Fantastyka · 11 min czytania
Nocny Pianista
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Nocny Pianista”
„Jeżeli chcesz poznać zło, odnajdź w nim dobro.” „O Tobie ta bajka mówi, choć pod zmienionym imieniem” Horacy
Każda bajka musi się zacząć w taki sam, odpowiedni swojemu rodzajowi sposób. Jednak nie każda bajka jest taka sama...
I Dawno, dawno temu żył sobie czarnoksiężnik Gerard. Zaraz, zaraz... To nie było tak dawno temu, jak mogłoby się wam wydawać. W Magii czas i miejsce mają znaczenie, ale zupełnie inaczej należy to rozumieć. W takim bądź razie... Żył sobie raz pewien czarnoksiężnik, Gerard. Jak na każdego czarnoksiężnika przystało, urodził się w odpowiednim czasie i o odpowiedniej porze. Panowała wtedy noc, a na niebie lśniły jedne z najpiękniejszych gwiazd, jakich z pewnością nigdy nie widzieliście i niestety nie zobaczycie. Takie gwiazdy rodzą się raz na kilka minut, by swoim blaskiem uczcić przyjście na świat kogoś wyjątkowego. Gasną i umierają po kilku minutach. Ich życie jest niezwykle krótkie, nie doświadczają takiego żywota jak ich koleżanki. Nie będą widziały codziennych wschodów i zachodów słońca. Nie poplotkują z księżycem o bieżących sprawach na ziemi. Pojawiają się na chwilę i znikają. Znikają, zadowolone, że swoją urodą przypieczętowały ważny moment w dziejach ludzkości. To w zupełności wystarczy i nie trzeba żyć kilka milionów lat, by przeżyć coś wyjątkowego i uświetnić swoją personę. Wystarczy tylko kilka tych minut... Czy Gerard był kimś wyjątkowym? On sam z pewnością jeszcze wtedy tego nie wiedział. Był niemowlakiem jak każdy inny niemowlak na świecie. Płakał, ślinił się, cmokał smoczek, gaworzył i przebierał nóżkami. Czy coś go różniło? Tak, było kilka istotnych jak i nieistotnych szczegółów. Pierwszy i najważniejszy dotyczył sfery jego umiejętności paranormalnych. Od pierwszych dni przebywania na tym świecie zaczęła ujawniać się jego „magiczność”. Rzucał zaklęciami gdzie popadnie i w co popadnie. Był bardzo wybrednym dzieckiem. Zauważywszy, że niania chce mu założyć ubranko, którego nader nie znosił, wystarczyła tylko jego niezadowolona mina i gdy tylko niania otwierała szafę, zamiast poszukiwanych rzeczy znajdywała gniazdo jadowitych węży. Swoim służącym zmieniał kolor włosów przynajmniej pięć razy dziennie i sprawiał, że wszystkie jego ulubione zabawki ożywały, dostarczając mu rozrywki i towarzystwa. Jego umiejętności magiczne przysparzały otaczającym go ludziom wiele problemów, także zwykle chłopczyk sam pałętał się po domu i robił, co tylko zechciał. Spełniano każde jego zachcianki, w obawie, by nie pozamieniał nieposłusznych poddanych w kamienne posągi. Drugi, istotny szczegół ujawnił się dopiero, gdy Gerard’ owi minął okrągły rok bytowania na świecie, który został uświetniony fajerwerkami pomysłu malca. Pewnego dnia do drzwi zapukał grajek, proszący o jałmużnę w zamian za koncert. Wpuszczono go i wysłuchano przepięknej gry na skrzypcach. Mały Gerard siedział w swoim maleńkim foteliku, wysłanym jedwabiem i z lubością przysłuchiwał się melodii, która zdawała się budzić w nim wielkie emocje. Po skończonym koncercie, biorąc przykład z dorosłych, wesoło klaskał. Uderzał swoimi rączkami jednak znacznie głośniej i bardziej zawzięcie niż inni. Od tego momentu, wszystko co wydawało z siebie jakąś melodię, stało się przedmiotem zainteresowania malca. Jako że w domu nie znalazł nic godnego uwagi, prócz wielkiego, czarnego fortepianu, do którego nie mógł się dostać, gdyż był jeszcze zbyt mały, jego muzyczna pasja stała się małą obsesją. Spał, jadł i bawił się przy fortepianie, codziennie sprawdzając czy urósł na tyle, by usiąść na stołku i uderzyć ręką w jakiś klawisz. Trzeci szczegół, który umknął otaczającym go osobom, był uzewnętrzniony od chwili, gdy Gerard zaczął mówić. Na początku nie mówił zbyt wiele. Wyglądało to tak, jakby zbierał w sobie dostateczną ilość siły, by zacząć krzyczeć w niebogłosy. Nigdy jednak nie krzyknął. Pierwszym jego słowem, jakie wypowiedział była „noc”. Było to słowo krótkie, zwięzłe i wypowiedziane z wielką emocją. Potem była „muzyka” i „fortepian”. W krótkim czasie zaczął rozmawiać ze swoimi żywymi zabawkami. Najczęściej nucił im różne piosenki. Miał doskonały słuch i powtarzał melodie, zasłyszane zza otwartych okien. Z pozostałymi mieszkańcami domu nie rozmawiał wcale i ograniczał się do wydawania krótkich poleceń. Nigdy z jego ust nie padło słowo „mama” ani „tata”. Młodzieńcze lata spędził na poznawaniu najbliższych okolic i gry na fortepianie. Sam komponował i śpiewał różne utwory. Miał znakomity, niski głos, którego jednak potrafił wyciągnąć do bardzo wysokich tonów. Polecił stworzyć specjalnie dla niego nietypowy pokój, na samej szczycie wieży zamku, w którym mieszkał. Niewiele osób widziało tamto pomieszczenie, gdyż kategorycznie zabronił wchodzić tam sprzątać i w ogóle zapuszczać się do tego skrzydła zamku. Ci, co mieli szczęście choć raz tam wejść, wychodzili jako niemowy, pisząc, że to, co tam zobaczyli odebrało im mowę. Jedno pozostało faktem. Co noc wychodził na tamtejszy taras i obserwował gwiazdy. Nie używał do tego teleskopu ani innych narzędzi. Obserwował je gołym okiem, uważając, że tylko takie obserwacje są najlepsze. Miał znakomity gust we wszystkim i wszystkiego, czego się dotknął, zamieniał w cudo. Nie szczędził jednak swojej mocy magicznej do płatania…