Fantasy · 48 min czytania
Nocny Pianista - koniec IV i V rozdział.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
- Nie podobało ci się, ojcze? – Harry spojrzał na niego ze zdziwieniem. - Nie – odparł krótko lord Gautain. – Muszę... – zamilkł nagle, jakby miał zamiar powiedzieć coś niewłaściwego. – Czekaj na mnie w sali balowej, Harry. Ja muszę coś załatwić. - Dobrze, ale nadal nie rozumiem... Gautain nie zdążył odpowiedzieć na pytanie syna. Zniknął w tłumie podekscytowanych widzów, zmierzających do sali balowej. Gerard jeszcze przez chwilę, po opadnięciu kurtyny, trzymał w objęciach Veronicę. - Nie myliłem się... – szepnął. – Czy... czy chciałabyś poznać inny świat? Taki, o jakim zawsze marzyłaś. O jakim marzy wielu. - Co mam przez to rozumieć? - Pytam tylko czy chcesz... - Ja... - Veronico! Zupełnie jak z pod ziemi wyrósł przed nimi lord Gautain. - Mogłabyś mnie zostawić samego z tym... panem? Veoronica westchnęła ciężko i kiwnęła głową. - Będę w garderobie – oznajmiła, spoglądając po raz ostatni na twarz Gerarda. Zdawało jej się czy uśmiechnął się szelmowsko, puszczając do niej oko? - Panie... – zaczął lord Gautain lekko zbity z tropu. - Lauvier. Gerard Lauvier – wyciągnął dłoń, lecz ojciec Veronici nie odwzajemnił tego gestu. - Tak więc sir Luvier... Nie wiem kim pan jest, ale nie podobało mi się to, co pan robił na scenie, razem z moją córką. - Mniemam, że pan kocha muzykę, tak samo mocno jak Veronica – odrzekł Gerard, mierząc uważnym spojrzeniem swego rozmówcę. – Pana córka jest niezwykłą osobą, utalentowaną przede wszystkim i byłoby hańbą dla świata, gdyby ten talent został zmarnowany. - O to proszę się nie martwić. Veronica dziś pokazała na co ją stać, lecz nie podobało mi się to, co śpiewała razem z panem. Zwłaszcza, że tego występu nie było w programie i obawiam się, że to, co się stało, stało się nielegalnie i w dodatku zgorszyło zebranych. - Zgorszyło? Jakim prawem pan tak mniema? - Prawem swego ojcostwa. Może technika wokalna była bez zarzutu, ale obściskiwanie mojej córki na oczach tysięcy widzów to już nie jest nic godnego uwagi. Odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że pan pożąda Veronicę i to w taki sposób, w jaki tylko złoczyńca może to robić. Laska, którą Gerard właśnie wziął do ręki, upadła z trzaskiem na ziemię. - Pan coś sugeruje, sir? – Lauvier zmrużył oczy, które zaczęły ciskać złowrogie iskry. - Tak, sugeruję, by zostawił pan moją córkę w spokoju. Będę wdzięczny za tę drobną przysługę. Gerard przestał mrużyć oczy. Wręcz przeciwnie. Lewa powieka lorda Gautaina zaczęła nerwowo drgać. Nieznajomy rzucał mu tak złowrogie spojrzenie, iż ledwo je wytrzymywał. - Źle się składa, panie Gautain – szepnął Gerard. Jego szept był jak syk rozdrażnionego węża. – Nie zamierzam spełniać pana „drobnej przysługi”. Zamierzałem właśnie wziąć Veronicę pod własne skrzydła i wyszkolić ją tak, jak należy. Nie będzie miała sobie równych. To, co dziś pokazała, to był zaledwie początek. Ale pan tego nie rozumie. Nie rozumie takich, jak my. Jest pan tylko biernym widzem, który podwyższa swoją własną samoocenę, leczy swoje chora ja, słuchając prawdziwych talentów. Jesteśmy szczęśliwsi, bo mamy siebie i to, co się nazywa powszechnie pasją, choć nią wcale nie jest. A pan nie ma nic. Pan może tylko tego pragnąć i marzyć o tym, co jest dostępne tylko dla nas. Lord Gautain wykrzywił wargi z obrzydzenia. - Jest pan chory, Lauvier. Jeżeli tknie pan moją córkę, to spotkamy się przed prawem. To wszystko. - Nie, to nie wszystko. Myśli pan, że stanie się przeszkodą dla mnie i Veronici? - Jej proszę w to nie mieszać. Żegnam pana. Gerard jednak uprzedził lorda Gautaina, który zamierzał odejść i stanął tuż przed nim. Tak blisko, że niemal stykali się nosami. Ojciec Veronici cofnął się lekko. Lauvier był od niego wyższy i zdawało się, że właśnie ogarnęło go szaleństwo. - Veronica będzie się uczyć pod moim okiem i pan nie będzie ku temu przeszkodą. - Po moim trupie!! – krzyknął rozeźlony Gautain. - Ach tak? – na twarzy Gerarda pojawił się kpiący uśmieszek. – Biada tym, którzy nadaremno wzywają imię śmierci. Może pan nie wie, ale ja zawsze osiągam to, czego chcę, a skoro pan wyzywa mnie na ten pojedynek i nie chce iść na ugodę... Niech więc pan porozmawia teraz z tą, której imię tak nieroztropnie pan przed chwilą wywołał! – głos Gerarda ponownie przybrał oddźwięk syku węża. Veronica wolnym krokiem szła w kierunku garderoby. Nie miała ochoty brać udziału w balu. Postanowiła przebrać się i wrócić jak najszybciej do domu. Kilka minut temu przeżyła coś, o czym zawsze pragnęła. Stała się sławna i zaśpiewała z kimś, kogo zaczęła postrzegać jako swego mistrza. Kim był Gerard Lauvier? Miał nieziemski głos, dar przekonywania i wydawało się, że znał jej uczucia, myśli. W takim razie czy to mógł być zwykły człowiek, jakich wielu przybyło dzisiejszego wieczoru? Nie. Przez kilkanaście minut ich wzajemnego towarzystwa poznał ją lepiej niż ktokolwiek inny. Mogła mu zaufać. Wyglądał na takiego, którego poraził jej talent. Było to bardzo pochlebiające. Stanęła przed wielkim lustrem i uśmiechnęła się do siebie. Mój Mistrz Muzyki, pomyślała. Mój Mistrz Muzyki mnie znalazł. Wybuchnęła niepohamowanym śmiechem. Przykleiła nos do lustrzanego szkła. Dostrzegła coś w swoich oczach. Coś, czego wcześniej nie widziała. To był ten piękny odblask muzycznego szaleństwa, jaki zauważyła u Gerarda.
W sali balowej Harry niespokojnie spoglądał na zegarek. - Gdzie jest twój ociec? – zaczepił go wuj Edward. - Sam bym to chciał wiedzieć, wuju. Zaraz po ostatnim występie Veronici ulotnił się gdzieś. Mówił, że musi coś załatwić. - Ach tak... – mruknął Edward. – Widziałeś jak ona śpiewała, jak on śpiewał? Muszę poznać tego mężczyznę, który był z nią na scenie. To się nazywa prawdziwy talent! - Ojcu się to nie spodobało – odparł z rozżaleniem Harry. – Jestem pewien, że to właśnie w tej sprawie poszedł coś zrobić. W końcu Veronici też nie ma. - Nigdy go nie rozumiałem... - wuj Edward westchnął żałośnie i oddalił się w kierunku plotkujących z ożywieniem kobiet. Harry’ emu nagle wydało się, że coś słyszy. Muzyka w sali była bardzo głośna, ale nie mógł oprzeć się wrażeniu, że coś jednak słyszy. Inni też zaczęli odnosić podobne wrażenie, bo przestali rozmawiać, nasłuchując uważnie. Wkrótce sam dyrygent, jak i orkiestra zamilkli. Nastąpiła kilkuminutowa cisza, po czym nagle rozległ się tak donośny głos, że już nikt nie miał żadnych wątpliwości.
Biada tym, którzy nadaremno wzywają imię Śmierci!
Kilka panien upuściło kieliszki z winem. Głos odezwał się ponownie. Wszyscy zastygli w przerażeniu. Kamienna chimera, wyrzeźbiona tuż nad drzwiami zamrugała zielonymi ślepiami i zaczęła złośliwie chichotać. Zatrzęsły się mury filharmonii.
Biada tym, którzy nadaremno wzywają Jej imię! Porozmawiaj z tą, która nieubłaganie przyjdzie po każdego Tą, która nie zna litości i przebaczenia! Nigdy nie wymawiaj nadaremno imienia Śmierci!
Jakaś młoda dziewczyna zemdlała. - To głos Boga! – krzyknął duchowny, którego twarz stała się nagle blada jak ściana. – Bóg woła o pomstę! Biada nam... Krew, krew się przelała! W sali balowej zapanowała panika. Wszyscy zaczęli w panice uciekać, w kierunku wyjścia. Głos znów dał o sobie znać.
Mistrz Muzyki cię wzywa! Chodź do mnie, ma muzo!
Część 22 / 4
- Idziemy do piwnic! Biegiem! – Harry i kilku jego przyjaciół udało się w kierunku dolnego korytarza, z którego dobiegał głos. Przecisnęli się przez spanikowany tłum i zbiegli ze schodów. Drzwi do piwnic były zamknięte na cztery spusty. - Musimy się tam dostać przez scenę! Drugie wejście jest tuż za sceną! Do sali koncertowej! Ponownie zaczęli się wspinać po schodach. Z hukiem wpadli do sali, w której niespełna godzinę temu odbył się niezapomniany koncert. Kurtyna była uniesiona w górę. Na środku sceny leżał lord Gautain, w kałuży krwi. Ta sama krew kapała mu z ust. - Ojcze! – Harry podbiegł do niego, padając na kolana. – Kto ci to zrobił, tato!? Gautain otworzył usta. Jego oczy rozszerzyły się w spaźmie przerażenia. - Pilnuj Veronici, Harry... To szaleniec... Ma władzę nad śmiercią... – bełkotał. - Kto, ojcze, kto!? –Harry potrząsnął nim. - Pilnuj siostry... On nie jest człowiekiem...Nie pozwól mu jej zabrać... Harry... – krew ponownie wypłynęła z jego ust. - Ojcze, powiedz kto... Lord Gautain jednak nie powiedział kto. Nabrzmiałe, czerwone powieki zamknęły się. Skonał. Harry oddychał głęboko. W jego oku pojawiła się łza, która jednak nie spłynęła. - Nie gapcie się tak! – krzyknął w stronę przerażonych mężczyzn. - Szukajcie mojej siostry! Szukajcie! Sam wstał i podbiegł do ściany, na której wisiały ozdobne szable. Zdjął tę największą i najbardziej okazałą, po czym potarł palcem o jej ostrze. Kropelki krwi spłynęły na ziemię. - Przysięgam na mą krew, że nie spocznę, dopóki nie odnajdę zabójcy mego ojca! Strzeż się ty, kimkolwiek jesteś! Nie zaznasz spokoju, bo ja nie umrę, dopóki nie pomszczę przelanej krwi! - Paniczu Gautain! – do sali wbiegło kilka osób. – Szukaliśmy wszędzie panny Veronici, ale nigdzie jej nie ma! Nie ma jej w garderobie, nie ma na sali...
Veronica szła ciemnymi korytarzami piwnicy. Cała filharmonia niemal trzęsła się od tajemniczego głosu.
Mistrz Cię woła! Chodź do mnie, ma muzo! Jam twym Mistrzem Muzyki! Chodź do mnie, chodź!
Zatrzymała się nagle, bo zdało jej się, że dostrzegła małe światełko pośród ciemności korytarza. Tak było istotnie. Światełko przybliżało się i przybliżało. Im było bliżej, tym nabierało bardziej zielonego blasku. Gdy znalazło się tylko kilka stóp od Veronici, przybrało postać malutkiego, intensywnie zielonego punkciku. W korytarzu rozjaśniło się nieco. Nie było już punkciku. Tuż przed Veronicą stał Gerard Lauvier. Nie był to jednak ten sam Gerard, z którym śpiewała na scenie. Ubrany w zieloną, lśniącą, jedwabną kamizelkę i czarną, długą do ziemi pelerynę, która powiewała z taką siłą, jakby stali w centrum huraganu, choć w korytarzu nie było najlżejszego powiewu wiatru, wydawał się wyższy i bardziej przystojny. Na środowym palcu prawej dłoni, która spoczywała na złotej lasce, lśnił ogromny, szmaragdowy sygnet i to prawdopodobnie on był tym światełkiem, który widziała Veronica. - A więc jesteś ma muzo. Zdecydowałaś się przyjść? – odezwał się ciepłym głosem. - Nie wiem o co chodzi... Kim pan jest? – szepnęła, wpatrując się w niego z zachwytem. - Nieważne kim jestem. Dla ciebie Mistrzem Muzyki, na którego czekałaś, prawda? Veronica milczała. Czarne oczy Gerarda połyskiwały w półmroku. - Jesteś gotowa pójść wraz ze mną, tam gdzie ci proponowałem? - A co tam jest? Gerard uśmiechnął się. - Coś, na co zasłużyłaś, a na co inni nie. - Dlaczego akurat ja? – dziewczyna przekomarzała się trochę. Chciała poznać intencje nieznajomego. - Dlaczego ty? A czyż nie wspominałem ci, że jesteś uosobieniem piękna, talentu i pasji? Zostałaś wybrana i niedługo będziesz dziękować Bogu za ten zaszczyt. - Inni chyba tak nie myślą jak pan – zauważyła. - Nie patrz na innych. Dla mnie jesteś... – urwał.- Po prostu jesteś... Uwierz w siebie. Uwierz w to, co razem możemy stworzyć. Przejdzie to twoje najśmielsze pragnienia! - Powinnam chyba powiedzieć rodzinie, gdzie się udaję... - Nie musisz. Oni i tak nie uwierzą. Są tylko ucieleśnieniem zwykłych śmiertelników. My jesteśmy inni, lepsi. Chcesz się przekonać? Gerard wyciągnął do niej dłoń. Szmaragd na palcu zabłysnął. Veronica chwyciła jego dłoń, wpatrując się z niedowierzaniem w sygnet. Przeniosła wzrok na twarz Gerarda, który ponownie się uśmiechnął. Odwzajemniła uśmiech i pocałowała sygnet. - Nie musisz tego robić. Nie jesteś kimś gorszym ode mnie. Stałaś się częścią mnie, tą lepszą częścią. Chodź, pójdźmy tam, gdzie wzywa nas nieubłagane przeznaczenie. W korytarzu ponownie zapanował mrok. Veronica trzymając mocno dłoń Gerarda, trzęsła się trochę. - Nie bój się – szepnął. – Posłuchaj, co mam ci do powiedzenia. Nagle gdzieś w oddali rozległ się dźwięk fortepianu. Tak cudowny, spokojny dźwięk, iż przelewał w Veronicę cały swój spokój i wzruszenie. Melodia płynąca z fortepianu stawała się co raz głośniejsza. Dziewczyna nie słyszała jak w oddali ciemnego korytarza woła ją brat i inni. Tamte głosy zostały zagłuszone, aż w końcu umilkły całkowicie. Veronica wzięła je za wymysł swojej wyobraźni. Gerard zatrzymał się nagle. - Co się dzieje? – zapytała. - Nic, nic, moja muzo... nic. Po prostu... zamknij oczy. - Dlaczego? - Zrób to – położył nagle swoje dłonie na jej oczach. Były przyjemnie chłodne. Całe jej ciało przeszył dreszcz. Był jednak tylko chwilowy. Po nim nastąpiła fala ciepła. Tak, jakby przed chwilą wypiła kilka filiżanek gorącej kawy. - A teraz słuchaj... słuchaj... – szepnął jej do ucha Gerard. Fortepianowa muzyka rozległa się ponownie. Tym razem akompaniował jej głos Gerarda.
Melodia Nocy szarpie struny ciemności Ciemność wdziera się w Twój umysł... Pobudza imaginacje... Rodzi się Twa wyobraźnia, czujesz ją wszystkimi zmysłami Cisza przestaje być nagą Ubierają ją gwiazdy... Ubierają w Muzykę Nocy, którą ja komponuję
Veronica nie czuła już pod sobą kamiennej posadzki korytarza. W ogóle nie czuła, że mogłaby po czymś stąpać. Gerard okrążał ją i raz po raz kładł na jej oczach swoje dłonie, jakby chciał się upewnić, że ich nie otwiera. Słyszała jak śpiewa i jak ten śpiew wypełnia swoim ciepłym spokojem każdy cal jej ciała i umysłu.
Powolutku, cichcem... Noc zbliża się w swym splendorze Dotknij jej! Wyczuj ją! Zrozum jej głos! Rozbudź swe uczucia... Uwierz, Muzyka Nocy jest tutaj... Znajdź jej światło w ciemnościach Zaufaj ciemnościom mej Muzyki Nocy! Gerard przyjemnie łaskotał ją po szyi czymś miękkim. Chciała tego dotknąć, uśmiechnęła się nawet, ale nie mogła tego dosięgnąć. Szli dalej, stąpając nie wiadomo po czym, a Gerard śpiewał nadal, gładząc jej włosy.
Część 33 / 4
Zamknij swe oczy One nie powiedzą Ci tej prawdy, której szukasz Ta prawda jest tylko w Tobie... W ciemności tak łatwo jest być prawdziwym Zobacz więc tę prawdę moimi oczyma!
Zatrzymali się. Gerard okrążał ją, dotykał jej twarzy, oczu, włosów, szeptał do ucha.
Delikatnie, czule... ma Muzyka Cię pieści Poczuj to! Usłysz to! Jej melodia Cię posiądzie... Otwórz umysł, niech Twa wyobraźnia ożyje! Nie walcz z ciemnością i jej Muzyką... Muzyką Nocy
Zamknij oczy i rozpocznij podróż do nowego świata! Zostaw za sobą to, co dotychczas znałaś... Zamknij oczy i niech Muzyka uczyni Cię wolną! Wtedy będziesz należeć tylko do mnie...
Veronica czuła, że chodzi jak we śnie. Spokojnie stąpała, jakby w powietrzu, ogarniało ją też dziwne uczucie szczęścia i ciepła. - Teraz otwórz swe oczy – odezwał się Gerard. Otworzyła i przez chwilę myślała, że śni. - Gdzie my jesteśmy? – szepnęła. Pod nimi był tylko biały puch chmur, nad nimi granatowa czeluść nocnego nieba, usianego gwiazdami. W powietrzu unosiły się delikatne, bezbarwne smużki dymu, które gdy tylko wpadały na jakąś gwiazdę, zaczęły lśnić jak krople rosy w kolorach tęczy i po chwili pękały jak bańki mydlane. - Co to jest? – zapytała. - Miejsce ponad czasem i myślą – uśmiechnął się Gerard. – Podaj mi rękę, schodzimy. Nie stąpaj po gwiazdach. Nie niszcz ludzkich marzeń – dodał. Chmury rozstąpiły się. Przed nimi wyrosły na wpół przezroczyste schody, prowadzące w dół. Veronica ujrzała przed sobą wieże zamku, zatopione w chmurach, połyskujących od blasku gwiazd. Gerard wskazał jej jedną z wież zamku, po czym niemal krzyknął, tłumiąc nutę radości w głosie.
Powoli stąpamy po gwiazdach życia... Nie bój się ich! Dotknij mnie... Zaufaj mi! Powierz mi swe emocje Niech nasz sen się rozpocznie! Niech i Twa Muzyka rozbłyśnie w ciemności... Piszmy ją razem! Pomóż mi, pomóż tworzyć i rządzić właśnie nią... Teraz już naszą... Muzyką Nocy!
Część 44 / 4
- Nocny pianista – szepnęła z zachwytem Veronica, po czym straciła przytomność.
Wieczór, który miał być wieczorem chwały i piękna, stał się koszmarem. Koszmarem dla wielu ludzi, zwłaszcza dla młodego Harry’ ego, na którego rękach skonał własny ojciec. Tego dnia filharmonia została przeklęta i zbrukana krwią Lorda Gautaina, który jak wielu innych, zwykłych ludzi, widział to, co chciał widzieć i nie zdążył odkryć w sobie naiwnego dziecka, którym okazała się Veronica. I to właśnie ona stąpała owego wieczoru po gwiazdach ludzkich marzeń.
V
Pierwsze promienie porannego słońca zaigrały wesoło na twarzy Veronici. Z początku niewinnie głaskały ją po twarzy, lecz widząc, że dziewczyna nadal śpi, zaczęły coraz bardziej natarczywie świecić w oczy. Po chwili Veronica przewróciła się na bok i powoli otworzyła oczy. Gdy jej umysł zaczął powoli odzyskiwać pełną świadomość, nawinęło się mnóstwo myśli. Co robiła wczoraj wieczorem? Miała koncert. Co się stało potem? Właśnie, potem... Zerwała się i usiadła na łóżku. Spodziewała się zobaczyć swoją znajomą toaletkę w sypialni, ale niczego takiego nie było. Zamiast niej stała szafa. Szafa ogromnych rozmiarów, ze wspaniale wyrzeźbionymi w drewnie wzorami. - Gdzie ja jestem? – szepnęła, rozglądając się po pokoju. Nagle zdała sobie sprawę, że leży nie w łóżku, ale w łożu i to tak wielkim, że trzy osoby mogłyby spokojnie w nim spać. Z prawej i lewej strony jej widok ograniczały na wpół przezroczyste, bordowe kotary. Rozsunęła je. Przymrużyła oczy, gdyż światło słoneczne było wyjątkowo silne, nie mając już przeszkody w postaci kotar. Niemal zeskoczyła z łóżka i podbiegła do okna. Po jego zewnętrznej stronie, zamiast parapetu, widniał duży taras. Otworzyła okno, z trudem przesuwając ogromnych rozmiarów okiennice i weszła na taras. To, co zobaczyła, przeszło jej najśmielsze wyobrażenia. Na samym dole, wśród równo przyciętej, zielonej trawy płynął mały strumyk. Im dalej płynął, tym stawał się coraz bardziej większy, aż w końcu wpadał do dużego jeziora, w którym coś bulgotało. Owe bulgoty były powodowane poruszeniem wody przez... wodospad, spływający po różnej wielkości skałkach, osadzonych w małym zagajniku. Veronica przez chwilę wpatrywała się z zachwytem w nieskazitelnie czystą wodę, w której powierzchni migotały wesoło promienie słoneczne. Dalej, po lewej stronie wiodła kręta ścieżka. Po jej obu stronach stały jakieś rzeźby, wycięte z soczyście zielonego żywopłotu. Kilku mężczyzn właśnie przy nich stało i z zapałem przycinało zbędne gałęzie. Na horyzoncie widniał ciemny las. Dopiero teraz Veronica zdała sobie sprawę, że na zewnątrz panuje niezwykły i głośny ruch. Mężczyzna, który właśnie przycinał żywopłot u dołu, podniósł głowę, by otrzeć pot z czoła i zauważył Veronicę. Pomachał jej wesoło i za jego przykładem poszli również i inni. Dziewczyna, całkowicie zbita z tropu i onieśmielona tym, co zobaczyła, wycofała się z tarasu. Co się tu dzieje? Pomyślała. Nagle przypomniała sobie dokładnie to, co zdarzyło się wczoraj. Czyżby było możliwe, że... Rozejrzała się jeszcze raz uważnie po pokoju. Właściciel tego domu musiał być szalenie bogaty. Wszystko wykonane było z wielką starannością i z rozmachem. Nie brakowało kominka, foteli, gustownych mebli. Koło łoża stała nawet toaletka, z lustrem w złotej ramie i różnymi, potrzebnymi kobiecie dodatkami. Na wprost niej były drzwi. Wystarczy tylko nacisnąć klamkę i ... mogłaby zobaczyć resztę. Już miała zrealizować swoje zamierzenie, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. Veronica cofnęła się, lekko przerażona. - Proszę... – powiedziała na tyle głośno, na ile pozwalało jej szybko bijące serce. Drzwi uchyliły się i weszła starsza kobieta, ubrana w biały fartuch i czepek, z pod którego wystawały kosmyki posiwiałych już włosów. Miała okrągłą twarz, ale duże, ciemne oczy, które teraz śmiały się radośnie, na widok Veronici. - Już wstałaś, kochana? Podać śniadanie do łóżka czy na dole? - Właściwie to... – Veronica zmieszała się. - Och, to podam na dole. Proszę się przebrać. Potrzebne rzeczy są w tej szafie – kobieta wskazała na pierwszy obiekt, jaki Veronica zobaczyła po przebudzeniu. – Jestem Elizabeth i z rozkazu czarnoksiężnika mam pani służyć. Dziewczyna wytrzeszczyła oczy. - Jakiego czarnoksiężnika? Gosposia – Elizabeth zmrużyła oczy i podparła biodra rękoma. - Kochaneczko, to sir Gerard nic pani nie powiedział? - Kto? Zaraz.. zaraz... – Veronica próbowała dojść do słowa, ale Elizabeth ponownie jej przerwała. - Czy dawała wczoraj pani koncert? - Tak. - Czy spacerowała pani wczoraj wśród gwiazd? - Tak. - Czy widziała pani te pięknie wieże zamku, zatopione w chmurach? - Tak. - W takim razie jest pani tą osobą, która powinna się tu znaleźć. Witam na zamku czarnoksiężnika! – Elizabeth uśmiechnęła się wesoło. - Myślałam, że to wszystko było tylko snem... – oznajmiła Veronica, rumieniąc się lekko. - Snem!? – odrzekła obrażona gosposia. – To nie żaden sen, tylko rzeczywistość! Proszę się ubrać i zejść na dół. Veronica zerknęła na swoje odbicie w lustrze. Miała na sobie wspaniałą, jedwabną koszulę nocną, złotego koloru. Długie rękawy były obszywane na końcu białymi koronkami. Gorset, wiązany przy szyi złotymi sznureczkami błyszczał niczym prawdziwe promienie słoneczne. Ciemne, potargane włosy spływały bezradnie na ramiona i domagały się użycia grzebienia. - Nie będę się przebierać – oznajmiła, uśmiechając się do swego odbicia. – Proszę mnie zaprowadzić na dół. - Zgodnie z życzeniem, proszę za mną! Veronica podreptała za Elizbeth, zapominając nawet założyć jakichkolwiek butów, czego zaraz pożałowała, gdy tylko znalazły się na korytarzu. Podłoga z marmuru ziębiła bose stopy, dlatego też dziewczyna kroczyła po czerwonym dywanem, którym środek korytarza był wysłany. Ściany roiły się od różnych obrazów i rzeźb. Veronica zdała sobie sprawę, że dwoje oczu to zdecydowanie za mało, by to wszystko ogarnąć. Nie nadążała odwracać głowę raz w lewo, raz w prawo. Nagle zza roku wyskoczyła mała dziewczynka. - Och, ona już jest!! Wstała! Ona już jest!! Dziecko podskoczyło kilka razy, śmiejąc się radośnie i zniknęło tak szybko, jak się pojawiło. - Co się dzieje? – Veronica z niepokojem szarpnęła swą towarzyszkę za rękaw. - Och, nic kochana. Oni się po prostu cieszą. Za rogiem, zza którego wyjrzała wcześniej dziewczynka były schody. Białe, marmurowe schody, ze złotymi poręczami i czerwonym dywanem po środku. Tuż przy nich stał jakiś mężczyzna, podobny do lokaja i skłonił się nisko. - Witamy panią na zamku czarnoksiężnika! Spodziewaliśmy się pani! To wielki zaszczyt gościć Muzę Muzyki w naszych skromnych progach! Co do tej skromności Veronica nie była wcale taka pewna, ale uśmiechnęła się i potaknęła głową. Gdy minęły pierwszą kondygnację schodów, z sąsiedniego korytarza wyskoczyła trójka dzieci - dwóch chłopców goniących dziewczynkę. Mała wpadła niespodziewanie na Veronicę, okręciła się w kółko i nie widząc innego wyjścia, jak uciec przed swoimi napastnikami, wskoczyła na poręcz schodów i zjechała w dół. - To się nie liczy, oszustko! – krzyczeli za nią chłopcy. - Spokój – skarciła ich Elizabeth. – Wiecie jakie wrażenie sprawiacie na naszym gościu? Ale chłopcy tylko wzruszyli ramionami i śladem swojej poprzedniczki zjechali po poręczy. - Co za urwisy – westchnęła gosposia. – Oni zawsze tak się zachowują, proszę im wybaczyć. - Ależ nic nie szkodzi – uśmiechnęła się Veronica. Przypomniała sobie jak sama była dzieckiem i uciekała przed zgrają chłopców, którzy chcieli obciąć jej długie warkocze. Skręciły w korytarz, z którego wybiegły dzieci i Veronica znów była narażona na lekkie zawroty głowy, obracając nią ciągle w różne strony. Nagle otoczyła ją gromada młodych dziewczyn, które śpiewały wesoło.
Witamy, witamy na zamku czarnoksiężnika! Spójrz w lewo, spójrz w prawo! Wszędzie muzyka i magia!
W zamku odbywało się chyba rutynowe sprzątanie. Mężczyźni stali na wysokich drabinach i myli gigantycznych wielkości okna. Kilka panien szorowało posadzkę. Jedna z nich po prostu tylko kręciła palcem, a ścierka myła... sama! Veronica odwróciła się jeszcze, by sprawdzić…