Inne · 15 min czytania
Nocne życie Konrada
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Szach - mat! Konrad zniechęcony opadł na oparcie krzesła. Zirytowany popatrzył na uśmiechniętą twarz Ewalda. Starszy pan założył ręce na piersiach i z kpiącym uśmiechem bujał się w swoim ulubionym, zdezelowanym fotelu. - Gdybym grał tyle lat co ty, też bym wygrywał co wieczór. - To nie kwestia czasu, tylko sposobu myślenia, ale próbuj, próbuj...Wszystko przed tobą mój chłopcze. "Chłopiec" - mężczyzna po czterdziestce uśmiechnął się krzywo. Przeciągnął się.
- Znowu te stare, głupie filmy, żeby chociaż zmieniali co jakiś czas ich zestaw. Konrad spojrzał w kierunku, skąd dobiegało utyskiwanie. Głos dochodził z wnętrza wielkiej, powycieranej kanapy. Wylegiwał się na niej, niedbale rozciągnięty Edmund. Narzekania adresował najwyraźniej w kierunku ogromnego panoramicznego telewizora. Na skraju sofy przycupnęła skromnie Justyna. Odłożyła czytaną właśnie książkę, zdjęła okulary i sięgnęła po pilota. Zaczęła zmieniać kanały. - Kochanie, o tej porze lecą tylko powtórki, albo stare filmy... - Dobra, tylko dlaczego same horrory i to te z najniższej półki. - Nie stać nas na kablówkę mój drogi, możesz oglądać to albo nic. Chyba, że chcesz jakiś kanał informacyjny, ewentualnie sportowy. Edmund niechętnie zmienił pozycję. Konrad i tak był zdumiony, że nie nabawił się jeszcze odleżyn. - Świat jest zawsze taki sam, zmieniają się tylko dekoracje i aktorzy, a jeśli chodzi o sport to całego tego zamieszania w ogóle nie rozumiem. Na przykład, ci piłkarze. Gromada dorosłych facetów próbuje odebrać sobie piłkę. Nie mogą dać po jednej każdemu? Za moich czasów poważni ludzie nie zajmowali się takimi bzdetami. Utyskiwanie było ulubionym, jeśli nie jedynym zajęciem Edmunda. No, oczywiście oprócz oglądania telewizji. Wbrew temu co mówił, pochłaniał kolejne, telewizyjne przekazy całymi nocami. Nowoczesny odbiornik był jedynym przyzwoitym sprzętem w domu. Reszta wyposażenia pamiętała zdecydowanie lepsze czasy. Egzystowali bardzo skromnie. Od długiego czasu żyli w swoistej komunie. Nie byli spokrewnieni. Łączyło ich kompletne nieprzystosowanie do świata w jego obecnej postaci, zupełne wyobcowanie i przeświadczenie, że dla kogoś takiego nie ma miejsca w nowoczesnym, szalonym stylu życia. Nie tolerowali obrazu świata za oknami, a on nie tolerował ich. Byli przeżytkiem, dziwolągami z kart dawno zapomnianych, ponurych baśni. Ludziom wydawało się, że jeżeli przestaną wierzyć w ich istnienie zwyczajnie znikną. Nie zniknęli. Pamiętali jednak lepsze czasy. Wynajmowali małe mieszkanie w zrujnowanej kamienicy, która, choć stała blisko centrum, miała więcej pustostanów niż zamieszkanych lokali. Odpowiadało im to odosobnienie. Nie bez znaczenia była też sprawa kosztów. Czynsz był naprawdę symboliczny. Rzadko zarabiali. Na ich umiejętności, zresztą dyskusyjne, nie było wielkiego zapotrzebowania. W tej chwili pracował tylko Filip. Nie mieszkał z nimi, zawsze żył trochę z boku. Wynajmował małą klitkę na drugim końcu korytarza. Zatrudniał się jako nocny stróż i to tylko w sezonie jesienno - zimowym.
- Dobra już, zostaw ten program! Edmund był notorycznie niezadowolony. Konrad podziwiał Justynę, trochę nawet było mu jej żal. Z niezmąconym spokojem tolerowała jęki wiecznego malkontenta. Tak chyba wygląda miłość po wiekach bycia razem. Wbrew pozorom była to zgodna i nieuciążliwa para. Ewald wstał, rozprostował kości. Mimo posuniętego wieku trzymał się prosto i dumnie. Ubierał się bardzo skromnie, ale zawsze wyglądał schludnie i w miarę możliwości, elegancko. Pewnie zadecydowały o tym pokolenia arystokratycznych przodków. Protoplaści starszego pana byli właścicielami ogromnych latyfundiów, ale majątki przepadły, a jeszcze wcześniej rodzina wyrzekła się swego nietypowego krewniaka. Konrad zazdrościł mu stylu. Sam, dla kontrastu, pochodził z bardzo ubogiej rodziny. Będąc synem dokera i posługaczki nie miał szans na wielkopańską posturę, choć Ewald robił wszystko by nauczyć swego nieokrzesanego wychowanka obycia. Niegdyś Konrad tak jak ojciec pracował w dokach, ale porty i stocznie upadły, a nic innego robić nie umiał.
- Jestem głodna! To kategoryczne oświadczenie przypomniało Konradowi o obecności w pokoju jeszcze jednej osoby, małej Marysi. Ośmioletnia blondyneczka bawiła się cicho w kącie, klęcząc na dywanie. Porozkładała na nim całą swoją kolekcję lalek i mebelków. Wyjątkowo bogatą jak na ich możliwości finansowe. Inna sprawa, że wcale ich nie kupowali. Po prostu zostawały. Najwyraźniej urządziła przyjęcie dla swoich podopiecznych. Któregoś dnia przyprowadziła ją Justyna. Nikt nie szukał małej zguby, a ona nigdy nie wspominała o rodzicach, czy innych opiekunach. Być może nawet ktoś ucieszył się, że zniknęła bez śladu. Była oczkiem w głowie Justyny, która tak chyba realizowała swoje niespełnione macierzyńskie oczekiwania. Tyle tylko, że Marysia nie była, aż tak miła i sympatyczna jak na to wyglądała. Czasami bywała wręcz okrutna, w typowy dla dzieci sposób. Niepotrzebnie okrutna. Konrad nie podzielał zachwytu Justyny, uważał małą za rozwydrzonego i zepsutego bachora. - Chcę jeść! Głosem nie znoszącym sprzeciwu mała domagała się posiłku. Prawdę mówiąc wszyscy, łącznie z Konradem mieli ochotę na małe co nieco. - Konrad - twoja kolej. Zorganizuj coś do żarcia - Edmund nie odrywał oczu od ekranu, prezentującego atak hordy żywych trupów na gromadę wrzeszczących nastolatek. - Czy moja kolej kiedyś się skończy? - rozeźlił się Konrad. Też chętnie rozłożyłby się na kanapie. - Przydałoby ci się trochę ruchu. Rdzewiejesz. Wszyscy czworo spojrzeli na niego beznamiętnie. O. K. Został przegłosowany. Nie potrafił długo stawiać oporu, zawsze czuł się w tym towarzystwie kimś trochę gorszym. Robolem. - Może jest coś w spiżarni - mruknął zrezygnowany. - Chyba żartujesz - Ewald ustawiał figury na szachownicy. - Załatw coś szybko i wracaj. Zagramy jeszcze partyjkę. Załatw, załatw. Załatwianie stanowiło elegancką formę określenia - ukradnij. Nie było czego ukrywać. Przy ich sposobie życia był to jedyny sposób na zdobycie pieniędzy. Musieli płacić czynsz, by nie mieszkać pod mostem, musieli opłacać prąd, by grubas mógł oglądać swoje nocne kino. Przy okazji mogli coś zjeść. Kradli we trójkę. Justyna całą swoją byłą karierę zawodową związała z ulicą. Dla odmiany Edmund był niegdyś gliną z obyczajówki. Tak się poznali. Obydwoje przez całe życie mieli kontakt ze wszelkiego rodzaju szumowinami i ich sposobem życia. Konrad - typowe dziecko ulicy, też nieraz musiał sobie radzić w niezbyt praworządny sposób. Ewald nie uczestniczył w zaopatrzeniowych zabiegach. Zasłaniał się swym arystokratycznym pochodzeniem. Konrad myślał nieraz, że starzec i jego przodkowie ograbili więcej ludzi, niż pozostała trójka razem wzięta.
Mimo wszystko zajrzał do spiżarni. W starych budynkach znajdowały się takie dziwne pomieszczenia. Otworzył ciężkie, okute drzwi. Nie miał na co liczyć. Wszystko co w środku znalazł, było albo wyschnięte, albo mocno nieświeże. Chyba czas było zorganizować jakąś chłodziarkę. Mrożonki nie były szczytem jego marzeń, ale zawsze można było coś przetrzymać dłużej. Zamknął dzwiękoszczelne wrota. Wrócił do salonu. Ewald posadził sobie małą na kolanach. Znowu opowiadał jej jakieś bzdety z dawnych lat. Konrad sądził, że starzec w ten sposób próbował walczyć z przytłaczającym go marazmem. Tak jakby obcowanie