Horror · 31 min czytania
Nocny gość
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Tik tak... Tik tak... Nie mogłam spać. Może to upał. Nie wiem. Miałam dość przewracania się z boku na bok. Opuściłam stopy na drewnianą podłogę i poszłam do kuchni. Nalałam sobie do szklanki wody z cytryną i podeszłam do drzwi na taras. Pod nimi siedziała moja czarna kotka. Podniosłam roletę, żebyśmy mogły obie popatrzeć na pogrążony w ciemności ogród. Zbliżała się pełnia. Księżyc świecił tak jasno, że wokół niego nie było widać żadnych gwiazd. Ogród oświetlony tym blaskiem wyglądał jak z bajki. Nie był duży, ale z kilkoma drzewkami i krzakami, bo lubię zakamarki. Wokół tarasu białe kwiaty świeciły własnym blaskiem. Nawet przez drzwi wydawało mi się, że czuję ich upajający zapach. Stał na środku tarasu. Nie widziałam go wyraźnie. Może go sobie zmyśliłam. W każdym razie Greta też zdawała się na niego reagować. Zaczęła miauczeć i wyraźnie chciała wyjść. Nie odwracając wzroku od jego twarzy, sięgnęłam po klamkę. Zawahałam się przez chwilę. Dotarła do mnie absurdalność tego, co chciałam zrobić. Spojrzałam na kotkę, która niecierpliwie ocierała mi się o nogi. Gdy podniosłam głowę, nie zniknął. Podszedł bliżej, prawie pod same drzwi. Chciałam go dotknąć. Wydawał się taki nierzeczywisty, a za razem bardzo cielesny, podniecający. Kotka kręciła się niecierpliwie tam i z powrotem. Powoli podniosłam dłoń na wysokość jego twarzy i położyłam na szkle. Pamiętam, że było zimne jak szklanka z wodą, którą, nawet nie wiem kiedy, upuściłam. Uśmiechnął się i zniknął. Tym razem się nie zawahałam. Szybkim ruchem otworzyłam drzwi na oścież. Przeszłam przez próg i stanęłam zawiedziona. Czułam całą sobą, że go już tam nie ma. Nie wiem nawet czym był. To mnie najbardziej dręczyło. Chciałam to wiedzieć. Zapewne by mnie zabił, gdybym wyszła wcześniej, ale może nie. Ech, ta moja ciekawość. Nawet po tak długim czasie nie wygasła i gotowa była mnie wpakować po raz kolejny w tarapaty. Ostrożnie przestąpiłam próg i zabrałam się za sprzątanie rozbitej szklanki. To sprowadziło mnie całkiem na ziemię. Automatycznie zrobiłam się senna, więc zawołałam kotkę. Nie zareagowała. Zamknęłam drzwi i spuściłam roletę. Skoro tak bardzo chciała, mogła nocować na zewnątrz. Zasnęłam, gdy tylko przyłożyłam głowę do poduszki. Rano mogłam sobie wytłumaczyć, że to był sen. Może nawet taki na jawie, skoro kotka miauczała na zewnątrz. Nie zrobiłam tego. Musiałam być szczera wobec siebie, skoro wybrałam tą ścieżkę. Wybór. Zawsze istnieje jakiś. Ja też go miałam, jednak mimo wątpliwości od początku wiedziałam jak postąpię. Jak mogłoby być inaczej patrząc na moją przeszłość? To była w sumie szansa. Tak wielką tajemnicę miałam poznać. Wszystko było trochę niecodzienne i skomplikowane, ale dzięki temu decyzja wydawała się dużo prostsza. Wpuściłam kotkę i zaparzając sobie kawę w ekspresie, wróciłam wspomnieniami do nocy, gdy to się tak naprawdę zaczęło. Dalej wszystko było tak samo wyraźne, choć minęło prawie 13 lat.
Zbliża się pierwsza. Wszędzie panuje głucha cisza. Cały dom dawno zanurzył się we śnie. W pokoju obok tyka zegar. Zamykam oczy i staram się zasnąć, wsłuchując się w jego jednostajny rytm. Nie potrafię. Czuję na sobie czyjś wzrok. Mimo że nic nie słyszę, wiem, że coś skrada się w moją stronę. Jest zupełnie tak, jakbym to widziała przez powieki. Wysuwające się czarne szpony z cieni za regałami, fotelem, komputerem. Powoli kształtujące się postaci bez twarzy. Stoją nade mną. Pochylają się. Starają się dotknąć moich włosów i dłoni. Jedna zbliża swoją głowę do mojej twarzy. Czuje na policzku delikatny, chłodny powiew. Wołają do mnie. Chcą, żebym otworzyła oczy i na nie spojrzała. Zmuszam się by tego nie robić. Boję się. Wyczuwam w nich coraz większą frustrację. Wypływa z nich zmieszana z kleistym złem, które chce przylgnąć do mojej skóry, ale oddziela je jakaś bariera. Serce bije mi coraz mocniej. Ogarnia mnie panika, więc staram się uspokoić oddech. Tłumaczę sobie, że to tylko wyobraźnia. Gdybym otworzyła oczy, nie zobaczyłabym nic poza pogrążonym w nocnym mroku pokoju. Powoli się uspokajam, ale wiem, że dopóki nie otworzę oczu, strach nie minie i nie usnę. Jeszcze kilka wdechów i wydechów, i rozchylam powieki. Pusto. Koło mnie nie ma żadnych kłębiących się stworów. Z ulgą rozglądam się po pokoju i wtedy... Stoi tam. Zaczęło się już wtapiać w cień, ale nie zdążyło. Zupełnie jak łysy, wychudzony człowiek z długimi rękami zakończonymi szponami. Musiało wyczuć moje powracające przerażenie, bo się odwraca. Patrzy na mnie. Jego oczy wyglądają jak dwie żółte kule światła. Moja bariera drży i kurczy się. W końcu pęka. Jestem pewna, że to coś nie wydało żadnego dźwięku, a jednak słyszę okrzyk radości. Ogarniają mnie dreszcze, a to powoli przesuwa się w moją stronę. Nie spieszy mu się. Karmi się moim przerażeniem, więc każda zwłoka daje mu więcej siły. Gdzieś głęboko odzywa się we mnie głos, że jeśli czegoś nie zrobię, to w najlepszym przypadku zginę. Wszystkie mięśnie mam sparaliżowane. I wtem znów głosik, najpierw cichy, a potem coraz silniejszy powtarzający tylko jedno słowo: światło. Patrzę na kontakt. Jest tak blisko. Wystarczy szybko stanąć na nogi i skoczyć. W momencie, gdy zapala się żarówka, stwór mnie dotyka i znika. Ale to dotknięcie wystarczyło. Stanowiło jasny dowód na to, że nie mam osłony. Pozwoliłam ją zniszczyć, a właściwie nie tylko ja, ale i mój opiekun.
A właśnie. Ciekawe gdzie on się podziewa? Pierwszy raz zdarzyło mu się mnie zostawić na tak długo samą. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Ciągła obecność aroganckiego „faceta” irytowała na dłuższą metę. Zwłaszcza kiedy pojawiał się ni stąd ni zowąd w najmniej stosownym momencie. No, ale cóż. Przyzwyczaiłam się. Przynajmniej, gdy załatwiałam potrzeby fizjologiczne stawał tyłem lub, gdy miał wyjątkowo dobry dzień, za drzwiami. Stanowił też gwarancję bezpieczeństwa. Twierdził, co prawda, że nie może mnie przed wszystkim ochronić, jednak do tej pory nie było bytu, przy którym jego moc by nie wystarczyła. Zadzwoniła komórka.
Tak, słucham...
Odpowiedziała mi głucha cisza. Pewnie pomyłka. Rozłączyłam się i spojrzałam na godzinę. Dziesiąta. Najwyższy czas wyjść. Ubrałam dres i zabrałam plecak. Kotka dołączyła do mnie, gdy zamykałam drzwi. Spacerkiem ruszyłyśmy do lasu. Po jakichś 10 minutach zeszłyśmy ze ścieżki. Przodem kroczyła kotka, a ja zaraz za nią. Drogę znałyśmy na pamięć, ale na wszelki wypadek miałam kompas i mapę. Wspinałyśmy się coraz wyżej, wchodząc głębiej w las. Pachniało świerkiem. Uwielbiałam ten aromat. Zatrzymałam się na chwilę i odetchnęłam. Niestety Greta nie należy do cierpliwych stworzeń, więc z westchnięciem ruszyłam dalej. Wreszcie byłyśmy na miejscu. Naszą polankę jak zwykle zastałyśmy pustą. Podeszłam do starego drzewa i z zarośli wyciągnęłam 11 kamieni oraz zbity z drewienek duży trójkąt. Wydobyłam z plecaka sól i korzystając z trójkąta, wyznaczyłam pentagram. Na jego wierzchołkach i w przecięciach linii ustawiłam kamienie. Kotka popatrzyła na mnie z aprobatą. Weszła do środka figury, a ja zaraz za nią razem z moim notatnikiem nr 1. Kiedyś był to zwykły, 100kartkowy zeszyt w kratkę z okładką przedstawiającą skąpany we mgle las. Teraz wypełniały go notatki o rytuałach i najprzydatniejszych ziołach. Razem z drugim zeszytem tworzyły zbiór wszystkiego, czego się dowiedziałam od mojego opiekuna do tej pory. Usiadłam po turecku, kotka usadowiła się na moich kolanach. Otworzyłam notatnik, zamknęłam oczy i skupiłam się na wyregulowaniu oddechu. Gdy uznałam, że jestem gotowa, rozpoczęłam odczytywanie inkantacji. Mogłam to zrobić z pamięci, ale wolałam nie ryzykować przekręcenia jakiegoś słowa. Odpowiedział mi delikatny szum drzew. Wszystko stało się mniej realne, wypełnione mocą. Czarna sierść kotki błyszczała w słońcu. Blask zaczął razić moje oczy, więc je ponownie zamknęłam. Powoli usuwałam świadomość z każdej części mojego ciała. Zaczęłam od stóp i sunęłam metodycznie w górę, aż po głowę. Cały wszechświat skurczył się do kulistej świadomości zawieszonej w mroku. Po chwili zaczęły pojawiać się gwiazdy. Płynęły w moją stronę i łączyły się z moim światłem. Stworzyliśmy błyszcząca i mocna sieć. Czerpałam z niej spokój i energię. I wtedy pojawiła się czerwona gwiazda. Nie powinno jej tu być. Była intruzem. Kotka poruszyła się, a ja wróciłam do rzeczywistości. Na polanie był ktoś jeszcze. Wprost przede mną w cieniu wyraźnie widziałam poruszający się ciemniejszy kształt. Greta prychała w tamtą stronę. Podszedł bliżej. Stanął tuż na granicy mroku. Wyglądał zupełnie jak Gollum z Tolkiena. Praktycznie łysy z wielkimi oczami i szarą skórą. Chudy i oślizgły. Fuj. Odrażające stworzenie. Prawdopodobnie gotowało się, żeby mnie zabić, jednak nie bałam się. Przez te wszystkie lata spotkań z różnymi stworami, strach zastąpiły ostrożność i fascynacja. Wiedziałam, że lada chwila pojawi się mój opiekun i nie tylko obroni mnie przed tym czymś, ale da mi wykład na jego temat. Byłam zła na siebie, że nie wzięłam ze sobą drugiego notatnika. Spisywałam w nim wszystkie stworzenia i uzupełniałam opisy szkicami. Słońce schowało się za chmurami, a stworzenie, jakby na to czekając, wypełzło z ukrycia i skierowało się w moją stronę. Spojrzałam w górę. Na moje nieszczęście chmura była ogromna. Nie zaniepokoiło mnie to jednak, bo stworek dalej był daleko, a mój wybawiciel mógł zjawić się w ciągu sekundy. Pojawił się tylko jeden problem – pomoc nie nadchodziła. Na skórze pojawiła się gęsia skórka. Wzięłam zeszyt i przekartkowałam, żeby znaleźć rytuał aktywujący pole ochronne. Tak na wszelki wypadek. Kurde... Zawsze pod górkę. Plecak leżał poza moim zasięgiem, a w bocznej kieszonce miałam potrzebne zioła. Kotka jakby słyszała moje myśli, wyskoczyła jak z procy. Na szczęście plecaczek był mały, więc dała radę go przysunąć. Szybko wysupłałam pietruszkę i portulak. Odczytując odpowiednie zaklęcie, posypałam solny ślad wokół mnie. Nie było to koło, ale sześciokąt też powinien spełnić swoją rolę. Kiedy skończyłam, potworek był jakieś dwa metry ode mnie. Skoczył. Krzyknęłam, ale odbił się od bariery. Mój opiekun się nie pojawił. Wszystko było nie tak. Powinien tu być. Nie ma możliwości, żebym dała sobie radę sama. Kolejny skok i odbicie. Czułam jak bariera słabnie. Kotka skuliła się za mną i ciągle prychała, a ja grzebałam w plecaku jak opętana. W ręce wpadło mi kadzidło lawendowe, więc zaczęłam szukać zapałek. Kolejnemu skokowi towarzyszył przeraźliwy rechot. Nie zamierzałam sprawdzać skąd dobiega. Nie chciałam widzieć jak to coś zabiera się do ostatniego skoku. Zaczęłam wypowiadać słowa zaklęcia przywołującego. Mała szansa, że zadziała bez kadzidła, ale może. TAK! Znalazłam zapałki. Nie przerywając odpaliłam jedną i przyłożyłam do zioła. Zwolniłam tępo słów do rytmu unoszącego się dymu. Tak strasznie wolno, za wolno. Zerknęłam na stwora. Podszedł pod barierę. Stanął na pasie soli i cofnął się z sykiem. Nie przerywając potoku słów, sięgnęłam do woreczka i sypnęłam przyprawą w dziwoląga. Próbował zasłonić się łapą, ale nie bardzo mu wyszło. Skórę pokryły mu nabrzmiałe bąble. Sypnęłam jeszcze raz. Oślepiłam to. Stanął w miejscu i zaczął szarpać twarz. Wykorzystałam ten moment. Wyskoczyłam koło niego i spróbowałam otoczyć go kręgiem soli. Dodałam tam też ziół z mojego pola ochronnego. Stwór był w pułapce. Wiedziałam, że nie na długo, ale zawsze dało mi to więcej czasu. Rzuciłam w niego jeszcze raz solą. Barbarzyńskie, ale to coś w końcu chciało mnie zabić i wcale nie było powiedziane, że mu się to nie uda, więc niech cierpi. Wróciłam do pentagramu i znów zaczęłam kartkować notatnik. Stron ubywało, a ja ciągle nie wiedziałam jak pozbyć się tego czegoś. Słońce oświetliło kartki i przeszkadzało mi w czytaniu. Wrzaski potworka stały się nie do wytrzymania. Byłam przerażona i wściekła. Miałam dość. Zamknij się ty kupo gówna!- wrzasnęłam podnosząc wzrok. Krzyki ustały, a potwór zniknął. Patrzyłam na kupkę niezidentyfikowanej papki. Moja kotka podeszła do tego i trąciła łapą. Pisnęła z bólu. Podbiegłam do niej. Miała poparzoną skórę. Wróciłam po woreczek z solą. Cały wysypałam na to coś. Zasyczało i zaczęło znikać. Jakby wsiąkało w ziemię. Po chwili nie pozostało ani śladu po stworzeniu, ani po soli. Pozostał tylko okrąg suchej ziemi wśród traw. Nie wiem, jak długo stałam wpatrzona w to miejsce. W każdym razie czas było iść. Pozbierałam rzeczy. Kamienie i trójkąt ukryłam w starym miejscu. Zarzuciłam plecak na plecy i w drogę. Moja rozpieszczona kotka udawała, że nie może iść przez poparzoną łapkę, więc zawróciłam. Wzięłam ją na ręce i ruszyłyśmy.
Witam Karino.
Część 22 / 3
Stanęłam jak wryta. Nie no bez jaj. Teraz?
W jakim celu mnie wezwałaś? Ćwiczyłaś? Wiesz, że to nie zabawa. Następnym razem mogę nie zareagować, kiedy będzie Ci groziło jakieś niebezpieczeństwo. Z takimi rzeczami się nie wygłupia. Wiem, że mogłaś odczuwać pewną tęsknotę za moim towarzystwem ostatnio, ale...
Nie no to już przegięcie... - wyszeptałam.
Słucham?
Wypuściłam kotkę na ziemię i odwróciłam się. Stał pośrodku pentagramu. Wysoki, szczupły mężczyzna w trochę przestarzałym garniturze. Twarz zdobił mu nigdy nie gasnący, zawadiacki uśmiech. Nawet gdyby promienie słońca nie prześwitywały przez jego postać, nie wyglądałby na zwyczajnego faceta. Ależ miałam ochotę mu przyłożyć. Zamiast tego zamknęłam oczy i wykonałam kilka głębszych oddechów. W zamierzeniu spokojnym głosem zapytałam:
Gdzie byłeś 5 min temu?
Część 33 / 3
Wybacz moja droga, nie muszę Ci się tłumaczyć. Moim obowiązkiem nie jest bycie przy Tobie cały czas, tylko...
5 min temu walczyłam ze stworem, który chciał mnie zabić. Dlatego pytam, gdzie byłeś.
Słucham? Ale... To niemożliwe. Musiałbym...
Za Tobą jest kawałek ziemi bez trawy. Wokół masz pierścień ochronny. Zbadaj go. Jest naruszony. Obejrzyj też ślady wokół Ciebie i wtedy spróbuj zarzucić mi ponownie kłamstwo. Ja wracam do domu.
Stał chwilę skamieniały. Potem schylił się, by zbadać teren mamrocząc coś pod nosem, a ja nie oglądając się ruszyłam do domu. Kotka dreptała obok. Oddychanie tym razem nie na wiele się przydało. Byłam zbyt wzburzona. A on jeszcze zarzucił mi kłamstwo. Znał mnie tyle czasu, a mimo to mi nie uwierzył. Widziałam to wyryte na jego twarzy. Musiałam prychnąć głośno ze złości, bo kotka popatrzyła na mnie z dezaprobatą. Miała rację. Gniew do niczego nie prowadził. Starałam się przeanalizować całe zajście na trzeźwo. Drugi raz w ciągu doby nawiedziło mnie stworzenie cienia. Już to było nienormalne. Zazwyczaj mijało kilka miesięcy między pojawieniem się upiorów. No i nieobecność mojego opiekuna. Zawsze pojawiał się zanim nastąpiła próba ataku. Z drugiej strony, nikt nie jest nieomylny. Dwa stworki w ciągu doby, to raczej też mógł być przypadek, a ja popadam w paranoje i tyle. Na myśl o tym odetchnęłam z ulgą, bo w końcu lekkie zaburzenia psychiczne w moim przypadku to i tak pikuś. Każdy psychiatra i tak by stwierdził, że mam schizofrenie. Zanim włożyłam klucz w zamek do drzwi, wrócił mi dobry humor. Razem z nim pojawiła się duma, że poradziłam sobie sama w trudnej sytuacji. Dochodziła druga, więc wzięłam się za przygotowywanie obiadu. Ryż kończył się gotować, a warzywa wesoło skwierczały na…