Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 3 min czytania

no name

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Poranek zbudził mnie światłem, cicho, cicho wzleciała gwiazda na tacy nieboskłonu, jednak tłum szeptał, mgłą się pokazał. Przeszedł szelest liści, schodził z Syzyfowej Góry, jeziora stały się lustrem wyprostowane dmuchnięciem wietrzyka. Wstałaś rozchylając lazurowe oczy, dawałaś oddech, wtedy ja stwarzałem nasze światy. Tchnieniem deszcz nas orzeźwił, dawałem Ci zapach jabłek, później był księżyc, z którego spijałem Twój uśmiech. Gładkie drzewa dwa rozchylone aż po krańce obejmowały mnie pniami. Równiną schodziłem na dół aż do gaju, padł cień na wąwóz, językiem szukałem źródła. Nagle ziemia się poruszyła by znów umrzeć. Pamiętam, że znów ruszyła, znów zbawiona językiem, znów wychodząc na światło. Zgasłem, opatrzyłem datą 4. 06. 2003. Za oknem sen ma najlepsze sny... Otwarłem drzwi, długo przychodziłaś i kiedy widnokrąg się zamknął znów mogłem czuć palcami, znajome fale drżenia powróciły, kruche liście brzozy gładziły Ci skórę, cienkie strużki dziesięciu wodospadów kończyły się w rozwidleniu Twoich nóg strzelistych. Mgła. Znów Cię nie widzę. Patrzyłem na swoje dłonie, zniknęły poświaty, wszystko wraca na miejsce, własne, zajęte. Chyba…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
no name — czytnik · opowiadania