Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 32 min czytania

Nikt Nie Ma Takiego Śniegu Jak Czesi

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Veronica, idziesz? - zawołała z drugiego pokoju trzydziestodwuletnia blondynka. - Nie teraz, mamo. - Zbyła ją. Kobieta podeszła do drzwi pokoju córki i zatrzymała się, opierając o framugę z ciemnego drewna. Obserwowała dziewczynkę siedzącą na fotelu, z książką o tematyce zbyt poważnej dla jedenastoletniego dziecka. Westchnęła, opierając ręce na biodrach. - Naprawdę powinnaś przestać czytać te książki, wiesz? - spytała bardziej retorycznie. - No ale mamo… - Mieliśmy iść na spacer, w trójkę. Wiesz, czasem żałuję, że nie jesteś jak inne dzieci i nie biegasz ciągle na zewnątrz. - Nikt już nie biega na zewnątrz, mamo. - Ale też nikt w twoim wieku nie czyta tyle. Nie mówię, że to źle, wręcz przeciwnie, ale… Może coś bardziej odpowiedniego dla ciebie. - Powiedziała, może odrobinę zbyt energicznie przy tym gestykulując. - Inne są nudne. - Odparła niedbale, wpatrując się w okładkę - Poczekaj, zaraz przyjdę, zostało mi ostatnie opowiadanie, krótkie. Blondynka poddała się i kręcąc głową odeszła do swojego pokoju. Postanowiła, że da jej jeszcze jakieś piętnaście minut, ale po tym koniec. W końcu umowa to umowa. Nikt nie ma takiego śniegu jak Czesi; przeczytała, i choć jeszcze tego nie wiedziała i nie do końca je rozumiała, to zdanie miało ją prześladować przez długi czas.

***

Nikt nie ma takiego śniegu jak Czesi; otulone białym puchem wzgórza, bezkresne łąki, wszystko uśpione i zatopione przez najbliższe kilka tygodni w zamarzniętym morzu. Nigdzie indziej nie tworzyło to takiego klimatu i nie wywierało podobnego wrażenia. A przynajmniej tak stwierdził William, gdy wracał z pracy do domu. Był zadowolony, bo w końcu przyszła upragniona przerwa zimowa. Szedł przez park, wpatrując się w ziemię pod stopami, uważając, by się nie poślizgnąć. Miał niebywale dobry humor, pomimo przygnębiającej ciemności panującej w parku. Wzdłuż odśnieżonej ścieżki ustawione były lampy, które oświetlały okolicę irytującym, sztucznym żółtawym światłem. Prócz niego nie było tam nikogo, ale kto by się temu dziwił. Otoczenie było ewidentnie nieprzyjazne, silny, zimny wiatr poruszał nagimi gałęziami, a metalowe latarnie trzeszczały, jakby zaraz miały wyrwać się z ziemi i wpaść prosto na niego, przypadkowego przechodnia. Naciągnął czapkę bardziej na uszy i skulił się, owijając płaszczem. Niewiele pomogło, ale nabrał nowych sił na samotną wędrówkę do domu.

Stanął przed pomalowanymi na czerwono drzwiami niezbyt dużego, ale ładnego murowanego domku. Starał się wyciągnąć z kieszeni klucze skostniałymi dłońmi. Nie było to łatwe zadanie, a one same przypominały bardziej bryłki lodu. Podjął próbę wcelowania kluczem w zamek, trzęsącymi się rękami. Pociągnął nosem i otworzył drzwi, a następnie wszedł do środka, zamykając je za sobą. Wytarł buty na wycieraczce, przez chwilę stojąc nieruchomo i ciesząc się ciepłem wnętrza. Zamknął oczy, a jego czerwone od zimna policzki rozciągnęły się w uśmiechu. Był wykończony. Kto by pomyślał, że w zamyśle niewymagająca za wiele aktywności fizycznej praca w biurze może być tak męcząca.

Możliwe, że by tak zasnął, gdyby nie jego żona, która przyszła go powitać. Z drugiego pokoju dochodził dźwięk telewizora, a samo pomieszczenie spowijała ciemność, sącząca się do przedpokoju przez uchylone drzwi. Ekran rzucał niebieskawe światło na meble; fotele i szafki. Ten mrok kontrastował z zapachem kolacji i kolorowym światłem lampek rozwieszonych na ramie okna w kuchni. - Will, kochanie, martwiłam się o ciebie… - powiedziała wysokim choć przyjemnym głosem niewysoka kobieta, wchodząc do korytarza. Przytuliła się do mężczyzny. - Niepotrzebnie - zaśmiał się - przecież wiesz, że to bezpieczna okolica. - Tak, wiem - westchnęła z opuszczoną głową, zupełnie jak skarcone dziecko. - Ej, co to za mina? - Bo… Obiecałeś mi, że to będzie przejściowe. Miał tutaj zostać najwyżej na miesiąc, a tymczasem minęło już chyba z pół roku. - Cztery miesiące - poprawił ją - minęły cztery miesiące. Jest moim bratem, musiałem mu pomóc, przecież wiesz. - Ale on też jest już dorosły, powinien móc sam sobie radzić. - Rebeka… Proszę cię, zrozum to. Przeżywa ciężkie chwile, stracił pracę, a przez to odeszła od niego dziewczyna. - Westchnął, zastanawiając się jak dalej kontynuować temat. - A później popadł w depresję. - A co z– - Mamusiu… brzuszek mnie boli. - Wymianę zdań przerwała ich mała córeczka. Wyszła z kuchni i powoli do nich podeszła, pocierając oczy. Spojrzała na mężczyznę, a następnie oboje się do siebie uśmiechnęli. - Moja mała księżniczka. - Podszedł do niej i wziął ją na ręce, tuląc do siebie. - Jesteś śpiąca? W odpowiedzi kiwnęła głową , a William zabrał ją do jej sypialni, po drodze zostawiając mokre ślady z butów ociekających roztapiającym się śniegiem.

Poranek przyszedł niespodziewanie, jak gdyby ta noc trwała zupełnie inną liczbę godzin niż poprzednia. Przyniósł ze sobą biały świt i światło rozpełzające się po wszystkich pomieszczeniach. Wylało się z salonu i weszło do przedpokoju, padając na wiszące na wieszakach ubrania i na młodą kobietę zmywającą błoto z wykafelkowanej podłogi. Klęczała w krótkich spodenkach i białej koszulce, kolanami dotykając zimnego podłoża. Mężczyzna przeszedł obok niej, przeciągając się. - Dzień dobry. - Nie ma prądu. - W niestandardowy sposób przywitała się z nim. Widać było, że nie jest w najlepszym nastroju. - Pewnie przez ten śnieg. - Zasięgu też nie ma. - Jak mi jeszcze powiesz, że drogi są zasypane, to pomyślę, że jesteśmy w jakimś tanim horrorze. - Zaśmiał się nerwowo. - To wyjrzyj za okno. Może wtedy stracisz ochotę na żarty. Przełknął ślinę i uchylił drzwi, by zajrzeć na zewnątrz. Widoczność była praktycznie zerowa, nie widział nic, co znajdowało się więcej niż pięć metrów przed nim. Zamknął je szybko, kiedy podmuch silnego wiatru naniósł do środka trochę białego puchu. - Ale zamieć. - Przyznał nie bez podziwu. - Tak. - Westchnęła i wstała z podłogi, krzywiąc się i masując prawy nadgarstek. - Dobrze, że nie musiałem iść dzisiaj do pracy - zaczął się śmiać i spojrzał na nią, prawie od razu się uspokajając - Coś ci się stało? - Nie… Tylko bolą mnie stawy. To przez to, że nie potrafisz ściągnąć butów, a później ja muszę to szorować. - Rzuciła w niego mokrą ścierką, rozbawiona. Mężczyzna wydał dźwięk obrzydzenia. - No przepraszam… - zebrał szmatę z ziemi i wrzucił ją do zlewu w kuchni, a później podszedł i przytulił żonę - ale popatrz na to w ten sposób: niedługo święta i będziemy mogli w końcu odpocząć. Razem. - Pocałował ją, a ona zgodnie z nim kiwnęła głową. Reszta dnia minęła spokojnie. Może z wyjątkiem małej Evy cierpiącej na grypę żołądkową, która wcale nią nie była i Rebeki narzekającej na lekki ból ramion.

Następna noc przyniosła wigilię Bożego Narodzenia, w której uczestniczył nawet przygnębiony Alexander. I choć nie śmiał się razem z innymi, nie widział wszystkiego w odcieniach szarości. Może było to zasługą nastroju stworzonego przez świeczki i dekoracje, może pysznej kolacji przygotowanej przez zmęczoną panią domu. Rodzinna atmosfera odwracała uwagę od wszystkiego innego i możliwe, że tak było lepiej. Jeżeli młodszy brat Willa miał uwierzyć, że jeszcze kiedyś będzie dobrze, to był to właśnie ten moment. Zdał sobie z tego sprawę, dlatego też, gdy jego bratanica zaczęła śpiewać, uśmiechnął się. Nikłym, słabym uśmiechem, ale pierwszym szczerym od trzech miesięcy. Postanowił się zmienić, obiecał, że to zrobi, że wróci w końcu do życia, zapewne nie od razu, ale będzie to robił małymi krokami. Z tą myślą poszedł spać, czując się w sposób, w jaki nie czuł się od dawna.

William zawsze miał twardy sen, z którego trudno go było dobudzić. Był w stanie przespać wszystko. Nie ruszyło go, gdy jego żona wstała z łóżka, by uspokoić płaczącą córkę, a nawet sam jej płacz. Rebeka starała się go wybudzić, szarpiąc go za koszulkę i szturchając w ramię. - Will, Will proszę cię… Will, obudź się. - Była bliska płaczu. Po jeszcze kilku próbach nawoływania męża w końcu otworzył oczy i spytał co się stało, widząc ją w takim stanie. Usiadł na łóżku. - Ja… wiem, że drogi są zasypane, ale trzeba ją zawieźć do szpitala… albo chociaż pójść po pomoc. Jest z nią coraz gorzej, Will… - Kochanie, nie denerwuj się. - Westchnął, wpatrzony w podłogę, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. - Ubiorę się i pójdę zobaczyć czy jest jakieś przejście. Co ja mówię… na pewno jest. - Uśmiechnął się do niej, ale ona pozostała niewzruszona.

Przywdziewanie w zimowy strój niezmiennie od wielu lat przypominało zakładanie zbroi rycerskiej. Wieloczęściowa powłoka miała ochronić przed zimnem… a może jednak przed czymś jeszcze, czego nikt nie był pewien. Wyszedł z domu owinięty po zęby, martwiący się o żonę i córkę. Gdy tylko przekroczył próg domu, uderzyła w niego fala zimna, a biały kurz zasypał oczy, częściowo go oślepiając. Powietrze pachniało inaczej niż zazwyczaj, czystością, niezaśmieconą spalinami i dymem, które zawsze były w nim obecne nawet pomimo tego, że mieszkali na przedmieściach. Czuł delikatny kwiatowy zapach z lekkim posmakiem orzechów laskowych i pieczonego chleba. Nie wiedział, co się dzieje, ale też nie bardzo się na tym skupiał. Obchodziła go tylko rodzina, i może to był błąd, bo nie zauważył niczego nadzwyczajnego poza wybitnie ostrą zimą. Musiał sprawdzić tę drogę, musiał sprawdzić stan przewodów elektrycznych i tylko tyle się liczyło. Brnął przez sięgający jego ud śnieg, pozwalając, by przemokły mu spodnie i buty. Musiał… Musiał, musiał. Nie zauważył nawet kiedy popadł w mały obłęd. Ta cała sytuacja doprowadzała go do szaleństwa, nie mógł zawieść Evy, a jedyne co widział, to biel przed sobą. Biel, biel… aż po niebo, nawet ono miało brudno-siną barwę. Kręciło mu się od niej w głowie, ale nie wolno mu było przestać, nie teraz. Skoro nie był w stanie dotrzeć do drogi, znajdującej się zaledwie kilkanaście metrów przed budynkiem, a szedł już dobre pięć minut, może sprawdzi dom sąsiadów? Kilka kroków w prawo i będzie na miejscu. Obrócił się, ale za sobą nie zobaczył już czerwonych drzwi z drewna. Dziwne… zniknęły? A może odszedł już tak daleko, a zamieć ograniczała widoczność. Tak, na pewno tak było. Wziął głęboki wdech, mroźne orzeźwiające powietrze wdarło się do jego nosa, ozdabiając wnętrze małymi kryształkami lodu. Zaczął sobie zadawać pytania dotyczące tego, jak długo już idzie. Dziesięć minut? Godzinę? Stracił poczucie czasu, śnieg wysysał z niego energię, powoli tracił siłę i zmysły. Wróci, musi wrócić… ale zaraz, w którą stronę był dom? Zdał sobie sprawę, że biały puch zabrał mu jeszcze jedną rzecz: orientację w terenie. Gdziekolwiek się obejrzał, niezależnie od tego, jak długo szedł, krajobraz się nie zmieniał; nie słyszał żadnego dźwięku poza świszczeniem wiatru. Ta przerażająca, zimna cisza. Bliski rozpaczy i hipotermii rozpoczął szaleńczy bieg, w którąkolwiek stronę. Było mu to obojętne. Byleby tylko zobaczyć czyjąś twarz, jakiekolwiek drzewo, budynek, latarnię, śmietnik, górę ziemi. Wycieńczony i skostniały padł na ziemię, ale nawet wtedy się czołgał. Biały puch wsypywał się do jego ust i roztapiał się tam, a lodowata woda spływała w głąb jego ciała, jeszcze bardziej go ochładzając. Miał zawroty głowy, z każdą mijającą sekundą był słabszy, aż w końcu otoczenie zaczęło stopniowo ciemnieć. Najpierw szarość i utrata ostrości, później wszechogarniająca ciemność… przynajmniej nie było już tej bieli.

Po jakichś dziesięciu minutach od momentu, w którym William wyszedł z domu, Rebeka stwierdziła, że sama sprawdzi się w tej roli lepiej. Poza tym, nie mogła już dłużej siedzieć w domu i słuchać rozpaczliwego płaczu córki. To było dla niej zbyt wiele. Nie mogła jej ciągle pocieszać ze świadomością, że nie jest w stanie jej pomóc. Otoczona z czterech stron ścianami, a od góry niezbyt wysokim sufitem, czuła się uwięziona. Nigdy nie miała klaustrofobii, ale cała ta sytuacja ją przytłaczała. Od wrzasku dziewczynki zaczynała ją boleć głowa, do tego wciąż dokuczał jej ból nadgarstka. Obiecała Evie, że niedługo wróci i przyniesie lekarstwo. Założyła płaszcz na swoją koszulę nocną i wsunęła na nogi skórzane kozaki z ciemnobrązowym futrem na wysokości kolana. Otworzyła drzwi i prawie krzyknęła z przerażenia, gdy zobaczyła męża leżącego na progu. Miał włosy pokryte szronem i nienaturalnie bladą skórę. Trzęsącymi się rękami sprawdziła, czy żyje i z ulgą stwierdziła, że tak. Wciągnęła go do domu i rozebrała z wierzchnich ciuchów, a później z pomocą Alexandra położyła go na łóżku. Wzięła telefon i sprawdziła, czy jest zasięg. Tak! Był. Co prawda niezbyt silny sygnał, ale powinno wystarczyć, by wezwać karetkę. Dyspozytorzy obiecali przyjechać w przeciągu najbliższej godziny, przy okazji przepraszając za tak długi czas oczekiwania, wyjaśniając, że drogi są zasypane. Ulżyło jej i siadła obok nieprzytomnego mężczyzny, a jej córka w końcu zasnęła niespokojnym snem, zmęczona bólem i nową porcją leków.

Will obudził się kilka minut później, zanosząc się kaszlem. Siadł na łóżku, starając się uspokoić, ale nie mógł. Żona poleciła mu, by oddychał spokojniej i starał się powstrzymać, a wtedy mu przejdzie. Zamknął usta i oczy, przez chwilę podskakując jakby miał czkawkę, gdy przyszła nowa fala kaszlu. Zwalczył ją, a kiedy już się uspokoił, opowiedział Rebece, co mu się przydarzyło. - Nonsens - zaśmiała się - Przecież leżałeś na progu, a nie było cię najwyżej kwadrans. - Ale… ale jak to? Nie, okłamujesz mnie, prawda? - spytał głosem, w którym słychać było cień szaleństwa. Zaczął chodzić w kółko po pokoju. - No… Nie… Straciłeś przytomność, może to dlatego – Ech, możesz usiąść? – wydaje ci się, że to trwało tak długo. - Nie, nie, nie! - wrzasnął - Niemożliwe. Kłamiesz! Spojrzała na niego lekko przestraszona i zaśmiała się nerwowo - Will… przestań, obudzisz Evę. Wyszedł z pokoju i zaczął krążyć po mieszkaniu, okazjonalnie pokaszlując, a Rebeka patrzyła w ziemię szeroko otwartymi oczami, bo to był pierwszy moment, w którym bała się męża.

- Will… Oni nie przyjechali… - szturchnęła go w ramię. - No przecież widzę. Patrzyła na niego przez chwilę, nie uzyskawszy współczucia lub zrozumienia, którego teraz potrzebowała, a później usiadła na podłodze i zgięła nogi, podkurczając je i przytulając do siebie. Jej ręka zaczynała boleć jak diabli i wyglądało na to, że utknęli tu na dobre. Z kolei mężczyzna się uspokoił, wydawał się tylko dość przygnębiony i apatyczny. Stał oparty o ścianę i wpatrywał się w okno. - Zadzwoń do nich - zażądała zduszonym głosem. - Przecież już dzwoniłaś… - To było dwie godziny temu! Mieli już dawno przyjechać! - Nie wrzeszcz - westchnął - boli mnie głowa. - Przejmujesz się tylko sobą! Nawet nie pomyślisz o mnie… - zacisnęła ręce na swojej głowie, wbijając palce w twarz. - Myślę. Właśnie to robię. Zastanawiam się - Zastanawianiem się nic nikt nigdy nie zdziałał. Trzeba coś robić. - Myślę CO zrobić. Zrezygnowała z dalszych prób negocjacji z mężem. Miała nadzieję, że to po prostu zły sen, że obudzi się z niego rankiem i zobaczy promienie słońca wpadające przez okno. Pamiętała, jak go poznała, kim był, co robił. Pewnego dnia po prostu tam przyjechał, nic specjalnego, spotkał ją w parku, autobusie, sklepie. Zaczęli ze sobą rozmawiać, chodzić na randki, później zostali parą. Historia jakich wiele. Wszystkie kobiety jej zazdrościły, w końcu był przystojnym obcokrajowcem, co więcej, Amerykaninem, lepiej trafić nie mogła. A mimo to nie była pewna. Niezależnie od tego, ile razy powtarzał jej, że ją kocha, ona nie wiedziała, co czuje. To jasne, był miły, dobry, odpowiedni, wręcz idealny, ale Rebeka nie potrafiła tego docenić. I to uczucie towarzyszyło jej długo, prawie do samego ślubu, a gdy pierwsze zauroczenie mija, miłość staje się już bardzo podobna do przywiązania i przyzwyczajenia, których ona doświadczała, więc chyba znaczyło to, że go kocha? Tak zdecydowała, po długich przemyśleniach, pomimo tego, że chodziło o rzecz, o której nie powinno…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nikt Nie Ma Takiego Śniegu Jak Czesi — czytnik · opowiadania