Duchy · 7 min czytania
Noc czarownic
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kiedyś, może dawno, a może wcale nie w tak odległej przeszłości, w północnej Anglii mieszkała szesnastoletnia wówczas dziewczyna. Miała na imię Kinga. W wolnych chwilach bardzo lubiła chodzić do parku, który znajdował się niedaleko jej domu. Tylko ona wiedziała jak tam wejść, bowiem od dawna wstęp był wzbroniony. Mimo że park nie był ani duży, ani mroczny, miał w sobie coś, co mroziło krew w żyłach większości mieszkańców miasteczka. Najstarsi ludzie opowiadali straszne historie, przekazane im kiedyś przez ich dziadków, a tym dziadkom przez ich dziadków. Nikt tam nie przychodził. Nikt, oprócz Kingi. Jedna z tych legend mówiła, że w średniowieczu w owym parku grzebano żywcem czarownice, by uchronić swą osadę przed klątwami. Jednak nawet śmierć nie mogła przeszkodzić wiedźmom w odprawianiu zakazanych rytuałów i budzeniu czarnej magii. Czarownice podczas pełni i nowiu wychodziły z grobów, zbierały się po środku parku pod rozłożystym cisem i szły grupami do domów ludzi, którzy byli potomkami swoich zabójców. Gdy dotarły do odpowiedniego domostwa, stawały kołem na podwórzu i zaczynały śpiewać swoje mroczne pieśni, wywabiając na zewnątrz mieszkańców. Następnie porywały pierwszą żywą istotę, która uległa nawoływaniom i składały ofiarę za swoje potępione dusze, w nadziei że winy zostaną im wybaczone. Kinga wyszła właśnie z mieszkania i ruszyła powoli w stronę parku czarownic. Naszła ją ochota, żeby sprawdzić prawdziwość legendy. Ubrana była w czarną jak noc, długą spódnicę, uszytą specjalnie na tę okazję, i równie czarną bluzkę. Jasne włosy spowijał aksamitny materiał. Minęła dwie przecznice i znalazła się przy żelaznej bramie z napisem „ Wstęp wzbroniony”. Dziewczyna nie przejęła się ani trochę tym zniechęcającym napisem, minęła bramę i przeszła przez tylko sobie znaną dziurę w ogrodzeniu. Na zegarze na szczycie Katedry wybiła północ. Księżyc lśnił na niebie w całej swojej okazałości. Słysząc znane brzmienie zegara, Kinga poczuła się nagle bardzo niepewnie. Zaczynała się bać. -Jeśli teraz tego nie zrobię, to już nigdy się nie odważę. – powiedziała do siebie cicho. – No to w drogę… -dodała i ruszyła przed siebie zarośniętą ścieżką pomiędzy zarośniętymi i pozapadanymi grobowcami. Wszystkie były pootwierane i sprawiały wrażenie wielkich, pustych oczu, wpatrzonych w przechodnia wzrokiem, mogącym przestraszyć głaz. W całym parku, jak zwykle, panowała grobowa cisza, nie zmącona nawet najlżejszym dźwiękiem. Park był wymarły. Żadne drzewo nie miało liści. Kinga dotarła wreszcie pod stary cis. Mimo upływu całych wieków, od kiedy go posadzono ciągle wydawał się żywy. Co więcej, na końcach jego gałęzi pod wpływem światła księżyca pokazały się kwiaty, z których w ułamkach sekund rozwinęły się liście. Owe liście w ciągu kolejnych kilku sekund zmieniły kolor, zmarszczyły się i opadły na ołtarz z czarnego marmuru, na którym widniały rozmaite mroczne wzory. Na samym środku znajdowała się dłoń otoczona przez maleńkie ogniki. Dziewczyna stała i patrzyła jak zahipnotyzowana na całe to widowisko, napawając się jego niezwykłością i mocą. Nawet nie spostrzegła jak na ołtarzu zapłonęły czarne świece. W następnej chwili Kinga zdała sobie wreszcie…