny w swoim życiu, jakie miał poglądy na świat, czy był spokojny i opanowany, czy też może wybuchowy jak ja. Czasem rozmawiałam z mamą o nim, kiedy miałyśmy lepsze dni. Tylko ona mogła mi trochę przybliżyć jego postać, bo Gilbert też niewiele pamiętał. A innych osób… po prostu nie było. Rozjechali się po świecie. Ja i matka miałyśmy odmienne poglądy na życie i być może to było przyczyną częstych kłótni, które przecież nie trwały od zawsze. Chyba byłam w trudnym wieku, ciężko było mi pogodzić się z myślą, że nie jestem już małym dzieckiem i muszę być odpowiedzialna. Mama miała właśnie taki stosunek do wszystkiego, uważała, że każdą rzecz trzeba przemyśleć, zaplanować, liczyć się z konsekwencjami. Ja myślałam inaczej. Gilbert wychował mnie po swojemu, umiałam nie przejmować się przyszłością, żyć chwilą, być na luzie, cieszyć się tymi wszystkimi pięknymi rzeczami, jakie świat nam dawał. Ale nie twierdzę przecież, że mama nie przyłożyła ręki do mojego wychowania. Owszem zawsze, gdy czegoś potrzebowałam, mogłam liczyć na jej pomoc, ale nigdy nie rozmawiałyśmy tak naprawdę, jak dzieje się to w filmach, czy książkach. Nasze rozmowy ograniczały się do zdawania relacji z pobytu w szkole, a to też nie zawsze. Czasem żałowałam, że to wszystko tak się ułożyło, ale nie miałam na to większego wpływu. Kiedy miałam naprawdę podły nastrój, potrafiłam dusić w sobie żal i obwiniać mamę o wszystko co się stało. O śmierć taty, o brak kontaktu z nią, o wszystko, wszystko… I wtedy nienawidziłam siebie za to, bo wiedziałam dobrze, że ona przecież też cierpiała. A ja mimo to ją obwiniałam. Chciałam czasem opowiedzieć jej, co tak naprawdę myślę i czuję, pośmiać się z nią, z zabawnych sytuacji w szkole, ale wiedziałam, że ona nie ma na to czasu, albo ochoty. Ja chciałam jej to wszystko powiedzieć, ale ona też nigdy nie opowiadała mi o swojej pracy i chyba uważała, że to jest w porządku. Wiedziałam tylko, że pracuje w dużym przedsiębiorstwie, gdzie jest sekretarką. Wiedziałam, że lubi swoją pracę, choć czasem narzekała, że nie ma już cierpliwości, że jest zmęczona, Dolly daj mi spokój. Czasem wiązała się z jakimś kolegą po fachu na krócej lub dłużej, ale niedawno zaczęła spotykać się z niejakim Gadem, czy też Gustawem, nie miało to dla mnie większego znaczenia. Mama nie wyglądała na swoje czterdzieści parę lat. Ubierała i czesała się jak aktorka filmowa. Muszę przyznać, że czasami nawet byłam z niej dumna mimo tych naszych konfliktów. Przecież ją kochałam mimo wszystko. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze jeden czynnik. Do domu wprowadził się pan Gad, czyli Gus, facet matki. To było trudne, choć miałam siedemnaście lat i wiedziałam przecież, że mama też ma prawo być szczęśliwa, że od śmierci taty minęło już dużo czasu. Zdawałam sobie sprawę, że mama potrzebuje miłości, że należy jej się coś od życia. Czasem wyobrażałam sobie, że słyszę głos ojca, który mówił, żebym pozwoliła jej na chwilę radości. Wiem, że to brzmi banalnie, ale to naprawdę pomagało. Tak naprawdę to ja przecież chciałam, żeby ułożyła sobie życie, żeby częściej się uśmiechała, tylko wkurzało mnie jej podejście do całej sprawy. Jej i Gusa. Oboje myśleli, że on może zastąpić mi ojca, którego tak bardzo mi brakowało. Może czasem nadal go potrzebowałam, ale umiałam już sobie radzić bez rodziców. Poza tym nikt nie mógłby mi go zastąpić i byłam już pogodzona z tą myślą. Początki były straszne. Kłóciłam się z mamą dosłownie o wszystko i wiele z tych kłótni kończyło się łzami. Z mojej, ale też z jej strony. Nie mogłam znieść, że obca osoba, jaką był dla mnie Gus, mówi mi co mam robić, o jakiej porze wracać do domu, jak myśleć, jak czuć… Wkurzało mnie, że chciał narzucać mi dodatkowe obowiązki, twierdząc, że nie mam przecież nic do roboty, możesz więc pozmywać te naczynia, Dolly. Nie cierpiałam, jak mówił do mnie per Dolly. Nie chciałam, żeby czuł się uprzywilejowany przeze mnie w jakikolwiek sposób i dawałam mu to odczuć. Byłam pełna skrajnych uczuć: nie chciałam Gusa w naszym domu, ale jednocześnie chciałam, żeby mama była szczęśliwa. Nie poszłam na żaden kompromis, bo nikt mi tego nie proponował. Po jakimś czasie w pewnym sensie dałam za wygraną. Przestałam się dąsać, ale Gusa traktowałam z dystansem i sprawiało mi satysfakcję to, że nie mógł do mnie dotrzeć, choć tak usilnie próbował. A wracając do ostatniej awantury z matką muszę powiedzieć, że wcale nie obawiałam się wspomnianej kary. Zawsze, jak Boga kocham, zawsze tak mówiła, a potem o wszystkim zapominała. Czasem nawet chciałam, żeby pamiętała, żeby zwróciła na mnie jakąkolwiek uwagę. Wiem, że trochę przesadzałam, bo okazywała mi swoją miłość jak najlepiej potrafiła, a że niekiedy miała gorszy humor… Błąkałam się po mieście około dwóch godzin, kiedy wracałam do domu zaczęło zmierzchać. Nasz dom był stosunkowo niewielkim domem leżącym na przedmieściach. Do centrum mieliśmy jakieś piętnaście minut jazdy samochodem. Mówię, że nasz dom jest stosunkowo niewielkim, żałujcie, że nie widzieliście tych wszystkich willi, które tu stoją. Ale mimo wszystko nie chciałabym w nich mieszkać. Wyglądają jak nudne, szpanerskie, nadęte bufony. Pochylają się nad człowiekiem i zdają się krzyczeć: „Wynoś się stąd! To nasze terytorium!”. Szłam powoli do domu, kiedy usłyszałam głos brata. Zmierzał w moją stronę razem z Michaelem, jego „najlepszym z kumpli”- jak to określał. Mike był o rok młodszy od Gilberta, ale zawsze się rozumieli, nawet bez słów. Ja nigdy nie miałam takiego przyjaciela, czy nawet przyjaciółki. Nie wierzyłam, że taka relacja może istnieć. - Dolly, gdzie byłaś tak długo?- zapytał z nutą wściekłości w głosie Gil. - Nie twój pieprzony interes!- odparłam. Nie byłam dziś przyjaźnie nastawiona do świata i ludzi. Przyspieszyłam trochę, bo nie chciałam, żeby znów ktoś wyprowadził mnie z równowagi i zamknęłam się w pokoju. Ostatnio miałam taki dziwny okres, kiedy wydawało mi się, że wszystko wali się człowiekowi na łeb, a on nic nie może na to poradzić. I wściekałam się o wszystko, a była to taka bezsilna złość i właśnie to mnie najbardziej wkurzało. To, że nie mogę nad nią zapanować. Zanim wyszłam na górę, musiałam natknąć się na mamę i na Gusa. Właśnie weszłam do salonu i nawet się nie przywitałam, z czystej złośliwości. Wkurzało mnie, że dla mnie mama nie miała czasu, a już dla głupiego faceta sprawa przedstawiała się całkiem inaczej. Chciałam wejść po schodach, kiedy dobiegł mnie podszyty lodem głos matki - Chociaż powiedz „dobry wieczór”, Dolores! - Dobry wieczór, Dolores- odparłam równie lodowato. - Dolores!- krzyknęła, oburzona moim aroganctwem. - Zobacz, Gus, jaka ona jest. Nie mam już do niej siły- powiedziała. Dawniej zawsze myślałam: a więc pan Gad nie miał na imię Gustaw, tylko Gus? O Boże. I zdawałam sobie sprawę z własnej złośliwości, ale przecież mnie też nie było łatwo. Oni mieli siebie, a ja czułam się samotna, jak kłos trawy, smagany bezlitosnym wiatrem. Czasem miałam wrażenie, że nikt mnie nie rozumie, bo tak naprawdę nie chce mnie zrozumieć. I wydawało mi się, że już zawsze tak będzie… - Nie przejmuj się, Thelmo, moja córka też taka jest- odparł ze spokojem. Jego córka nosiła jedno z najbardziej obciachowych imion: Kitty i darłam z nią koty jak tylko się dało. Ona też mnie wkurzała. A w dodatku byłam zła na siebie za to, że potrafiłam być zazdrosna z jej powodu. Tej dziewczynie wydawało się, że tylko ona jest najważniejsza, że jest wielką gwiazdą całego miasta i że ma nadzwyczajnie wiele do powiedzenia. Najgorsze, że jej ojciec utwierdzał ją w tym przekonaniu. Nieraz zastanawiałam się, czy mój tata, gdyby żył, też wypowiadał się o mnie w samych superlatywach. Gilbert powiedział, że biorąc pod uwagę, iż miałam prawie identyczny charakter jak ojciec, to byłabym jego oczkiem w głowie. Czasem też bolało mnie serce, kiedy pomyślałam, że Kitty i jej ojciec tak dobrze się dogadują. Z moją mamą też miała dobry kontakt i pewnie dlatego byłam o nią zazdrosna. Ale z czasem nauczyłam się, że tym niczego nie osiągnę, więc ją również zaczęłam traktować obojętnie, a nawet zimno. - Wiesz, to ten wiek dojrzewania- usłyszałam jeszcze. Do cholery, miałam już siedemnaście lat, a nikt nie chciał tego zauważyć. Chodzi o to, że nie byłam już tą małą dziewczynką, która nie miała pojęcia o różnych ważnych rzeczach. Teraz byłam młodą, bardzo inteligentną kobietą i znałam swoją wartość, a Gilbert nauczył mnie, że w życiu można wygrać tylko jednym sposobem: walcząc o swoje. Jednakże teraz jakoś ta walka o swoje nie przemawiała do mnie. I to do tego stopnia, że kiedy usłyszałam głos Gilberta na korytarzu i pukanie do drzwi, nie odpowiedziałam. Powód był prosty. Nie miałam ochoty słuchać kolejnego kazania, próśb brata, że może jednak spróbowałabym się dogadać z mamą i Gusem, żeby było lepiej, zawsze to nieśmiertelne „lepiej”. Czułam się bezsilna i wiedziałam, że jeśli tylko usłyszę ton pretensji w jego głosie, łzy same popłyną mi z oczu i już nie będę miała siły ich zatrzymać. Bo w gruncie rzeczy czasami miałam już dość mojego wiecznego cynizmu, zawsze towarzyszącej mi ironii, na każdym kroku walki o swoje… I chciałam, żeby ktoś rozwiązał moje problemy za mnie. Ale przecież będąc samotnym, nie ma co liczyć na to, że ktoś te problemy rozwiąże. Niekiedy więc było po prostu łatwiej nie otwierać cholernych drzwi.

Następnego dnia poszłam do szkoły. Całe szczęście, że to był ostatni tydzień przed wakacjami, bo więcej już bym nie wytrzymała. Siedziałam właśnie, bardzo przygnębiona, na szkolnym korytarzu, podczas dużej przerwy. I wtedy podeszła do mnie Andy, moja koleżanka z klasy. Nie była moją przyjaciółką, ja zresztą w ogóle nie miałam przyjaciółki, ale znałyśmy się dość dobrze. - Co ci jest?- zapytała, siadając obok mnie. - Nic- odparłam niechętnie, ale nie chciała dać za wygraną. Głupio mi było powiedzieć, że nie mam ochoty na rozmowę i kazać jej spadać. - Mam totalnego doła- powiedziałam w końcu. - Nie tylko ty- usłyszałyśmy i po chwili dosiadła się do nas Faith- nasza wspólna znajoma, czy też koleżanka, w każdym razie ona też nie miała przyjaciółki. Miała za to kłopoty z chłopakami, jak większość dziewczyn w naszej szkole. Mnie to nie dotyczyło, przynajmniej na razie, i było mi z tym dobrze. Nie miałam czasu na zawracanie sobie głowy facetami. A może podświadomie przeczuwałam, że to mogłoby się źle skończyć… - Znów pokłóciłam się z Kevinem- westchnęła Faith. O Boże! Znowu to samo. Czy oni nie mogą być jak inni, normalni ludzie i nie kłócić się, chociaż przez miesiąc? - Słuchajcie, mam świetny pomysł! Przestańmy wreszcie myśleć o nauce, facetach i innych sprawach. Potrzebna jest nam przyjaciółka, ktoś, komu będziemy mogły się wyżalić- powiedziała rozentuzjazmowana Andy. - Nie wierzę w przyjaźnie, aż po grób- mruknęłam. To była prawda, a nie kolejny z moich podłych humorów. Nie miałam przyjaciółki od serca, jak już mówiłam, nie zwierzałam się nikomu, bo nie odczuwałam takiej potrzeby. A poza tym przyjaźń już na zawsze… to było coś, co nie istnieje. Nawet najlepszy przyjaciel może cię zdradzić. Albo opuścić. - A „Thelma i Louise”?- zapytała Andy. - One kogoś zabiły. A potem zjechały w przepaść- odparłam. - Ale najważniejsze, że zrobiły to razem! Solidarnie!- wykrzyknęła. Nie znałam Andy Smith od tej strony. Zawsze na pierwszym miejscu stawiała naukę. Prymuska, ulubiona uczennica belfrów, wygrywała prawie wszystkie konkursy, a średnia ocen na koniec roku potrafiła niejednego zwalić z nóg. Czasem nie mówiła o niczym z wyjątkiem szkoły, a jej smsy ograniczały się do pytania, jaka jest praca domowa i czy wyszedł mi dobry wynik z fizyki, bo ona poradziła sobie świetnie. Ale teraz… naprawdę się zdziwiłam. Andy była typem szarej myszki, a nagle wyskoczyła z szalonym, jak się mogło wydawać w jej przypadku, pomysłem. - Spotkajmy się u mnie w piątek wieczorem. Będziemy sobie robić maseczki i oglądać stare filmy na wideo- dodała. Spojrzałam porozumiewawczo na Faith, a ona na mnie. Gadanina Andy sprawiła, że przygnębienie zniknęło z jej twarzy. - Co wy na to?- zapytała. - Ok.!- odparłyśmy równocześnie i roześmiałyśmy się. Mój śmiech był trochę wymuszony, ale nie chciałam psuć dziewczynom dobrego nastroju. Pomyślałam, że na pewno nie będę żałować, że będzie to sympatyczne rozpoczęcie wakacji. - Ale mam zastrzeżenie, co do tych starych filmów- wyrwało mi się. - Ja też. Wolę „Człowieka Widmo” z Kevinem Baconem- dodała Faith. Ustaliłyśmy jeszcze dokładną godzinę i właśnie wtedy zadzwonił dzwonek na lekcję. Tak się złożyło, że mieliśmy mieć angielski z profesorem White`m, postrachem uczniów. Może taki straszny to on nie był, ale na pewno wiele wymagał. Każda interpretacja musiała być dokładna i szczegółowa, niezależnie od tego, czy był to „Hamlet” Szekspira, czy krótki utwór pisany prozą. Na angielskim nasze szare komórki pracowały trzy razy wydajniej, a przynajmniej, w mniemaniu White`a, tak musiało być. Czasem miałam ochotę zerwać się z jego lekcji, szczególnie wtedy, kiedy miałam „totalnego doła” i wydawało mi się to najlepszym usprawiedliwieniem. Ale dziś postanowiłam stawić czoło swoim humorem i wejść do klasy z uśmiechem na ustach. Nie udał mi się uśmiech, ale przynajmniej podczas lekcji nie miałam czasu na zagłębianie się w ponurych myślach.

Ostatni tydzień szkoły minął spokojnie, a piątkowy wieczór u Andy wypadł dość znośnie, choć na początku nie byłam zachwycona tym pomysłem. Ale mimo wszystko nie żałuję. Cały czas oglądałyśmy „Człowieka Widmo”, przewijając co kilka minut na lepsze, najbardziej krwawe kawałki, ale zdecydowanie najlepszy był fragment, gdzie tytułowy Człowiek Widmo topił w basenie jakiegoś faceta. Zajadałyśmy różne przysmaki, a Andy uparła się na maseczki upiększające. Siedziałyśmy z ogórkową papką na twarzy i wyglądałyśmy jak kosmici, czy też kosmitki z odległej galaktyki. Pomyślałam o dobrych aspektach tej idiotycznej sprawy. Zaczęły się wakacje, a mój dobry humor schował się niewiadomo gdzie. Paplanina dziewczyn sprawiła, że naprawdę poczułam się lepiej. To nie było tak, że byłam zakompleksiona i nie potrafiłam znaleźć sobie przyjaciół. Znałam w szkole wielu ludzi, z którymi zawsze wychodziłam na jakieś imprezy, czy choćby zwykłe lody i kawę. Ale przyjaciółki, z którą mogłabym plotkować, słuchać o jej kłopotach z facetami, czy robić te wszystkie inne rzeczy, nie miałam. Niekiedy wydawało mi się, że mam w sobie jakąś blokadę, barierę, której nie mogę przełamać. Bałam się, że jeśli zaufam komuś za bardzo, to potem będę tego gorzko żałować. Ale tego wieczora dobrze się bawiłam. Obie postanowiłyśmy przenocować u Andy. Zadzwoniłam do Gilberta i nawet nie pytałam go o zgodę, w końcu byłam już prawie dorosła. Po prostu powiedziałam mu, że zostaję, postawiłam go przed faktem dokonanym i mówiąc „do jutra!”, odłożyłam słuchawkę. Wróciłam do domu południem następnego dnia. Nie spałyśmy prawie przez całą noc, ale mimo to nie czułam się zmęczona. Panowały niemiłosierne upały i cieszyłam się, że już wkrótce popłyniemy z Gilbertem na jacht. Przechodziłam właśnie przez hall, kiedy usłyszałam głos matki: - Dolly! Pozwól na chwilę!- o dziwo brzmiał uprzejmie i miło. Zdziwiło mnie również, że zwróciła się do mnie per „Dolly”, bo najczęściej używała pełnej wersji mojego imienia, szczególnie, gdy darłyśmy ze sobą koty. Weszłam przez drzwi prowadzące do salonu. Mama siedziała na kanapie i trzymała w ręku moje, jak zwykle wzorowe, świadectwo, które zostawiłam wczoraj mimochodem na stole. Wskazała mi miejsce obok siebie. - Bardzo ładna cenzurka- pochwaliła mnie. Wzruszyłam ramionami. - Jak zwykle- odparłam, a ona westchnęła. - Och, Dolores! Nie bądź cyniczna. Chciałam ci zrobić przyjemność. - Dziękuję mamo, doceniam to- po tych słowach nastała chwila milczenia. Boże, jak bardzo chciałabym zacząć tę rozmowę od początku… - Wybierasz się w tym roku na jacht, prawda?- zapytała matka ni stąd, ni zowąd. Myślę, że tu muszę wyjaśnić, o co chodzi z tym jachtem. Otóż tata zostawił nam w spadku swój jacht. To znaczy mnie i Gilbertowi na pół. Porządny, nowoczesny, po prostu wymarzony jacht. Prawdę mówiąc, wiele razy zastanawiałam się jak to się mogło stać. Przecież ojciec nie wiedział, że zginie, więc chyba nie spisał testamentu. - Oczywiście! Jak mogłabym nie jechać?! - No tak… hmm… w tamtym roku płynęliście na południe, w tym roku też się tam wybieracie? - Nie. Tym razem zrobimy raczej wycieczkę na północ- odparłam. Dopiero w tamtym roku wybraliśmy się na pełne dwa miesiące i popłynęliśmy aż do Przylądka Falso wzdłuż całego Półwyspu Kalifornijskiego. Było cudownie i tego lata zamierzaliśmy się wybrać w przeciwną stronę. - Świetnie. Kitty bardzo chciała płynąć z wami i powiedziałam, że z przyjemnością ją zabierzecie- wypaliła mama nagle. Gwałtownie odwróciłam się w jej stronę. Nie. Nie mogła mi tego zrobić. Wiedziała jak bardzo zależy mi na tych wakacjach. - Co takiego?!- krzyknęłam. - Nie dziw się tak, Dolly. Ona wkrótce będzie twoją siostrą- wytrzeszczyłam na nią oczy i mruknęłam coś w stylu „Nie zniosę tego!”. Mama żachnęła się, że nie mam nic do gadania. Wstałam i poszłam do Gilberta. Zapukałam i weszłam, kiedy usłyszałam zaproszenie. Gil jak zwykle oglądał mecz z Michaelem. Brat spojrzała na mnie pytająco. Irytujące. - Nie gap się tak. Spodziewałeś się Archanioła Gabriela?- spytałam, siadając w fotelu. - Zawsze jesteś taka ironiczna, kochanie?- odezwał się Michael. W jego ciemnych oczach kryło się rozbawienie. - Zawsze. I nie mów do mnie „kochanie”- odparowałam. - Dobra, mów, czego chcesz, bo oglądamy bardzo ważny mecz- Gil się niecierpliwił. Zgrywus. Dla niego mecze były ważniejsze od własnej siostry, przynajmniej czasami. Chciało mi się z niego śmiać. - Mama przekazała ci najnowsze wieści? - Nie. Pośpiesz się, Dolly. - Czuję się w obowiązku to zrobić. Będziemy mieć siostrę- poinformowałam go. Oboje wlepili we mnie wzrok. - Na litość boską, co ty bredzisz? Chyba nie chcesz mi wmówić, że matka jest w ciąży. - Jasne, że nie, idioto! Ona zamierza wyjść za tego Gada, to znaczy Gusa!- poprawiłam się szybko. - A to jeszcze nie wszystko! Przez cały czas pobytu na jachcie będziemy zmuszeni znosić humory panny Kitty Spencer- naszej nowej siostrzyczki- dodałam ze słodkim uśmiechem. - Czego ty od niej chcesz? - Och, Gil. Ja jej nie trawię z trzech powodów: po pierwsze: nienawidzę jej, po drugie: ona mnie nienawidzi, a po trzecie to mała dziwka- wyliczyłam. - O… cholera!- wykrztusił Gilbert, a Michael wybuchnął śmiechem. - Przerąbane stary!- powiedział, klepiąc go po ramieniu. - Prześpij się z tym, bracie. A potem coś wymyśl- rzuciłam, wychodząc z pokoju.

Następnego dnia, korzystając z nieobecności mamy, rozłożyłam się na podłodze w salonie, pokoju gościnnym, czy pokoju dziennym- jak wolicie- i kreśliłam trasę na mapie Gilberta. Mój kochany braciszek dopiero teraz raczył mnie poinformować, że wypływamy za dwa tygodnie, 5 lipca. Byłam wściekła, ale chcąc nie chcąc musiałam ustalić plan, bo gdyby Gilbert to zrobił… Wolę nie myśleć. Założę się, że trasa byłaby identyczna jak w tamtym roku. 21 czerwca, czyli właśnie dzień obecny, przeznaczyłam na trasę, tzn. zaznaczenie na mapie trasy, którą popłyniemy. Dzień przed wypłynięciem odbędzie się małe przyjęcie pożegnalne. To nie ja wymyśliłam, ale od razu zadzwoniłam do Andy i Faith i zaprosiłam je. Chciałam nawet, żeby z nami popłynęły, ale już obie zaplanowały wakacje. Na imprezę też nie mogły przyjść. Miałam nadzieję, że uda mi się zrealizować plan. Najbardziej przerażała mnie myśl, że Kitty płynie z nami. Byłam właśnie gdzieś w połowie Gór Nadbrzeżnych, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. - Otwarte!- krzyknęłam, bo nie chciało mi się wstawać. Po chwili do pokoju wszedł Michael. - Cześć Dolly!- przywitał się. - Cześć. Gilberta jeszcze nie ma- odparłam, wracając do mapy. - Nie szkodzi, poczekam. Dotarłam do Salem i zastanawiałam się, czy o nie zahaczyć. - Kreślisz trasę, którą popłyniemy?- zapytał Mike. - Chciałeś powiedzieć „popłyniecie”- odpowiedziałam. - Nie, nie, Dolly. Chciałem powiedzieć „popłyniemy”. - Płyniesz z nami?- zapytałam z obawą w głosie. Chciałam wakacji, spokoju i choć trochę samotności. Nie dość, że Kitty… - Tak. Przeszkadza ci to?- odezwał się Michael. Wzruszyłam ramionami. - Słuchaj, Brown. Byłeś kiedyś w Salem? - Nie wierzę w czarownice, Miller- odparł, a ja powiedziałam, że to świetnie, bo się tam zatrzymamy. Zapytał, co mam jeszcze w planach? - Olympię. I żałuję, że czas nie pozwoli na to, abyśmy opłynęli Vancouver i wpłynęli do Seattle- wyjaśniłam mu. Przed Salem chciałam wpłynąć oczywiście do Portlandu, bo to był jedyny większy port po San Francisco. Gil wrócił, kiedy skończyłam zaznaczać trasę. Przypadła mu do gustu, ale trochę sprzeciwiał się temu przeklętemu Salem. - Nie zapominaj, że połowa jachtu należy również do mnie- odparłam wtedy i słodko się uśmiechnęłam. - Materialistka- rzucił Gil i oboje z Michaelem nareszcie wyszli.

Dwa tygodnie to bardzo dużo, ale żeby się nie nudzić codziennie chodziłam na basen. Upał dawał się we znaki, a ja potrafiłam cały dzień spędzić w wodzie. Czasami chodzili ze mną Gilbert i Michael, a przez pierwsze dni Faith, ale w końcu wyjechała gdzieś na wakacje. Dzień w dzień nawiązywałam nowe znajomości i dzień po dniu o nich zapominałam. Plaże były oblegane przez tłumy turystów, a baseny tylko przez „miejscowych”, więc nikogo nie powinno dziwić, że wolałam to drugie. Mówiąc „miejscowych” mam na myśli młodych ludzi, którzy albo mieli urlop, albo nie pracowali w ogóle. Albo byli po pracy, bo taka opcja też jest przecież możliwa. Mniej więcej tydzień po rozpoczęciu wakacji, tydzień przed wypłynięciem, uratowałam komuś życie. Siedziałam z nogami w wodzie, zbliżał się wieczór, jeden z tych równie parnych jak południe. Obserwowałam małe dziecko, jasnowłosą dziewczynkę, bawiącą się samotnie w płytszej części basenu. Dość dobrze radziła sobie z pływaniem, ale na dłuższym dystansie miałaby nie lada problem. Zastanawiałam się, gdzie są jej rodzice, gdy nagle mała zanurzyła się w wodzie, wściekle młócąc rękami. Myślałam, że po prostu się bawi, ale gdy nie wypływała dość długo, jak na takie dziecko, a nikt nie reagował, niewiele myśląc wskoczyłam do wody i popłynęłam w jej stronę. Mocno chwyciłam ją za ramiona i pociągnęłam do góry. Zaczęła krztusić się i kaszleć, gwałtownie próbując zaczerpnąć powietrza. Poklepałam ją po plecach i zrobiło jej się chyba lepiej. Doskoczył do nas ratownik i zaczął coś mówić, że powinnam dostać medal za odwagę, czy coś w tym stylu. - Wie pan, że przez pana mogła się utopić?- zapytałam. Kiwnął głową. Powiedział, że po prostu nie zauważył. - Po prostu, to powinni cię zwolnić, palancie!- warknęłam i wzięłam dziecko na ręce. Dziewczynka była wystraszona, nawet nie chciała powiedzieć jak ma na imię. Posadziłam ją nad brzegiem basenu i przyniosłam sok do picia. Przytknęła szklankę do buzi, jakby nie piła od wielu dni. Złote loczki spływały mokrą kaskadą na ramiona. - Caroline, co ty wyrabiasz? Wszędzie cię szukałem!- usłyszałam głos jakiegoś mężczyzny. Podbiegł do nas i wziął dziewczynkę na ręce. Powiedziała mu, widzicie, a jednak umiała mówić, że ją uratowałam, bo zaczęła się topić. Oczywiście w bardziej dziecinnej wersji, ale gość zrozumiał o co chodzi. - Bardzo pani dziękuję- powiedział tylko. Łaskawie kiwnęłam głową. Przecież nie mogłam mu zacząć prawić morałów. - Zniknęła mi z oczu, nawet nie wiem kiedy. - Nie musi mi się pan tłumaczyć. - Wiem, ale pewnie myślisz sobie, jaki jestem nieodpowiedzialny i w ogóle. Jestem Jake- przedstawił się i podał mi rękę. - Dolores- odparłam, już nie tak chłodno jak przedtem. W sumie facet był dość przystojny, miał jasne włosy, które podobnie jak włosy córki opadały mu na ramiona, był opalony, ale zbyt stary jak dla mnie. Miał na oko dwadzieścia cztery, pięć lat. Powiedział mi, że żona zostawiła go z dzieckiem i wyjechała gdzieś daleko ze swoim kochankiem, ale najpierw oczywiście wniosła pozew o rozwód i zrzekła się dziecka, czy jakoś tak. Zaprosił mnie na lody w ramach podziękowania. Nie chciałam się zgodzić, ale był bardzo sympatyczny więc umówiliśmy się o dziewiątej koło kawiarni „Cafe au lait”. Trochę się spóźniłam i to celowo, ale był tam i czekał. Bez Caroline. Włosy spiął w kucyk, był ubrany w dżinsy i sportową marynarkę. W ręce trzymał jakiś kwiatek, już nawet nie pamiętam jaki, który później mi wręczył. Pocałował mnie w policzek. Nie było w tym nic złego, każdy tak się witał. - Już myślałem, że nie przyjdziesz- powiedział, a ja rzuciłam jakieś rozrywkowe zdanie, po którym oboje się roześmialiśmy. Noc była ciepła, gwiazdy świeciły jasno i mocno. Lubiłam „Cafe au lait”. Była to sympatyczna restauracyjka, w której podawali najlepsze cappuccino i lody w całym mieście. Nie była nowoczesna jak inne, miała swój klimat i swoich stałych klientów. Światło w środku nie było jaskrawe, dawało przyjemny półmrok, na każdym stoliku paliła się świeca. Usiedliśmy gdzieś w głębi, i mimo, że obok nie było ani jednego wolnego stolika, miejsce to stwarzało pozory intymności. Rozmawialiśmy do późna. Jake opowiedział mi o swojej pracy, był informatykiem w jakiejś dużej firmie i przyjechał tu na całe wakacje, żeby odpocząć i poświęcić trochę czasu swojej córce. Mówił o swoim życiu, o tym jak żona go zostawiła, o tym, że mimo wszystko nie jest nieszczęśliwy. Pytał o moje życie, a ja nie chciałam nic powiedzieć. Po co dzielić się takimi sprawami z kimś obcym? Może kiedyś mu powiem, a może już więcej się nie spotkamy. Na pewno nie zdawał sobie sprawy z moich siedemnastu lat. Potem odprowadził mnie do domu. - Będziesz jutro na basenie?- zapytał na odchodnym, a ja odpowiedziałam, że może… Oczywiście byłam, ale pech chciał, że akurat mój brat miał wolny dzień i poszedł ze mną. Kiedy tylko tam przyszłam zaczęłam szukać wzrokiem Jake`a. Zobaczyłam go dopiero późnym popołudniem, kiedy wróciliśmy z pizzy. Gil jak na złość cały czas się koło mnie kręcił. Może chciał, żeby wszyscy zobaczyli jaką ma ładną siostrę? Choć i tak wszyscy już to wiedzieli. Ale w końcu sobie poszedł, bo zobaczył kogoś znajomego. Nawet się nie obejrzałam jak Jake usiadł obok mnie. - Kim był ten chłopak?- zapytał. - A co? Zazdrosny jesteś? - Nie, tak tylko pytam- odparł, wzruszając ramionami. Powiedziałam mu, że to mój brat. Nie było nic do ukrywania i to też mu powiedziałam. Opowiedziałam mu o naszych relacjach. Nie wszystko, trochę, żeby miał ogólny zarys. - Może dziś też gdzieś się wybierzemy?- zaproponował nagle. Pokręciłam głową. - Raczej nie. - Masz jakieś inne plany?- o co mu chodziło? Chciał się ze mną umówić, dobrze. Ale jak mówię „nie”, to znaczy to dokładnie „nie” i nie ma w tym żadnych gierek, ani podtekstów. - Słuchaj, nie rób się taki natrętny- odpowiedziałam, może zbyt gwałtownie, ale… - Przepraszam!- podniósł ręce w obronnym geście i uśmiechnął się. Potem Gilbert dokładnie mnie wypytał, kim był ten facet. Powiedziałam mu, że nie muszę się spowiadać, i że w ogóle to nie jego sprawa. Czasem wkurzało mnie, że troszczył się o mnie, jakbym była jeszcze małą dziewczynką i nie potrafił zrozumieć, że mogę już spotykać się z facetami i robić, co mi się podoba. Ale taka była chyba domena starszych braci. W następnych dniach coraz więcej czasu spędzałam z Jake`iem. Czasem zgadzałam się, żeby mnie gdzieś zabrał, ale uważałam, bo mimo wszystko on nadal nie zdawał sobie sprawy z mojego wieku. Zresztą później przestałam zwracać na to uwagę. Najczęściej bywaliśmy w „Cafe au lait”, ale chodziliśmy też na plażę, która wieczorami była prawie pusta. Jake nigdy nie zabierał ze sobą Caroline. Mówił mi, że mała została u babci, która mieszka tu całe swoje życie. Mówił mi też o swoim mieszkaniu, które sam urządził i bardzo chciał, abym je obejrzała. Podejrzewałam, że kryła się w tym niedwuznaczna aluzja, ale nic nie dawałam po sobie poznać. Pewnego wieczora po moim następnym już „Nie chce mi się już nigdzie iść, Jake” ostro się wkurzył. Zaczął coś bredzić, że go zwodzę i w ogóle. Chwycił mnie za ramię. Szybko spojrzałam, czy w pobliżu są jacyś ludzie. - Chodź ze mną, przecież nic ci nie zrobię. Nie udawaj takiej świętej!- wycharczał nad moim uchem. Chciałam się wyrwać, ale ścisnął mocniej. - Dolly, no chodź! - Nie mów do mnie „Dolly” ty skończony sukinsynu! Czy wiesz, że mam dopiero siedemnaście lat?!- krzyknęłam tak głośno, że podbiegł do nas jakiś staruszek. Zaczął krzyczeć, że wezwie policję. To wszystko było takie żałosne. Jake puścił mnie, chyba bardziej ze zdziwienia niż ze strachu. Skorzystałam z okazji i pobiegłam przed siebie. Zatrzymałam się dopiero na jakiejś stacji metra. Była prawie pusta. Nie bałam się już tego, że Jake mnie dogoni, czy coś w tym stylu, ale zdjął mnie strach przed tą obskurną dziurą. Szłam przez długi, ciemny, podziemny korytarz i siłą woli powstrzymywałam się, żeby nie oglądnąć się przez ramię, czy czasem coś się na mnie nie czai. Czaiło się. Czaił się na mnie strach… Boże, jak tu teraz ciemno… Chyba w dzieciństwie grałam w za dużo gier, w których taka właśnie stacja jest miejscem porachunków mafii i jakiegoś człowieka, pałającego żądzą zemsty, a w tle rozbrzmiewa mrożąca krew w żyłach muzyka. Z tym, że tu było prawie całkiem cicho, tylko gdzieś w oddali strumyk wody lał się po ścianie, a ktoś niewidoczny stukał obcasami o posadzkę, ale równie dobrze mogło to być całkiem po innej stronie. W podziemiach echo roznosi się bardzo szeroko. Ale ta stacja rzeczywiście była przerażająca, szczególnie tak późno w nocy. Na brudnych żółtych ścianach wisiały na pół zdarte plakaty i jakieś ogłoszenia, przy wyjściu stał stary dystrybutor napojów i słodyczy, a pod ścianami ławki. Jedne z nich były całe, drugie połamane. Na jakiejś spał stary alkoholik, przykryty szarym od brudu kocem i strzępami gazet. W ręku trzymał na pół opróżnioną butelkę. To była chyba najgorsza stacja w całym mieście. Chciałam jak najszybciej się stamtąd wydostać. Kiedy tylko przyjechało metro wsiadłam do niego z westchnieniem ulgi. Przystanek był na szczęście niedaleko mojego domu. Kiedy wysiadłam owiał mnie przyjemny letni wiatr, sprawiający, że pobliskie drzewa kojąco szumiały. Na niebie wesoło migotały gwiazdy, zdawało się, że kpią sobie ze wszystkiego i wszystkich, a tylko do mnie mrugają porozumiewawczo. Powietrze przesycone było słodkim zapachem lata, mieszającym się ze słoną wonią oceanu. Nie było jeszcze tak całkiem późno, mama z Gilbertem siedzieli w salonie, oglądając jakiś film. Niczego nie zauważyli i mama ograniczyła się tylko do zdawkowego „wszystko w porządku, kochanie?”. Kiwnęłam głową i udałam się do swojego pokoju. Już więcej nie poszłam na tamten basen. Starałam się unikać „Cafe au lait” i w ogóle wychodziłam mniej niż wcześniej. Cieszyłam się, że Jake nie wiedział gdzie mieszkam, ani nie znał mojego numeru telefonu. Oczywiście chciał go ode mnie wziąć, ale powiedziałam, że ktoś mi go zwinął i nie zdążyłam jeszcze kupić nowego. Potem, po całej tej historii, uśmiechałam się w duchu i myślałam, że miałam bardzo dobre przeczucie, żeby nie zbliżać się do tego gościa na tyle, na ile było to możliwe. Skupiłam się na przygotowaniu do wakacji i zapomniałam o facecie, jakim był Jake, bez większych problemów. Dzień wypłynięcia zbliżał się coraz szybciej, ale mimo to wydawało mi się, że godziny przeżywają jakiś zastój. To było trochę jak z czekaniem na gwiazdkowe prezenty. Samo czekanie jest takie przyjemne, ale gdy już otworzysz prezent, nastrój całkiem się zmienia. Ja czekałam na ten wyjazd właśnie tak jak na otwarcie gwiazdkowej paczki. Byłam ciekawa co będzie w środku.

Dzień przed planowanym przez Gilberta małym przyjęciem, choć u niego „małe” oznaczało imprezę na jachcie dla dwudziestu osób, okropnie pokłóciłam się z mamą. Znowu. Mianowicie poszło o to, że Kitty miała spać u mnie na tę noc, bo już nazajutrz miała być impreza i wypłynięcie. Nie miałam zamiaru dzielić MOJEGO pokoju z tą małą jędzą. Powiedziałam mamie, wprost co o niej sądzę, co sądzę w ogóle o pomyśle nocowania. I rzekło się chyba trochę za dużo. O tyle, że mamie zrobiło się przykro. Mama chyba nie lubiła tego uczucia, ale zamiast gniewać się na siebie, że mu się poddaje, rozgniewała się na mnie. - Za te słowa, nieposłuszna dziewczyno, nigdzie nie popłyniesz!- krzyknęła oburzona, a ja zatrzęsłam się z wściekłości. Tego już było za wiele. - Żebyś się czasem nie zdziwiła!- odparłam i pobiegłam do siebie. Na szczęście byłam już spakowana, a zakupy zrobiłam rano. Teraz miałam tylko wstąpić do sklepu po jakieś książki i czasopisma (to, co najlepsze zawsze zostawiam na koniec!). Przebrałam się w dżinsy, T- shirt, a na ramiona narzuciłam ciepły sweterek i po cichu wyszłam z domu. Wsiadłam do zamówionej wcześniej taksówki i wyruszyłam w drogę, śmiejąc się pod nosem z mamy, kiedy wołała: - Dolores! Wracaj tu natychmiast! Miałam ochotę pobyć sama. Bez Gilberta, bez matki. Sama. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak bardzo byłam bezczelna i jak bardzo będzie źle u mnie w domu, kiedy już wrócę. Oczywiście domyślałam się też, że niedługo przyjedzie tu za mną Gilbert z Michaelem i będą mi mówić, że mam nie robić żadnych cyrków, natychmiast wracać do domu i przeprosić mamę. Taka sytuacja zdarzała się nie pierwszy raz i wiedziałam, jaki będzie jej finał. Znów wybuchnę i powiem Gilbertowi, co o tym wszystkim sądzę, a potem będziemy na siebie wściekli, aż ktoś będzie musiał wyciągnąć rękę. Nienawidziłam robić tego pierwsza, bo byłam zbyt dumna i uparta. Prawdę mówiąc, Gil też taki był, ale czasem stwierdzał, że lepiej ustąpić i zacząć rozmowę. Oboje nie lubiliśmy takich sytuacji, bo przecież byliśmy zgranym rodzeństwem, a ciche dni były naprawdę ciężkie i przykre. Czasami w naszych kłótniach pośredniczył Mike, bo mimo, że był przyjacielem mojego brata, to nie chciał stawać po żadnej ze stron i wolał nas pogodzić. Dni po kłótni były najlepszymi, jakie kiedykolwiek się zdarzały. Zgadzaliśmy się z Gilbertem w każdej sprawie, on wstawiał się za mną u matki, ja prosiłam ją, żeby się na niego nie wkurzała, kiedy nie odbierał telefonu przez cały dzień i noc, będąc na imprezie, a ona się o niego martwiła. Ja wcale się temu nie dziwiłam, bo po śmierci ojca matka była bardzo z Gilbertem związana. I mimo że związała się z Gusem i chyba naprawdę go kochała, byłoby jej ciężko, gdyby Gil oświadczył, że wyprowadza się do własnego mieszkania i że musimy radzić sobie bez niego. Wszystkie sprawy związane z domem, czy nami ogólnie, omawiali wspólnie. Zawsze dziwiłam się, jak mogli za każdym razem dojść do jakiegokolwiek kompromisu, skoro każde z nich miało swoje własne priorytety. Mimo to jednak, prosiłam mamę, żeby za bardzo się na Gilberta nie gniewała, bo mimo całej jego odpowiedzialności, był młodym facetem, który chciał i miał prawo się wyszaleć. A te dnie były cudowne. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy w tych dniach razem i potrafiliśmy się świetnie dogadać, a w grę nie wchodziła żadna różnica zdań, czy charakterów.

Słońce już prawie zachodziło, kiedy weszłam na jacht. Mój jacht: „Angel of death”. Anioł Śmierci. Strażnik Końca Życia. Zostawiłam rzeczy w mojej kabinie i wyszłam na pokład. Trochę pamiętam, jak siadałam tu z tatą i patrzyłam na zachody słońca. Potem nagle i znienacka przychodziła myśl, że przecież mój ojciec już nie żyje… Ostatnimi czasy bardzo dużo myślałam o śmierci. Prędzej czy później każdy z nas spotka ją na swej drodze. Każdego dogoni, każdego dopadnie, nikt przed nią nie ucieknie. Śmierć ma PLAN. Tak jak w filmie „Oszukać przeznaczenie”. Nagle niewiadomo dlaczego pomyślałam też o tym jak bardzo nieodpowiedzialnie się zachowałam, wybiegając z domu. Do diabła z odpowiedzialnością! Ale pamiętam to tak dobrze, bo takie myśli rzadko mi się nasuwały. Kiedy tak się nad tym wszystkim zastanawiałam dobiegł mnie stukot butów o deski pokładu. Odwróciłam głowę i zobaczyłam brata i Michaela. Przewróciłam oczyma i z bezgłośnym „NIE!” znów spojrzałam w szarą wodę. - Tu cię mamy, Dolores!- Gilbert był wyraźnie wściekły, bo tylko wtedy mówił do mnie „Dolores”. I robił to specjalnie, bo wiedział, że tego nie znoszę. - Witajcie faceci w czerni!- nawet nie odwróciłam głowy. Usiedli obok mnie, każdy po jednej stronie. Rzeczywiście mieli jakieś upodobanie do czarnych ubrań. W gruncie rzeczy byli do siebie bardzo podobni, ale nie pod względem wyglądu. Mieli podobne upodobania, podobała im się ta sama muzyka, filmy, książki. To prawda, różnili się charakterami, ale na dobrą sprawę mogliby być braćmi. - Co ty sobie w ogóle wyobrażasz? Matka traci przez ciebie nerwy, myślała, że coś ci się stało!- rzucił Gil, oskarżycielskim tonem. - Ona nigdy się o mnie nie martwi- wydusiłam. Czułam się osaczona, bez możliwości odwrotu. - Może teraz zaczęła? - Sumienie ją ruszyło? Do tego nadałoby się chyba tylko krzesło elektryczne- mój głos kipiał od sarkazmu. Od razu pożałowałam, że to powiedziałam, ale jak już wcześniej zauważyłam nie było możliwości odwrotu. Łzy napłynęły mi do oczy, ale zdołałam je powstrzymać. Nikt nie będzie widział, jak płaczę. Nigdy. - Jesteś okrutna. I nieodpowiedzialna- odparł Gil. I on śmiał mi to powiedzieć. Taką mnie wychował, a teraz narzeka i jest stale „na nie”. - On ma rację, Dolly- odezwał się Michael, a potem dodał, że nie musiałam uciekać. - Ok. Nie wnikajmy w to. A teraz wracamy do domu- Gilbert ujął mnie za ramię. Powiedziałam mu, żeby trzymał łapy przy sobie. - Wracamy, Dolly- powtórzył Gil. Powiedziałam mu, żeby wybił to sobie z głowy, ale on się uparł. - Zostaw ją- powiedział Michael do Gilberta, a on rzucił mi mordercze spojrzenie. Pokręciłam głową i weszłam do kabiny. Ładnie się to wszystko zaczęło, ale taka już byłam. Uparta i wybuchowa. I nieodpowiedzialna, wiem o tym, mamo.

Następny dzień był słoneczny i pogodny, a od oceanu wiał lekki wietrzyk. Postanowiłam, że nie ruszę niczego, co miało związek z przyjęciem, dopóki nie przyjdzie Gilbert, bo w końcu to był jego pomysł. Siedząc w kuchni i popijając kawę, rozmyślałam jak tu się pozbyć Kitty. Jedyne rozwiązanie nasuwało się samo: można by ją utopić. W czasie pływania wystarczyłoby wziąć głęboki oddech, zanurkować i złapać ją za kostkę. Byłaby tak zaskoczona, że nie zdążyłaby nawet zaczerpnąć powietrza i momentalnie wlałaby sobie do płuc cztery litry wody. Nieszczęśliwy wypadek. Można jeszcze podać jej arszenik. Ale nie miałabym go skąd wziąć. Poza tym, myślę, że nie byłabym zdolna do morderstwa. Ja zastanawiałam się nad tym tylko tak… dla żartów. Była chyba trzecia po południu, kiedy przyszedł Michael. Najpierw ujrzałam jego czarną czuprynę, a potem usłyszałam: - Cześć Do! Gilberta jeszcze nie ma? - Nie. Chcesz kawy?- w odpowiedzi kiwnął głową i usiadł przy stole. Podsunęłam mu parujący kubek i wlepiłam w niego spojrzenie. Wiedziałam, że zawsze go to irytuje, a ja wprost uwielbiałam robić mu na złość. Miałam mu coś powiedzieć, tylko… - Aha! I jeszcze jedno, Mike- spojrzał na mnie pytająco. - Nie mów do mnie „Do”! Mam na imię… - Wiem, jak masz na imię, Dolores- odparł z uśmiechem. - Dolly. Jak już coś, to Dolly- sprostowałam. Nie lubiłam mojego imienia i znosiłam tylko „Dolly”. - Przepraszam- powiedział z komiczną miną i oboje wybuchnęliśmy śmiechem. - Może podzielicie się z nami tym, co was tak śmieszy?- usłyszeliśmy głos Gilberta. Za nim weszła do środka Kitty. Nie podobał mi się jego wzrok. Patrzył zbyt podejrzliwie. Rozejrzał się, po czym znów spojrzał na mnie. - Co tak patrzysz?- zezłościło mnie to. I Kitty też mnie zezłościła. W dodatku Gil zapytał, czy zapomniałam, że dziś przychodzą goście? - To chyba ty zapomniałeś- odparłam spokojnie. Powiedział, że ja jestem tu od wczoraj i mogłam coś zrobić. - To twoje przyjęcie, bracie. Zapraszasz przyjaciół, a ja… - Słuchaj, Dolores! Jeśli chciałaś mi zrobić na złość, to nie wyszło ci. - To dobrze, ale ja nie kiwnę palcem- odparłam i wyszłam do swojej kabiny. Gilbert poszedł za mną. - Dlaczego zachowujesz się jak dziecko?- zapytał łagodnie. - Jak? Gil, czuję się jakbym już miała zmarnowane wakacje. A wszystko przez Kitty. Mój mądry brat coś tam jeszcze powiedział, że nie powinnam się przejmować, ale to nie było takie łatwe. Widzieć Kity codziennie, spotykać ją na każdym kroku i słuchać jej bredni nie było wcale przyjemne. To tak jakby przykuto mnie do największego wroga i kazano mi z nim uciekać z więzienia. Bez sensu. Ale postanowiłam mocno się trzymać i nie pozwolić na to, aby Kitty zmarnowała mi wakacje do końca. W końcu byłam optymistką i miałam taką nawiną zdolność wierzenia, że wszystko się jakoś ułoży. To czasem pomagało. Miałam co prawda sześć lat, kiedy odszedł tata, ale nie byłam już nic nie rozumiejącym dzieckiem. Wiedziałam, że dzieje się coś złego, a kiedy mama ze łzami w oczach powiedziała mi… (Tatuś już nie wróci, kochanie… nie czekaj na niego…) że ojciec odszedł, że naprawdę odszedł i jej słowa całkiem powinny mi odebrać nadzieję, nadal potrafiłam wierzyć, że wszystko będzie w porządku. Tamtym razem się myliłam. A teraz?

- Dzięki, że mi wczoraj pomogłeś- powiedziałam do Michaela, kiedy wykładaliśmy zakupy w jachtowej kuchni. Zdziwił się. Albo udawał zaskoczonego. - No tak. Kiedy powiedziałeś Gilbertowi, żeby mnie zostawił w spokoju- wyjaśniłam. Mike się uśmiechnął. - Ja w twoim wieku też byłem taki zbuntowany. Rzucałem się dosłownie o wszystko- odparł. - Ty w moim wieku? Mówisz jak stary zgred! - A nie jestem nim w porównaniu do ciebie?- zapytał żartobliwie. - Hmm… może troszkę- tym razem to ja się roześmiałam. A potem wzięłam się za robienie sałatki owocowej. Całych ton sałatki. To była moja specjalność. Gilbert „dekorował” jacht, jeżeli można to tak nazwać. Też umiem zawiesić kilka balonów i serpentyn, a potem opowiadać wszystkim jaki to odwaliłam ciężki kawał roboty. Ale mniejsza o to. W pewnej chwili weszła Kitty. - Pomóc ci, Mike?- zapytała. - Nie, mała. A tak przy okazji: tylko przyjaciele mówią do mnie „Mike”, więc uważaj- dodał. - Przepraszam, myślałam, że…- zaczęła Kitty, ale dalej już nie słuchałam, bo właśnie skończyłam robić sałatkę i wyszłam na pokład. Od razu skierowałam się na zacienioną lewą burtę. Nie znosiłam tej małej dziwki Spencer. Była o rok młodsza ode mnie, ale reputację miała pogrążoną w gruzach. Może to tylko plotki, ale po całej High School chodziły słuchy, że mała puszcza się z każdym, kto ma dobry samochód i mniej więcej tyle forsy, co jej stary. Jej ojciec nie wiedział o tym, albo udawał, że tego nie widzi. W ogóle to nie, mam ochoty się nad tym rozwodzić, ale napisałam to, żebyście nie myśleli, że tak bezpodstawnie jej nie trawię. Gilbert pozostawił już ślady swojej obecności w miejscu, w którym siedziałam. Odwiązałam jednego balonika i wrzuciłam go do wody. Ogarnęła mnie dziwna melancholia. Albo coś podobnego. Bałam się, że Spencer zmarnuje mi całe wakacje. Solennie sobie postanowiłam nie kłócić się więcej z Gilbertem. Kumple mojego brata i nieliczne grono moich znajomych oraz przyjaciele Michaela zaczęli się schodzić na jacht około dwudziestej. Nie było ich dużo, wbrew tym upodobaniom Gila do „małych” imprez, ale wystarczająco, żeby dobrze się bawić. Panna Spencer nic o tych planach nie wiedziała, więc nie zaprosiła nikogo. I bardzo dobrze!

Przerzuciłam wzrok z Edi`ego na Boba. Kumple Gilberta i Michaela spojrzeli na mnie niezbyt pewnie. - Dobra, Dolly! Daj im odetchnąć i chodź ze mną choć raz zatańczyć- usłyszałam głos Mike`a nad sobą. - Spokojnie, już kończymy. No, chłopaki! Wyłóżcie karty na stół- powiedziałam, odgarniając ręką włosy spadające mi na twarz. Grałam z nimi już druga partię pokera i wszystko wskazywało na to, że wygram. - Hazardzistka!- Michael się roześmiał. Pierwszą partię też wygrałam. Edi i Bob pokazali karty. Udałam, że się zastanawiam, tak dla ściemy się skrzywiłam i wstając od stolika, wyłożyłam karty. - Zwycięstwo!- rzuciłam ze śmiechem, a Mike pociągnął mnie za rękę. Akurat leciała jakaś wolna piosenka, na moje nieszczęście, bo nie lubiłam takich tańczyć. Michael przytulił mnie do siebie, jak mi się wydawało, zbyt mocno. - Tylko bez żadnych poufałości, Mike. Nie jestem Kitty Spencer- powiedziałam. - Jasne- odparł z uśmiechem na twarzy. O co mu chodzi?- pomyślałam sobie, lecz on nagle się odezwał: - Jesteś smutna, mimo pozorów. Odpuść sobie. - Marnujesz się jako architekt. Powinieneś być psychologiem- spojrzałam na niego. - Nie chcę rozmawiać o Spencer. Wystarczy mi jej widok- dodałam. Tego wieczora Mike już nie wracał do tego tematu. Bardzo dobrze mi się z nim tańczyło, ale nie myślcie sobie, że chodziło o coś więcej, bo on przecież miał dwadzieścia dwa lata i był dla mnie za… hmm… dojrzały i ustabilizowany. Miał mieszkanie i pracę i zapewne dziewczynę. Nigdy mnie to nie obchodziło. Ja potrzebowałam kogoś szalonego, bez ograniczeń, jak ja. Nie mówię, że Michael taki nie był, ale to nie mój typ. Kiedy piosenka się skończyła, Mike nadal trzymał mnie w objęciach, co wcale mi się nie podobało. - Mike, piosenka już się skończyła- powiedziałam. - Wiem- odparł z uśmiechem. - No to mnie puść!- wywinęłam się z jego ramion i rzuciłam na odchodnym: - Chyba za dużo wypiłeś. Wytrzeźwiej trochę. Jak na każdej imprezie, tak i na naszej nie mogło zabraknąć alkoholu. Nie uważam, że to grzech czy coś w tym stylu. Każdy może się napić, byle nie przeholować. Podeszłam do „pokerowego” stolika. Nie chciało mi się już grać, ale tylko tych kumpli Gila znałam. To znaczy tych, z którymi grałam. Bob wręczył mi szklankę. - Chcesz się napić? Mały drink- wyjaśnił. Wyciągnęłam rękę i wypiłam trochę. - Chyba pół na pół? Kto go robił, ty Edi?- zapytałam. - Wiesz, Gil? Nie znoszę, gdy ta mała mówi do mnie „Edi”. Mam na imię Ed, kapujesz?- zwrócił się najpierw do Gilberta, potem do mnie. Uśmiechnęłam się niewinnie. - Jasne, Edi!- odparłam, a reszta wybuchnęła śmiechem. Co prawda nie powiedziałam nic śmiesznego, ale oni też byli trochę nalani. Miałam już dość, bo wszystko robiło się zbyt nudne. Inni świetnie się bawili, ale ja… Ja chciałam już wypłynąć, poczuć na twarzy tę chłodną, orzeźwiającą, morską bryzę. Chciałam znów być wolna, nie myśleć o codziennych sprawach. Już jutro…

- Wstawaj! No, obudź się wreszcie!- poczułam jak ktoś mną szarpie. Powoli otwarłam oczy i zobaczyłam nad sobą mojego brata, - Zabiję cię. Która godzina?- zapytałam, siadając na koji. - Szósta. Chodź na pokład, wypływamy. - Szósta??! Gilbert, na litość boską, spałam trzy godziny!- wykrzyknęłam. - Ja też i w dodatku mam kaca, więc nie narzekaj, tylko chodź. Mamy ciepły, słoneczny dzień- oznajmił. - Jak zwykle- mruknęłam, wychodząc za nim w T- shircie i krótkich szortach, które służyły mi za piżamę. Brown stał już przy sterze, choć to Gil miał sterować, a obok siedziała wyspana, ubrana i wymalowana Kitty. Grzeczne dziecko poszło spać już o północy i w dodatku nie wzięła do ust ani kropli alkoholu. O dziwo. Próbowała kogoś bajerować na początku, ale chyba nie wzbudzała w kumplach Gilberta zbyt dużego zainteresowania. Widziałam jak się stara użyć całego swojego uroku osobistego, którego istnienie poddałabym w wątpliwość, i widziałam jak nic jej z tego nie wychodzi. Potem próbowała przyłączyć się do pokera, ale że nie rozumiała zasad gry i nikt jej nie chciał ich wytłumaczyć, to wkurzyła się i poszła do siebie. Od tej pory już jej nie widziałam i nie mogę powiedzieć, że było mi smutno z tego powodu. Wyglądałam przy niej jak jakaś wiedźma, z rozczochranymi włosami i pękającą głową, ale przynajmniej miałam marną satysfakcję, że i tak jestem od niej o niebo lepsza. - Witamy Śpiącą Królewnę!- powiedział wesoło Michael. Drinki i piwo chyba mu jeszcze nie wywietrzały z głowy. - Zamknij się! I ruszajmy wreszcie, bo chcę się położyć- rzuciłam. - Widzę, że masz kaca. Pierwszy raz w życiu, Dolly? - Odwal się i spójrz lepiej na siebie, Brown. Mniej więcej pół godziny później złapaliśmy wiatr w żagle i wypłynęliśmy z portu. Siedziałam jeszcze chwilę w kabinie ze sterem i patrzyłam na zdjęcie taty w marynarskiej czapce, zawieszone na honorowym miejscu. Co roku to robiłam. Żałowałam, że nie może być tu z nami, ale tłumaczyłam sobie, że na tamtym świecie jest mu o wiele lepiej. Często też zastanawiałam się, czy matka o nim pamięta? Miała tylu kochanków, że może zapomniała już o niejakim facecie nazwiskiem Robert Miller. Dużo też myślałam o tym, dlaczego to właśnie mnie dotknęło takie nieszczęście? Bardzo chciałam odwiedzić grób taty, ale nigdy tam nie jeździliśmy. Mama mówiła, że tata został pochowany w Little Rock w Arkansas, a z Kalifornii jest tam za daleko. Ale taki już mój marny los. Reszta naszej rodziny już dawno wyprowadziła się z San Diego. Mam tu na myśli siostrę matki i jej męża oraz rodziców. Wyjechali na wschód i teraz łączą mnie z nimi kartki na święta. Rodziców ojca chyba nigdy nie znałam, a jeżeli tak, to ich nie pamiętam (to przez ciebie, Dolly. I twojego) Nie kojarzę również wujków i ciotek od strony taty. Nawet nie wiem, czy miał rodzeństwo? Muszę o to zapytać (brata. Musiał wyjechać i przez to umarł) Gilberta. Jak widzicie, niewiele wiem o mojej rodzinie. Może, gdybym chciała się dowiedzieć… Gdybym poszperała w jakichś starych papierach, albo chociażby zapytała Gilberta… Pierwsze dwa tygodnie upłynęły pod znakiem zachmurzonego nieba, deszczowych nocy i czystych, świeżych poranków. Nie zawsze padało, ale w te wieczory, kiedy krople deszczu bębniły o szyby, lubiłam siadać w jachtowym salonie i oglądać filmy na DVD, których mieliśmy z Gilbertem pełno. Wśród pirackich nowości można się było doszukać kilku oryginalnych płyt. Pewnego wieczoru weszli Michael z Gilbertem i postawili na stoliku sześciopak. Demonstracyjnie go przesunęłam. - Co oglądasz?- zapytał Mike. - Film, jakbyś nie wiedział- odparłam. Razem z nimi przyszła Kitty. Boże, dlaczego mnie tak skarałeś? Chciałam spędzić ten wieczór sam na sam z Kevinem Baconem jako „Człowiekiem Widmo”, po raz chyba setny. Michael spojrzał w ekran i uśmiechnął się ironicznie. - Cudowny pan Kevin B.!- powiedział i usiadł obok mnie, obejmując mnie ramieniem. Kpił sobie, idiota. - Zabieraj łapy, palancie i nie naruszaj mojej przestrzeni życiowej swoimi ciężkimi tekstami! Żałuj, że nie jesteś, choć w jednej ósmej tak przystojny jak on- wypaliłam. - Nie tym tonem, Dolly- dorzucił Gilbert. - Wiecie, co teraz zrobię?- zapytałam, a oni z rozbawieniem pokręcili głowami. Panna Spencer nawet z wyższością. - Będę wznosić oczy do nieba i modlić się, żeby Bóg ulitował się nad głupszymi ode mnie!- po tych słowach wzięłam płytę z moim filmem i poszłam do siebie. Otwarłam jakąś książkę, ale nie mogłam się skupić, więc zamknęłam ją z powrotem. - Co za wakacje!- jęknęłam i zamknęłam oczy.

Następnego dnia zaczęło się wreszcie rozpogadzać, toteż humor mi się poprawił. Zeszliśmy na ląd w jakimś małym, obskurnym porcie, żeby uzupełnić zapasy żywności. Był tam mały supermarket, a pierwszą rzeczą, jaką wrzuciłam do koszyka była czekolada- moja marihuana, kokaina, heroina, mój narkotyk, po którym czułam się wspaniale. Byłam wprost uzależniona od czekolady, szczególnie tej z orzechami. Słońce już zachodziło, kiedy wróciliśmy na jacht. Siedziałam na pokładzie, na lewej burcie oczywiście, a wieczór był wyjątkowo ciepły. Przyszli do mnie Michael z Gilbertem i butelką czerwonego wina. - Chcesz trochę?- zapytał Mike. Bez słowa wyciągnęłam rękę i po chwili dostałam pełny kieliszek. Gilbert musiał spojrzeć wymownie na Mike`a, bo usłyszałam jego słowa: - Nie zaszkodzi jej. Popijałam wolno krwawy, rozgrzewający napój i patrzyłam w gwiazdy. Świeciły mocno i jasno, co zapowiadało wspaniałą pogodę. Za tydzień mieliśmy być już w Salem i padały propozycje, żeby zatrzymać się tam na kilka dni. Oczywiście moją trasę, którą tak dokładnie wykreśliłam na mapie Gila, szlag trafił. Ciekawe, czy tam naprawdę jest dom czarownic? Jeśli tak, to może Kitty w nim zamieszka. Nie wypiłam dużo tego wina, a rano znów obudziłam się z bolącą głową. Dobrze, że przynajmniej wszystko pamiętam i nie zrobiłam żadnego głupstwa. To znaczy… chyba nie zrobiłam. O matko! Mam zadatki na alkoholiczkę? Jak gdzieś staniemy, to trochę popływam.

- Michael, ty skończony idioto!- zawołałam do tego palanta, kiedy wynurzyłam się z wody. Chciał mnie utopić, ale nie ze mną te numery. Z całej siły pchnęłam go do wody. - Masz za swoje!- krzyknęłam i roześmiałam się razem z nim. Panna Spencer patrzyła na to z miną znudzonej, zblazowanej dziewczynki. Kiedy Mike wszedł na pokład, położył jej rękę na ramieniu, a ona szybko się odwróciła i zarzuciła mu ręce na szyję. - Hej! Nie tak szybko!- powiedział ze śmiechem. - Umiesz pływać?- zapytał. - Oczywiście! Zdobyłam pierwsze miejsce w…- Kitty nie dokończyła, bo Mike wepchnął ją do wody. Wpadła do niej z głośnym piskiem, ale zaraz wypłynęła, rzucając na Michaela stos przekleństw. Cała ta sytuacja bardzo mnie ubawiła. Może sprawiło to gorące słońce, a może wino, które jeszcze czułam z poprzedniego wieczora. Gilbert wykorzystał ten czas na sen. Byliśmy zacumowani w maleńkiej zatoczce ocienionej palmami, z białym, czystym piaskiem. Sceneria jak z marzeń. Tylko ludzie nie tacy… W sumie nie było najgorzej, ale chyba od samego początku byłam na to źle nastawiona. Inaczej wyobrażałam sobie to wszystko, myślałam, że będzie tak jak w tamtym roku, kiedy byłam tylko z moim bratem i wszystko układało się świetnie. Spędzaliśmy czas razem, a jak już byliśmy sobą zmęczeni to każde szło w swoją stronę i nikt nikomu nie przeszkadzał. Tak czekałam na te wakacje na jachcie. Obliczałam dosłownie każdy dzień. A tu taki pech: Kitty Spencer. Michael mi nie przeszkadzał. Był kumplem Gilberta, więc był ok. Przyjaciele mojego brata nie byli byle kim. Nawet go lubiłam. Był sympatyczny i miał w sobie wiele uroku osobistego, i mimo tego, że przyjaźnił się z moim bratem, umiał być odpowiedzialny kiedy zaszła taka potrzeba. Każdej nocy było gorzej. Nie mogłam spać. Nadeszła oczekiwana przez każdego z przerażeniem fala upałów. W dzień słońce prażyło niemiłosiernie i nawet oceaniczna bryza nie zawsze przynosiła ulgę. Wieczorem nie ochładzało się. Zamiast tego z ziemi emanowało nagromadzone przez cały dzień ciepło, a wiatr od wschodu pchał to gorące powietrze w stronę oceanu. Noce były duszne i parne. Powietrze stało w miejscu, nie poruszane nawet maleńkim podmuchem wiatru. Nie lubiłam zatrzymywać się na noc w zatokach, bo wtedy noce przypominały saunę. Najlepiej było kiedy płynęliśmy, wtedy spałam jak zabita. Ale tylko do czasu…

MICHAEL

Harowałem na ten sprzęt wędkarski całe cztery miesiące i kiedy Gilbert zaproponował mi wakacje na jachcie, pomyślałem, że to doskonała okazja do wypróbowania mojej nowiutkiej wędki. Nie byłem jakimś zapalonym łowcą ryb, ale czasem lubiłem oderwać się od zwykłych zajęć. No i miałem satysfakcję, kiedy coś złowiłem i cieszyłem się jak dziecko, jako że był ze mnie totalny amator. Nie łowiłem w ciągu dnia, bo wtedy jakoś nie było na to czasu. Lubiłem siadać z wędką nocą, kiedy było cicho i spokojnie. Wybiła północ, wszyscy na jachcie chyba już spali, było ciemno i cicho. Siedziałem na lewej burcie, a ocean szumiał. Postanowiłem, że pójdę sobie zrobić kawę, bo ryby nie brały zbyt dobrze i zaczynało się robić niebezpiecznie nudno, a nie chciałem zasnąć. Nagle usłyszałem kroki. - Chcesz kawy?- usłyszałem głos Dolly. Ona zawsze umiała znaleźć się w odpowiednim momencie. Uśmiechnąłem się do niej. - Jasne. Właśnie miałem pójść do kuchni i sobie zrobić- podała mi kubek z czarnym płynem. - Bez śmietanki i bez mleka- powiedziała. Skinąłem głową. Zdziwiło mnie, że nie spała. I że piła czarną kawę o północy. Zapytałem ją o to. Siedziała oparta o ścianę, a wiatr rozwiewał jej włosy. Patrzyła w morze, wydawało mi się, że wzrok miała utkwiony w nicość. - Ostatnimi czasy cierpię na bezsenność- odparła z uśmiechem, który zaraz zniknął z jej ślicznej twarzy. Nie ma co ukrywać: podobała mi się. Każdemu by się spodobała. – I nienawidzę tego. Czasami boję się położyć, bo wiem, że i tak nie zasnę i że będę się tylko jeszcze bardziej wkurzać, zamiast się uspokoić. I sen nie przychodzi. Czasem nawet całą noc…- znów blado się uśmiechnęła. Miała delikatny uśmiech, ale przy nim jej wargi były tak piękne, że musiałem się powstrzymać, żeby nie dotknąć ich swoimi. - Myślisz o swoim ojcu?- wyrwało mi się. Nie odezwała się, nawet na mnie nie spojrzała. Napiła się kawy, a nieprzyjemna cisza nadal trwała. Zrobiło mi się głupio. Co ja mówię! Poczułem się jak ostatni kretyn. - Przepraszam. Nie chciałem cię…- powiedziałem w końcu, ale nie dokończyłem. Odparła, że wszystko w porządku. - Ostatecznie wszyscy kiedyś umrzemy. Szkoda tylko, że nie możemy wybrać jak- dodała. Nie była już dzieckiem, nie zachowywała się jak neurotyczna histeryczka kiedy wspomniało się o jej nieżyjącym ojcu. Oboje milczeliśmy, ale atmosfera już się nieco rozładowała. - Wiem jak się czujesz, Dolly- powiedziałem po chwili. Ironicznie się roześmiała i zapytała, co ja mogę wiedzieć o śmierci kogoś bardzo bliskiego? Bez pogardy, zwyczajne pytanie, które miało mnie zbić z tropu. - Moi rodzice są fotografami i ciągle jeżdżą po kraju. Gdy byłem mały nigdy ich nie było. Teraz mi to nie przeszkadza, ale wtedy czułem się, jakbym do nikogo nie należał- wyjaśniłem, a ona, urodzona ignorantka, wzruszyła ramionami. Stwierdziła, że to nie jest to samo. - Nie można być niczyim. Nawet dzikie zwierzę należy do stada, lasu lub swego przeznaczenia- dodała. Nareszcie ktoś powiedział coś mądrego. Ile razy rozmawiam z innymi dziewczynami, tyle razy muszę słuchać wykładów na temat diet, mody, aktorek i całego tego bałwochwalstwa i błazenady. To dlatego nie udało mi się być z kimś na dłużej. Swoją drogą to trochę dziwne, że wszystkie dziewczyny jakie spotykam, usilnie starają się udawać, że są piękne, ale słodkie z nich idiotki, którymi trzeba się zaopiekować. Nie wiem, jak to się stało, a przede wszystkim, dlaczego, ale pochyliłem się i ją pocałowałem. Chyba po prostu nie mogłem się powstrzymać i zaraz przeklinałem swoje męskie hormony. Ale tak. Pocałowałem ją. Na krótko, trwało to kilka sekund. Nie mam pojęcia, co ona czuła, ale kiedy spojrzała mi w oczy, zobaczyłem w nich na pół przestrach, na pół wyrzut. Poderwała się gwałtownie. - Pójdę już!- z tymi słowy wbiegła na pokład. Usłyszałem jeszcze brzęk tłuczonego szkła. Boże, jak bardzo chciałem cofnąć wtedy czas. Ta myśl długo kołatała mi się po głowie i doszedłem do wniosku, że czas chcę cofnąć nie dlatego, żeby to się nigdy nie stało, ale wprost przeciwnie. Przyłapałem się na tym, iż myślałem, że chcę ten pocałunek powtórzyć. Nie wiem tylko skąd wziął się ten strach w jej oczach. I zapewne nigdy się nie dowiem. Czasem zazdrościłem Gilbertowi takiej siostry. Przynajmniej nie czuł się samotny, tak jak ja przez całe życie, bo zawsze miał z kim pogadać i w ogóle… Ale teraz spojrzałem na Dolly z innej strony. Nie widziałem już w niej małej siostrzyczki mojego przyjaciela, ale śliczną dziewczynę, wartą przecież zainteresowania. „Nawet dzikie zwierzę należy do stada, lasu lub swego przeznaczenia”… Te słowa mają w sobie coś mądrego, ale tak w życiu naprawdę nie jest. Przeznaczenie nie daje poczucia bliskości z druga osobą. Ale mimo to, to zdanie ma w sobie jakąś niezwykłą magię. Ciekawe skąd ona je wytrzasnęła? Następnego ranka próbowała udawać, że nic się nie stało. Przyznam się, że ja też. Ale moje ego ucierpiało na tym trochę. Nie byłem przyzwyczajony do takich reakcji ze strony dziewczyn. Nigdy nie musiałem zabiegać o ich względy, czasem nie musiałem w ogóle się wysilać. Ale teraz sytuacja była zupełnie inna. Zdecydowanie inna. Poza tym… te moje myśli były zupełnie bez sensu, bo nie było szans na to, żeby coś zaszło między mną a Dolly. No i była przecież siostrą mojego najlepszego kumpla. Chociaż nie wiedziałem właściwie, co to ma tutaj do rzeczy. - Dolly, możesz mi podać masło?- zapytałem. Nawet nie sprawiała wrażenia zakłopotanej. Zachowywała się normalnie. No tak, przecież nic wielkiego się nie stało. Przecież naprawdę nic wielkiego… jeden mały pocałunek, jedno muśnięcie wargami nic nie znaczy, przy tych wszystkich innych rzeczach, o których warto wspominać. - Mike, o czym tak intensywnie myślisz? Trzymasz to masło w ręce już od pięciu minut- głos Gilberta wyrwał mnie z zamyślenia i trochę otrzeźwił. Zobaczyłem na jego twarzy kpiący uśmieszek i wściekłem się na samego siebie za te moje, naprawdę idiotyczne, przemyślenia. - Co z Salem? Zatrzymujemy się tam?- rzuciła Dolores. W tym momencie weszła Kitty. Nawet zaspana wyglądała bardzo ładnie. Może nie tak ładnie jak Dolly, ale zawsze… - Nie. Nie mam zamiaru marnować wakacji w jakiejś dziurze!- mruknęła i zajęła swoje miejsce. Jak zwykle zachowywała się wyniośle, kiedy coś jej nie pasowało. - Ciebie nikt nie pytał o zdanie- odparła Dolores. Mogłaby być trochę dla niej milsza. Ale ona nie zna litości. Szczególnie, gdy ktoś jej podpadnie. Jednak muszę przyznać, że niekiedy wcale się jej nie dziwiłem, bo zbytnia egzaltacja, na jaką często stać było Kitty, wkurzyłaby nawet świętego. - Możemy się zatrzymać najwyżej na trzy dni. Co ty na to Mike?- zapytał mnie Gilbert. Kiwnąłem głową. Dolly uśmiechnęła się do mnie. Za taki uśmiech mogłem się zgodzić na wiele więcej. - Przegłosowane, Kitty!- powiedziała, wstając od stołu. I nie zaszczyciła mnie nawet spojrzeniem. Musiałem przyznać przed sobą, bo inaczej nie dałoby mi to spokoju, że taka sytuacja nie bardzo mi odpowiadała, bo była wprost niezręczna. Nie miałem pojęcia jak się zachować, bo nie wiedziałem jaki ona ma do tego stosunek. Może za bardzo się przejmowałem, bo to był przecież zwykły pocałunek, tylko pocałunek, ale… Postanowiłem, że najlepiej będzie, jak z nią pogadam i wyjaśnię, że dla mnie, zapewne tak jak i dla niej, to jedno maleńkie wydarzenie, które zaszło poprzedniej nocy, nie miało żadnego znaczenia. Żadnego, nawet najmniejszego znaczenia, mimo tych moich rozważań. Które, jak już przyznałem, były idiotyczne. Znalazłem ją później na dziobie. Z braku czegoś lepszego do roboty, po prostu się opalała. Stanąłem tak, żeby zasłonić jej słońce. Ściągnęła okulary przeciwsłoneczne i popatrzyła na mnie z dezaprobatą. - Odsuń się, z łaski swojej. - Przyszedłem cię przeprosić- powiedziałem niezbyt pewnie. Wcale nie chciałem jej przepraszać. Do jasnej cholery, wcale nie miałem takiego zamiaru. Przyszedłem tu po prostu powiedzieć: „Hej, maleńka, mam nadzieję, że podobnie jak ja, nie przejęłaś się tamtym pocałunkiem?” Wiedziałem, że Dolly jest twarda i że naprawdę jej to nie zrani, nawet się tym nie przejmie, ale jakoś nie potrafiłem tego zrobić. Jak ostatni kretyn przeprosiłem ją. - Za co? - Za wczorajszy wieczór… właściwie to noc- zacząłem, a więc musiałem doprowadzić to do końca. Ona tylko się roześmiała. Usiadłem, bo czułem się jak kretyn. I nawet się z tego powodu nie zdziwiłem. - Nie czuję się wykorzystana. Ani nikomu się nie poskarżę. - Nie kpij. Tak szybko uciekłaś, że pomyślałem sobie… - Nie chciałam ci przypieprzyć. A miałam ochotę!- nadal była uśmiechnięta. Nie wiem, czy mówiła serio, czy też nie, ale jednym celnym zdaniem potrafiła zwalić człowieka z nóg. Później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Przychodziła co wieczór z termosem kawy i bez słowa siadała obok mnie. A ja bez słowa ją całowałem. A potem lądowaliśmy w jej kabinie. Ale nie miałem już wyrzutów sumienia. Poszarpane obłoki wskazywały drogę ku zabłąkanym gwiazdom. Kawałek zamkniętego nieba, którego nie widzieliśmy, czy też może nie chcieliśmy widzieć. Jednak sielanka nie trwała długo. Wkrótce przestało ją to bawić. Dolly znikała na całe dnie, unikała mojego porozumiewawczego spojrzenia, skończyła się wieczorna gorzka kawa. Wracała zmęczona i nie miała sił na rozmowę. A gdy nie zatrzymywaliśmy się w żadnym porcie, próbowała udawać, że wszystko jest w porządku. Pytałem ją, o co do diabła chodzi, a ona mówiła, że się czepiam. Nie czepiałem się. Ja się tylko martwiłem. Być może byłem egoistą, ale nie chciałem jej stracić. Byłem tylko pięć lat starszy i nie potrafiłem jej zrozumieć. Choć bardzo się starałem. Nie wiedziałem, czy to już coś poważnego. Zresztą gdybym chciał robić z tego coś poważnego, okazałbym się śmieszny, bo minęło zbyt mało czasu. Jednak czas ten spędzaliśmy bardzo intensywnie. Byłem w szoku, że Gilbert niczego nie zauważył, nie był przecież głupi i nie tylko znał doskonale mnie, ale też swoją siostrę. Bałem się jednak, że Dolly może nie chcieć spróbować tego, co ludzie nazywali poważnym, a już na pewno normalnym związkiem. Obawiałem się również tego, że wszystko może skończyć się, zanim będzie miało szansę tak naprawdę się zacząć… - Muszę ci coś powiedzieć- oznajmiła pewnej bezsennej nocy, kiedy siedziałem na burcie i bezskutecznie próbowałem coś złowić. Była spięta. - To najgorsze słowa, które można usłyszeć od dziewczyny!- zażartowałem, ale chęć rozluźnienia atmosfery nic nie dała. Chcieć to za mało by mieć. Próbowałem ją przytulić, ale się odsunęła. - To nie ma sensu. - Co takiego?- zapytałem po chwili milczenia. - My… to, że niby jesteśmy razem… Niby??? - Nie będę owijać w bawełnę, Mike. Taki układ mi nie pasuje. Nie powiemy Gilbertowi, bo się wścieknie i będzie awantura. A to krycie się jest strasznie męczące. - Nie wścieknie się- zaoponowałem. Ona i tak wiedziała swoje. - Nawet nie próbuj mu powiedzieć. Jest przewrażliwiony na moim punkcie i trzęsie się nade mną, żeby, broń Boże, nic mi się nie stało- mówiła. Chciałem coś powiedzieć, zaprzeczyć, zapewnić ją, że wszystko załatwię, ale nie dała mi dojść do słowa. - Wiem, że jestem dorosła, nie musisz mi o tym przypominać, Mike. Ale Gil nadal uważa mnie za dziecko. - Może ma jakieś podstawy? „Może”- odparła i chciała odejść. Przytrzymałem ją za rękę. Zapytałem, dlaczego ucieka? - Uciekam? Przed czym? - Przed miłością…- byłem romantycznym kretynem. A przynajmniej chciałem taki być. Chciałem zatrzymać ją przy sobie za wszelką cenę. Nie wiem dlaczego. Wokoło było dziewczyn na pęczki, ale żadna nie była taka jak ona. Tamte mogłem mieć na każde skinienie, wystarczyłby łaskawy ruch głowy i grymas na twarzy w postaci uśmiechu. A Dolores… - Nigdy ci nic takiego nie powiedziałam. Nigdy. Poza tym… wszystko było w porządku zanim pojawiłeś się w moim życiu. Wszystko… wiedziałeś, że to nie mam sensu, zanim wszystko się zaczęło. Zimne ukłucie w środku. Zupełnie jakby ktoś dotknął mnie lodowym kolcem. Puściłem ją. Może poddałem się bez walki, ale to było tylko na razie. - Mike?- szepnęła. Odwróciłem się. Jej orzechowe oczy błyszczały… smutkiem. - Dobranoc- powiedziała i znikła w atramentowej ciemności nocy. Gdybym dostał jakieś zlecenie na zaprojektowanie wnętrza i urządzenie go, i gdyby jakiś szaleniec pozwoliłby mi pomalować jedną, jedyną ścianę, to namalowałbym atramentową miękkość nocy, otulonej jej włosami, dni skrzące się słońcem, wilgotne od morskiej bryzy, pustą wędkę, jej sylwetkę, ciepło ciał, smutne brązowe oczy.

Następnego dnia zachowywała się jak przedtem. Jakby nie było żadnych wspólnych nocy i gorącej kawy z jednego kubka. Jakby nie było NAS. Była bezlitosna. Ilekroć zaczynałem z nią rozmawiać mówiła, że nie chce zniszczyć naszej, mojej i Gilberta, przyjaźni, albo rzucała zdawkowe: „Nie przynudzaj, Mike!”. Cyniczna i zimna. Nie chciałem tego, ale z czasem dałem za wygraną. Ale jak już powiedziałem, tylko na razie.

DOLORES

Nie chciałam, żeby to wszystko tak się potoczyło. Bo potoczyło się przecież za szybko. Wystarczyła jedna noc, a już byłam z Michaelem na tyle blisko, żeby to stało się za poważne. Błąd. Nie chciałam zranić jego, ani Gilberta, ale przede wszystkim bałam się zranić siebie. Miałam już taki uraz po śmierci ojca. Wszyscy mężczyźni, których kocham muszą odejść (tak, dziecko. On umarł przez was). Takie miałam przekonanie i w to święcie wierzyłam. Więc wolałam nie próbować, bo to oznaczało dalsze cierpienie i przeczucie, że tak wcale nie musiało być. Że wszystko znowu przeze mnie. W sumie to nie „znowu”, ale człowiek zawsze tak o sobie myśli- wszystko złe co mnie spotkało, wydarzyło się przeze mnie, a ja mogłam przecież temu zapobiec. Tak naprawdę to znałam rodziców mojego ojca. To jego matka potrafiła mi wmówić, że tata zginął przeze mnie i Gilberta. Że gdyby nie my, to nie musiałby wyjeżdżać do pracy. Nie rozbiłby się. Myślę, że to śmierć syna zepsuła relacje między nią, a moją mamą, bo na początku świetnie się dogadywały. A jeśli nie świetnie, to można powiedzieć, że miały ze sobą dobry kontakt. Potem babcia wyjechała. Pamiętam, jak w wietrzny dzień wsiadała do samochodu i jak te raniące (to przez ciebie, przez ciebie, przez ciebie…) słowa wypłynęły jej z ust niczym wzburzony potok. Ale wcale nie było łatwo się wycofać. Mike nie chciał dać za wygraną i czasem miałam wrażenie, że naprawdę mu na mnie zależy. Mimo wszystko nie było mowy o byciu razem, przynajmniej na chwilę obecną. Starałam się odnosić do niego normalnie, bez chłodu. Zresztą nawet go nie czułam. I bardzo chciałam, żeby Gilbert niczego nie zauważył. Oczywiście na pewno nie był tak głupi, żeby nie zauważyć, że coś się dzieje. Ale raczej nie powinien podejrzewać, że między mną, a Michaelem zaszło coś więcej. Starałam się unikać przebywania z nim na osobności, ale na tak małym jachcie wcale nie powinno mi się to udać. To dziwne, jak wiele może być dwuznacznych sytuacji. Kiedy prosiłam Mike` a, żeby na przykład coś mi podał przy śniadaniu, czy kolacji, a nasze ręce się stykały, zupełnie przez przypadek, już było wiele widać. I to nie tylko po mnie. Czasem Gil przyglądał mi się tak podejrzliwie, że myślałam, że zaraz się sypnę, albo on powie, że o wszystkim wiedział, wszystko słyszał i w ogóle. A gdyby tak naprawdę było, to mój romans z Michaelem też byłby błędem. Dużym błędem.

GILBERT

Jak mógłbym nie zauważyć, że coś jest nie tak? To było doskonale widoczne, tylko nikt nie wiedział co się dzieje. Dolly stała się cicha jak nigdy. Nawet przestała dokuczać Kitty, co nie było u niej normalne. A tym bardziej zdrowe. Chciałem wiedzieć, co się dzieje, ale gdy tylko słyszała to pytanie z moich ust, odpowiadała, że jestem przewrażliwiony i żebym dał sobie spokój. Mike też nic nie wiedział, a jeśli nawet, to z niego też nic nie dało się wydobyć. Miałem wrażenie, że on ma z tym coś wspólnego. I miałem wyrzuty sumienia. Nie wiem, dlaczego? Nie mam pojęcia, ale tak czułem. Dolly rzadko się odzywała, unikała nas jak tylko się dało, Kitty omijała szerokim łukiem. Pamiętam, że kiedyś mała coś jej przygadała, a Dolly po prostu odparła, że nie ma czasu zajmować się kłótnią z nią właśnie. Spokojnie, bez zbędnych nerwów i emocji. Wtedy zapytałem, czy czasem nie jest chora. - Jasne, że nie, palancie- odparła, wulgarnie jak zwykle. Ale jednak coś jej było. I postanowiłem za wszelką cenę dowiedzieć się co? Chciałem działać powoli, wkradając się do jej, zamkniętego ostatnio dla mnie, świata jak cichy cień. Ale niestety nie było mi dane dowiedzieć się czegoś więcej. Bo potem… DOLORES

Nareszcie Salem. Miasteczko wiedźm, czarnych kotów i czarów, oczywiście. Zawsze chciałam je zobaczyć, a jak się okazuje nie ma tu nic ciekawego. Jest tylko pełno przesądnych ludzi. Ale robią to raczej na pokaz. Może władze miasta wydały takie polecenie, żeby przyciągnąć więcej naiwnych turystów. Jeśli tak, to ci ludzie są jeszcze bardziej naiwni niż turyści. Żeby słuchać idiotycznych poleceń burmistrza, trzeba być naprawdę szurniętym. Albo robią to, bo są nadętymi bufonami, którzy myślą, że jeśli mieszkają w Salem, to mogą wierzyć w przesądy, czarnego kota, kominiarza i zakonnice z wiadrami, i nic sobie z tego nie robić, bo oni przecież mieszkają w Salem, żyją z naiwności turystów i ogólnie wkoło jest wesoło, nie? Ale muszę przyznać, że bardziej wolę takie małe miasteczka, niż pełne blichtru Los Angeles, na przykład. Postanowiliśmy tu zostać na kilka dni, bo Kitty zaczęła nagle dolegać choroba morska. Ale to nawet dobrze, bo będę mogła odpocząć od niej, Michaela i Gilberta. Szlag mnie chce czasami trafić na tym jachcie. I pomyśleć, że tak się cieszyłam na te wakacje. Nie uważam ich za zmarnowane, jasne, że nie. Tylko niekiedy czuję się zmęczona. Drugiego dnia poszłam do Muzeum Czarownic. Nie nazywało się tak, ale poprawnej nazwy nie pamiętam. Poświęciłam na to cały dzień. Nie chciało mi się siedzieć na plaży i grać w siatkę z różnymi palantami, którzy tak naprawdę, to wcale się na tej grze nie znają. Zanim znalazłam to muzeum była trzecia. W sumie to nie było tam nic ciekawego, ale przynajmniej działała klimatyzacja. Był cholerny upał. Potem pochodziłam po sklepach, kupiłam kilka fajnych rzeczy i stos baterii do discmana, potem postanowiłam, że pójdę na pizzę. Pizzeria była mała, ale przytulna i zadbana z okrągłymi stolikami, na których stała świeca, wazonik świeżych kwiatów i wachlarz serwetek. Nazywała się chyba „Za rogiem”. Wzięłam stolik w głębi, ale mogłam obserwować ulicę. Widziałam gromadę dzieciaków, które bawiły się w berka, biznesmena kroczącego pewnym krokiem, nie zachwianym nawet kroplą alkoholu, wielebnego Riggera Jakiegoś-Tam, trójkę Przyjaciółek- Nierozłączek i staruszkę z laską i srebrnym, przedwojennym kokiem. Cała parada mieszkańców miasteczka wiedźm. Szczerze mówiąc, wiedźmy nie przypominała nawet ta starsza pani. Miałam wrażenie, że była taka samotna, iż szukała swojego ukochanego, albo szła na nieme spotkanie z nim, przerywane jedynie cichym płaczem wierzb i szmerem łzy spływającej po jej starej, pooranej grudkami czasu twarzy, z błyszczących jeszcze, wciąż żywych, nie chcących umierać oczu. Mówiła do niego cicho i spokojnie, siedząc na jakiejś starej, żelaznej ławce nad rzeką, żeby nie zbudzić duchów śpiących w jej otchłani. Bo nikt nie wiedział gdzie jest grób ukochanego, który zginął na froncie pół wieku temu, rozerwany na miliony tęskniących do niej kawałeczków granatem, rzuconym przez Niemca, albo Japończyka. Kiedy wracałam na jacht było już całkiem ciemno. Była dziesiąta, albo jedenasta. O dziwo, nikt się o mnie nie martwił. Chodzi mi tu o to, że Gil nie wydzwaniał do mnie na komórkę. Światła świeciły się, gdzie się tylko dało. Weszłam na jacht pełna przeczuć. Złych przeczuć. Intuicja mnie nie zawiodła. W małym saloniku siedział mój rodzony brat z Michaelem i dwiema panienkami. Nie muszę chyba wyjaśniać jak owe panienki wyglądały. Gil uśmiechnął się i wstał. Na stole stała butelka wina. Drogiego wina. Kalifornijskie chardonnay. - Dolly, poznaj Phyllis i Veronikę!- dziewczyny pomachały mi, zupełnie jakbym ich nie widziała. - Wzięliście je z burdelu, czy prosto spod latarni?- zapytałam kpiąco, ale z uśmiechem małego dziecka, które nie wie, że palnęło jakieś głupstwo. Nie obchodziło mnie, czy sprawię tym dwóm przykrość. Chodziło mi o to, żeby zrobić na złość Gilbertowi, nawet nie wiem za co, bo miałam gdzieś, czy spotykał się z córką prezydenta, czy pierwszą lepszą dziwką. A może byłam podświadomie zła na Michaela? Nie wydaje mi się to prawdopodobne, ale wielcy psycholodzy tak by właśnie powiedzieli. Chociaż to ja zakończyłam ten beznadziejny, pod względem jawności, związek. Brat posłał mi spojrzenie, które, jeśliby mogło, to zabiłoby mnie na miejscu. Pociągnął mnie za rękę na bok. - To moi goście i nie masz prawa ich obrażać!- był, mimo wina, całkiem trzeźwy. - Mogłabym nie wrócić, a i tak byś nie zauważył- powiedziałam spokojnie. - Miałbym wszelkie kłopoty z głowy!- rzucił i wrócił do swoich „gości”. Nawet się nie obejrzał. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Byłam dla niego kłopotem?! Łzy napłynęły mi do oczu. Ale to były łzy wściekłości. Jeśli tak uważał, to będzie miał kłopot (czyli mnie) z głowy. Ja mu jeszcze pokażę. Udowodnię mu, że doskonale potrafię sobie bez niego poradzić. Myśli, że skoro całe życie byłam od niego zależna, to i w wieku siedemnastu lat tak będzie. Tego samego wieczora spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka i opuściłam jacht. Na lodówce zostawiłam małą karteczkę: „Macie kłopot z głowy! Dobrej zabawy!”. Może byłam bezwzględna, ale życie też takie było. W sumie to nie wiedziałam dokąd chcę się udać. Do głowy przychodziło mi tylko jedno: wrócić do domu. Byle jaki autobus by mnie tam dowiózł. Noc była chłodna i orzeźwiająca. Na niebie skrzyły się tysiące gwiazd, a księżyc świecił bardzo jasno. Była prawie pełnia. Na ulicach, mimo późnej pory, spacerował ogrom ludzi. Pomaszerowałam na przystanek i miałam akurat szczęście, bo trafiłam na ostatni autobus do Sacramento. Tam przesiądę się na linię do Santa Barbara, a stamtąd już tylko krok do LA i San Diego. Wsiadłam do dość czystego, ale zatłoczonego autobusu. Ludzie już nie mają nic lepszego do roboty, tylko szwędać się autobusami po nocach. Były tylko dwa wolne miejsca. Jedno obok zakonnicy, przed którą piętrzył się stos kanapek, a drugie obok jakiegoś chłopaka, który wyglądał mi na anorektyka. Spojrzałam taksującym wzrokiem na zakonnicę. Może to było nieuprzejme, ale ona i tak nic nie zauważyła, tak była pochłonięta i zaabsorbowana swoimi kanapkami. Rzecz jasna, wybrałam to drugie miejsce. Zaczęłam szukać w plecaku discmana, kiedy zadzwonił mój telefon. Na wyświetlaczu pokazał się napis: „Gil”. - Cholera!- mruknęłam pod nosem. Dlaczego zareagował tak szybko? Ale i tak już mnie przez całe pieprzone wakacje nie zobaczy. Wyłączyłam komórkę, bezgłośnie powiedziałam „Adieu!” i wrzuciłam ją z powrotem do plecaka. - Uciekłaś z domu?- zapytał chłopak obok mnie. Prawdę mówiąc, nie miałam ochoty wdawać się w idiotyczne dyskusje. - Prawie- odparłam niezbyt uprzejmie. Nie zraził się tym. Później spotkałam jeszcze wiele takich osób, którym nie przeszkadzał mój ton. - Prawie? - Jesteś anorektykiem?- wypaliłam. Spojrzał na mnie pytająco. - Nie, a dlaczego pytasz? - Zadaję głupie pytania, tak jak ty. - Nazywam się Alex Dawson- powiedział z uśmiechem. Kretyn. Wzruszyłam ramionami. - Nie chciałam tego wiedzieć. A teraz, jeśli łaska, daj mi spokój. Ostatnią rzeczą na jaką miałam teraz ochotę to zawieranie nowych znajomości. Włożyłam słuchawki na uszy i udałam, że śpię. I chyba rzeczywiście się uśpiłam, bo gdy otworzyłam oczy, słońce stało już wysoko na niebie, a ja byłam całe kilometry od Salem. Rozejrzałam się po autobusie. Jak to możliwe, że nikt nie wysiadł? No, może kilka osób. Ale nie mój sąsiad. Czytał jakąś książkę, ale kiedy zobaczył, że się obudziłam, zapytał: - Nie będzie ci przeszkadzać, jak otworzę okno?- pokręciłam przecząco głową. Szczupłą ręką sięgnął do szyby i uchylił ją, a potem wyciągnął skręta i przypalił go. Boże, trafiłam na narkomana, pomyślałam, ale jakoś mnie to nie przeraziło. - Chcesz zapalić?- odwrócił się w moją stronę- to tylko „lekka trawka”- dodał. Spojrzałam na niego z niesmakiem. Żadnych narkotyków, postanowienie numer jeden. Żadnych narkotyków od obcych osób, postanowienie numer dwa. Mimo, że była to tylko „lekka trawa” nie chciałam zapalić, bo zdawałam sobie sprawę, czym może się to skończyć. Przesadzałam? Nie sądzę, choć miałam na tyle silną wolę, że wydawało mi się, iż mogę spróbować raz, bo taki mam kaprys, a potem koniec z tym. Ale mimo to i tak nie chciałam. Wiedziałam też, że jednorazowe zapalenie trawy może niczego nie zapoczątkować i naprawdę być jednorazowe w pełnym tego słowa znaczeniu, ale po prostu nie chciałam palić tego świństwa. Tym bardziej, że jechałam w zatłoczonym autobusie, a na zewnątrz musiało być gorąco jak cholera. Poczułam już zapach konopi meksykańskich, które palił, nie zwracając większej uwagi na otaczających go ludzi. Zapach podobny do papierosowego, ale jednocześnie całkiem odmienny, bardziej charakterystyczny. Niebieski dym wydostawał się za okno i snuł się leniwie w powietrzu. Już po kilku minutach poczułam tępy ból głowy, senność i mdłości. Jeszcze nigdy w życiu się tak nie czułam i dziękowałam samej sobie za własny rozsądek, który nie pozwolił mi przyjąć propozycji chudego chłopaka. Bo aż strach pomyśleć, jak poczułabym się, paląc skoro mdliło mnie od samego zapachu. Zawsze myślałam, że odlot jest przyjemny, a tymczasem mnie od samych oparów było niedobrze. Zaczęłam wiercić się na krześle w poszukiwaniu wolnego miejsca przy oknie, ale takowego nie było. Skupiłam wszystkie myśli na czytaniu jakiejś banalnej gazety, żeby tylko oderwać się od bólu żołądka. Musiałam wyglądać okropnie, bo chłopak zgasił niedopałek i wyrzucił go przez okno, a potem bezczelnie zapytał: - Nie przyzwyczajona?- chciałam mu odpowiedzieć coś bezczelnie, ale doszłam do wniosku, że tak naprawdę nie mam ochoty na żadne idiotyczne dyskusje, więc pokręciłam tylko głową. Ale Alex, czy jak mu tam było, nie wyglądał na typowego ćpuna. Na oko był wysoki, ale nie mogłam tego w pełni stwierdzić, bo siedzieliśmy przecież. Miał jasne włosy i niebieskie oczy. Takich oczu to jeszcze nie widziałam. No i ubrany był w same firmówki, co nasunęło mi przypuszczenie, że może był dealerem. Zaraz potem pomyślałam, że doprawdy już lepiej nie mogłam trafić. Jeśli to w dodatku handlarz heroiną to podróż i cała ta znajomość mogła okazać się nieciekawa. Poczułam też, jak wzbiera we mnie gniew za to, że zaczynam myśleć jak matka i Gilbert. Ale taka była prawda: handlarze heroiną zwykle, w przeciwieństwie do handlarza trawą, to już grubsze ryby. Mówiąc jaśniej: to po prostu członek mafii, a nie chłopak z sąsiedztwa, który poczęstuje cię trawą, bo jest dobrym kumplem. I jeśli ten chłopak też był takim… - Czy ty w ogóle masz jakieś imię?- odezwał się w końcu. Miał przyjemny głos i doszłam do wniosku, że nie taki kretyn straszny jak go malują. Odparłam, że owszem mam, ale to nie znaczy, że muszę mu je powiedzieć. Prosił mnie jeszcze jakiś czas, aż mi się to znudziło. - Nazywam się Dolores, dla przyjaciół Dolly- właśnie w ten sposób zaczęła się nasza znajomość. Nareszcie mogłam komuś opowiedzieć o tym , jak zwiałam z jachtu i tych wszystkich innych rzeczach. Zapytał mnie, czy się nie bałam, że mnie złapią. Prawdę mówiąc w ogóle się nad tym nie zastanawiałam. Wisiało mi to. - Jesteś dealerem?- zapytałam. Na początku się wahałam, ale potem… - Widać po mnie?- nie doczekał się odpowiedzi, bo to ja pierwsza zadałam pytanie. Przyznał, że tak. - Znam się na ludziach- powiedziałam. Alex jechał do San Francisco. Okazało się też, że mieszka tam gdzie ja. Nie wiem, czy to był czysty zbieg okoliczności, czy zrządzenie losu, ale nigdy później nie żałowałam, że uciekłam wtedy. Ani, że go poznałam. - Byłaś kiedyś w San Francisco?- zapytał mnie. Byłam tam, ale bardzo dawno temu. Kiedy tata jeszcze żył. Zaproponował mi, żebym tam z nim pojechała. Miał do załatwienia kilka spraw, a potem kilka wolnych dni. Może kilkanaście. Co miałam powiedzieć? Że nie mogę z nim jechać, bo nie chcę zostać ćpunem, albo, że pojadę, bo nie zależy mi z kim się plątam? To wszystko było bez sensu. Powiedziałam, że muszę się zastanowić. Dla zabicia czasu postanowiłam włączyć komórkę i sprawdzić pocztę. Było na niej pełno wiadomości od Gilberta i Michaela. I chyba ze dwadzieścia SMS- ów. Od samego widoku zrobiło mi się niedobrze, ale napisałam do brata: „Bawię się świetnie i nic mi nie jest! Pozdrówka!” - Wiesz, w ostateczności nie zbawi mnie te kilka dni. Mogę z tobą jechać- powiedziałam do Alexa, a on tylko się uśmiechnął.

Siedzieliśmy na jakimś przystanku w jakiejś ponurej mieścinie. Nie wiedziałam, że na wybrzeżu są takie miejsca. Nie dziwiłam się, że autobus dalej nie jechał i czekaliśmy na następny. Miasteczko wydawało się całkiem opuszczone, jakby zupełnie nie było tu ludzi. kiedy tak sobie o tym myślałam skojarzyło mi się, że może jest nawiedzone i uśmiechnęłam się pod nosem. Za dużo książek i moja wyobraźnia wybujała trochę za bardzo. Było zupełnie pusto i cicho, tylko obok nas jakiś gość palił papierosa. Był może w wieku Alexa. Czerwony żar błyskał raz po raz w ciemnościach nocy. A noc była chłodna i gwiaździsta. Taka jaką lubię. Lubiłam zanurzać się w tę ciemną ciszę i z ukrycia patrzeć na ludzi bez towarzyszących im cieni. Do odjazdu autobusu zostało pół godziny, więc z braku czegoś lepszego do roboty, siedziałam na trawie i patrzyłam w gwiazdy. - Czego tak tam wypatrujesz, Dolly? Przyszłości?- zapytał Alex ze śmiechem. - Nie. Po prostu zastanawiam się, gdzie są teraz te gwiazdy? - Co wy tu pieprzycie? Jak to „gdzie są”? Są tam, gdzie je widzisz- odezwał się chłopak z papierosem. Chciałam mu powiedzieć, że nikt go nie prosił o zdanie, ale Alex odezwał się pierwszy. - I tu się mylisz, kolego! Światło gwiazd, które dociera do Ziemi, zostało wyemitowane miliony lat temu, a w tym czasie Ziemia i gwiazdy zmieniły swoje położenie- powiedział Alex. Inteligent się znalazł. - Właśnie. One nie są tam, gdzie je widzimy. Niektóre wypaliły się i znikły w czarnych dziurach. Tak jak my kiedyś znikniemy…- dodałam po chwili. Chłopak z papierosem okazał się równym gościem i postanowił przejechać się z nami do San Francisco. Nazywał się David Brayshaw. Był trochę dziwnym człowiekiem, nie przypominał nikogo, kogo znałam. Czasem zamknięty w sobie, czasem szczery, aż do bólu i otwarty. - Zaraz trafi mnie szlag!- odezwałam się. Autobus spóźniał się już dziesięć minut. - O! Dolly się wścieka! Co się stało? Odkąd cię znam, zawsze widzisz tylko dobre strony sytuacji. Jesteś przecież typową utopistką. Raj jednym słowem- Alex znów się roześmiał. - Jestem realistką- poprawiłam go. Zdziwił się. - Utopista widzi raj, realista widzi raj plus węża- wyjaśniłam mu. Już się nie odezwał, po prostu go zatkało. Ale oczywiście to nie była moja myśl tylko niejakiego pana nazwiskiem Helmut Walters. Myślałam o różnych rzeczach, między innymi również o tym, co robią Gilbert z Michaelem. Ten drugi na pewno łowi ryby. Mogę się założyć. Autobus spóźnił się dwadzieścia minut. Skandal. Podczas nocnych przejazdów, dla zabicia czasu, dużo rozmawialiśmy z Alexem. Głównie na temat książek, których oboje byliśmy zapalonymi miłośnikami. I oboje czytaliśmy same dobre książki. - Miałaś kiedyś w rękach Stevena Kinga?- zapytał pewnego razu Alex. - Czytałam „Lśnienie”, ale wolę thrillery Jeffrey`a Deaver`a. Na przykład „Tańczącego Trumniarza”. Właśnie go czytam. - Tańczącego… co? - „Tańczący Trumniarz”. To prawie genialny płatny morderca- snajper…- zaczęłam z przejęciem opowiadać jedną z najlepszych książek, jakie czytałam. - Zaraz, zaraz! Co to „prawie” oznacza?- przerwał mi Alex. - Prawie genialny, bo w końcu i tak go złapią. Chyba. Ale za to jest świetnym snajperem. Ma najnowszy karabin snajperski, model 40, z optycznym celownikiem, który nosi w futerale po gitarze… - Powiewa mi tu „Desperadem”- znów mi przerwał. Ale taki był Alex. Musiał wszystko dokładnie wiedzieć. Roześmiałam się na jego słowa. - Desperado przy nim to leszcz! Ale i tak „Kolekcjoner Kości” podobał mi się bardziej- tak mniej więcej wyglądał nasz dialog. Czasami to był monolog jednej ze stron. Bo niekiedy Alex nie miał ochoty rozmawiać, a ja nawijałam jak najęta, a niekiedy ja i wtedy on odpłacał mi tym samym. Ale nie wściekałam się na niego. Ani on na mnie. Powoli stawaliśmy się przyjaciółmi, a nie tylko przypadkowymi znajomymi, którzy są tak samo zbuntowani. Razem moglibyśmy wytoczyć wojnę całemu światu i przy odrobinie szczęścia wygrać. Tak po prostu, sami ze sobą jak dwie samotne gwiazdy w nigdy niezmierzonej przestrzeni kosmicznej.

Byliśmy już w jakiejś mieścinie, tuż przed San Francisco. Alex wynajął apartament w pięciogwiazdkowym hotelu, zupełnie bez wiedzy zarówno mojej, jak i Davida. Chodziłam po mieście w poszukiwaniu czegoś nowego do ubrania, bo nie wzięłam z jachtu wielu rzeczy. Miałam przecież wracać prosto do domu. Na umówione miejsce przyszłam tylko trochę spóźniona. Apartament, jak już powiedziałam, był bardzo duży, bardzo luksusowy i, mówiąc jednym słowem, świetny. Każdy z nas miał w nim swoją małą sypialnię. Oprócz tego była jeszcze łazienka i duży, znakomicie urządzony, salon. Postanowiliśmy, że odpoczniemy tu dwa dni. Wreszcie mogłam spać do woli. Jednak nie całkiem było mi to dane. Obudziły mnie krzyki na korytarzu. Była chyba szósta rano. Wrzaski nie ustawały, więc wyszłam sprawdzić co się dzieje. I zobaczyłam Davida, krzyczącego na dwóch robotników. - Czy panowie muszą zakłócać spokój już od bladego świtu? Żebym sobie czasem nie pospał godzinkę dłużej od was, skoro zasnąłem dopiero nad ranem! I już jestem załatwiony na cały dzień! Niewinni ludzie patrzyli na niego jak na świra. A on stał tam w samych bokserkach i koszuli i wyglądał naprawdę komicznie. Usiadłam na kanapie w salonie, Alex podał mi kubek z gorącą herbatą, a kiedy David wrócił, czerwony z wściekłości na twarzy, wybuchłam śmiechem. - Człowieku, wyluzuj trochę, bo nabawisz się wrzodów na żołądku!- wykrztusiłam i z kolei Alex parsknął śmiechem. Ale Dave nie widział w tym nic śmiesznego. Zapytał Alexa, czy mógłby i jemu podać herbatę, a ten odpowiedział w przerwie między następną salwą śmiechu: - Herbatę podaję tylko księżniczkom. David narzekał przez cały ranek, nosił się nawet z zamiarem pójścia do dyrekcji hotelu z zapytaniem, co robotnicy robili o szóstej rano w pięciogwiazdkowym hotelu? Jakoś wybiliśmy mu ten pomysł z głowy. Nawet nie sądziłam, że jest takim nerwowym człowiekiem. I zaczęliśmy z Alexem odnosić się do niego z mniejszym zaufaniem niż na początku. Co jak co, ale jego zachowanie robiło się coraz bardziej podejrzane.

Czy zachowałam się nieodpowiedzialnie jadąc z Alexem? Był przecież nieznanym mi człowiekiem. Obcym człowiekiem, który mógł okazać się świrem na przykład. Ale przecież nie ryzykując, nie miałabym szansy wygrać, osiągnąć niczego nowego. Nie byłam tchórzem, ale czasem mogłam pomyśleć przed zrobieniem czegokolwiek. Zwykle jednak nie żałowałam, bo przecież zawsze zyskiwałam, nieprawdaż? Mimo to w naszej eskapadzie zdarzały się momenty, w czasie których prawie żałowałam, że się na to zgodziłam. Bo co jak co, ale to był szalony pomysł. I nie tylko z mojej strony, ale też ze strony Alexa. Pamiętam, jak pierwszego wieczoru w tym hotelu, w jakimś mieście przed San Francisco (nie pamiętam jego nazwy. Może to i dziwne, ale nazwy nie miały wtedy dla mnie większego znaczenia), Alex zapukał do drzwi mojego pokoju i zapytał, czy nie mam ochoty wybrać się z nim do teatru. - Kiedy? Dziś wieczorem?- zapytałam, a on potakująco kiwnął głową. – Alex, czy ty zwariowałeś? W czym niby mam iść do tego teatru? W dżinsach?- dodałam kpiąco. On tylko się uśmiechnął i wyciągnął do mnie rękę z jakąś torbą. - W tym, oczywiście- powiedział w taki sposób, jakby moje pytanie było najgłupszym na świecie. Podeszłam do niego z podejrzliwą miną i wzięłam torbę. To wszystko zaczęło mi się nie podobać, a kiedy zobaczyłam znaczek D&G, a potem śliczną czarną sukienkę, która zapewne musiała kosztować majątek… cóż najpierw zaniemówiłam, a potem… - Nie- wcisnęłam mu torbę do ręki i odwróciłam się do niego plecami. W mojej głowie kotłowały się tysiące myśli. Alex podszedł do mnie tak, żeby spojrzeć mi w oczy. Z niewinną miną zapytał, dlaczego? I co mu miałam, do cholery, odpowiedzieć? Że nie idę na taki układ? - Dolly? Coś nie w porządku? - Alex? Ty chyba naprawdę zwariowałeś! Dajesz mi sukienkę od Dolce i Gabbany i chcesz, żebym poszła z tobą do teatru? Wiesz, czym mi tu powiewa? - Słuchaj, nie wiem, co sobie pomyślałaś, ale… - Ale nic z tego! Nie jestem dziewczyną, która szuka sponsora, ani tym bardziej dziewczyną na jedną noc!- powiedziałam trochę głośniej niż zamierzałam. Modliłam się tylko, żeby naszej rozmowy nie usłyszał David. Twarz Alexa gwałtownie się zmieniła, ale złapał mnie za ramiona i nie pozwolił mi się odsunąć. Jego niebiesko- zielone oczy uśmiechały się do mnie. - Dolly, uwierz mi, skarbie, że w życiu nie pomyślałbym o czymś takim- usprawiedliwiał się, ale jakoś nie chciałam mu uwierzyć. – Nie wiedziałem, że tak nisko mnie cenisz. Ale… głupio to wyszło, przyznaję. Nie chciałem… nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało. - Alex… - Poczekaj, pozwól mi skończyć. Ja po prostu chciałem iść z tobą do teatru i pomyślałem, że ta sukienka ci się spodoba, ale jeśli… - Nie chodzi tylko o sukienkę. I nawet jeśli nie chciałeś, żeby to tak zabrzmiało… to… to właśnie tak było. Poza tym ja naprawdę nie mogę przyjąć tej sukienki. Źle bym się z tym czuła, już się źle czuję. Alex, ja naprawdę nie jestem jedną z tych łatwych dziewczyn, które…- zaczęłam wyrzucać z siebie słowa jednym tchem i już sama nie wiedziałam w jakim celu. - Dolly, przestań bredzić. Wiem, że krótko się znamy, ale od samego początku nie postrzegałem cię tak, jak to mogło dzisiaj zabrzmieć. Przepraszam, nie chciałem żebyś poczuła się jak ktoś, komu oferuje się sponsoring. Jezu, Dolly! Przecież to śmieszne!- powiedział i roześmiał się, jak ktoś, kto właśnie usłyszał niedorzeczną historię. – A sukienka… chcę żebyś ją wzięła. Nie oczekuję niczego w zamian, na miłość boską. Nie musisz iść do teatru jeśli nie chcesz, ale ona jest dla ciebie. Jest idealna tak, jak… zresztą nieważne- zostawił torbę na nocnym stoliku i wyszedł, nic już nie mówiąc. A ja, prawdę mówiąc, zastanawiałam się, czy jestem aż taką idiotką. Ale przecież tak to właśnie wyglądało. Wyglądało to tak, jakby Alex proponował mi układ… I nie zastanawiałam się długo. Wzięłam szybki prysznic, doprowadziłam się do porządku i włożyłam tę przeklętą czarną sukienkę. Leżała jakby była uszyta prosto na mnie, a ja pomyślałam, skąd ten facet ma taki zmysł? I prawdopodobnie była to najdroższa sukienka, jaką kiedykolwiek miałam na sobie. Serce mocniej mi biło, kiedy wyszłam z pokoju i skierowałam się do sypialni Alexa. - O której grają tę sztukę?- zapytałam. Powiedział, że jeszcze zdążymy i żebym dała mu piętnaście minut. Kiwnęłam głową i odwróciłam się, żeby wyjść. - Dolly? Wyglądasz olśniewająco- dorzucił jeszcze. I widziałam jak jego twarz rozjaśnił uśmiech.

- Słuchaj, nie mów za dużo przy Davidzie- powiedział do mnie Alex, pewnego dnia. Leżałam na łóżku, bo byłam śmiertelnie zmęczona i słuchałam muzyki. Nie lubiłam jak ktoś mi przerywał z błahego powodu, więc powiedziałam mu to bez ogródek. Usiadł obok mnie. - Wydaje mi się, że nie jest zbyt bezpieczny. Zachowuje się jak tajniak, czy ktoś taki…- był zaniepokojony, wypowiadając te słowa.- Tak mi się tylko wydaje- dodał, szczególnie silnie akcentując „tylko”. Westchnęłam. Nie dość, że zwiałam Gilbertowi, to jeszcze teraz po całym zachodnim wybrzeżu będę uciekać przed jakimś agentem policyjnym. Z dealerem narkotyków. - Pamiętaj, że to ty go zaprosiłeś. Ja miałam od początku sceptyczne nastawienie. Musimy sprawdzić, czy się nie mylisz!- przyszło mi do głowy i w jednej chwili zerwałam się z łóżka i już chciałam iść do pokoju Davida, ale Alex przytrzymał mnie za rękę. - Nie bądź taka szybka! Muszę być ostrożny, a jeśli on wejdzie w najmniej niespodziewanym momencie to zostaniemy zapuszkowani! - Chcesz się dowiedzieć, czy nie?- ruszyłam do jego pokoju. Jego bagaże były całkowicie puste, mieszkaliśmy tu już kilka dni, mimo wcześniejszych zamiarów. Postanowiłam najpierw sprawdzić rzeczy w szafkach nocnych. Alex stał przy drzwiach i opierając się o futrynę, nasłuchiwał, czy Dave nie wraca. Otworzyłam pierwszą szufladę i zobaczyłam stertę papierów. Zaczęłam je szybko przeglądać. Szybko, ale dokładnie. - Zostaw to i zmywamy się stąd!- syknął wściekły Alex. Niecierpliwił się już. Odłożyłam na miejsce papiery i zasunęłam szufladę. Zlikwidowałam wszystkie dowody mojego przestępstwa. Naszego przestępstwa. - Nic nie ma, idź się lecz, człowieku! - Nie ma czasu. Pakuj się!- rzucił. - Co?- ostatnią rzeczą na którą miałam ochotę, to tak szybki wyjazd. - Wynosimy się stąd zanim wróci!- Alex mówił tak konspiracyjnym szeptem, że wybuchnęłam śmiechem. Może nie było w tym nic śmiesznego, człowiek bał się o swój towar i wolność, ale ja nie mogłam się powstrzymać. Zapytał mnie, czym się naćpałam i czy przypadkiem nie „pożyczyłam” sobie od niego jakiejś działki? - Nie, tak nisko jeszcze nie upadłam- powiedziałam, poważniejąc. Zaczęłam się pakować i dałam już mu spokój. - Gotowa?- zapytał później. Później, to znaczy wtedy, kiedy byłam w trakcie pakowania się. - Tak jakby- odparłam. - Dziewczyno, doprowadzasz mnie do szału! Co to znaczy „tak jakby”? Jest tylko „tak”, albo „nie”!- zrobił pauzę, czekając na moją odpowiedź. - Tak jakby- powtórzyłam z uśmiechem pod nosem. Alex odwrócił się i z krótkim „Masz być na dole za pięć minut” wyszedł jak kulturalny hitlerowiec w kiepskim filmie wojennym. Kiedy wyszłam z hotelu był już wieczór i na dodatek padał deszcz. Zmęczenie powróciło nagłą falą. Zatrzymaliśmy taksówkę, bo na jakikolwiek dworzec autobusowy było za daleko. Kierowca był strasznie nerwowy, co i mnie się udzielało. Ale z nim było o wiele gorzej. Palił papierosa za papierosem i mówił sam do siebie. Zachowywał się jak psychol. Dym gryzł mnie w oczy i drapał w gardle, więc zaczęłam kaszleć. Taksiarz odwrócił się gwałtownie i spojrzał na mnie takim wzrokiem, że gdyby to było możliwe niewątpliwie padłabym trupem. Nawet Alex siedział cicho, bo kiedy chciał otworzyć okno Gbur powiedział, że ma grypę i jeśli chcemy dojechać żywi, to mamy siedzieć spokojnie. Stanęły mi przed oczyma wszystkie te sceny z „Kolekcjonera Kości”. Już po nas. Alex zostanie zakopany w ziemi żywcem, a mnie gość ugotuje przegrzaną parą. Też żywcem. Bzdura. Ale tak dla pewności sprawdziłam, czy od wewnątrz taksówki były klamki. To oczywiście było okropnie głupie, ale wolałam jednak sprawdzić. Później kierowca zaczął jechać zbyt szybko, nic sobie nie robił z czerwonych świateł i klął na kierowców, którzy nas wyprzedzali. Jedynym plusem tej szaleńczej jazdy było to, że drogę, która normalnie zajęłaby nam piętnaście minut, pokonaliśmy w pięć. Alex zapłacił taksiarzowi, nie patrząc na niego, a gdy ten odjechał, wybuchnął śmiechem. Ja nie widziałam w tym nic śmiesznego. Boże. Jeszcze jeden walnięty świr. Już nigdy nie wsiądę do taksówki. Autobus był duży, ale brudny. Nie cierpiałam takich. Powiedziałam o tym Alexowi, a on jak zwykle, żebym nie narzekała i że jak mnie poznał, to wydawało mu się, że mam tak łagodny i uległy charakter, że będę tańczyć jak mi zagra. Chyba chłopak na głowę upadł. Albo spadł skądś w dzieciństwie. Na przykład z konia. Nagle rozdzwoniła się moja komórka. Wyciągnęłam ją z plecaka i odebrałam. Usłyszałam głos Davida. - Dolly, gdzie wy jesteście? Pokoje w hotelu są puste. Nie wyszedł wam ten żart! - To on!- wyszeptałam do Alexa. - Wyłącz to!- krzyknął. Wyłączyłam telefon i oparłam głowę o siedzenie. - Idiotko, po co dawałaś mu swój numer?! - Sam jesteś idiota! Pamiętasz jak kazałeś mi go dać Davidowi w Sacramento?- krzyczeliśmy na cały głos. Ludzie w autobusie patrzyli na nas jak na dwóch takich, co uciekli z zakładu. Psychiatrycznego, oczywiście. Pokłóciliśmy się. Nałożyłam słuchawki na uszy i zamknęłam oczy. Mimo, że wieczór powoli zamieniał się w noc, a deszcz nadal padał, przez okno widziałam ludzi, którzy spieszyli się jak szaleńcy. W istocie, to oni szaleńcami nie byli, bo jeszcze nigdy nie widziałam nie spieszącego się człowieka. Wszyscy zawsze gonią za czasem, który bezlitośnie ucieka im coraz dalej. W ten sposób zamyka się błędne koło i nic nie zostaje rozwiązane. - Właściwie, to mam cię już dość- powiedziałam później do Alexa. - To po co ze mną jedziesz? - To ty ze mną jedziesz. Ja wracam do domu! - Ja też. Mogłaś obok mnie nie siadać w Salem, to teraz nie miałabyś tego problemu- odparł zgryźliwie. - W życiu nie przypuszczałam, że trafię na szajbniętego narkomana!- powiedziałam nieco ciszej. - Nie jestem narkomanem tylko dealerem, a to różnica. - Rzeczywiście! Ciągle tylko przypalasz skręta i… - To tylko trawa, Dolores. Na ogół nie biorę tego, czym sam handluję. To bardzo prosta zasada- wyjaśniał mi chyba po raz setny. Boże, jak on potrafił człowieka dobić. Od samego zapachu tej cholernej trawy mnie mdliło i nie miałam zamiaru próbować tego świństwa. - A zasady są po to, żeby je łamać, tak? - Nigdy nie łamię zasad, które sam ustaliłem- powiedział i na tym skończył dyskusję. Od dziś zacznę go nazywać Pan- Zasadniczy- Alex. Kretyńska sprawa. Chyba poczytam „Tańczącego Trumniarza”. Mogłabym na podstawie tej książki napisać poradnik po tytułem „Jak zabić wkurzającego cię przyjaciela i zlikwidować wszelkie ślady na miejscu zbrodni?- poradnik dla początkujących”. Cholera. Trwało to jeszcze dwa dni, aż wreszcie dotarliśmy do San Francisco.

ALEX

- Co teraz?- zapytała Dolly, kiedy już dojechaliśmy do San Francisco. Postanowiłem, że pójdziemy coś zjeść. Porządną pizzę. Albo coś innego. Znałem tu jedną taką knajpkę. Restaurację właściwie. I to jedną z najlepszych w mieście. Kelner już mnie tam znał i wskazał mi miejsce pod oknem. Zawsze tam siedziałem, bo stamtąd dobrze było widać ulicę. I pod tą knajpką spotykaliśmy się z Max`em. - Zawsze siadasz pod oknem? Nie wiedziałam, że musisz obserwować ulicę. Uciekasz, gdy zjawią się gliny?- zapytała Do z rozbawieniem na twarzy. Jej cięte uwagi czasami zawalały mnie z nóg. Była największa cwaniarą, jaką dane mi było poznać w ciągu całego mojego życia. Podszedł do nas Billy Kelner. Tak go sobie nazywałem. Zamówiłem pizzę. A Dolly… - Stek z ziołami, sałatkę z surowych warzyw i kieliszek białego wina- powiedziała do Billy`ego Kelnera, a on spojrzał na nią jak na wariatkę. Pewnie był przyzwyczajony, że ludzie w naszym wieku jedzą tylko pizzę i hamburgery. A ona miała wyszukany gust. Nie była jak większość dziewczyn, którym zależało tylko na wyglądzie, kosmetykach i facetach. Dla niej liczyło się coś więcej. Miała w sobie siłę, za którą niejeden wiele by dał. Miała talent do pytania „Co teraz?”. Czasem mnie to wkurzało, czasem śmieszyło, ale na ogół jej odpowiadałem. Nie znała wszystkich moich planów, a bałem się, że to ona się wścieknie i ucieknie ode mnie. Historia lubi się powtarzać. Ucieczki również. Nie chciałem, żeby zostawiła mnie bez słowa tak jak swojego brata i tego Michaela, o którym mi opowiadała. W sumie to podejrzewam, że łączyło ich coś więcej. - Teraz czekamy- odparłem. Zapytała na co? - Na Max`a. Tego mojego kumpla, z którym zawieram transakcje- roześmiała się po tym co powiedziałem. W tym momencie ja nie wiedziałem o co jej chodzi, do diabła. - Zachowujesz się jak jakiś ważny biznesmen. „Zawieramy transakcje”!- poprosiłem, żeby nie mówiła na głos wszystkich rzeczy, które ma ochotę wypowiedzieć, bo niepowołani ludzie mogą usłyszeć. A ona na to, że to przecież nie jej biznes. Zanim przyniesiono jedzenie wstała i ruszyła do łazienki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ważnego tym bardziej, ale jeden aspekt całej tej sytuacji prawie mnie przeraził. Obok nas, przy jednoosobowym stoliku siedział facet około pięćdziesiątki z twarzą pijaka. Może przesadzam, bo nic poza twarzą nie wskazywało na to, że jest nałogowym alkoholikiem, poza tym takich tu nie wpuszczali. Zapewne był tylko jakimś handlowcem albo prezesem mniejszej, czy większej firmy. Kiedy Dolly zniknęła za drzwiami toalety, facet nachylił się w moją stronę. Momentalnie przypomniała mi się pewna powieść Nabokova, nawet pozwolę sobie tu zacytować tego świetnego pisarza, bo sytuacja była wprost identyczna: - Skąd żeś pan ją zgarnął? - Słucham? - Mówię, że gorzej kiedy parno. Przyznałem facetowi rację, ale miałem się na baczności. Nie wypytywał mnie już o nic. Po prostu wstał i wyszedł. Ciarki przeszły mi po plecach. Pomyślałem, że ten gość jest gotowy oskarżyć mnie o porwanie, gwałt i Bóg wie co jeszcze. Kiedy Dolores wróciła, kolacja czekała już na stole. Poganiałem ją, bo miałem złe przeczucia, które jak zwykle mnie nie zawiodły. Kątem oka dostrzegłem przez okno tegoż samego faceta, ale już z policjantem. Wskazywał ręką na miejsce, które zajmowaliśmy. Nie zgarną mnie. Nie mają szans. Rzuciłem zwitek banknotów na stół, złapałem Dolly za rękę i pociągnąłem w stronę zaplecza. Billy Kelner o nic nie pytał, bo taki mieliśmy układ: ja dostarczałem mu towar, on ułatwiał mi robotę, kiedy znajdowałem się w San Francisco. A Dolly zaczęła pytać, kiedy znaleźliśmy się na zewnątrz. Na jej szczęście dopiero wtedy, bo wcześniej chyba bym ją zabił. Wyjaśniłem jej, że chcieli mnie zgarnąć za handel. Oczywiście pominąłem sprawę wścibskiego mężczyzny. Wtedy nie pomyślałem, że jego pytania o Dolores i policjant mogą być w jakikolwiek sposób powiązane. Zadzwoniłem do Max`a i umówiłem się z nim w innym miejscu. Czekaliśmy z Dolly pod jakimś kinem. Zbliżał się wieczór, a mimo to powietrze nadal było gorące i lepkie. Obok nas przejechał powoli na rowerze chłopak, typowy Johnny- Rozwożący- Gazety, i gapił się na Dolly lubieżnym wzrokiem. W pewnym momencie rzucił ku nam szarą porcję codziennych wiadomości. Zwykle gazety dostarcza się rano, ale kilku szajbusów miało inne zwyczaje. Złapała. Spojrzała na pierwszą stronę i najpierw na jej twarzy odmalowało się zdziwienie, potem przerażenie, a na koniec wybuchnęła śmiechem. Wszystko to działo się zaledwie kilka sekund. Zapytałem ją, z czego się śmieje? - To nie ciebie chcieli zgarnąć! Tylko mnie!- wykrztusiła, wprost zanosząc się wesołością. Wyrwałem jej gazetę i w jednej chwili zrozumiałem, co miał na myśli facet w restauracji, mówiąc: „Skąd żeś pan ją zgarnął?”. W gazecie widniała jej twarz z banalnym „Pomóżcie mi znaleźć córkę!- apel zrozpaczonej matki”, czy coś w tym stylu. Nawet tego nie przeczytałem. Pod spodem cały rysopis „uciekinierki”, rzekomo porwanej, towarzyszki mojej podróży, dziewczyny, z którą „można konie kraść”, Dolly po prostu. Wysoka, mocno wycieniowane, brązowe włosy do ramion, takiegoż samego koloru oczy. - Teraz oskarżą mnie o porwanie, Do. Nie widzę w tym nic śmiesznego- odezwałem się. - Nie przesadzaj. Mama i Gil po prostu panikują. Próbowałem dowiedzieć się, co zamierza teraz począć, ale jakiś pomysł już jej przyszedł do głowy i za nic nie chciała go wyjawić. Kilka chwil później podjechał Max swoim potłuczonym porche boxterem, którego nie chciał wymienić, ani oddać do klepania karoserii. Wysiadł, niezmienny czarny Max, obrzucił moją przyjaciółkę (chyba już mogę ją za taką uważać?) zachwyconym spojrzeniem i rzucił kilka luzackich uwag. Był takim samym typem jak ja. Pełny luz, wszystko nam zwisa, sztywniaku, ty nawet nie masz odwagi wypalić z kumplem porcji opium. Wdaliśmy się w rozmowę, znaliśmy się już ładnych parę lat, a tymczasem Dolly gdzieś zniknęła. Zorientowałem się, kiedy mieliśmy wsiąść i odjechać. - Musimy na nią zaczekać- rzuciłem. Max uśmiechnął się tym swoim cwanym uśmiechem, który mówił: „Gdzie złapałeś taką panienkę, Alex?”. Nie miałem zamiaru wyjaśniać mu, że nic takiego nas nie łączy. Mimo, że był moim kumplem, nie musiał wiedzieć wszystkiego. - Już jestem. Przepraszam, ale musiałam wyskoczyć do sklepu- usłyszałem nagle obok siebie i nic nie zdążyłem powiedzieć, a już byliśmy w drodze. Zanim dojechaliśmy do domu Maxa zapadł zmrok. San Francisco witało nas, mrugając do nas przyjaźnie swoimi kolorowymi światłami, jakich nie powstydziłoby się nawet Los Angeles. Jechaliśmy drogą pośród palm, ciemniejących w fioletowym poblasku, obserwując pierwsze pojawiające się gwiazdy. To miasto zawsze mi się podobało, bo miało ten swój niepowtarzalny urok mimo całego blichtru i tłumu ludzi, z którego każdy zmierzał w inną stronę. Na miejscu szykowała się mała imprezka, czy też raczej, znając Max`a, ogromna balanga. Mieszkał w wielkim domu, razem ze starymi, których przez większą część roku nie było. To nawet nie był dom, tylko willa. Zwykła nowobogacka posiadłość z bielonymi ścianami i olbrzymim ogrodem z namiotem, pod którym odbywały się przyjęcia. Dolores od razu poszła do pokoju i podejrzewam, że całe dwie godziny przesiedziała w łazience, bo po tym co zobaczyłem, gdy wyszła, mam zupełne prawo tak sądzić. Na głowie miała jasną baseballówkę, a kiedy ją ściągnęła spodziewałem się zobaczyć wszystko, ale nie burzę czerwonych włosów! Patrzyłem na nią wytrzeszczonymi oczyma, ale z zachwytem, bo wyglądała wprost nieziemsko. Nie myślałem tylko, że stać ją na takie szaleństwo. - I jak?- zapytała ze śmiechem. Kiwnąłem głową w uznaniu. Max zrobił to samo. - Nie pytajcie dlaczego, bo to chyba oczywiste. Szukają dziewczyny z brązowymi włosami- miała rację. Nowy kolor całkowicie ją odmienił. Wtedy jeszcze bardziej ją polubiłem. Nie bała się nowych wyzwań, sytuacji, nie bała się niczego. Była niezwykła, była po prostu… szalona? Kiedy zszedłem na dół, salon był już wypełniony, a Dolly siedziała na kanapie obok Jones`a, jednego z przemytników. Wcale mi się to nie spodobało. Nie byłem zazdrosny, bo trudno być zazdrosnym o Jones`a. Miał dużą nadwagę i Max zaprosił go chyba tylko dlatego, żeby mieć regularne dostawy. Siedząc na kanapie Jones wyglądał jak ohydny pogański bożek pijący nektar wyłącznie z czaszek pomordowanych, że zacytuję tu Marksa. Jones niewątpliwie miał jakieś imię, ale chyba nikt go już nie pamiętał. To zresztą nie było ważne. Kiedy ktoś na mieście cię pytał skąd sprowadzasz towar, wystarczyło powiedzieć dwa słowa: „Od Jones`a” i to zapewniało ci następnych klientów. Ale to, że siedział obok Dolly wcale mi się nie podobało. Właśnie leciał „Hotel California” Eagles`ów i tak jakoś zaprosiłem ją do tańca. Witamy w Hotelu California… Opowiadała mi coś, jak zwykle przejęta, a ja myślałem o tym, że bardzo chciałbym ją zabrać do takiego Hotelu California. Tak piękne miejsce, tak śliczna twarz… Recepcjonista powitałby nas z uśmiechem, pytając czy ma podać schłodzonego szampana, wziąłbym najdroższy apartament z widokiem na ocean i przez kilka dni nie myślałbym o niczym z wyjątkiem przyjemnych rzeczy. Jednak na razie to nie było możliwe. Musiała mi wystarczyć jej „tak śliczna twarz”. - Przecież ty mnie w ogóle nie słuchasz!- powiedziała Do ze śmiechem, trącając mnie w ramię. Wyjaśniłem jej w czym rzecz. To znaczy wcale nie mówiłem jej o Hotelu California. Byłem pewny na sto procent, że na tej imprezie, zresztą jak na każdej innej, królują narkotyki. Można było dostać praktycznie wszystko. Wystarczyło powiedzieć na co ma się ochotę. Jeśli chciało się wyszaleć jak nigdy dotąd, trzeba było wziąć więcej środków pobudzających, na przykład efedrynę albo captagon. A jeśli akurat dopadał cię nastrój spokoju i chciałeś go utrzymać za wszelką cenę wystarczyło kupić valium lub mandraks. Nic prostszego. Ktoś chciał wylądować na niesamowitym tripie, to mieszał prochy pobudzające z uspokajającymi, dodawał więcej jednych albo drugich i już miał totalny odlot. Doprawdy to nic trudnego. Trzeba było tylko mieć forsę. Ale wcale nie brałem tego wieczora. Nawet nie wypaliłem grama haszu. Niby jest fajnie, stan podobny do tego, jaki się ma po kilku szklaneczkach dobrego, naprawdę mocnego, drinka, z tym, że potem dochodzi zamroczenie, senność, halucynacje wzrokowe i słuchowe. Nie było mi to potrzebne. Chciałem być wyjątkowo czysty. Dla niej. I dla siebie samego. Dla mojego sumienia. Udawała, że mnie słucha i przyznaje mi rację, ale tak naprawdę wcale nie mogłem mieć pewności, czy czegoś już nie wzięła. Choć jej źrenice nic nie mówiły. Jeszcze. Nie ma natychmiastowego efektu. Wszystko zaczyna się później. Zapytałem ją jednak. - Jeszcze jestem zdrowa, Alex. Jeszcze nic nie wzięłam. Jeszcze. Mam przeliterować?- zapytała z rozmarzonym uśmiechem. Uwielbiałem patrzeć jak się uśmiecha. Jej oczy wtedy błyszczały jakim niesamowitym, elfim blaskiem, a twarz nabierała całkiem nowego wyrazu. I zastanawiałem się, tak na nią patrząc, czy jestem już zakochany. Z tym, że ona traktowała mnie tylko jak kumpla, a nawet jeśli było inaczej, to nie pokazywała tego. Są jakieś tańce do zapomnienia. Ale są też jakieś do zapamiętania. Ja ten chciałem zapamiętać. I zastanawiałem się, czy ją pocałować. Bo były dwie opcje. Tylko dwie i aż dwie. To mogłoby być Niebo, albo równie dobrze Piekło. Potem wszystko mogłoby się zawalić. Zostawiła mnie po piosence. Burza jej czerwonych włosów jeszcze majaczyła w tłumie, ale zaraz potem straciłem ją z oczu. Nie poszedłem za nią. Nie… jakoś… Nie.

Wspólnie spędzane dni mijały szybko jak letnie burze. Nie chciałem tego, ale w końcu trzeba było wracać. Podróż powrotna minęła spokojnie, bez zdawkowych ekscesów. Nie chciałem wracać samochodem, który Max ofiarował mi tak chętnie, bo autem byłoby szybciej. A ja chciałem jeszcze trochę czasu spędzić z Dolores. Kiedy dotarliśmy na miejsce, spytałem czy mam ją odprowadzić do domu. Odparła, że nie, że doskonale sobie poradzi. Patrzyłem na nią i dosłownie nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Ona też milczała. - Dolly, zobaczymy się jeszcze?- zapytałem po chwili i ze zdziwieniem usłyszałem w swym głosie nutkę wahania. Nic nie powiedziała, tylko spojrzała mi prosto w oczy i niepostrzeżenie pokiwała głową. A potem wyszeptała: - Tak… Jasne, że tak, Alex. Jakoś nie mogłem w to uwierzyć. Nie wydawało mi się, że to szczęście, które mnie spotkało, mogłoby trwać aż tak długo. A może po prostu nie chciałem w to wierzyć, może się bałem. Nie potrafiłbym odpowiedzieć na pytanie: czego? Na pewno bałem się, żeby nie zranić ani jej, ani siebie. Przytuliłem ją na chwilę, ale zanim naprawdę to poczułem, Dolly znikła na tylnym siedzeniu taksówki. I w tym momencie już zacząłem za nią tęsknić. Znów musiałem pogodzić się z tym, że wracam sam do zimnego i pustego mieszkania, w którym nikt mnie nie powita i nikt nie będzie na mnie czekał. Dużo bym wtedy dał, żeby wróciła tam ze mną, ale wiedziałem, że nie mogę, że nie mam prawa nic od niej wymagać, niczego oczekiwać. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że Dolly wraca do swojej rodziny, przyjaciół, do swojego życia, w którym nie było dla mnie miejsca. Mogłem liczyć tylko na wspomnienia. Zawsze liczyłem tylko na wspomnienia.

DOLORES

Rozstaliśmy się w centrum miasta. Było późne, ale upalne popołudnie. Od morza wiał ciepły, lepki wiatr. Weszłam na podjazd i szłam powoli jak skazaniec. Nie wiedziałam jak matka zareaguje na moje, jeszcze czerwone, włosy. Nie mówiąc już o Gilbercie. Po tej aferze w gazetach na pewno są wściekli. Nagle, sama nie wiedząc kiedy, znalazłam się przed drzwiami. Odetchnęłam głęboko. „No Dolly! Lew czeka!”- pomyślałam i weszłam.

- Co ci przyszło do głowy?!- krzyknęła matka. Chyba nie muszę mówić, co działo się przedtem. Kiedy usłyszeli moje radosne na pozór „Wróciłam!”, przybiegli jakbym co najmniej wróciła zza grobu. Gilbert stanął jak wryty, a matka od razu zaczęła. W sumie nie spodziewałam się czegoś innego. Postanowiłam, że przetrwam burzę i zapomnę o wszystkim. - Ja…- zaczęłam, bo nawet nie miałam racjonalnego wytłumaczenia. Nie mogłam powiedzieć, że to przez Gila. Nie chciałam tego powiedzieć. - Matka zadała ci proste pytanie: co ci przyszło do głowy?- odezwał się, opierając o framugę, krzyżując ręce i myśląc, że może mówić do mnie takim tonem, bo w pradawnych czasach obiecał ojcu, że się mną zaopiekuje. Pożałujesz sukinsynu. - To przez niego- odparłam i spojrzałam na brata. Gotował się od wściekłości. – Sam powiedział, że jestem dla niego KŁOPOTEM, więc nie chciałam psuć mu wakacji. - Nie kłam, impertynentko!- wykrzyknął, próbując się bronić i zachować resztkę tej godności, której niewiele mu już pozostało. Matka patrzyła na mnie wyczekująco. Oczekiwała prawdy. A ja podałam jej ją jak na tacy. - Muszę ci przypominać, jak oznajmiłeś, że gdyby mnie nie było to miałbyś wszystkie kłopoty z głowy?- nie odezwał się już. Zaległa nieprzyjemna cisza i nikt nie wiedział, co powiedzieć. - I co ty zrobiłaś z włosami?- oboje obrzucili mnie krytycznym wzrokiem. Tylko, że ja nie spodziewałam się pochwał. - Wyglądasz jak ulicznica- dorzucił Gilbert. Matka nie zareagowała. Nawet nie drgnęła. - Taka jak te, z którymi się zadawałeś na jachcie?- odparowałam błyskawicznie z niewinnym uśmiechem na twarzy, ale w moim głosie brzmiał cynizm. Może to było nie fair, ale on też był nie w porządku wobec mnie. Ruszyłam na górę, do swojego pokoju. - Możesz mi to wytłumaczyć?- usłyszałam jeszcze głos mamy. Uśmiechnęłam się. Później nie obyło się bez „spokojnej” rozmowy z mamą. Padały pytania i odpowiedzi. Ja byłam spokojna, ona zdenerwowana, a może zdezorientowana, bo mimo wszystko jeszcze nigdy nie wycięłam jej takiego numeru. Dlaczego na przykład nie odbierałam telefonu, ani nie dałam znaku życia, gdybym tylko to zrobiła ona dałaby mi spokój- zapewniam cię Dolly, kochanie- ale mama nie mogła zrozumieć, że całkiem o telefonie zapomniałam. Dlaczego nie skontaktowałam się z nimi, gdy zobaczyłam siebie w gazetach? Bo to było całkiem niepotrzebne, mamo. Zbędna panika i tyle. Przecież jestem dorosła. Nie, oczywiście, że nie jestem. Mam dopiero siedemnaście i pół roku. To za mało, prawda? Mój spokój zniknął. Mama zapytała mnie, dlaczego jej nic nie powiedziałam. Tak jakby zupełnie nie słyszała tego, co wcześniej jej powiedziałam. - Mamo, dlaczego nigdy nie rozumiesz? Dlaczego nigdy nawet nie próbujesz mnie zrozumieć? Czy to takie trudne? Może… po prostu nie chcesz- wybuchnęłam, może niepotrzebnie, ale już było za późno. Lawina ruszyła. - Dolly… - Wiesz dobrze, że to nic nie da! Nigdy szczerze nie rozmawiałyśmy i nigdy już tak chyba nie będzie! Potrzebowałam tego kiedyś, ale ciebie nigdy wtedy nie było i… - Dolly, wiesz, że musiałam pracować, kiedy zginął ojciec…- chciała się bronić. Chciała, ale ja jej na to nie pozwoliłam. Wiedziałam, że ją krzywdzę, ale mimo to robiłam to nadal. I nienawidziłam siebie za to. - Ale przecież bywałaś w domu! Nie potrafiłaś tylko poświęcić mi czasu. Dlaczego zawsze chowasz się za maską? Dlaczego nie umiesz po prostu odsłonić twarzy, zachwycić się czymś, wzruszyć… czego się tak bardzo boisz? Nie możesz żądać ode mnie czegoś, czego sama mi nie dajesz! Mamo… nawet jeśli teraz chcesz, żeby ta cała sytuacja się zmieniła… to ja już tego nie potrzebuję!- powiedziałam na koniec i wtedy dostrzegłam, jak bardzo te słowa ją zraniły. W oczach nagle, oprócz gniewu, pojawił się też smutek. Wydawało się, że mama biegła i już była blisko mety, ale nagle ktoś podciął jej nogi. Wyszłam z pokoju, trzaskając drzwiami, choć to ona powinna tak zrobić. Powinna zostawić mnie samą, żebym wszystko zrozumiała. Wiedziałam, że zachowałam się jak zimna egoistka, mówiąc jej te słowa i zupełnie nie zwracając uwagi na to, co ona czuje. Wybiegłam z domu z płaczem. Wydawało mi się, że wszystko zawaliłam, że nic już nie da się odwrócić, że mogę już nie wracać do domu, bo nikomu już na mnie w nim nie zależy. Ale potem uświadomiłam sobie, że mama mnie kocha. I martwi się o mnie. Boi się, że będzie jeszcze raz cierpieć tak, jak po stracie twojego ojca… Słyszałam ten głos już kilka razy, ale jeszcze nigdy nie był tak wyrazisty. Był jak głos sumienia, ale nie wydawało mi się, żebym miała jakiekolwiek sumienie, po tym, co powiedziałam mamie. Zastanawiałam się, dlaczego wszystko tak się poplątało i doszłam do wniosku, że jeszcze mogę to naprawić. Że mogę wrócić do domu i przeprosić ją. Zrobiłam tak. Zastałam mamę w sypialni, płaczącą nad starymi zdjęciami, na których byliśmy wszyscy razem, z tatą, i byliśmy szczęśliwą rodziną. Boże, to było tak dawno… …tak dawno… - Mamo… przepraszam. Nie powinnam była tego wszystkiego mówić, ale… wiesz, że cię kocham- nic innego nie przyszło mi do głowy, oprócz tej łzawej kwestii z filmów. Ale to była prawda. To była prawda, mamo. Przez chwilę nic nie powiedziała, a potem przytuliła mnie. Tak po prostu i bez słowa i chyba tym wyraziła wszystko, co chciała i co potrzebowała wyrazić. Wiedziałam jednak, że to nie rozwiązuje sprawy. Że spokój jest tylko chwilowy. Chciałam dać z siebie wszystko, żeby go utrzymać, ale nie wiedziałam, czy mi się uda. Poza tym wszystko… to chyba za dużo powiedziane. Wszystko może nie, ale na pewno wiele. Powiedziała mi później, że dała znać glinom, że zniknęłam. Że zrobiła to, bo myślała że coś mi się naprawdę stało. Znów poczułam wściekłość, ale wiedziałam, że ona jest nieuzasadniona i nie ma najmniejszej przyczyny, żebym ją czuła. - Naprawdę się o ciebie bałam… mimo, że… nasze stosunki wyglądają tak, a nie inaczej- powiedziała na koniec, a potem wyszła. Potem długo zastanawiałam się, dlaczego to wszystko tak się ułożyło? Dlaczego właśnie tak wyglądają nasze „stosunki”, jak to ujęła mama. Zastanawiałam się też, dlaczego to tak chłodno zabrzmiało? Zdziwiło mnie trochę, że mama tak szybko dała sobie z całą sprawą spokój. To znaczy nic mi nie wypominała. Wyjaśniłam jej, że przecież też mam prawo zaszaleć raz w życiu, bo ona nie takie rzeczy na pewno robiła. Ten argument przemówił jej do rozsądku. Do tego stopnia, że nawet opowiedziała mi jak skakała z moim ojcem do wody. Całkiem nago. Więc te szaleńcze skłonności nie wzięły się z niczego, sama widzisz mamo. Myślę, że moja eskapada przyczyniła się trochę do polepszenia stosunków z nią, czego nie mogłam powiedzieć o moim bracie. Gilbert nie odezwał się do mnie przez cały wieczór. Ani następny dzień. I jeszcze następny. Nie wiem nawet ile to trwało. Odwiedzał go Mike, ale może to był tylko pretekst, żeby mógł porozmawiać ze mną. Najpierw powiedział, że nie sądził, iż jestem tak nieodpowiedzialną, zdziecinniałą gówniarą, a kiedy na mojej twarzy nie zobaczył ani uczucia żalu, ani radości, że go widzę, zaczął mnie przepraszać. I chciał, żebyśmy spróbowali jeszcze raz. - Wybij to sobie z głowy- powtarzałam raz za razem. Czy do tego człowieka nie docierało, że nie chcę mieć potem żadnych problemów? Znałam taki typ facetów. Chodziło im wyłącznie o łóżko. A tak mi się przynajmniej zdawało, że ich znam. I może krzywdziłam Mike`a takim osądem, ale byłam po prostu ostrożna. Może kiedyś spróbujemy razem. Ale teraz? Nie. Nie byłam jeszcze gotowa. Poza tym byłam przekonana, że jestem dla niego tylko wakacyjnym flirtem, odskocznią od codziennego monotonnego życia. Jakiś tydzień po moim powrocie Gilbert przyszedł do kuchni, gdzie jadłam śniadanie. Usiadł naprzeciw mnie z nową porcją wymówek. - Wytłumacz mi tylko jedno: dlaczego to zrobiłaś? - Nie truj się tym, Gil. Miałam naprawdę wspaniałe wakacje- odparłam spokojnie, patrząc mu prosto w oczy. - A nie pomyślałaś, że moje wakacje były zmarnowane przez ciebie? - A ty nie pomyślałeś, jak bardzo zraniły mnie twoje słowa, że jestem tylko zbędnym kłopotem? - Nie powiedziałem nic takiego wprost!- próbował się bronić, ale nie udawało mu się to zbyt dobrze. Pewnie dlatego nie został adwokatem. - Nie jestem idiotką, Gil- rzuciłam, wstając od stołu. Nie znoszę takich bezsensownych dyskusji, które opierają się wyłącznie na pretensjach. Ludzie tylko tracą nerwy i nic nie zostaje rozwiązane. Nawet mama już mi darowała. Może pomogło jej to, że moje włosy wróciły do swojego pierwotnego koloru? Potem zaczepił mnie, gdy chciałam wyjść. - Dolly, możesz mi pomóc? Palant. Najpierw równo po mnie jedzie, a teraz nie może się beze mnie obejść? Po moim trupie. - Potrzebuję kilku dolców- powiedział błagalnym tonem. Odparłam, że nie mam forsy. - Proszę, bądź człowiekiem. - Teraz widzisz we mnie człowieka? A przedtem? - Przepraszam- nie mogłam tego zignorować, ale nie dałam po sobie poznać, że jego słowa wywarły na mnie jakiekolwiek wrażenie. Mimo wszystko był moim bratem. I on by mi pomógł. Zapytałam: ile? Już wyraźnie rozchmurzony powiedział, że „jakieś” sto pięćdziesiąt dolarów. Chyba mu się w głowie przewróciło, a poza tym ciekawe na co mu tyle forsy. Mojej forsy. Swoją pewnie przepuścił na… A zresztą nieważne. Nie dałam mu pieniędzy od razu. Zostawiłam je późnym wieczorem na biurku, kiedy Gilberta nie było w domu. I tak ciągnęło się to wszystko przez kilka nieznośnie długich dni, które uczyłam się przeżywać bez Alexa. Czasem nie mogłam sobie znaleźć miejsca i już zbierałam się, żeby wyjść z domu i go odwiedzić, ale zawsze powstrzymywała mnie jakaś myśl. Może jest z kimś, a ja im tylko przeszkodzę? Może mu się znudziłam i dlatego nie dzwoni? Może…?

Czasem, patrząc na mamę i Gusa, zastanawiałam się jaki jest sens w byciu z kimkolwiek. Z reguły było im ze sobą dobrze i widziałam to wyraźnie. Mama częściej się uśmiechała i wyglądała na mniej zmęczoną, na szczęśliwą. Rozmawiała ze mną niekiedy, gdy następowały jej lepsze dni, mówiła, że teraz wreszcie wie, że żyje, że jest jej łatwiej, wiedząc że ma kogoś, kto ją wesprze, przytuli gdy będzie tego potrzebowała, powie jej coś miłego, co poprawi jej nastrój po ciężkim dniu w pracy. Cieszyłam się z tego, bo mama zasługiwała na to, żeby być szczęśliwą. Słuchałam jej uważnie, milczeniem pomijałam jej słowa, kiedy pytała, dlaczego ja nie znajdę sobie jakiegoś „miłego i odpowiedzialnego” chłopaka, kiwałam głową, kiedy pytała, czy ją rozumiem, czy rozumiem jej szczęście. I wszystko mogłoby się wydawać jakąś cholerną sielanką, utopią i wszystkim byłoby dobrze, gdyby tak rzeczywiście było. Ale dla mnie cała ta sprawa była jedną wielką hipokryzją. Uważałam, że nie ma sensu kochać kogoś i być z nim szczęśliwym przez kilka chwil, a potem podczas kłótni wylewać łzy i cierpieć. Naprawdę nie widziałam w tym nic sensownego. Nie mogłam darować Gusowi, że mama wylewała przez niego potoki łez, kiedy się pokłócili, że zastanawiała się, czy wszystko się jeszcze ułoży, czy będzie tak jak przedtem, czy będzie jej dane posmakować jeszcze tego szczęścia, o które tak bardzo walczyła, którego szukała przez całe życie. Po co tracić czas i budować coś tak niesamowicie nietrwałego jak związek, skoro ludzie i tak się kłócą i wszystko rozpada się po jakimś czasie. Myśląc o tym wszystkim stwierdzałam, że miłości tak naprawdę nie ma, a nawet jeśli jest to przynosi tylko cierpienie. Może też trochę szczęścia, ale widziałam zapuchnięte oczy matki, po każdej kłótni. Prawie czułam jak boli ją serce, kiedy słyszałam jej łkanie przez ściany pokoju kiedy późno w nocy wracałam do domu i skradałam się na palcach, żeby mama i Gilbert nie usłyszeli, że znów tak późno wróciłam. Wyraźnie słyszałam to łkanie, choć mamie pewnie wydawało się, że nie słyszał go nikt pośród ciemnej, głuchej nocy. To tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że żadne szczęście nie jest warte takiego bólu. Zostawała jeszcze jedna kwestia. Jak miłość mogła istnieć, jeżeli będąc z moim ojcem, mama była pewna, że go kocha, a teraz, już po jego śmierci, była z innym facetem i rzekomo kochała jego? Co się stało z tamtym uczuciem? Odeszło w zapomnienie? Zostało schowane na dno szuflady razem ze starymi zdjęciami? Co w takim razie się z nim stało? Tak po prostu wygasło? A może właśnie go nie było, może to tylko złudzenie, które jest ulotne, jest tylko krótkotrwałym lśnieniem? Jak wobec tego wszystkiego miałam wierzyć w miłość? Może i jest wiele cynizmu w tym, co mówię, może nie powinnam wypowiadać się na ten temat, Dolly przecież ty jeszcze tak naprawdę nic nie wiesz… Mogli mi to wmawiać, a ja i tak wiedziałam swoje i nikt nie miał prawa tego zaprzeczyć. Wiele razy myślałam o tym, co zrobiłabym gdyby facet, który mnie kocha, miałby usłyszeć, że to już koniec, że już nic nie ma, że już nic nie czuję… Jak miałabym mu to powiedzieć? Ciężko było mi to zrobić wobec Michalea, a przecież nie byłam z nim związana w emocjonalny sposób. Ale mimo to wiedziałam, że sprawi mu to ból, a tego nie chciałam, bo sprawiając cierpienie innym ludziom, sama przez to musiałam cierpieć. Taka już byłam i nie dało się tego w żaden sposób zmienić. Kiedy widziałam, jak Mike na mnie patrzy, w taki sposób, że jego oczy mówiły, że chce tylko mnie, że nikt inny się nie liczy, tylko bądź ze mną, już zawsze bądź ze mną, to czasem się tego bałam. Bałam się powiedzieć mu, że z tego nic nie będzie, że nie będzie nas… Kiedyś przeczytałam gdzieś, że człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za uczucia, które daje, ale także za te, które w kimś budzi. Ja nie chciałam takiej odpowiedzialności, więc nie widziałam też potrzeby wiązania się z kimś na poważnie. Przynajmniej teraz miałam takie podejście do sprawy i nie przypuszczałam, żeby w najbliższym czasie mogło się coś zmienić. Bo po co, skoro tak było mi dobrze?

W piątkowe popołudnie, kiedy siedziałam i stukałam w klawiaturę komputera, usłyszałam warkot silnika. Zdziwiło mnie to, bo Gil nie mówił, że będzie gdzieś wyjeżdżał. Z drugiej strony nadal odnosił się do mnie chłodno. Podeszłam do okna i zobaczyłam rozklekotane, stare, granatowe volvo. Ze środka wysypała się jakaś kobieta z dzieckiem na ręku, a za nią pewnie jej mąż. Dziecko. Pierwszy sygnał, żeby się ewakuować. - Dolly!- usłyszałam świergot, mamy. O nie. Z ociąganiem zeszłam na dół. Chciałam załatwić sprawę szybko. I bezboleśnie. Bezboleśnie dla mnie. - Dolly! Ależ wyrosłaś! Poznajesz mnie?- kobieta rzuciła się w moim kierunku. Poznałam ją. Ciotka Annie. Kochana ciotunia Annie. Tylko nie to. - Ciocia Annie- rzekłam bez cienia jakiegokolwiek uczucia na twarzy. Zero radości. - Tak, to ja, skarbie!!!- uścisnęła mnie, aż poczułam, że się duszę. I nie mów do mnie „skarbie”. Skarbem to ja mogę być, ale dla kogo innego. Tak, powinnam się cieszyć ze spotkania po latach. Może nawet chciałam, ale nie potrafiłam. Kiedyś naprawdę lubiłam ciotkę Annie. Teraz miała około trzydziestu sześciu lat i była dla mnie całkiem obcą osobą. Tymczasem rozpoczął się szereg świergotów i śmiechów, że jak to dobrze, że wreszcie się spotkałyśmy po tylu, tylu latach, Thelmo jaka twoja córka jest śliczna, a twoja, kochana Annie, duża. Nikt nie widział mojego rozpaczliwie wołającego o pomoc wyrazu twarzy, a prawda była taka, że może nikt nie chciał go widzieć. Czasem miałam wrażenie, że stoję w sali pełnej ludzi, krzyczę, ale i tak nikt mnie nie słyszy, nikt tak naprawdę nie zwraca na mnie uwagi. Tak było i teraz, a ja nienawidziłam tego uczucia. Nie cierpiałam sztucznej radości i uśmieszków, które musiałam przywoływać, żeby tylko było im wszystkim miło i przyjemnie. A dlaczego, do jasnej cholery, nikt nie pomyślał o mnie, nigdy o mnie? Może i byłam egoistką, ale naprawdę czułam się zmęczona tym wszystkim, całą tą paranoją naszego rodzinnego życia, które tylko pozornie i dla widowni było wzorowe i doskonałe. Wiem, że niekiedy było dobrze, nie twierdzę, że nie, ale przecież to były tylko chwile, krótkotrwałe jak mgnienie oka i ulotne jak wiatr. Modliłam się, żeby nikt nie kazał mi zajmować się moją małą kuzynką, bo wiedziałam, że jeśli tylko to nastąpi, to będę miała kolejny powód, żeby wyjść z domu, uciec z tego zgiełku i radości, której wcale nie odczuwałam. Zaczęła boleć mnie głowa, na początku to był ledwo dostrzegalny ból, ale potem zmienił się w tak uporczywy, że cała czaszka nim pulsowała. Poczułam jak łzy napływają mi do oczu i dziwiłam się sama sobie, dlaczego znowu mam taki nastrój, dlaczego nie mogę normalnie wycofać się do pokoju, że muszę stać w przedpokoju i widzieć, zupełnie jakby w zwolnionym tempie, jak mama z ciotką śmieją się, całują w poloiczki, wylewają z siebie potoki słów w ciągu kilku sekund. Czułam się, jakby coś mnie tam trzymało i nie chciało puścić. I pomyślałam, że jeżeli szybko ktoś mnie nie wyrwie z tej traumy, to zemdleję tam, a Gilbert będzie miał kolejny powód do posądzenia mnie o to, że coś biorę. - Dolly, może weźmiesz Flo na spacer?- zapytała mama z przymilnym uśmieszkiem, a ja podziękowałam Bogu, w którego jeszcze wtedy wierzyłam, że nastąpił koniec tego koszmaru, że ktoś zwrócił na mnie uwagę i że spokojnie mogę się wycofać, wydostać stąd. Flo? Ewakuuj się, Dolly, na litość boską. Dlaczego mama nie potrafiła zrozumieć, że nie cieszą mnie fałszywe uśmiechy do małych dzieciaków, te wszystkie zachwyty nad nimi i ich głupie pytania, zabawianie ich wszystkim czym się tylko da i ich nieustanny płacz? - Bardzo bym chciała, ale niestety już jestem umówiona i wychodzę za pół godziny. A muszę się jeszcze przebrać- dodałam. Żadnych bachorów. Idąc na górę, zastanawiałam się gdzie mogę wyjść. Bo oczywiście, jak łatwo się domyślić, nie byłam z nikim umówiona i nie miałam żadnych planów. Rozpaczliwie szukałam jakiegoś wyjścia. I nagle wpadł mi do głowy świetny pomysł. Już dawno nosiłam się z zamiarem zrobienia tego, odwiedzenia miejsca, o którym wszyscy na okrągło mówili. Ragna Rock. Najnowocześniejsza i największa dyskoteka w mieście. Zadzwoniłam jeszcze do Faith, bo mimo wszystko sama czułabym się głupio. Niełatwo było ja namówić. Kevin znów ją rzucił i miałam dość wysłuchiwania w kółko o tym samym. W końcu ją wyciągnęłam, mówiąc że dobra zabawa pozwoli zapomnieć jej o kłopotach. Schodząc na dół, rzuciłam tylko „Biorę samochód, mamo!” i znikłam za drzwiami. Pojechałam po Faith i piętnaście minut później byłyśmy już na miejscu. Ragna Rock był dużym, nowym budynkiem. Mieścił się mniej więcej na obrzeżach miasta. Był tam strzeżony parking, ale bez zbędnych kontrolerów. Neony połyskiwały wesoło, ale radości ujmował im hotelik, który postawiono przy dyskotece. Smętny, ponury budynek z odrapanym tynkiem. W oknach wisiały czerwone, pełne kurzu, ciężkie kotary, a wnętrze zapewne było tak przygnębiające jak zewnętrzna strona. Na pewno były tam stare drewniane szafy, zżółknięte tapety w kwiatowy wzór, odklejające się od ściany, poprute, wyleżane kanapy, lampy dające przyciemnione światło, brudne łazienki ze stertami różowego papieru i mydła. Nigdy w takim miejscu nie byłam, ale naczytałam się dużo książek i wyobraźnię miałam bardzo rozwiniętą. Hotelik. Powinnam raczej powiedzieć: burdelik. Przed wejściem stały młode kurewki, sprzedające swoje ciała za jedną działkę lub garść heroiny. Było mi żal tych dziewczyn. To co robiły było strasznie poniżające. Niektóre z nich mogły mieć najwyżej szesnaście, piętnaście lat, a były i dwunastolatki. Wyglądały na trzydzieści kilka. Włosy w strąkach, sypiąca się twarz, podkrążone lub podbite oczy, tona pudru, wyzywający makijaż, którym chciały podkreślić swą, nieistniejącą już niestety, młodość. Miały zmarnowaną przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Większość z nich miała AIDS, a prawie wszystkie na pewno były na narkotykach. Na silnych narkotykach, nie jakiejś tam trawie, czy choćby haszu. Wiedziałam, że detoks niewiele pomaga, jeżeli ktoś jest mocno uzależniony. Weszłyśmy z Faith do środka. Nikt nie zadawał nam obowiązkowego pytania, czy mamy po szesnaście lat. To chyba było widać, a że pozory czasem mylą, to już nie mój biznes. Najpierw była szatnia i szafki na zbędne w środku rzeczy. Przy szafkach stało kilkoro młodych ludzi, dziewczyny całujące się ze swoimi lub czyimiś chłopakami, z mokrymi od tańca i potu włosami i rozmazanym makijażem. Szłyśmy z Faith długim korytarzem szatni, a one patrzyły na nas, jak na kogoś kto zagraża ich podbojom. Pomyślałam, że mogą sobie patrzeć i robić, co chcą, mnie to nie obchodzi, bo nie przyszłam tu, żeby podrywać jakichś facetów, którzy pewnie tak jak zawsze okażą się kompletnymi idiotami. Potem były drzwi. One były jak magiczna bariera. Przeszedłeś przez nie i już byłeś w innym świecie. Ogłuszająca muzyka, która wypełniała cię od środka i światła raz po raz przecinające mrok, gęsty od sztucznie wytwarzanego dymu i dymu z papierosów i trawy. Barek z trochę już nawalonym barmanem. I ludzie, ludzie, ludzie. Faith gdzieś zniknęła, ale nie przejęłam się tym. Nie sądziłam nawet, że w takim tłumie ją znajdę. Poszłam do baru po sok i miałam nadzieję, że nic mi do niego nie dodano. Znacie te sztuczki: wlewanie po kryjomu alkoholu, dosypywanie narkotyków i innych świństw. A potem odlot, film się urywa, budzisz się i leżysz w krzakach, a wszystko cię boli, bo właśnie ktoś cię zgwałcił. Nic takiego. Potem jeszcze wymiotujesz przez pół godziny. Normalka. Ktoś wcisnął mi do ręki małą paczuszkę. Nie patrząc nawet kto to był, schowałam ją do kieszeni spodni. Pobłądziłam trochę i w końcu znalazłam się w toalecie. Całkiem niezamierzenie zresztą. Podeszłam do lustra. Było prawie pusto, tylko jakaś dziewczyna poprawiała makijaż. Przypomniałam sobie o paczce. Wyciągnęłam ją i przyjrzałam się dokładniej. W środku znajdowały się małe brązowe tabletki. Pewnie LSD. Jak to się fachowo nazywało? Alex mi kiedyś mówił. Dwuetyloamid kwasu lizergowego. Uśmiechnęłam się do siebie. Wezmę tylko raz. Cała sytuacja polegała na tym, że tu ja mogłam sobie dawkować ilość, a w soku mogło być tego nie wiadomo ile. Zdziwiła mnie moja postawa, bo zawsze zarzekałam się, że nigdy niczego takiego nie wezmę do ust, że to nie dla mnie, nie chcę, bo po co mi to? Ale teraz jakoś podjęcie takiej, a nie innej decyzji przyszło mi niespodziewanie łatwo. I sama nie wiedziałam, czy wynika to z mojego buntu i urazy, jaką ostatnio żywiłam do całego świata, czy może po prostu przemawia przeze mnie cynizm, który nachodził mnie coraz częściej, zupełnie niekontrolowanie, a którego czasem już nie mogłam znieść. Nagle ubikacja za nami chlusnęła obrzydliwą kaskadą i odechciało mi się jakichkolwiek substancji, po których czułabym się tak samo. W tym tych prochów. Nie namyślając się długo wyrzuciłam je do kosza na śmieci i wyszłam stamtąd. Sama nie wiedziałam, czy chcę mieć barwne halucynacje w postaci figur geometrycznych. A już na pewno nie życzyłam sobie długotrwale utrzymujących się objawów psychotycznych. Życie jeszcze mi miłe. Przepychałam się pomiędzy ludźmi wszelkich ras, kolorów i rozmiarów. Usiłowałam, mimo wszystko, znaleźć Faith. Tłum się trochę przerzedził i znalazłam się przy drugim barze. Obsługiwał go jakiś facet, który dzielił się prochami z chudym chłopakiem. Poznałam go. Wszędzie i zawsze bym go poznała. Ta charakterystyczna postawa wiecznego luzaka, któremu wszystko jest obojętnie i który niczym się nie przejmuje, mówiła sama za siebie. Znów niewiele myśląc, a przede wszystkim nie wyobrażając sobie nawet, w co mogę się wpakować, usiadłam na pustym krześle obok niego. Skończył wciągać ścieżkę i wtedy się odezwałam: - Jak tam twoje zasady, Alex?- spojrzał na mnie, jeszcze przytomnym wzrokiem. - Dolly! Cóż za miłe przywitanie! - Spodziewałeś się, że rzucę się na ciebie zachwycona, że cię widzę?- odparłam z ironią. Facet Zza Baru obrzucił mnie obleśnym spojrzeniem. Chyba był w wieku Alexa. I chyba był jego kumplem, choć z takimi nigdy nic nie wiadomo. Barmani chyba mają we krwi zaprzyjaźnianie się z gośćmi. W końcu alkohol łączy ludzi. - A nie jesteś zachwycona? - „Zachwycona” to za duże słowo. Prawdę mówiąc myślałam, że się już nie spotkamy- kłamałam. Kłamałam jak z nut, bo bardzo się cieszyłam, że go widzę, że jeszcze o mnie nie zapomniał. Tak, myślałam, że go już nie spotkam, ale cały czas miałam nadzieję, że moje przypuszczenia okażą się błędne. Barman przysunął się do nas i zaproponował mi piwo „na koszt firmy”. - Nie macie tu jakiegoś dobrego wina?- zapytałam. Pokręcił głową.- Trudno. Na piwo mnie nie poderwiesz- dodałam, a Alex parsknął śmiechem. - Chodź Dolly, bo ktoś mi cię sprzątnie sprzed nosa!- wydusił i pociągnął mnie za rękę. Wyszliśmy na zewnątrz, żeby się przewietrzyć i zaczęliśmy wspominać naszą eskapadę po wybrzeżu. Usiadłam na masce samochodu, a Alex palił skręta. I wtedy zobaczyłam zbliżającą się do nas Faith. Była z jakimś chłopakiem, wyglądającym na nadzianego typa, któremu chodzi tylko o to, żeby pójść na imprezę, poderwać jakąś laskę, zaciągnąć ją do łóżka i zostawić, żeby cała zabawa mogła zacząć się od początku. Faith miała już trochę mętny wzrok, co mogło oznaczać tylko jedno: wypiła o jednego drinka za dużo. Patrzyła na tego gościa z jakimś błyskiem w oku i od razu mi się to nie spodobało. Czy ona przyjechała tu na podryw? Ta dziewczyna jest niezrównoważona emocjonalnie. A zresztą nic mnie to nie obchodziło, bo ona i tak zrobiłaby, jak chciała. Zaczęli się zbliżać w naszą stronę. - Przynosisz mi szczęście, Dolly!- powiedział Alex. Spojrzałam na niego pytająco.- Idzie odbiorca towaru- wyjaśnił i wskazał ruchem głowy na chłopaka mojej przyjaciółki. Podeszła do mnie, kiedy tamci dwaj odeszli na bok. - Niezłego przystojniaka sobie znalazłaś!- odezwała się, ale w jej głosie brzmiała nutka dezaprobaty. Wiedziała już, że Alex jest dealerem. Skrzywiłam się. - To nie jest mój chłopak. Tylko kumpel- odparła. Zapytała, czy nie przeszkadza mi, że handluje. Pokręciłam głową. - Dolly… czy ty bierzesz? O Boże. Jeszcze jedna przewrażliwiona. Przecież to moje życie i mogę z nim zrobić co chcę. W końcu to ja będę żałować sama za siebie. Tylko za siebie. Za nikogo innego. Potem na szczęście sobie poszła. I potem Alex zaczął bredzić. Mówił coś, że musimy zwiewać, bo zaraz się spalimy, albo nas złapią. - Co ty pieprzysz? Odwaliło ci?- zapytałam, nie ruszając się z miejsca. Próbował pociągnąć mnie za rękę, ale dalej siedziałam na masce. - Nie widzisz tego zielonego ognia?- powiedział niewyraźnie. Żadnego ognia nie było. Hera zaczęła działać tym razem naprawdę. Spojrzałam w jego oczy. Były całkiem puste i szklane, źrenice miał jak łebki od szpilek. Wkurzyłam się. Oświadczyłam mu, że może sobie iść sam i niech mnie nie miesza w swoje narkotykowe sztuczki. Zachowywał się jak ćpun. Jak pieprzony ćpun, któremu zdrowo walnęło. To też mu powiedziałam. Najpierw mnie okłamał, mówiąc, że nie bierze mocniejszego towaru, a teraz mu odbiło. Miałam dość. - Wracam do domu!- nie obchodziło mnie, co się z nim dziś stanie. Nagadałam mu, że nie chcę go znać i tym podobne banały, a potem wsiadłam do samochodu. Miałam wolną rękę, bo Faith powiedziała, że wróci sama. Tak jakby sama. Kiedy dojechałam do domu, wściekłość trochę mi przeszła. Było dobrze po północy, więc starałam się wchodzić po cichu. Na podjeździe zobaczyłam pojazd, ale nie rozpoznałam go w ciemności. Nie musiałam go rozpoznawać. W całym domu było ciemno. Ciotka i cały jej kram zostali na noc. Albo na kilka dni. O nie. O nie. Tylko nie to. Weszłam po cichu i miałam nadzieję, że mama nie będzie czekać na mnie z siostrą, oglądając jakiś łzawy film. Bo wtedy byłoby kazanie. Zajrzałam jeszcze do Gilberta. W jego pokoju spała ciotka ze swoim mężem. A jego nigdzie nie było. Zostawił w moim pokoju tylko karteczkę „Baw się dobrze, kochanie!”. I on się uważa za mojego brata?! Okazało się, że Annie ze swoją rodziną postanowiła zostać na cały weekend. Już następnego dnia po moim wypadzie do Ragna Rock zaczęło się opiekowanie „przemiłym i kochanym dzieckiem” jakim było Flo oraz opowiadanie wszystkich rzeczy, których już i tak nie pamiętam. Znacie tę błazenadę: a pamiętasz, Dolly, kochanie jak weszłaś na drzewo gdy miałaś pięć lat i nie chciałaś zejść? To dopiero był ubaw! Twój ojciec musiał wchodzić po ciebie drabiną, a mama miała ochotę cię zabić, ale jednocześnie cieszyła się, że nie spadłaś i nie złamałaś sobie karku. - Bardzo mi przykro, ale naprawdę nie pamiętam, ciociu- mówiłam, a ona wymieniała z matką spojrzenia. Nie miałam zamiaru wychodzić z tej skorupy, z której nikt i nic, nawet najzabawniejsze wspomnienie, nie mogło mnie wyciągnąć jeśli tego naprawdę nie chciałam. Obie doskonale wiedziały, że nie otworzę się przed nimi, chociaż powinnam, tak jak to zwykle bywa w tych kiepskich melodramatach. Kochana córeczka wypłakuje się w ramionach swojej drogiej cioteczki, a potem godzi się z matką. Sęk w tym, że Annie nie była moją „drogą cioteczką”, a z mamą byłam w dość dobrych stosunkach. Ja tylko nie chciałam nikomu ujawniać moich uczuć. Ciotka próbowała mnie złamać opowieściami o tym jak to mama z tatą poznali się w szkole średniej na balu Jakimś- Tam, jacy byli zakochani i w ogóle, jak się pobrali… - Wiesz, Dolly, twój tata był zapalonym futbolistą i chciał, żeby Gilbert został zawodowym piłkarzem, ale… Śmierć pomieszała mu szyki, prawda ciociu? - … twoja matka za bardzo się tego obawiała- kończyła Annie, a ja nie wypowiadałam moich myśli na głos. Trochę dlatego, że nie chciałam zobaczyć wyrazu twarzy ciotki, a trochę też dlatego, że żal mi było samej siebie. - Wiesz, kochana Dolly, że twój tata uwielbiał łowić ryby? Michael też lubi łowić ryby. W tym jest podobny do mojego ojca. Kiedyś go może kochałam, ale przecież wszyscy mężczyźni których kocham muszą odejść, prawda? Nie mogłam go narażać. Narażać? Czasem sama się dziwiłam, że jestem tak uparta i zacięta. Zero otwartości na najbliższych mi ludzi. Nie wiedziałam, czemu tak się działo, a bardzo chciałam to wiedzieć. Nie umiałam sobie wyjaśnić mojego zaparcia, a co dopiero wyjaśniać to komuś. Coraz bardziej chciałam pogadać z Alexem, ale zamiast tego trafiła mi się „miła” pogaduszka z mężem Annie. Siedziałam na werandzie i patrzyłam w rozpalone niebo, na którym powoli zbierały się ciężkie i gęste cumulonimbusy o kształcie wieży, kiedy przysiadł się Greg. Nie zareagowałam, to też często była moja forma obrony. Przeczuwałam, że coś się święci. - Przydałby ci się ojciec, prawda Dolores? - Chcesz nim zostać?- odparłam sarkastycznie. - Ja nie, ale Thelma jest przecież z tym Gusem. Nie dogadujecie się, czy co?- w jego głosie brzmiał ten znienawidzony przeze mnie, sama nie wiem dlaczego, akcent z Wyoming. Greg był typowym człowiekiem z tamtego stanu. Wysoki i silny farmer z jasnymi włosami i niebieskimi oczami, w których czasem kryło się naprawdę wiele. Takie oczy potrafiły wyrazić szczerość, radość i bezmiar wściekłości i za każdym razem wyglądały zupełnie inaczej. - To chyba nie twoja sprawa, co? Poza tym Gus nie zastąpi mi ojca, którego tak twoim zdaniem mi potrzeba- powiedziałam szybko i bez zastanowienia. Może Greg miał rację, może naprawdę tęskniłam za kimś takim jak ojciec, ale jego czas już niestety się skończył. Park Yellowstone znajduje się właśnie w stanie Wyoming. Tata kiedyś mnie tam zabrał. Było brzydko i szaro i wcale mi się tam nie podobało. A potem, miesiąc później, tata zginął. Jedno z najczystszych wspomnień o nim pochodzi z Yellowstone. Myślę, że stąd ta niechęć do tego akcentu. Znów popełniłam błąd, oddając się wspomnieniom. Nie powinnam tego robić, nie powinnam oglądać żadnych zdjęć, bo potem zawsze byłam w podłym, depresyjnym nastroju. Chciałam z kimś o tym pogadać, ale nie z matką, nie z Annie, nie z Gregiem, nie z… Krąg zawężał się tylko do jednej osoby. Ale przecież powiedziałam tej osobie, że nie chcę jej znać.

W szkole Faith naturalnie musiała wypytać mnie o Alex`a. Chciała wiedzieć wszystko: jak go poznałam, jaki jest, gdzie mieszka. Już jej nie przeszkadzało, że handluje, a ja byłam wkurzona. W końcu Alex był moim przyjacielem, nie jej i nic Faith do tego. - Może mnie z nim umówisz, Dolly?- zapytała później. Uśmiechnęłam się. - Nie, Faith, nie licz na to. - Ale przecież powiedziałaś, że nie jest twoim chłopakiem- nie dawała za wygraną. Jezu, ona była jak pirania, która za wszelką cenę chciała nowej zdobyczy. Czy ja tego wcześniej nie widziałam? A może byłam tylko przewrażliwiona? - Bo nie jest- odparłam. – Ale nie umówię cię z nim- dodałam, a ona zapytała czy boję się konkurencji. Powiedziałam, żeby przestała pieprzyć. - Och, Dolores. Jesteś zwyczajnie zazdrosna- stwierdziła i odeszła z naburmuszoną miną. Ja zazdrosna? Nie miałam czasu ani chęci jej tłumaczyć, że nie mogłabym być zazdrosna o Alex`a. Zresztą, pomyślałam, po co ja się tym wszystkim tak bardzo przejmuję? Przecież nie ma już przyjaźni z Alex`em, więc o co tyle krzyku? Po czym uśmiechnęłam się do kogoś, przechodzącego obok mnie i weszłam na angielski.

We wtorek wracałam ze szkoły późnym popołudniem. Byłam już pewna, że znajomość z Alexem Dawsonem jest skończona. Ale w życiu tylko jedno jest pewne. Śmierć. Czekał na mnie przed moim domem. - Co ty tu robisz, do jasnej cholery?!- naskoczyłam na niego, gdy się zbliżył. - Przyszedłem z tobą pogadać. - Nie mamy o czym rozmawiać, Alex. Idź stąd- ucięłam krótko. Uważnie na niego spojrzałam. Chyba nie był na haju. Zaczął mnie przepraszać za piątek, a ja nie odezwałam się ani słowem. Nie będę mu niczego ułatwiać. - Mogłabyś się odezwać, Dolly!- powiedział w pewnym momencie. To prawda, był snobistycznym typem. Ale ja też taka byłam. Milczałam jak głaz, aż nagle zobaczyłam moją mamę, która szła podjazdem. Akurat panowały między nami dobre stosunki. Myślę, że naprawdę chciała coś zmienić. I naprawdę się starała. Mnie też męczyły ciągłe kłótnie, nieporozumienia i oskarżanie się nawzajem o każdą rzecz, która nam nie wyszła. Ja też chciałam, żeby to się zmieniło. I starałam się. Przynajmniej próbowałam. Zbliżyła się do nas. Siedzieliśmy na schodach, ocienionych długim dachem, który był podparty drewnianymi kolumnami. Strasznie mnie wkurzały, bo matka wydawała majątek na ich pielęgnację. Wygląd Alexa chyba zrobił na niej wrażenie. Cała się rozpromieniła. Nie dziwiłam jej się. Był przystojnym „chłopcem z sąsiedztwa”, jak to o takich mówią. Wysoki, opalony blondyn. O sylwetce anorektyka. Ale doskonale umiał ją ukryć pod firmowymi, sportowymi ciuchami. Gdyby nie był moim kumplem to może nawet bym się w nim zakochała. Może. - Jestem Thelma Miller, mama Dolly!- przedstawiła się mama i zaprezentowała swój najbardziej czarujący uśmiech. Założę się, że myślała, iż to mój chłopak. Alex wstał i podał jej rękę. - Alex Dawson. Bardzo miło mi panią poznać- mamie rozbłysły oczy. Zachowywała się jak jakaś dzierlatka. Patrzyłam na to z niewyraźną miną. - Dolly, kochanie, dlaczego nie zaprosisz kolegi do środka? O Boże. - Kolega właśnie wychodzi, mamo- to mówiąc posłałam Alexowi miażdżące spojrzenie. Mama jeszcze trochę marudziła po czym weszła do domy. Ja też chciałam to zrobić, ale Alex przytrzymał mnie za rękę. - Już nigdy nie wezmę hery. Nigdy więcej nie zachowam się jak pieprzony ćpun- powiedział. Zależało mu na mnie. Tylko ja potrafiłam godzinami słuchać jego bredni bez przerywania. On był taki sam w stosunku do mnie. Ale… pokręciłam głową. Nie miał zamiaru mnie puszczać. - Obiecuję. Nigdy więcej. - Zobaczymy- rzuciłam na odchodnym i weszłam do domu. Później się zaczęło. Czy to był twój chłopak, Dolly? Nie mamo, tylko znajomy. Ale co się stało? Pokłóciliście się? Mamo, daj spokój. Byłaś dla niego taka chłodna. Mamo! I nieuprzejma. Proszę cię, przestań. Powinnaś go zaprosić do środka. Zostawiam cię mamo, muszę się uczyć. Wcale nie musiałam. Ale zawsze tak ucinałam bezsensowną dyskusję. Dla mamy moje wykształcenie było najważniejsze. Chciała mieć wykształconą córkę, taką jak ona. Zgoda, mogłam być jak ona pod względem wykształcenia, ale tylko i wyłącznie pod takim kątem. Ale nie atakowałam jej. Zachowałam się jak dobra córka, prawda?

Kilka dni później przyszło zaproszenie. Mała karteczka z delikatnymi złoceniami i dwoma gołąbkami splecionymi ze sobą w miłosnym uścisku. Uważnie obserwowałam twarz Gilberta, kiedy przeczytał swoje. Coś jakby cień bólu, czy zawodu przemknął szybko po jego twarzy, ale zaraz ustąpił miejsca zwykłej obojętności. Tylko oczy pozostały trochę smutniejsze. Zaproszenie na ślub Anette. Anette, mała Anette Sawyer była kiedyś… Z zamyślenia wyrwał mnie cichy trzask kartki padającej na stół. Gil wstał. Pomyślałam, że nic mi nie szkodzi zapytać go, czy… - Kochasz ją jeszcze, Gil?- spojrzał na mnie wściekłym wzrokiem. Potem z cynicznym uśmiechem na twarzy, który nie wiem, skąd się wziął, odparł tak jak ja przed kilkoma miesiącami: - Nie twój pieprzony interes! A potem przyszła osobiście. Nic się nie zmieniła, nadal była krucha i uśmiechnięta. Obok niej zobaczyłam wyższego od niej, kasztanowłosego chłopaka. Jej przyszły mąż. - Dolly? To naprawdę ty?!- tak zareagowała, gdy mnie zobaczyła. Przedstawiła mi swojego chłopaka. Pete jest tak wspaniały, pracuje tam- i- tam, poznaliśmy się… itd. Później, po zbędnych formalnościach on sobie poszedł, a my zaczęłyśmy wspominać. Aż w pewnym momencie zapytała: - Co słychać u Gilberta? Nie wiedziałam co jej powiedzieć, bo przecież on nadal nie mógł mi wybaczyć tego, co zrobiłam i nasze kontakty zmniejszyły się do minimum. Opowiedziałam o tym Anette. A potem opowiedziałam jej o moim bracie. Zmienił się trochę, chyba jak każdy. Bardzo wydoroślał i tęsknił za tobą, Anette. Przepraszam, nie chciałam… - W porządku- odparła i w tym momencie zjawił się Michael z Gilbertem. Wstała, gdy go zobaczyła. Powitali się chłodno, jak dalecy znajomi albo krewni. Wyszłam do ogrodu, a zaraz potem zjawił się tam Mike. Ku mojemu zdziwieniu nie zaczął mówić „o nas”. - Jak on to zniósł?- zapytał. - Co? Zaproszenie na ten cały ślub?- wzruszyłam ramionami, a on kiwnął potakująco głową. - Normalnie. A zresztą nie wiem. Nic nie dał po sobie poznać- odpowiedziałam, a Mike westchnął. Oboje martwiliśmy się tak samo. Wiadome jest, że zabliźniona rana niekiedy się otwiera. A jeśli Gil ją kochał to naprawdę mógł cierpieć. Mój brat miał taki charakter, że nie potrafił z nikim rozmawiać o swoich uczuciach. A raczej o smutku. Nie potrafił się z nikim podzielić swoim cierpieniem. Radość, owszem, było mu łatwiej ją wyrazić. Pamiętam, że jak jeszcze był z Anette, mógł mi opowiadać o niej godzinami. A ja go słuchałam, bo on też mnie słuchał. Miałam w nim oparcie do czasu tych nieszczęsnych wakacji. Mike zapytał mnie, czy mam zamiar iść na ślub. Oczywiście, że mam, nie widzę żadnego powodu… Zobaczyłam Anette. Szła podjazdem w stronę bramy ze łzami w oczach. Sama. Chwilę później dołączył do nas Gil. Miałam ochotę zapytać go wprost co jej zrobił, ale wiedziałam, że mi nie odpowie. Z moim bratem było tak: albo mówił sam, albo milczał jak grób. - Pójdziesz?- wyrwało się Michaelowi, a ja spojrzałam na niego w taki sposób, że gdyby to było możliwe, padłby trupem.. - Gdzie? - Na jej ślub. - Nie wiem- odpowiedział- ale chyba tak. To jego „chyba tak” było jak kamień wrzucony w studnię. Jeszcze długo odbijało się w moich myślach, drżąc echem smutku. Świat Gilberta mógł się zawalić przez jedno maleńkie „tak”, a on nie mógł nic zrobić. Anette wydawała się taka szczęśliwa, ale te łzy w jej oczach zaniepokoiły mnie trochę. - Zastanówmy się, co gryzie Gilberta Millera?- powiedział ze śmiechem Mike, próbując jakoś ratować sytuację, która stała się tak koszmarna po jednym „chyba tak”. Te słowa brzmiały jak rezygnacja z wszystkiego, co dotychczas było drogie mojemu bratu. - Nie mnie nie gryzie. Idziemy?- zwrócił się do Michaela, a ten spojrzał na mnie, kiwnął głową i obaj zaraz potem sobie poszli. Wieczór okazał się równie koszmarny. Chciałam iść do Ragna Rock, ale poprzedniego dnia wróciła matka i nawet nie chciała o tym słyszeć. Czekał nas przecież „miły, rodzinny wieczór” w towarzystwie Gusa. Skoro ona się tak stara, to ja nie mogę tego ignorować i też muszę włożyć trochę wysiłku w to, żebyśmy się dogadywały. Jak zwykle coś mi przyniósł. Próbował mnie sobie zjednać kupując mi drogie prezenty. Nie ze mną te numery, Gus. Odwinęłam srebrzysty papier i moim oczom ukazała się kolejna oryginalna płyta Eagles`ów. Kolejna, bo już kiedyś przyniósł mi taką samą. A ja na dodatek już wcześniej miałam swoją. Trzecia do kolekcji. Wrzuciłam ją na półkę z płytami i zeszłam na dół. Wcześniej jednak podziękowałam, bo nie chciałam zaczynać awantury. Nawet Gilbert wrócił na tę kolację. On go chyba lubił, przynajmniej trochę. Zawsze umieli się ze sobą dogadać i żartować. Czasem próbowali mnie wciągać do tej rozmowy, ale albo to ignorowałam, wzruszając ramionami, albo rzucałam jakiś inteligentny tekst, na który Gus nie mógł, czy też nie chciał, odpowiedzieć. Kolacja ciągnęła się niemiłosiernie długo. Było już późno i na niebie od dawna migotały gwiazdy. O dyskotece mogłam pomarzyć. Na dodatek Gil nadal się do mnie nie odzywał. I chyba to zauważyli. - A wy co? Jeszcze się nie pogodziliście?- zaczęła matka. - Mały kryzysik w idealnym rodzeństwie?- dorzucił Gus. Nie patrzyłam na nich. Nie miałam zamiaru odpowiadać na głupie pytania. Poza tym ja chciałam się pogodzić. Nagle zadzwonił telefon. Odebrała mama, jej twarz się rozpromieniła, pokiwała chwilę głową, a potem zaświergotała: - Dolly! Alex do ciebie. O Jezu. Po co on dzwoni? Ile razy mam mu powtarzać… - Dolly? Pomyślałem sobie, że…- usłyszałam jego dobrze znany głos. - Alex, odbiło ci? Ile razy mam ci mówić, żebyś się odpieprzył?!- warknęłam. - Od tamtego czasu jestem czysty. Przysięgam- powiedział błagalnie. Spojrzałam do salonu, gdzie zrobiło się nagle bardzo cicho. - Alex, daj spokój. Nie wierzę ci. Poza tym nie mogę teraz rozmawiać. - To przyjadę po ciebie i sama zobaczysz- odparł szybko. Powiedziałam mu, że nie mogę teraz wyjść i że ma nie dzwonić do mnie do domu. - Ale Dolly… słuchaj, kiedy możemy się spotkać? - Na razie, Alex- nie odpowiadając na pytanie, odłożyłam słuchawkę. Kiedy wróciłam do pokoju mama powiedziała, że oczywiście mogłam wyjść. Myślałam, że zacznie mówić, że znalazłam sobie chłopaka i tym podobne bzdury. Ci rodzice mają chyba źle w tych swoich poukładanych głowach. Wieczorem poszłam do Gilberta. Postanowiłam raz na zawsze zakończyć tę beznadziejną kłótnię. Nie uśmiechało mi się nie mieć nawet z kim pogadać. - Przepraszam, Gilbert- powiedziałam cicho, opierając się o framugę drzwi. Nie wyglądał na przyjaźnie nastawionego, więc nie chciałam wchodzić dalej. Nie odezwał się. - Długo jeszcze będziesz się gniewał? - Oddam ci forsę za dwa dni- odparł. Nie chciał mi za nic pomóc. - Nie chodzi mi o tę forsę. Chcę, żeby wszystko między nami było jak dawniej! - Nic już nie będzie jak dawniej, nie rozumiesz tego?- powiedział z wyrzutem, jakby to wszystko była moja wina. Jasne. Jedne głupie wakacje i jeden głupi wybryk, a on zachowywał się jakby nie wiem, co się stało. Ale… rzeczywiście, nic już nie było, i nie mogło być, tak samo. - Gdybyś chciał…- zaczęłam, a on podszedł do mnie i przytulił. - Chcę, Dolly. Tylko już nie wycinaj takich numerów, dobrze? Jeden zero dla ciebie, Gil.

Ślub Anette. Był taki jak wszystkie w moim mniemaniu, ale w mniemaniu Anette, czy choćby jej męża musiał być niezwykły. Jaki był dla Gilberta? Nie wiem, ale chyba już nie cierpiał z tego powodu. Najpierw była msza w kaplicy i Anette w białej sukni. Potem przesłodzone życzenia na nową drogę życia i westchnienia typu jak- panna- młoda- pięknie- wygląda- nie- sądzisz? Przyjęcie w wielkiej sali balowej, śpiewy, tańce i mnóstwo łez. Zero ciekawego towarzystwa na początku. Potem wszystko jakoś się potoczyło. Spotkałam jedną znajomą ze szkoły, a że ona była typem sierotki- która- sama- nie- umie- nic- zrobić, trzymała się ze mną. W pewnym momencie postanowiłyśmy, a ściślej ujmując ja postanowiłam wyjść na dwór, bo zrobiło się strasznie duszno, ale gdy tylko wystawiłam nos za drzwi zobaczyłam Alexa, który wziął się tam chyba z samego dna piekieł. Pociągnęłam biedną dziewczynę z powrotem, a ona wytrzeszczyła na mnie zdziwione oczy. - Nie mogę tam wyjść!- syknęłam, a ona idiotycznie spytała dlaczego? I wtedy wszedł. Kiedy mnie zobaczył jego oczy rozbłysły, a twarz cała pojaśniała w uśmiechu. Momentalnie się odwróciłam, ale on już trzymał mnie za rękę i ciągnął w jakieś miejsce, w którym zapewne chciał ze mną pogadać. Sierotka poszła za nami, Alex chyba wpadł jej w oko. - Co ty tu robisz?- zapytałam wściekła, że marnuje mi przyjęcie weselne. On tylko spojrzał w stronę dziewczyny i powiedział ostrym tonem: - Możesz nas zostawić SAMYCH? Sprawiała takie wrażenie jakby miała się zaraz rozpłakać, zadrżała jej broda i spuściła wzrok. - Jasne- powiedziała tak cicho, że prawie nie było jej słychać. A później się zaczęło. A właściwie Alex zaczął mnie przekonywać, że jest naprawdę, ale to naprawdę czysty, że nic nie brał od tamtej historii w Ragna Rock. Uwierzyłam mu, bo chciałam uwierzyć. Tęskniłam już za nim trochę i tak naprawdę to z nikim nie mogłam pogadać tak jak z nim. Zapytałam, dlaczego to robi? Dlaczego przestał brać? Odpowiedział, że mu na mnie zależy. Czy w to też mogłam uwierzyć? Nie widziałam powodu, żeby było inaczej. Na resztę wieczoru zapomniałam o biednej sierotce i bawiłam się świetnie z Alexem. Okazało się, że mąż Anette jest jego znajomym. Znajomy według Alexa to ktoś komu kiedyś sprzedał choć jedną działeczkę marihuany. Cieszyłam się z

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nigdy nie możesz odejść — czytnik · opowiadania