Komedia · 45 min czytania
No kill!
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
No kill!
Lipiec. Narew. Miejscowość Dyszobaba koło Różana (to ten zakręt na mapie). Upalny dzień konający powoli. Miliony komarów i ja spocony jak dzika świnia ze spinningiem i gasnącą nadzieją, że uda mi się coś złowić. Wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że tym razem przegram. Po raz kolejny w ostatnim czasie. Zawiodło mnie dosłownie wszystko: perłowy twister, uklejo podobne kopyto, ciemny riper z lekką główką, czerwona wirówka, najbardziej łowne blachy ze srebrnym (moim ulubionym) gnomem numer 1 na czele, płytko chodzące pływające i tonące woblery o jaskrawych kolorach, nawet kogut. Moje wielokrotnie sprawdzone, niewątpliwie dobre wabiki, których strzegłem jak oka w głowie. Nigdy nikomu o nich nie mówiłem. Są rzeczy, którymi człowiek nie dzieli się z nikim. Tajna broń. Gdyby inni wiedzieli, na co dobrze biorą szczupaki i sandacze na danym terenie, błyskawicznie nie byłoby co łowić. Gdy mnie ktoś pytał, na co złowiłem tego pięknego wymiarowego szczupaka (rzecz coraz rzadsza na naszych spustoszonych wodach), mówiłem, że na blachę, gdy zbój dał się przechytrzyć gumką, na wirówkę, gdy wziął na woblera i na gumkę, gdy zaatakował blachę. Gdy się mnie ktoś pytał o kolor skutecznego wabika, odpowiadałem bez mrugnięcia powieki, że biały, gdy akurat brały na czerwony i na czerwony, gdy akurat brały na biały. To takie proste. Szczerość nad wodą to samobójstwo. Pamiętaj: jak chcesz jeszcze coś złowić, nigdy nie zdradzaj swoich sekretów. Ja na przykład tak robię. Nigdy nie zdradzam nikomu nawet łowiska, na którym łowię. Zwłaszcza łowiska. Gdy mnie ktoś spyta, gdzie złowiłem tego pięknego wymiarowego szczupaka odpowiadam niby od niechcenia, że na rzecze, gdy łowiłem na jeziorze i że na jeziorze, gdy łowiłem na rzece. Uczcie się od sprytniejszych. Jednak tamtego dnia wszystko wskazywało, że ryby nie brały. Chociaż są tacy, co twierdzą, że ryby biorą zawsze, tylko wędkarz nie staje na wysokości zadania. Być może. Tego akurat nie wiem. Albo wiem, tylko nigdy się nie przyznam, że jestem słabym wędkarzem. Bo nie jestem! Przez ponad dwie godziny solidnej penetracji nie było nawet pobicia. Nie ważne. Nie po ryby przychodzi się nad wodę. Co ja gadam. Jasne, że po ryby, ale nie tylko. Tego nie zrozumie ktoś, kto nigdy nie był nad wodą w celu innym niż zamoczenie dupska w chłodnej wodzie, względnie innej części ciała w ciele należącym do przedstawicielki płci przeciwnej. Gdzieś za moimi plecami, w tle za brzęczeniem komarów usłyszałem trzaśnięcie drzwiami. To mogło oznaczać tylko jedno: konkurencję. Żegnaj błogie samotne łowienie. A może spróbować na trok boczny? Jednak zmontowanie zestawu na trok boczny wymagało trochę czasu. I chęci. A ja czułem się już trochę zmęczony. Prawdę powiedziawszy zamierzałem wracać do domu. - Biorą? - usłyszałem za sobą czyjś cichy głos. Gość potrafił się zachować. Nie darł mordy, jak niektóre rozdziawy, co to myślą, że ryby są głuche. Ubrać też się potrafił, bo sam go ledwie potrafiłem wyłowić z krzaków, tyle było w nim zieleni. Dzierżył w dłoni dość mocne, sztywne wędzisko zapewne o szczytowej akcji. Ciężar wyrzutu prawdopodobnie 10 – 30, względnie 35 gram. Żyłka najwyżej 0,30. Prawdopodobnie 0,28. Japoński kołowrotek ze stałą szpulą plus hamulec walki. Na lince wobler do znudzenia przypominający ukleję z krótkim sterem, co oznaczało przypowierzchniowe łowienie. Do tego piętnastocentymetrowy przypon. Profesjonalista w każdym calu. Doświadczony. Łowca okazów. Dobry wędkarz. Ogromne zagrożenie. - Złowiłem jednego śledzia - odpowiedziałem bez większego entuzjazmu, ale z nutką dwuznaczności, co miało wywołać u rywala przekonanie, że złowiona ryba wcale do małych nie należała. - Na co? - Na blachę. - Gdzie? Pomilczałem chwilę, że niby się zastanawiam, czy zdradzić dobrą miejscówkę, po czym przełamałem się (że niby zwyciężyła we mnie chęć pomocy bliźniemu) i powiedziałem: - Tam. Wskazałem ręką na rozległy blat, gdzie z całą pewnością nie było żadnych ryb. A już na pewno wymiarowych. - Tam?! - zdziwił się wędkarz. - Właśnie tam. - Dziwne. Nie był frajerem. Ale to wiedziałem przecież od pierwszego rzutu okiem. - Pewnie pan myśli, że tam nic nie ma? - Właśnie tak myślę. - Równa woda, bez kamieni, dołków, spowolnień i bystrzy. Nic, za czym mogłaby się schronić ryba. Każdy tak myśli. Powiem więcej: taka myśl narzuca się sama każdemu, kto ma jakiekolwiek pojęcie o łowieniu. Też kiedyś tak myślałem Do czasu, gdy nie złowiłem tam przypadkowo trzykilogramowego bolenia. Profesjonalista przejawił cień zainteresowania. Połknął przynętę jak naiwna ukleja ziarno kukurydzy. - Przypadkowo? Jak można złowić przez przypadek trzykilogramowego bolenia?! - Normalnie. Wiał silny wiatr, rzucałem akurat blachą, dość lekką, może zbyt lekką jak na panujące warunki i zwiało mi ją w okolice brzegu. Bałem się, że prąd ściągnie mi ją pod zwisające z brzegu korzenie, więc zacząłem szybko zwijać żyłkę. Kręciłem korbką tak szybko jak tylko mogłem, aż tu bach!, uderzenie tak silne, że mało nie wpadłem do wody. Całe szczęście miałem dobrze wyregulowany hamulec, bo inaczej byłoby po zabawie. Co to była za walka! Boleń to naprawdę silna, waleczna ryba. - To prawda. Sam niejednokrotnie miałem okazję się o tym przekonać. Raz uderzył mi tak mocno, że urwał przynętę. – Wędkarz zamyślił się na chwilę, zapewne kontemplując bez wątpienia niemiłe dla niego zdarzenie, po czym zapytał niby mimochodem, jakby moja odpowiedź niewiele go interesowała: - Co to była za blacha? - Makrela dwójka. Typowo boleniowa przynęta. Wręcz podręcznikowa. - W życiu bym nie pomyślał, że na tym blacie mogą być bolenie. - Tam jest od cholery drobnicy, która z sobie tylko wiadomych przyczyn czuje się na tej spokojnej wodzie bezpiecznie. Ale tylko rano i wieczorem. Później nie ma tam czego szukać. Wystarczy tylko dobry płytko chodzący woblerek i można się mile zdziwić. Nawet pan sobie nie wyobraża ile złowiłem tam szczupaków. A w nocy trafiają się niezłe sandacze. Wędkarz słysząc tą nieprawdopodobną wręcz nowinę o mało nie wyskoczył z woderów. Dzięki czemu zauważyłem, że je w ogóle ma. Też były w kolorze zielonym. - Na co je pan łowi? - Na woblery o niebieskim kolorze. Rzecz jasna pracujące blisko powierzchni, o agresywnej akcji. To była tak oczywista oczywistość, że jest to doskonały sposób na wieczorne sandacze, iż wiedział o tym każdy. Każdy, kto łowił na spinning. Sprzedanie tej „tajemnicy” nic mnie nie kosztowało. A w bardzo sprytny sposób uwiarygodniło moją wypowiedź. Kłamać też trzeba umieć. - A sumy? Są tam sumy? Wiedziałem już, że jest mój. Trzymał mocno w pysku przynętę. Wystarczyło tylko dobrze go zaciąć. - Osobiście nigdy tam żadnego nie złowiłem - powiedziałem powoli tym samym tonem, co wcześniej, dzięki czemu sens moich słów miał dokładnie odwrotne znaczenie - ale słyszałem, że czasem się jakiś trafi. Obcemu zaświeciły oczy z wędkarskiego podniecenia. Miał już niemal gorączkę. - To jest przecież blat - oświadczył. Wiadomo, gdzie szukać w lecie sumów: na blatach. - Właśnie, to jest przecież blat - potwierdziłem. - Przyjadę tu za tydzień z odpowiednim sprzętem. Dziś wybrałem się tylko tak na mały rekonesans. - Warto - przytaknąłem. - Naprawdę warto. Tu jest tak pięknie… Rywal najwidoczniej nie zamierzał tracić czasu na bezowocne gadki szmatki o krajobrazie, bo pożegnał się grzecznie standardowym „połamania kija” i pospiesznym krokiem poszedł szukać ryb na totalnym bezrybiu. Czasem nawet profesjonalista popełnia prosty błąd. Oczywiście, jak nie trudno się domyślić, nigdy nie złowiłem trzykilogramowego bolenia. Rzecz jasna nigdy nie złowiłem trzykilogramowego bolenia przez przypadek. To było dziełem zaawansowanego i świetnie zaplanowanego działania, a przynętą było coś, czego nikt poza mną nie używał na rapy w tamtych stronach. Sam dowiedziałem się o niej od pewnego zadomowionego w naszym kraju Rosjanina, który nalewając do kieliszka ich (a zarazem naszego) trunku narodowego, zadał mi niespodziewanie pytanie: - A wiesz ty, do czego u nas używa się blachy z nakrętek od wódki? A skąd ja niby miałem znać odpowiedź na takie niespodziewane, podchwytliwe pytanie? Wzruszyłem więc tylko bezradnie ramionami. - Robi się z nich zajebiste przynęty na rapy? - Że niby co? Gdyby nie fakt, iż butelka z rosyjsko-polskim trunkiem narodowym dopiero co została otwarta i nikt z nas jeszcze jej nie skosztował, uznałbym że Sasza, Igor, Borys czy jak tam miał na imię nasz wschodni sąsiad, najzwyczajniej w świecie robi sobie ze mnie jaja. - Nie wierzysz, co? - zapytał widząc moje drwiące spojrzenie. - Nie. - Zaraz ci pokażę, o co się rozchodzi. Wyjął z pudełka gruntowy haczyk (rzecz działa się nad wodą) numer 4 z długim trzonkiem, po czym odciął nożem wieczko nakrętki. Uzyskane w ten sposób aluminium przeciął w jednym miejscu, dzięki czemu pozostał mu krótki pasek, który owinął dwukrotnie na trzonku haczyka i zacisnął mocno kombinerkami. - Gotowe! - I że niby co to jest? - zapytałem, starając się za wszelką cenę nie wybuchnąć śmiechem. Wszystko wskazywało bowiem na to, że Sasza, Igor, Borys czy jak się zwał tamten zaprzyjaźniony z naszym krajem Rusek, musiał pić coś już wcześniej. Dziwne, bo niczym od niego nie zalatywało. - To jest najlepsza przynęta na bolenie, jaka istnieje - oświadczył wręczając mi tą prymitywną przynętę. Drwi sobie ze mnie prosto w oczy, pomyślałem. Przecież każdy laik wie, że przynęty boleniowe muszą być ciężkie, żeby móc nimi jak najdalej rzucić. A on mi tu wyjeżdża z takim „piórkiem”. - I że niby jak mam tym rzucić? - Tym się nie rzuca - wyjaśnił kolega zza wschodniej granicy tonem, który miał mnie zapewnić, że zdradza mi jakąś super tajną tajemnicę. - To się puszcza z nurtem rzeki, a później bardzo powoli ściąga. Kiedy będziesz ją miał pod nogami, nie wyjmujesz jej z wody, tylko ponownie puszczasz z prądem. Najlepiej ze szczytu główki, bo wtedy zawsze znajduje się w strefie żerowania boleni, a prąd nie znosi jej do brzegu. Wiem, że brzmi to dla ciebie jak jakaś abstrakcja, ale spróbuj kiedyś tej metody. - Spróbuję - obiecałem, chociaż nie miałem najmniejszego zamiaru robić z siebie idioty. Widział to kto kiedy kogo łowiącego bolenie na kawałek blachy z nakrętki od wódki? I to w dodatku rosyjskiej! Prędzej uwierzyłbym w lądowanie kosmitów. Zwłaszcza, jakby wylądowali Migiem 29. - I powiem ci coś jeszcze - dodał Sasza, Igor, Borys, czy jak on się tam zwał - może i macie niezłą wódkę, prawie tak dobrą jak nasza, ale wasze nakrętki są totalnie do dupy. Wtedy nie wiedziałem, o co chodziło z tymi nakrętkami. Już chciałem wstać i bronić ręcznie honoru polskiej nakrętki od wódki. No bo niby dlaczego polska nakrętka miałaby być gorsza od rosyjskiej? Całe szczęście kolejne rozlanie bezbarwnego, ale jakże treściwego płynu, załagodziło sprawę. Tym bardziej, że nasz wschodni sąsiad, widząc moje wzburzenie, orzekł: - Ale kobiety są u was pierwsza klasa. Sami widzicie, w takiej sytuacji wątpliwa wartość polskiej nakrętki od wódki schodziła na dalszy plan. Niedługo później, bo po kilku zaledwie latach, pewnego dnia, kiedy to ryby za nic w świecie nie chciały dać się namówić na współpracę, przypomniałem sobie o niby super łownej przynęcie na bolenie, której rzekomo byłem posiadaczem. Gdy ryby nie biorą, wędkarzowi przychodzą do głowy różne głupie rzeczy. Na przykład, żeby spróbować łowić bolenie na blachę z nakrętki od rosyjskiej wódki. A że akurat widać było żerujące rapy, które doprowadzały mnie do rozpaczy swoją ignorancją serwowanych im przeze mnie przynęt… - A co mi tam - powiedziałem sam do siebie. Wszedłem na główkę, przywiązałem haczyk do żyłki i puściłem to coś z nurtem. Kiedy przynęta była już dostatecznie daleko, zacząłem ją powoli zwijać. Wtedy to po raz pierwszy w życiu złowiłem bolenia. Wprawdzie nie był zbyt duży, ale hol dostarczył mi niemałych wrażeń. Tamtego dnia złowiłem jeszcze dwa większe. Poczułem się jak wędkarz doskonały. Niemalże jak stary wyjadacz. Omal nie krzyczałem z radości: niech żyje rosyjska nakrętka od wódki! Sytuacja powtarzała się prawie za każdym razem, kiedy łowiłem tą świetną przynętą. Wystarczyło tylko, żeby blaszka cały czas szła pod powierzchnią wody. Prąd nią szarpał i przesuwał na boki, dzięki czemu przypominała walczącą z prądem małą rybkę. Złowiłem na nią nawet kilka kleni, jazi i okoni. Łowiłem nią z ogromnym zapałem aż do feralnego dnia, gdy ją straciłem po potężnym uderzeniu torpedy, od którego aż ugięły się pode mną kolana. To była ryba! Dopiero wtedy zrozumiałem, co miał na myśli Rosjanin, kiedy śmiał się z naszych nakrętek. Próbowałem bowiem zrobić taką samą przynętę (co przecież nie było niby aż tak trudne ze względu na jej totalną prostotę) używając do jej produkcji rodzimych nakrętek po narodowym trunku. Okazało się, że nasze nakrętki rzeczywiście są do dupy. Sprężynują przy zaciskaniu, obracają się na trzonku i mają złą wagę. Takimi przynętami nie dało się skutecznie łowić. A nie można było użyć w zastępstwie ołowiu, bo był za ciężki, ani blachy z puszek po napojach, gdyż trzeba ją było czterokrotnie zwijać, przez co zupełnie inaczej pracowały. Byłem w niemałym kłopocie, bo nie wiedziałem gdzie zaopatrzyć się w rosyjską wódkę. Aż wpadłem na pomysł, by zagadywać rosyjskich kierowców tirów, którzy nocowali na stacjach benzynowych. Patrzyli na mnie jak na idiotę, kiedy zagadywałem o ich wódkę. Przecież czasy, gdy Polacy kupowali od nich ich szmuglowany w zbiornikach po ropie spirytus, bezpowrotnie minęły. Jeszcze bardziej się dziwili, gdy proponowałem im uczciwą zamianę - litr polskiej za pół litra rosyjskiej. Ale czasem zdarzali się tacy, co nie tylko mieli przy sobie rodzimą wódkę, ale i litościwie wymieniali się ze mną na wspomniany litr. Oglądali podejrzliwie banderole i nakrętki, po czym wzruszali ramionami, jakby chcieli powiedzieć: nic się u was nie zmieniło, nadal jesteście debilami. W taki oto sposób stałem się posiadaczem bezcennych przynęt na bolenie, o których istnieniu przeciętny śmiertelnik nie ma zielonego pojęcia. Bo też nikomu się nimi nie chwalę. To jest moja najpilniej strzeżona tajemnica (nie licząc tej miejscówki na sandacze w Dyszobabie), o której nigdy, ale to nigdy i absolutnie nikomu, ale to nikomu nie mówię i nie mówiłem. Ledwie spławiłem jednego intruza, a już pojawił się drugi. Najpierw usłyszałem trzaśnięcie drzwiami, a chwilę później ujrzałem sylwetkę gościa, który miał swoją obecnością na moim terenie zmącić spokój mojego ducha. Całe szczęście nowoprzybyły przejawiał zainteresowanie innymi niż ja rybami. Wniosłem to po tym, że wszedł do wody na płyciźnie i małym woblerem rzucanym za wystające z wody kamienie próbował skusić jakiegoś klenia. Wędkarzy, którzy nastawiali się na mniejsze ryby zawsze traktowałem z przymrużeniem oka. Osobiście rzadko uganiałem się za kleniami, jaziami czy okoniami. Wolałem złowić jedną rybę słusznej wagi i długości, niż trzy małe. Intruz początkowo obławiał niewielki przelew i najbliższe okolice, po czym wszedł do wody tak daleko jak się dało (prawie do połowy szerokości rzeki) i zaczął penetrować dołek pod przeciwległym brzegiem. Woda sięgała mu powyżej pasa. Nie miał na sobie woderów, co oznaczało, że jest bardzo zdeterminowany, bo nie przeszkadzało mu mokre ubranie. Wprawdzie woda była ciepła, ale dłuższe przebywanie nawet w takiej wodzie do najprzyjemniejszych nie należało. Mogło nawet skończyć się przeziębieniem. Że o krwiopijczych pijawkach, których zawsze było mnóstwo przy brzegu, gdzie dno było lekko muliste, nie wspomnę. Miejsce, w którym łowił miało kamieniste i żwirowate dno, co dawało pewne szanse złowienia brzany. Jednak jeszcze nigdy nikt nie przechytrzył przy mnie tej ryby, mimo iż wielu próbowało przeróżnymi sposobami (włączając w to siatkę), więc nie dawałem mu wielkich szans. A jeśli nic nie złowi, prawdopodobieństwo, że pojawi się tam znowu było marginalne. Zbliżała się najlepsza pora na letnie brania, kiedy to słońce chowało się za drzewami a woda dostawała zdecydowanie mniej światła, co oznaczało szerszą gamę przynęt, na które można było spróbować szczęścia. Przemieściłem się kilkanaście metrów w kierunku faszynowo-kamiennej opaski. Za kilkadziesiąt minut mogłem liczyć na wieczorne żerowanie sandaczy. Póki co można było zapolować na szczupaka. Pochyliłem się nad pudełkami z przynętami i nie mogłem się zdecydować, co zapiąć na agrafkę. Miałem tyle wabików, że zawsze zanim dokonałem wyboru mijał przynajmniej kwadrans. Najpierw musiałem podjąć decyzję, na co będę łowił: wobler, blachę, wirówkę czy gumę? Później musiałem określić się, co do wielkości przynęty, a następnie koloru. W zależności od wielkości i wagi przynęty uzależniona była grubość żyłki, jaką należało łowić. Nosiłem przy sobie dwie szpule zapasowe z różnymi grubościami. Plus ta, którą miałem na kołowrotku o jeszcze innym rozmiarze. Wszystko to sprawiało, że trudno mi się było zdecydować na coś konkretnego. Jak łowiłem na blachę, coś mi mówiło, że tylko tracę czas, bo skuteczniejsza byłaby gumka. Jak przeczesywałem wodę gumką, to coś podszeptywało, że lepszy byłby wobler. Jak wobler nie przynosił spodziewanych rezultatów, coś robiło mi wyrzuty, dlaczego nie założyłem wirówki. Zdawałem sobie sprawę, że mój brak zdecydowania źle wpływał na efektywność łowienia, bo z rybami jest tak, że często biorą tylko przez chwilę, a później nie przejawiają żadnych oznak chęci współpracy. W duszy tęskniłem do czasów, gdy nie miałem takich rozterek duchowych, ponieważ w pudełku nosiłem tylko dwie blachy, jedną gumkę (z odzysku) i wirówkę (również wyciągniętą z wody). O woblerze mogłem sobie tylko pomarzyć, bo był dla mnie za drogi. A gdy urwałem jakąś blachę, była to dla mnie ogromna tragedia i od razu głowiłem się, za co kupię sobie nową. A ryb łowiłem wtedy więcej! Po tamtych starych, dobrych czasach, które darzyłem niewątpliwym sentymentem, pozostał mi nawyk korzystania z przesadnie grubych żyłek. A do stosowania plecionek nie mogłem jakoś się przemóc. Gdy tak tkwiłem pochylony nad pudełkami, usłyszałem czyjeś wołanie. - Halo! Halo!!! Rozejrzałem się z konsternacją. W pierwszej chwili pomyślałem, że ktoś się topi i już chciałem pochować pudełka i oddalić się dyskretnie z miejsca zdarzenia (nie należałem do ludzi najpierw rzucających się w toń, by uratować drugą osobę, a później przypominających sobie, że też nie potrafią pływać), gdy dostrzegłem wędkarza, który nie wiedzieć kiedy przemieścił się ze środka rzeki pod brzeg. Trzymał wysoko podniesione wędzisko wygięte w łuk pod niewątpliwie solidnym ciężarem. Czyżby miał tak dużą rybę, że nie może jej samemu wyholować na brzeg? - Mógłby mi pan pomóc?! Moje przypuszczenie stało się całkiem prawdopodobne. Rozejrzałem się wokół, czy prośba na pewno skierowana jest do mnie, ale poza nami dwoma nie było nikogo więcej na tym odcinku rzeki. - Mógłby się pan pospieszyć? - ponaglił mnie wędkarz w potrzebie. Przez chwilę wahałem się, czy wziąć wędkę ze sobą, czy też pozostawić na brzegu, ale wybrałem tą pierwszą alternatywę. Przecież póki co nie było komu mi jej zwędzić. Kiedy przybyłem do nieznajomego wędkarza, ten w dalszym ciągu stał w wodzie z naprężoną wędką. Trzymał na niej na pewno niemałą rybę. - Przepraszam, że pana fatygowałem, ale samemu mógłbym sobie nie poradzić - odezwał się wędkarz niezwykle opanowanym głosem. Nie wiem, czy na jego miejscu potrafiłbym być taki spokojny. - Mógłby pan… - Jasne - odpowiedziałem chwytając leżący na brzegu podbierak. - … wyjąć z tamtej torby aparat? Podbierak sam wypadł mi z ręki. Najwidoczniej przed wyciągnięciem ryby z wody, chciał bym mu zrobił pamiątkową sesję zdjęciową. Wiadomo, ryba zawsze najkorzystniej prezentuje się na tle środowiska, w którym żyła. W dodatku jej zdjęcie można było wysłać choćby do rekordów Wędkarskiego Świata, by obejrzała je cała wędkarska Polska i jeszcze dostać za to medal. Rozejrzałem się za torbą, ale nigdzie nie mogłem jej znaleźć. - Stoi pan na niej - zauważył lekko poirytowany łowca. - Przepraszam. Całe szczęście aparat był nieuszkodzony. Szczęście było tym większe, że akurat ten model aparatu do najtańszych nie należał. - Tam jest taki mały przycisk… - Poradzę sobie. - Jest pan gotowy? - Tak - odpowiedziałem celując obiektywem w miejsce, gdzie ukryta w nurcie stała ryba. Kiedy intruz zbliżył się do niej, po czym delikatnie, aczkolwiek stanowczo chwycił rybę pod brzuch, z wrażenia o mały włos aparat nie wpadł mi do rzeki. Obcy wydobył z wody największą brzanę, jaką w życiu widziałem. Nawet w wędkarskich miesięcznikach nie widziałem zbyt wiele większych. Była wspaniała. To tu w ogóle są brzany? - zdziwiłem się. Brzana dała się przechytrzyć na małego pękatego woblera, którego mała kotwiczka tkwiła wbita w jej mięsiste wargi. Wyglądała bardzo dostojnie, a jej łowca niezwykle dumnie. Ja zaś na oniemiałego z zachwytu. - Piękna - wyszeptałem z podziwem. - Prawda? Rozpoczęła się sesja zdjęciowa, w której główna bohaterka ustawiana była pod różnymi kątami to na powierzchni, to tuż pod wodą, na tle nurtu i na tle tataraku. Starałem się zrobić jak najlepsze ujęcia, jednocześnie próbując oszacować jej wagę. Wyglądała mi jak nic na srebrny medal. - Będzie pan ją zgłaszał do rekordów Wędkarskiego Świata, żeby dostać medal? - Nie. Gość był co najmniej dziwny. Już od dawna marzyłem o złowieniu dużej, naprawdę dużej ryby, żeby dostać za nią medal i móc pochwalić się kolegom zdjęciem w gazecie. Kiedyś nawet złowiłem bolenia, który miał 72 centymetry, co dawało mi prawo do brązowego medalu. Niestety, w tamtych starych, dobrych czasach nie miałem aparatu, a w aparacie kolegi akurat nie było kliszy (jak zawsze, gdy była najbardziej potrzebna). Nie mogłem więc wysłać zdjęcia, żeby zostać uhonorowanym. Nie mogłem też się nim pochwalić szerszej publiczności. Tragedia. - Dlaczego? - Nie zależy mi na rozgłosie. Być może bał się, że publikacja tego zdjęcia ściągnie na „nasze” łowisko amatorów brzan. - Lubi pan łowić w samotności? - Dokładnie. - To tak jak ja. W ten sposób zawiązała się między nami nić porozumienia. Prawdziwi myśliwi polują samotnie. W pewnym momencie, łowca odezwał się wyraźnie zaniepokojony: - Nie jestem pewny, czy dobrze robi pan zdjęcia. Mógłby pan je przejrzeć? Przejrzałem. Nie było żadnego. - Trzeba dłużej przytrzymywać przycisk - zostałem poinstruowany, bo moja mina najwidoczniej musiała mówić sama za siebie, co do efektu moich wysiłków. - Aż będzie słychać takie ciche pstryknięcie. Sesja zdjęciowa rozpoczęła się od nowa. Przy okazji czujnym okiem lustrowałem wszystko, co się tylko dało pod względem używanego przez profesjonalnego…