Inne · 6 min czytania
Nocna przygoda...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Podniósł lekko głowę biorąc kolejny łyk zimnej whisky. W barze panował półmrok, przez papierosowy dym, dało się ujrzeć tylko powykrzywiane mordy gangsterów i dziwki kręcące się po bokach. Wróciwszy wzrokiem ku swojej szklance z trunkiem, przymknął zmęczone po całym dniu powieki i pogrążył się w zadumie. Co ja tu do cholery robię – pomyślał, po czym myśli jego uciekły ku wcześniejszym wydarzeniom minionego dnia. Jego refleksja do najdłuższych jednak nie należała, gdyż zgiełk w barze, w którym to odczuwał dziwne ukojenie, został przerwany strzałem z pistoletu. „Znowu to samo…” wymruczał pod nosem, po czym obróciwszy się stanął na równe nogi. Ówcześni klienci baru, zebrali się po bokach… dziwki truchlały od nadmiaru powagi jaką dało się odczuć w powietrzu, a starsi stażem gangsterzy grali niewzruszonych sytuacją, przyglądając się jej z boku. Szybko zorientował się, że cała sprawa skierowana jest ku niemu, podniósł wzrok na strzelca i odsunął ręką włosy, spadające mu na twarz spod czarnego kapelusza… Na tle całej sytuacja rysował się niczym, ostatni sprawiedliwy. Jeszcze raz popatrzył w stronę brodatego i niedomytego strzelca, po czym wyrzucił z siebie od niechcenia: -Słucham? Brodaty nieznajomy z pogardą w oczach, zrzucił swój kapelusz i z głosem pełnym podniecanie, zaistniałą sytuacją zwrócił się do niego: - Nareszcie Cię mam… Uważny obserwator odniósł by tutaj wrażenie iż obaj mężczyźni się znają, a co drugi poboczny widz nie zrozumiał by w ogóle, zaistniałej sytuacji. W tym dyskusja zaczęła się rozwijać… -Przyszedł, żeś po mnie? -Taaa… -Tak, więc oszczędźmy sobie zbędnego rozlewu krwi widzów i porozmawiajmy zanim przystąpimy do tego co nieuniknione… -Potraktuję, to jako ostatnie życzenie. -Traktuj to sobie jak chcesz, lecz najpierw powiedz mi po cóż przybywasz mierzyć się ze mną? -Egh… Brodaty mężczyzna pochylił głowę ściągając płaszcz i rozpoczynając rozmowę: ponieważ… Gdy to głos ucichł, a mężczyzna poleciał na ziemię powalony strzałem. Arcadio, bo takie imię nosił strzelec, który powalił brodacza, dopił resztę whisky i przerywając doniosłą ciszę, zwrócił się do sztywnego i zimnego już przeciwnika: -nigdy nie należałem do rozmownych, poza tym rozmowa się nie kleiła. Goście przebywający w tym momencie w barze, kierowali swoje oczy raz to na trupa, raz na tajemniczego strzelca. Każdy, kto oglądał by to widowisko uległ by presji uznania dla wygranego, jak i dla stylu w jakim załatwił całą sprawę nie brudząc sobie rąk. Tymczasem on, wyszedł z baru… zostawiając po sobie tylko pustą szklankę z lodem, z której jeszcze kilka chwil temu sączył w spokoju whisky.
Wracając do domu w blasku księżyca, który nadawał jego posturze jeszcze więcej tajemniczości niż w rzeczywistości posiadała, Arcadio pogrążał się w rozważaniu nad swym dalszym losem. Najwyraźniej wydarzenie