Komedia · 7 min czytania
No more words (Rozdział 3, She left me alone )
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Max każdego dnia wyjazdu Carolyn zaznaczał w komórkowym kalendarzu krzyżyk. Było to pewnego rodzaju zboczenie, zachowanie godne opętanego psychola albo kogoś strasznie zakochanego. Od pamiętnej daty rozstania minęło dokładnie 378 dni. A może naprawdę ją kochał? Z drugiej strony, jeśli w czyimiś mniemaniu miłość wyraża się w tak wredny i nieczuły sposób, to lepiej by było, żeby okazał się wariatem z psychiatryka a niżeli Romeem romantycznie odliczającym czas powrotu Julii.
Zeszłego roku, dnia dwunastego stycznia zima nie zaszczyciła swoją obecnością Nowego Jorku. Dla dziewcząt z Upper East Side była to świetna okazja by poszpanować nowymi, wiosennymi płaszczami Burberry, kupionymi grubo przed premierowym pokazem za niebotyczne pieniądze. Małe dzieciaki narzekały, że znowu nie poślizgają się na zamrożonym śniegu w Central Parku a chłopcy z bogatych domów zebrali wszystkie możliwe sprzęty narciarskie i wyjechali do Europy. W Brooklyn'ie w domu Maxa przez cały dzień unosiły się entuzjastyczne okrzyki Holly Evergreen, jego ekscentrycznej matki. -Synku, czy ty wiesz, co oznacza to słoneczko? -z obrzydzającym uśmiechem wskazała palcem na niebo widniejące za szybą. Max nie odpowiedział, chociaż przewidywał, co matka usiłuje mu przekazać. Ta zdolność przewidywania jest chyba rodzinna. -Oczywiście, że wiesz! Cóż ja mówię! Zawsze to wiedziałeś! Jestem prawdziwą wróżką. -przysiadła na parapecie i oparła czołem o szybę zgniatając swoją idealnie wymodelowaną grzywkę. Jej farbowane, kasztanowe włosy były idealne, bez żadnej skazy. -Należy słuchać Holly Evergreen. -była tak podekscytowana, że jej przepowiednia się sprawdziła, że zaczęła brzmieć jak kandydat na prezydenta. Max pokręcił sarkastycznie głową. To oczywiste, że przepowiednia matki musiała się sprawdzić, zwłaszcza jeśli wcześniej oglądała pogodę na BBC... Kiedy Max miał już udać się do swojego pokoju rozległ się dzwonek do drzwi wejściowych. Holly zerwała się szybko i w podskokach dotarła do drzwi. -Oh, misiaczku! Spójrz kto przyszedł! -Max skrzywił się na określenie "misiaczek" ale po chwili cały się rozpromienił gdy zobaczył w progu Carolyn. Zdawało mu się, że jest to jedyna miła rzecz w całym dniu. Szybko chwycił ją za dłoń i zaciągnął do pokoju w obawie, że matka zacznie częstować ją ohydnymi ciasteczkami i ,nie daj Boże, pytać o ich związek. -Cześć, skarbie. -pocałował ją delikatnie gdy tylko znaleźli się w pokoju. Carolyn uśmiechnęła się lekko i zacisnęła dłoń na torebce.Max tak był podniecony jej wizytą, że nawet nie zauważył, że dziewczyna nadal ma na sobie płaszcz. Objął ją w talii i zaczął muskać wargami jej szyję. -Więc... Co dzisiaj robimy..? -zamruczał cichutko. -Max, ja... -zaczęła poważnie i niepewnie Carolyn. -Tak wiem... nie musisz już nic mówić. -właśnie chciał pocałować ją w usta, gdy odwróciła głowę w bok. Max nie zwrócił uwagi na tą dobitnie przekazana odmowę jakichkolwiek pieszczot. Właściwie to nawet lubił, kiedy jego dziewczyna udawała niedostępną. Skierował swoje dłonie na zapięcie płaszcza i zaczął go rozpinać. Ku jego zaskoczeniu, Carolyn klepnęła go po rękach dając znak, by przestał. -Max! -krzyknęła w ten sposób, który sprawiał, że Max czuł się jak niewyżyty gwałciciel. -No okey! Jeśli nie chcesz dzisiaj, to okey. -odpowiedział zażenowany. -Nie chodzi o pocałunki. Po prostu muszę powiedzieć Ci coś ważnego i…