Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

thriller · 22 min czytania

Noc w kolorze kości słoniowej

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Impreza o roboczej nazwie "koniec roku szkolnego" odbyła się zgodnie z planem u progu lata. Grupa młodzieży reprezentująca przedostatnią klasę miejscowego liceum, spotkała się w pewnym odludnym miejscu kilka kilometrów od miasta. Miało być ognisko, kiełbaski, do tego spora ilość procentowych rozweselaczy. Były to lata, gdy telefony komórkowe w powszechnym użyciu Polaków miały znaleźć się dopiero za jakiś czas. Były to też lata, gdy można było pod lasem rozpalić ognisko i nikogo to specjalnie nie obchodziło.

Tak więc wszystko było tak jak trzeba. Kiełbaski zostały upieczone i zjedzone, alkohol skonsumowany. Wyczekiwana od wielu miesięcy uroczystość w pewnej chwili rozrosła się w niekontrolowany sposób. Pojawiali się znajomi znajomych oraz ludzie bliżej nikomu nieznani, rzecz jasna wraz ze swoimi znajomymi. Nikomu to nie przeszkadzało. Jedni przychodzili, inni znikali, jak to na tego typu spędach. Jeśli ktoś się z kimś nie znał, to mógł się zapoznać, i tyle. Ogólnie towarzystwo bawiło się bardzo dobrze. Choć nie wszystkim ognisko posłużyło. Niektórzy przesadzili ze świętowaniem i już przed północą popadali jak ścięte drzewa i dogorywali na rozłożonych w trawie kurtkach. W tym czasie inni walczyli w krzakach z buntującymi się wnętrznościami. Szczęściarze dostępowali zaszczytu, mogąc dochodzić do siebie w autach swoich, nielicznych a przez to drogocennych, niepijących kolegów. Przygrywała temu wszystkiemu zgrzytliwa muzyka puszczana bezpośrednio z czyjegoś samochodowego radia.

Około godziny trzeciej nad ranem wszyscy razem do kupy już mieli trochę dość. Pozostali tylko najwytrwalsi, tak jak z ogniska pozostał tylko żarzący się z trudem popiół. Był początek lata, ale zrobiło się po prostu chłodno. Droga do domu wydawała się być może nie jakoś bardzo odległa, ale w zaistniałych okolicznościach i tak jawiła się jako dość problematyczna. Większość niedobitków zasiadła wokół kamiennego kręgu wyznaczającego palenisko, okryła się tym czym mogła i trwała. Nic innego nie zostało, tylko czekać na zbawienny świt.

Jak to jednak zwykle bywa na imprezach, znalazło się kilka osób, które zawsze, bez względu na wszystko, podejmują próbę powrotu do domu. Wyklarowała się grupka gotowa podjąć trud kilkukilometrowego marszu wzdłuż pogrążonej w ciemności szosy, biegnącej serpentyną przez odludne pola i łąki.

W skład grupy wchodziły dwie dziewczyny, Ida i Monika, oraz trójka chłopaków. Marcin, Artur zwany Borkiem, oraz Krzysiek.

Nie wypili bardzo dużo, więc kac się ich nie imał. Nastroje dopisywały. Nocną wędrówkę traktowali jako kolejną młodzieńczą przygodę. Samą noc i reszta wyżej wymienionych okoliczności nie dawała się zaliczyć do niebezpieczeństw. Raczej dodatkowo jeszcze wzmagały poczucie uczestnictwa w wydarzeniu elitarnym i tajemniczym. Kiedy człowiek jest młody, wszystko wydaje mu się interesujące i nabiera w świeżych umysłach dodatkowych barw.

Szli więc i szli. Rozmawiali o głupotach, omawiali imprezowe wydarzenia, obgadywali nielubianych kolegów. Noc iskrzyła się nad nimi gwiazdozbiorem. Powietrze było lekkie i rześkie. Poza tym wokół nich panowała smolista czerń. Dopiero gdzieś daleko, daleko, iskrzyły się drobne punkciki zabudowań. Wzdłuż szosy szpalerami rosły drzewa, natomiast po obu jej stronach wiły się całkiem głębokie rowy. Musieli się nawzajem pilnować, by iść dokładnie wzdłuż krawędzi asfaltu, bo jeden nieuważny krok mógł skończyć się wpadnięciem do takiego rowu. Starali się zanadto nie zajmować pasa jezdnego. Samochodów jak dotąd nie zauważyli, ale mógł on wyłonić się zza drzew nagle i niepostrzeżenie. O takich wypadkach często czyta się w prasie.

Pierwsze auto nadjechało od strony ich pleców. Nagle znaleźli się w potężnej żółtej plamie przednich świateł. Skupili się szybko na poboczu. Usłyszeli za sobą charakterystyczny terkot silnika, którego nie da się pomylić z żadnym innym. To musiał być fiat 125p. W tamtych czasach rozpoznawało się samochody nawet po dźwięku wydawanym przez zbyt mocno zamknięte drzwi.

Fiat wcale nie miał zamiaru ich wymijać. Skąpani w świetle reflektorów, niemalże czuli na plecach ciepło maski. Ktoś jechał za nimi wolno i zapewne badawczo im się przyglądał. Nie mogli co do tego się upewnić, lecz i tak byli o tym przekonani.

- On jedzie za nami - Krzysiek wyrzucił z siebie oczywistą oczywistość, ale ktoś pierwszy musiał nazwać rzeczy po imieniu.

- Albo oni - mruknął Marcin, który od początku nie był zbyt chętny do tej eskapady. Musiał jednak z nimi iść, bo z kolei Monika chciała bardzo wziąć udział w wyprawie. A tam gdzie Monika, tam musiał znaleźć się i Marcin.

Jak na komendę wszyscy odwrócili głowy. Zobaczyli niewiele, bo oślepiły ich reflektory. Jedno jednak udało się ustalić:

- A jednak oni - podsumował to Borek. Niezależnie od tego, co mówił, zawsze było to podszyte ironią. Tak też i zabrzmiały te słowa.

- Oni, oni. - potwierdził Marcin ściszając trochę głos. - Czterech. Pewnie jacyś miejscowi, po dyskotece. Kto teraz jeszcze jeździ dużymi fiatami?

- A może to policja? Taka nieoznakowana - teoria wygłoszona przez Idę brzmiała sensownie, lecz jakoś wszyscy podskórnie czuli, że to chyba jednak nie policja.

Duży fiat tymczasem uparcie chrząkał silnikiem za ich plecami. Oni szli, jak gdyby nigdy nic. Bo i co innego mogli zrobić? Po kilku minutach takiej zabawy samochód nagle zerwał się z piskiem opon, wyminął ich, prawie ocierając się o Borka, który wyszedł najdalej za linię pobocza, i zniknął szybko w ciemności. Jego tylne światła błyskawicznie zamieniły się w dwie czerwone kropeczki. Cała grupa odetchnęła z ulgą. To znaczy, prawie cała.

- Oni zaraz wrócą - zawyrokował matowym głosem Marcin.

Ta teoria została przyjęta zbiorowym prychnięciem. Tylko Monika, jak to często bywało, uznała ją za słuszną, ponieważ była to teoria autorstwa Marcina. Póki co, bardziej skłaniała się ku jego osobie, choć jeszcze nie była ostatecznie przekonana, który z licznych jej wielbicieli zostanie zwycięzcą w konkurach.

- Marcin ma rację - stwierdziła - też mi się wydaje, że wrócą. Takie mam przeczucie.

- E tam - wydął usta Borek. - To jakieś dyskotekowe łosie, pobawili się i pojechali.

- Chcieli nas nastraszyć - dodała Ida.

- I udało im się w sumie. Trochę. - uzupełniła to Monika.

- Mnie nie przestraszyli - zakpił Krzysiek.

- Mnie też nie - dołączył do niego Borek.

Wszyscy zamilkli. Szli tak dobre pięć minut. I właśnie wtedy ujrzeli światła samochodu nadjeżdżającego z przeciwnej strony. Był daleko, nie słychać było jeszcze silnika. Momentalnie przybliżył się do nich, nie pozostawiając im pola na żadne wątpliwości. To był duży fiat. Mieli jeszcze nikłą nadzieję, że to może ktoś inny. Sądząc jednak po szybkości z jaką poruszało się auto, ta nadzieja również wydawała się być całkowicie bezpodstawna. Gdy mignął koło nich, aż zafurkotało powietrze. Przeleciał na tyle blisko, że nawet mimo nocnych ciemności zdążyli jednoznacznie ocenić, że fiat był w popularnym niegdyś kolorze kości słoniowej. identycznie jak ten, który chwilę temu jechał za nimi.

- To oni - powiedział Krzysiek - może wracają do siebie na wioskę?

- Nie sądzę - Marcin nie podzielał tego optymizmu. - Pewnie zaraz zawrócą i znów zrobią to samo.

Wszystko sprawdziło się co do joty. Odwrócili się za siebie z perwersyjną ciekawością. Fiat zatrzymał się gwałtownie jakieś pięćdziesiąt metrów za nimi i rozpoczął proces zawracania. Szosa była dość wąska i ograniczona rowami, więc kierowca musiał robić nawrót na kilka razy. Nie zdążyli w ogóle zastanowić się, co dalej robić w tej sytuacji, a już fiat w kolorze kości słoniowej znów wolno toczył się za ich plecami i znów oświetlał ich reflektorami.

- To przestaje być zabawne - odezwała się zduszonym głosem Ida. - Zaczynam się bać.

- Nie ma czego, to jakieś leszcze, wydaje im się, że nas przestraszą - Borek wciąż udawał chojraka. - Zaraz im się znudzi. Jakby chcieli nam coś zrobić, to już by to zrobili. Szkoda by tym łbom było paliwa na to jeżdżenie.

- Moja propozycja jest taka - powiedział Marcin. - Jeśli będą chcieli zrobić znów ten sam numer, czyli odjadą, by zaraz wrócić, to wykorzystajmy ten moment i po prostu spieprzajmy w pole. Może się uda.

- Ten pomysł jest super - stwierdziła również już nie na żarty przestraszona Monika.

Krzysiek i Borek zgodnie, choć już z nieco mniejszym przekonaniem, orzekli, że nie będą nigdzie spieprzać. Chwilę potem fiat w kolorze kości słoniowej wykonał ponownie ten sam co wcześniej manewr. Z piskiem opon zerwał się do przodu. Oczywiste już dla wszystkich stało się to, że cała operacja za chwilę powtórzy się według znajomego scenariusza.

- Patrzcie tu stoi jakaś buda - Marcin pokazał palcem w ciemność po prawej stronie szosy.

Rzeczywiście. Za rowem, już sporo niżej w stosunku do poziomu szosy, stał i gnił jakiś opuszczony drewniany barak. Być może kiedyś ktoś tu prowadził jakiś przydrożny handel owocami. Drewniana konstrukcja tego czegoś ledwie stała, dach miała zapadnięty. Co z tego, skoro stanowiła dla nich jedyną strategiczną osłonę. Na dodatek otaczało ją zewsząd prawdziwe morze dzikich, dorodnych krzaków.

- Co wy na to, żeby tu się szybko schować zanim zawrócą? Nie zauważą tego - Marcin szybko skonstruował plan wyjścia z tej niewygodniej sytuacji, która na dodatek musiała za chwilę się jeszcze bardziej skomplikować.

- To już lepiej rzeczywiście spierniczać w pole - zaoponował nagle Borek. - Zresztą nie uciekajmy, bo tylko ich rozśmieszymy i damy im radochę.

W ciemnej oddali widać było już jaśniejszą plamkę samochodu. Zawracającego znów na kilka razy. Ostatnia sekunda by podjąć jakąś decyzję nadchodziła wielkimi krokami.

- Schowajmy się proszę - jęknęła Ida, będąc już chyba na krawędzi płaczu.

- Chodźmy tam... - Monika również już prawie szlochała.

Marcin uznał to za oficjalną zgodę na zejście z placu boju. Jako pierwszy sprawnie przeskoczył przez rów i wniknął w gęste krzaki. Borek i Krzysiek coś tam mamrotali pod nosem, że to jest ogólnie tchórzostwo i frajerstwo. Krzysiek był wyjątkowo źle nastawiony do pomysłu Marcina. Konkurował w końcu z nim o względy Moniki i podskórnie czuł, że mimo wszystko jego, choćby i pozorowana, odwaga po czasie zostanie lepiej oceniona. Tymczasem każdy z nich szybko zajął kucającą pozycję. Stracili się praktycznie z oczu. Raz, że wciąż panowała ciemność. Dwa, poukrywali się w krzakach i za narożnikami budy w odległości dwóch, trzech metrów od siebie, co wykluczyło nawet kontakt wzrokowy. Zapadła cisza. Słychać było to delikatny szum listków poruszanych przez słaby wiaterek.

Przez dłuższą chwilę wydawało im się, że ich prześladowcy znudzili się zabawą. Samochód jakoś nie nadjeżdżał. W końcu jednak przejechał obok miejsca, gdzie stała buda, ale już nie tak szybko jak wcześniej. Ewidentnie pasażerowie fiata lustrowali najbliższe otoczenie. Potem znów zapadła cisza.

Kucający najbliżej

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%