Fantastyka · 1 godz. 7 min czytania
Nocny Pianista - Reszta rozdz. do końca!
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Przed Ronaldem i Veronicą rozpościerał się niesamowity widok. Głównym celem ich podróży była ogromna dolina, której większą część zajmowały trzy jeziora. Każde z nich leżało w dużej odległości od siebie i otoczone było czymś, co mogło być lasem, choć jak na las miało stanowczo zbyt mało drzew. Przestrzenie pomiędzy jeziorami zapełniało mnóstwo większych i mniejszych domów. Te większe posiadały duże ogrody i pola uprawne. Dolina wyglądała jak jedna, wielka osada, pokryta teraz śniegiem. Delikatne promienie słoneczne muskały zamarznięte tafle jezior i odbijały się dziwnymi, jaskrawymi kolorami. Wśród tego całego, śnieżnego krajobrazu poruszały się małe, czarne punkciki – ludzie zamieszkujący tę krainę. - Wiosną i latem jest tu wspaniale. Nigdzie wtedy nie można ujrzeć tak soczystej zieleni, usłyszeć ptasich treli i wykąpać się w tak czystej wodzie, jaką mają tylko te jeziora. Zobaczysz, spodoba ci się – rzekł Ronald, wyraźnie zadowolony. Nic dziwnego. Po długim włóczeniu się po świecie, wreszcie miał okazję wrócić do domu. Zaciekawiona i podekscytowana Veronica zapomniała na chwilę o swej trwodze przed gniewem Gerarda. Ostrożnie zeszli ze zbocza wzgórza i ruszyli przed siebie. Już na samym początku szlaku, przywitało ich kilka miłych osób, odśnieżających główną drogę. - Jesteś tutaj znany – zauważyła dziewczyna. - Oo tak, bardziej niż myślisz – zachichotał Ronald. – W dzieciństwie dawałem się we znaki tutejszym mieszkańcom. Dziwne, że po tym wszystkim jeszcze mają siłę się do mnie uśmiechnąć i powiedzieć życzliwe słowo. Veronica uśmiechnęła się sama do siebie. Cieszył ją ten wszędobylski gwar, uśmiechy przyjaznych ludzi, nawet zaśnieżony, cały czas ten sam, mdły krajobraz stał się nagle wyjątkowy i wspaniały. Dolina ta, widać była nietknięta żadną skazą, przekleństwem czy nieszczęściem, promieniowała radością i zarazem spokojem, zachęcającym do dłuższego pobytu. Po pół godzinnym przemierzaniu głównej drogi, skręcili parę razy w kilka pomniejszych ulic i zatrzymali się przed okazałym domem. W pierwszej chwili Veronica pomyślała, że dom ów „utonął” w śniegu, lecz było to złudne wrażenie. Mury budynku były po prostu białe i z całą pewnością odśnieżone. Wjechali przez bramę wjazdową, która była wejściem do okazałego parku, z główną ścieżką, prowadzącą prosto przed krużganek domostwa. Po obu stronach drogi rosły brzozy, emanujące teraz pustką i nagością. Drzwi wejściowe do domu było w zagłębieniu dość dużego ganku, ozdobionego kolumnami, mniej więcej w stylu korynckim, jak wydedukowała dziewczyna. Nie zdążyła jednak dokładniej się przyjrzeć fasadzie budynku, zdobionej jakimiś rzeźbami, gdyż mroczne drzwi, ukryte w cieniu krużganku otworzyły się nagle i wyskoczyła zza nich młoda dziewczyna, ubrana w fartuch i o strasznie potarganych, złotych włosach. - Wrócił, wrócił! – krzyknęła i zaczęła śmiać się jak opętana. Z domu wybiegło również parę innych osób, z pewnością należących do służby. Komitet powitalny uścisnął serdecznie Ronalda i przyglądał się z podejrzliwością jego towarzyszce. Ronald przedstawił Veronicę wszystkim zebranym, po czym ujął ją pod rękę i wprowadził do domu. Jak bardzo ten na pozór stary dom różnił się od zamku Gerarda! Pomimo standardowych, marmurowych posadzek, był nader przytulny i wesoły. W sali kominkowej, niemal pośrodku stał wielki, bujany fotel. Ktoś w nim siedział, lecz Veronica nie zauważyła tego. Rozglądała się uważnie, a na twarzy wykwitł delikatny uśmiech. Przypomniał jej się rodzinny dom. Był niemal taki sam. Zawsze duży, zawsze doniosły, ale też przytulny i pełen rodzinnej atmosfery. - Przedstawię ci kogoś – szepnął Ronald i podszedł do bujanego fotela. Drzemała w nim staruszka o siwych włosach, okryta jakąś wełnianą chustą. Mężczyzna szturchną ją lekko i kobieta otworzyła swe ciemne oczy. Uśmiechnęła się na widok znajomej twarzy, lecz ujrzawszy Veronicę skrzywiła się lekko. - Myślałam, że nigdy nie ujrzę jej w swoim domu – rzekła cicho, jakby wiedząc z kim ma do czynienia. Veronica odsunęła się od fotela, zdziwiona i wystraszona jednocześnie. Nie spodobała jej się ta staruszka, która zdawała się wiedzieć o niej wszystko. Absolutnie. Ronald jednak jakby nie dosłyszał słów kobiety i wyszczerzył zęby. - To moja babcia, Veronico – odrzekł, zadowolony z konfrontacji obu pań. Widząc jednak, że tylko mierzą siebie osobliwymi spojrzeniami, odchrząknął: - Pójdę do siebie, odpocząć. Veronico, jeśli potrzebowałabyś czegokolwiek, śmiało proś służbę. Powinniście porozmawiać – dodał znacząco i wolnym krokiem opuścił pokój. Veronica nie śmiała się ruszyć z miejsca i odwróciła wzrok. Pragnęła wydobyć z siebie jakieś sensowne zdanie, lecz na próżno. Staruszka nadal wpatrywała się w nią i po chwili rzekła: - Ściągniesz na nas nieszczęście dziewczyno. Wracaj tam, skąd przybyłaś. - Nie chcę, nie mogę – dziewczyna wydobyła w końcu z siebie jakieś słowa, które jednak brzmiały jak szept. Kobieta wyprostowała się w fotelu i zacisnęła dłonie na jego poręczach. - Wracaj do siedziby szatana. Nikt z nas nie chce tutaj nieszczęścia. Veronica nie wytrzymała. Pomimo dziwności całej tej sytuacji, chciała, a nawet musiała wiedzieć z kim ma do czynienia. - Pani jest również babką Gerarda? – zapytała przez zaciśnięte zęby. Na twarzy staruszki pojawił się bardzo znajomy uśmiech, który zdecydowanie wystarczył Veronice jako odpowiedź. - Tak, jestem matką ich matki – oznajmiła, krzywiąc mimowolnie usta. – A ty jesteś, bądź będziesz nałożnicą szatana i uważam, że w takim porządnym domu jak ten, nie powinny przebywać tu właśnie takie osoby. - Nie jestem niczyją nałożnicą! Odeszłam stamtąd, bo nie chcę mieć z nim nic do czynienia – syknęła rozwścieczona Veronica. - Za późno moja droga – staruszka zachichotała nerwowo. – Widać to już w twoich oczach! Należysz do niego czy tego chcesz, czy nie. Zresztą... to i tak nie ma teraz znaczenia. To wszystko twoja wina i twój wymysł! Możesz oszukiwać wszystkich innych, ale nie mnie! To ja byłam przy tym wszystkim, to ja widziałam narodziny Gerarda – potwora i dobrze wiem jak zakończy się cała ta historia. Dziewczyna stała nieruchomo. Ogień kominka rzucał cienie na postacie obu kobiet, których twarze wyrażały teraz największą z możliwych nienawiści. - Nic pani nie wie – ciągnęła Veronica. – Nic, podpuszcza mnie tylko pani. Nie chcę niczego więcej słyszeć – odwróciła się gwałtownie, chcąc jak najszybciej opuścić pokój. - Boisz się usłyszeć prawy z moich ust? Jesteś tchórzem, Veronico Gautain! Nie potrafisz przyznać się sama przed sobą czego dokonałaś! To twoja wina, że umarł ci ojciec, że wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej! I po co to wszystko? Czy trzeba było wymyślać sobie Nocnego Pianistę?! - Jest pani szalona! Zupełnie jak on! Veronica wybiegła, trzaskając drzwiami. Już wiedziała, że jej nienawidzi. Bardziej, niż kogokolwiek na świecie.
X Minął już prawie tydzień odkąd Veronica zjawiła się w rodzinnym domu Ronalda. Mimo, iż była jak najbardziej obcą, starano się traktować ją z szacunkiem. Dostała własny pokój i służącą, którą potocznie nazywano Sylvią, lecz jej imię było ponoć zupełnie inne. Sylvia była tą złotowłosą, nieokrzesaną dziewczyną, która jako pierwsza wybiegła na spotkanie przybyłych. Veronica jako osoba, która z reguły łatwo zaprzyjaźnia się ze swoimi służącymi, tym razem jednak nie była skora do plotek bądź nawet zwykłych rozmów. Wesoła Veronica gdzieś się schowała i nie chciała opuścić swojej kryjówki. Sylvia była jej wcieleniem z przeszłości, które teraz niepokoiło ją, a nawet przerażało. W domu panował niezwykły ruch. Przygotowywano się do przyjęcia urodzinowo – powitalnego Ronalda. Na parterze, tuż za holem wejściowym mieściła się bardzo duża sala, zarezerwowana z pewnością na różnego rodzaju przyjęcia czy bale. Podłoga wyłożona błyszczącym, koloru miodowego parkietem, od kilku dni była nieustannie czyszczona i polerowana. Na oknach porozwieszano ozdobne kotary. Na wprost od wejścia do owej sali, rzucały się w oczy duże, dwuczęściowe schody, których poręcz stanowiły równomiernie rozstawione kolumny, pełniące rzecz jasna funkcję podpory. Nie mogąc znaleźć sobie odpowiedniego zajęcia, Veronica krążyła po całym domu, bacznie obserwując prace przygotowawcze i szczególnie unikając spotkania z babką Ronalda. Nie było to rzeczą najtrudniejszą, gdyż kobieta najwyraźniej nie miała ochoty nawet na nią patrzeć. Mimo to, widać było wyraźnie, że każdy ruch Veronici jest śledzony i natychmiast skomentowany szeptami. Nie wiedząc co mogłaby zrealizować ciekawego w tym domu, w którym nie wolno jej było nic robić, przykucnęła w rogu sali balowej, podpierając się plecami o ścianę. Drzwi nieustannie otwierały się i zamykały. Weszła właśnie przez nie Sylvia i dwóch innych mężczyzn, niosących duże lustro, ozdobione złotą ramą, inkrustowaną w różnego rodzaju liście. Powieszono je nieopodal Veronici. Po sprawdzeniu wytrzymałości haka i oczyszczeniu szklanej powierzchni z kurzu, służąca wraz z kolegami opuściła salę, mamrotając coś pod nosem o przygotowywanym obiedzie. Veronica ociężałym ruchem podniosła się z podłogi i stanęła przed lustrem. Starła resztki kurzu z ramy i nadal wpatrywała się w swoje odbicie mętnym wzrokiem. Coś zamigotało na palcu dziewczyny o bladej twarzy, oczach jakby pośród jakiejś mgły zamkniętych i lekko rozchylonych ustach. Szmaragdowy sygnet Gerarda. Nie zostawiła go, zapomniała o nim. Co będzie jeśli on się o niego upomni? Może to właśnie o to chodziło, gdy widziała go w tamtym lesie? Coś zamajaczyło tuż za nią. - Co się stało, Ronaldzie? – zapytała bezbarwnym głosem. - Ależ nic. Chyba... Wyglądasz na smutną. To przyjęcie będzie również dla ciebie – uśmiechnął się. Dziewczyna zacisnęła usta i odwróciła się. - Dlaczego również dla mnie? - To niespodzianka – zamrugał oczami. – Wybacz, mam jeszcze parę spraw do załatwienia. I zanim Veronica zdążyła odpowiedzieć cokolwiek, ulotnił się z dziwnym uśmiechem na twarzy. Napotkała natomiast spojrzenie Sylvii, która odczekała aż Ronald wyjdzie z sali, po czym wybuchnęła śmiechem. - Ty coś wiesz – zaczepiła ją Veronica. - A tak, tak, wiem! I co z tego? – odparła buntowniczo dziewczyna. - Proszę, powiedz mi. Mam już dosyć niespodzianek. Służąca zamyśliła się. - Dobrze, ale nie tutaj. Proszę za mną – oświadczyła podniosłym tonem i ruszyła ku wyjściu. Znalazłszy się na zaśnieżonym podwórzu, Sylvia zaczęła mówić jak najęta. - Ronald zamierza się panience oświadczyć na tym przyjęciu. Jest pewien, że panienka się zgodzi, to przecież taki dobry człowiek – tu rzuciła znaczące spojrzenie na Veronicę. – Wczoraj powiedział o tym starszej pani i ona strasznie się zdenerwowała. Podobno prawie dostała zawału. Nie wiem czy tak było, lecz dziś nie opuściła jeszcze swojego pokoju. Och, ja wiem dlaczego ona nie popiera tego małżeństwa, ale ja... mam nadzieję, że panienka odmówi, prawda? – zapytała jednym tchem i utkwiła w Veronice swoje wielkie oczy. - Dlaczego myślisz, że odmówię? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Veronica. – Nie muszę tego robić. Bardzo go lubię i... - Tylko go panienka lubi. – przerwała jej Sylvia. - Ja wiem, że panienka kocha jego brata, prawda? Och, tak tak, na pewno. Niestety to bardzo niebezpieczne, och panicz Gerard jest okropny. Mówią, że to szatan wcielony. Mimo to bardzo go lubię. - Przestań tak mówić! – oburzyła się Veronica. – Nie kocham Gerarda tylko... tylko mi go żal. Lecz zaraz, zaraz... Rzekłaś, że go znasz? Sylvia zatkała sobie usta ręką, jakby przed chwilą padło z nich jakieś przekleństwo. - Mów! – ponaglała dziewczyna, potrząsając służącą. - Dobrze, już dobrze, ale proszę to przemilczeć! Zaklinam panienkę, żeby nigdy nikomu o tym nie mówiła! Veronica potaknęła głową, a Sylvia rozejrzała się uważnie wokół. - Pracowałam kiedyś w zamku panicza Gerarda. Kiedyś myślałam nawet, ze... go kocham. Och, przecież on jest taki tajemniczy i ta jego muzyka... Słyszała ją pewnie panienka nie raz i nie dwa. Dostaję gęsiej skórki jak tylko słyszę choćby jej wspomnienie. Wiedziałam, że on nigdy mnie nie pokocha, nie pozna mnie. Czymże była zwykła służąca w porównaniu z tym kogo szukał. - A kogo szukał? – wtrąciła Veronica. - Szukał swojej muzy. Kobiety niezwykłej z talentem, która pokochałaby go za jego prawdziwą tożsamość, a nie za to jakim był. I dlatego teraz wiem, że nigdy go nie kochałam. Nie znam jego prawdziwej tożsamości. Dla mnie jest cudownie utalentowanym potworem, dla którego zrobię wszystko, w imię wszystkiego... w imię śmierci. - Nie mów tak, to straszne! Wiesz czym jest śmierć? Nigdy tak nie mów! – przeraziła się Veronica. - Panienka nie wie czym jest śmierć. On wie, bo już ją pokonał! Nie wiedząc jak mogę spłacić dług wobec niego, poszłam kiedyś do podziemi zamkowych, wiedziona ciekawością i chęcią spotkania tam właśnie jego. I spotkałam... o zgrozo, nigdy więcej tam nie zajrzę. – Sylvia zatrzęsła się nagle i ukryła twarz w dłoniach. - Natrafiłam na lekko uchylone drzwi. On tam klęczał. Klęczał przed dwoma szkieletami, przyczepionymi jakimiś łańcuchami do muru. Modlił się, medytował... nie wiem co on tam robił, ale to było straszne. Uciekłam z zamku, lecz on wiedział. Na Boga, jakimś sposobem wszystko wiedział i znalazł mnie potem! Pod groźbą śmierci wydusiłam z siebie wszystko co wiedziałam i co czułam dotychczas. Lecz o dziwo nie zrobił mi krzywdy. Powiedział tylko: „Biedactwo, ty nie możesz kochać potwora.” Po czym pozwolił mi odejść, a ja klęcząc u jego stóp dziękowałam za darowanie życia i obiecałam dozgonną służbę i wdzięczność. - Jesteś szpiegiem! – syknęła Veronica. – Mów, co on zamierza!? Wiesz, ty wiesz! – ponownie nią potrząsnęła. - Nie mogę panienko, nie mogę. To obietnica, przysięga. Mogę tylko zapewnić, że nic się panience nie stanie, że on naprawdę panienkę kocha i wszystko będzie dobrze. Och, żal mi tego nieszczęśnika, ale to nie ja mam go uratować od tego losu, nie ja, choćbym oddała za to wszystko. - A co ty masz z tego? Cóż za wynagrodzenie dostaniesz w zamian za służbę u niego?! - Panienko – westchnęła dziewczyna. – Mnie wystarczy to, że życie mi darował, że nawet się do mnie uśmiechnął i pozwolił służyć u siebie. On jest straszny, wiem, ale też niezwykły. Proszę już przestać pytać. Na Boga, mam dużo pracy! – służąca otarła łzy fartuchem i pobiegła w stronę domu. Veronica jeszcze przez chwilę stała na mrozie i utkwiła wzrok w martwym punkcie. Źle postąpiła, opuszczając zamek. Jednak teraz wiedziała, nie, była nawet pewna, że nic jej się nie stanie. Lecz co w ogóle ma się stać? Wiedziona złym przeczuciem, wróciła do domu, pragnąc jak najszybciej położyć się spać. *** Następnego ranka czekało ją niemałe zaskoczenie. Zanim zdążyła usiąść na łóżku, do sypialni, w dodatku nawet nie pukając, wbiegła Sylvia, cała zadyszana i czerwona na twarzy. - Panienko! On tu będzie, za pół godziny! Veronica zerwała się z łóżka. - Kto, Gerard!? - Och, nie! Panicz Ronald! Podsłuchałam w kuchni, że dziś zamierza się panience oświadczyć! Jeżeli panienka się zgodzi, pojutrze na przyjęciu odbędzie się ślub. Dziewczyna opadła z powrotem na poduszki i zakryła nimi twarz. - Nie zgodzi się panienka, prawda? Nie może! To ściągnie na nas gniew czarnoksiężnika! Zaklinam, niech panienka się nie zgodzi! - A ty? – zapytała nagle Veronica. – Jeśli się zgodzę, to powiesz Jemu, co nie? - Nie chciałabym panienko, ale jeśli zapyta... Veronica wstała z łóżka. - Wynoś się, precz z moich oczu! Służąca spuściła głowę i ruszyła w kierunku drzwi. Zatrzymała jednak rękę na klamce i rzekła: - Za pół godziny będzie musiała panienka wybrać pomiędzy tym co słuszne, a tym co piękne. Proszę się dobrze zastanowić. Lecz Veronica nie musiała się zastanawiać. Dobrze wiedziała co uczyni. To było według niej najrozsądniejsze wyjście. Trzeba pozwolić by zemsta się dopełniła. Inaczej nigdy się nie zakończy i będzie więcej ofiar. Westchnęła i oparła się o parapet okna. - Wybieram to, co słuszne Gerardzie – szepnęła. – Teraz już wiem, że nie wszystko co piękne jest właśnie słuszne i dobre. Przepraszam. To było ostatnie zdanie, jakie kiedykolwiek później wyszeptała do Nocnego Pianisty. Wieczorem przymierzała po raz pierwszy swoją suknię ślubną. *** Około południa, dwa dni po uroczystym ogłoszeniu zaręczyn Ronalda i Veronici dom stał się jednym wielkim jarmarkiem. W jadalni ustawiono wielki długi stół dla gości i domowników. W sali balowej, tuż przy suficie, zawieszono jedwabny, pomarszczony materiał, dający swoim kolorem efekt kolor nieba, podczas zachodzącego słońca. Umocowano go linami do czterech ścian sali, a liny przyozdobiono błyszczącymi gwiazdkami. W sypialni Veronici kręciło się teraz mnóstwo pań. Jedne z nich czesały dziewczynę, inne przymierzały buty, a jeszcze inne pomagały dopiąć gorset białej sukni. Nie zupełnie w ten sposób Veronica wyobrażała sobie swój ślub. Bardzo lubiła i szanowała Ronalda, ale nic ponad to. Miała jednak świadomość, że ta przyjaźń z czasem zamieni się w miłość, tak jak było w przypadku jej ojca i matki. Nieszczęsna matka Veronici zmarła tuż po porodzie i ojciec nigdy powtórnie się nie ożenił, choć twierdził, że poślubił ją tylko z rozsądku. Teraz Veronica miała podzielić jej los. Stała przed lustrem i zamiast uśmiechniętej, szczęśliwej z nadchodzącej nowej drogi życia dziewczyny, widziała bladą, smutną istotkę, która ubrana w białą suknię, wyglądała niemal jak trup. - Gotowe – oznajmiła z uśmiechem jedna z pań i objęła mocno Veronicę. – Będzie panienka szczęśliwa! Panicz Ronald to najlepszy człowiek pod słońcem. Dziewczyna uśmiechnęła się jak najładniej potrafiła i poprosiła o chwilę samotności. Gdy panie opuściły pokój, Veronica otworzyła dolną szufladkę stolika nocnego, wyjęła sygnet Gerarda i włożyła go na środkowy palec, tym razem lewej ręki. Niech jego poprzedni właściciel przynajmniej wie, że nigdy o nim nie zapomni. - Jesteś wspaniałym człowiekiem, Gerardzie – powiedziała na głos ze wzruszeniem, jakby on właśnie przy niej stał. – Jednak nie mogę spędzić reszty życia z kimś, kto mnie nie kocha, lecz darzy obsesją. Westchnęła i kolejne pół godziny spędziła, drzemiąc w fotelu. Dopiero po tym czasie zjawił się Ronald, prosząc ją, by zeszła wraz z nim, gdyż zaproszeni goście czekają. Z wymuszonym uśmiechem pozwoliła się wziąć pod rękę i wyszła, lekko się trzęsąc. Mimo pewności co do swojej decyzji, ogarnął ją strach w związku z jej możliwymi skutkami. Idąc korytarzem do sali balowej, spotkała Sylvię, również tam spieszącą. Służąca spojrzała na nią smutno i pokiwała z niezadowolenia głową. Stojący przy drzwiach, prowadzących do wejścia na schody balowe lokaje, otworzyli je i oczom Veronici ukazała się wypełniona niemal po brzegi sala. Prawie wszystkie twarze były uśmiechnięte. Prawie wszystkie. Babka Ronalda siedziała w pierwszym rzędzie i nie kryła odrazy, która zagościła na jej twarzy, na widok młodej pary. Na środku półpiętra stał uśmiechnięty ksiądz i kilku jego pomocników. Veronica i Ronald stanęli przed nim. Ich twarze wyrażały zupełnie odmienne nastroje. - Zebraliśmy się tutaj, aby... – zaczął duchowny, lecz zamilkł gdyż nagle na sali rozległ się huk. Wszyscy zebrani odwrócili się w kierunku tylnych drzwi, które właśnie przed chwilą otworzyły się. Stał w nich wysoki mężczyzna, nienagannie odziany w imitujący czerwony mundur wojskowy strój i w tego samego koloru pelerynę. W prawej ręce trzymał złotą laskę, zakończoną łbem węża. Goście poderwali się z krzeseł, nie kryjąc przerażenia. Jednak największe dosięgło babkę Ronalda, która wyglądała, jakby za chwilę miała zemdleć. - Brawo! Brawo! – zaklaskał Gerard, krzywiąc się nieznacznie. – Muszę ci pogratulować stylu, braciszku – rozejrzał się po sali. – Naprawdę umiesz urządzać wesela. Szkoda tylko, że nie byłeś rad zaprosić na niego własnego brata. - Wynoś się stąd! – syknęła stara. – I zabierz od razu tę ladacznicę! Nie chcemy tu takich jak wy! – wskazała na Veronicę, której bladość ustąpiła żywym rumieńcom. - Nie martw się babciu – rzekł czarnoksiężnik, silnie akcentując ostatni wyraz. – Nie przyszedłem tu zakłócać przyjęcia, tylko odebrać to, co należy do mnie. Ruszył wzdłuż sali, a stojące przed nim osoby odsuwały się na bok w ciszy, co po niektórzy schylali głowy. Złota laska, którą raz po raz stukał o podłogę, wydawała głośny, równomierny odgłos. Wspiął się po schodach i stanął tuż przed młodą parą. Veronica nie widziała go już od bardzo dawna i teraz nagle wydał jej się potężniejszy i wspanialszy niż dotychczas. - Odejdź stąd – odezwał się nagle Ronald. – Tu nie ma nic twojego. - Ależ jest, jest – uśmiechnął się krzywo Gerard. – Po cóż to zawitałeś do mojego zamku, Ronaldzie? Żeby odebrać to co moje? Żeby dowiedzieć się cóż to takiego udało mi się dokonać? Może byłeś zazdrosny o moje umiejętności? – kpił sobie czarnoksiężnik, bawiąc się swoją laską. – Otóż zaspokoję twoją ciekawość, braciszku. Tak, udało mi się stworzyć kamień. Nie udało się rodzicom, udało się mnie. - Gdzie on jest? – zapytał ostro Ronald. – Gdzie jest i co chcesz z nim zrobić? - A wiesz, że w tej chwili to cię właśnie powinno zainteresować. Kamień jest bezpieczny, lecz jego fragment miałeś tuż pod nosem. Lecz jak widać, nie na darmo nazywałem cię głupcem. Odwrócił się do Veronici. Wyraz jego twarzy zmiękł nagle i stał się mniej groźny. Oczy jednak nadal błyskały złowieszczo. Gdzieś pośród nich czaił się smutek, żal i gorycz. Nie rzekł nic, tylko chwycił lewą rękę dziewczyny i ściągnął z palca sygnet. - Dlaczego Veronico? – zapytał, starając się utrzymać twardy ton, choć nie wychodziło mu to zbytnio. – Widzisz to cacko? – zwrócił się do Ronalda. – Widzisz ten ładny, zielony kamień po środku? To jest część kamienia filozoficznego, którego oddałem pod opiekę Veronice. Miałeś go przez cały czas i nie zorientowałeś się. Nie jesteś godny nazywać się moim bratem! Wsunął sygnet na swój palec i westchnął ostentacyjnie. - Przykro mi, Ronaldzie. Po raz kolejny coś tracisz na moją korzyć. Ta dama niestety należy do mnie i ja bardzo, ale to bardzo nie lubię, gdy ktoś kradnie moją własność. - Ona nie jest twoją własnością! Nienawidzi ciebie! Powiedz mu Veronico! Powiedz, że to szaleniec i nie chcesz mieć z nim nic wspólnego! – Ronald rzucił jej błagalne spojrzenie. - No powiedz, powiedz! – potakiwał Gerard. – Oznajmij wszystkim tym szanownym tutaj zebranym, że jestem potworem i szaleńcem! No dalej! Biłem cię, poniewierałem, wykorzystałem, zhańbiłem, uczyniłem nieszczęśliwą! Mów jak było! Drżałaś ze strachu i na myśl o mnie, prawda? Wspaniały ze mnie szaleniec? Cały świat jest historią szaleńca. I co, było dobrze? Przecież nam jest tak dobrze... Kukiełki na linkach, którymi rządzą szaleńcy! Powiedz to Veronico! – rzekł niemal jednym tchem. Dziewczyna podniosła dumnie głowę, a na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu i żalu. - To ludzie uczynili z ciebie potwora. Wiedz, że zawsze drżałam na twój widok, jednak nie był to strach. I jeżeli teraz Veronica Gautain zadrży to nie będzie to drżenie spowodowane lękiem, lecz wielkością twojego geniuszu i tragizmu losu! Na moment zapadła kompletna cisza, przerwana szeptem Gerarda: - Veronico... Dwie łzy zaiskrzyły w oczach Ronalda. - Nie! – rzekł głośno. – On cię opętał! Nie może być inaczej, nie może! Straże!! Na schodach pojawiło się kilkoro uzbrojonych mężczyzn. - Nie tym razem, Ronaldzie! – Gerard machnął laską i nagle marmur pod ich nogami rozstąpił się i schody zapadły się tuż pod nimi. Veronica z krzykiem spadała w dół, lecz czarnoksiężnik pochwycił ją w locie i uczepiając się jakiejś liny ze spuszczonego z sufitu materiału, zawisł po środku sali. - Żegnam panów! – zarechotał i nagle, jakby na rozkaz tego diabelskiego śmiechu, sufit zaczął się zapadać. Przerażeni goście zaczęli cisnąć się w kierunku wyjścia głównego. Niestety z zapadającego się sufitu, jakby dziełem niewidzialnej ręki, zaczęła zsuwać się żelazna krata, zamykając wejście. Ronald zeskoczył z poręczy i w ostatniej chwili przeczołgał się pod ostatnią kratą, która zsunęła się w dół, uniemożliwiając ucieczkę. Nie było już dokąd uciec. Gerard stał z przerażoną Veronicą na szczycie tego, co jeszcze pozostało ze schodów. - Patrz Veronico, patrz jak dokonuje się zemsta Nocnego Pianisty! Wszyscy tu obecni, jak stwierdziłaś, są winni tego, kim jestem! I masz rację! Do zobaczenia w piekle nędznicy! – wyciągnął swoją dłoń, na której zabłyszczał sygnet. Jarzące się z niego światło, odbiło się od wielkiego lustra na końcu sali i okoliczne sukna zaczęły się palić najprawdziwszym ogniem. - Trzymaj się – szepnął to wpółprzytomnej Veronici i jednym ruchem pociągnął linę. Kilkadziesiąt przerażonych twarzy obserwowało jak Gerard wraz z Veronicą z zawrotną prędkością zsuwa się w kierunku okna. - Głowa! Uważaj na głowę! – krzyknął, zasłaniając ciało Veronici peleryną, po czym oboje wypadli za okno, pośród huku tłuczonego szkła. Sala balowa na szczęście mieściła się na parterze. Wylądowali pośród śniegu, dysząc ciężko. Chłód i mróz spowodował natychmiastowe otrzeźwienie. Okna płonącego domu zaczęły powoli eksplodować pod wpływem ognia. Z głębi dobiegały jęki i krzyki uwięzionych ludzi. - Uwolnij ich, uwolnij! Spłoną żywcem! – jęknęła Veronica. - Nie, moja droga! – chwycił ją za rękę. - Puść, mnie puść szaleńcze! Pozwól mi odejść! Ileż to jeszcze krwi przelejesz?! - Tyle ile będzie trzeba, idziemy do domu!! - Nie! Zabiłeś swojego brata, wszystkich! – Veronica ostatkiem sił wyszarpywała się z mocnego uścisku Gerarda. - O Ronalda się nie bój. Sukinsyn z pewnością ocalał! Idziemy... powiedziałem, IDZIEMY! Lecz Veronica wyrwała mu się i zaczęła biec w kierunku płonącego domu. Czarnoksiężnik dopadł ją po chwili i uderzył silnie w głowę. Straciła przytomność.
XI Dziwny chłód, który zawładnął jej ciałem nie przemijał, choć miała dziwne wrażenie, że nie jest już na dworze, lecz w jakimś pomieszczeniu. Słyszała odgłos kroków. Kroków kilku osób. Jedne cechowała monotonność i spokój, inne zaś były nerwowe, szybkie i nierówne. Otworzyła oczy i przez chwilę pomyślała, że znajduje się w jakiejś ciemni. Podłoga była lodowata. Mur, o który leżała oparta również. Płonące pochodnie delikatnie oświetlały korytarz. Poznała to miejsce. Podziemia zamku Gerarda. Gdzieś, nieopodal niej rozległ się dziwny szmer i stukot. Gerard stał do niej tyłem i majstrował coś przy ścianie. Czując nagły przypływ sił, podniosła się cichcem, zastanawiając się, w którą stronę powinna uciekać. Zrobiła krok na przód i szybko obejrzała się za siebie. Czarnoksiężnik nadal coś robił i nie zwracał na nią uwagi. Już miała wykonać kolejny krok, gdy usłyszała zimny, twardy głos. - Dokąd to się wybierasz, kochanie? Słowa te podziałały jak siła napędowa. Veronica rzuciła się do ucieczki, odpychając się rękoma o ściany. - Wracaj tutaj, słyszysz!? Wracaj mała oszustko! Nawet nie obejrzała się za siebie. Biegła coraz szybciej. - Gdzie chcesz uciec? Nie masz dokąd pójść! Nie uciekniesz przede mną! Wracaj! Straszliwy głos rozlegał się w całych podziemiach. - Nie! – krzyknęła rozpaczliwie. Nagle tuż przed nią, wyrósł jak z pod ziemi Gerard, z założonymi na piersiach rękoma. Cofnęła się przerażona, chcąc uciekać w drugą stronę, lecz czarnoksiężnik był szybszy. Chwycił ją wpół, nie zważając na jej krzyki i szamotaninę. - Dosyć już tego! – warczał. – Dosyć zabawy w kotka i myszkę. Nadszedł czas!
Już dosyć tych gierek wojny nadszedł kres! Już dosyć prób nędznych duszy mej!
- Puść mnie, proszę... puść! – Veronica wyrywała się i kopała jak mogła. Puścił ją, lecz jednocześnie chwycił za rękę i zaczął ciągnąć za sobą z niewyobrażalną siłą.
Młoda pianistka geniuszem w swym rodzaju była! Obiecywała requiem dla samotności a pod sercem nienawiść i zdradę kryła!
Część 22 / 2
Nie mogąc dłużej ciągnąć za sobą dziewczyny, ponownie pochwycił ją w pasie, unosząc do góry i ciągnąc niczym łowca swoją zdobytą zwierzynę. Czując, że dziewczyna próbuje się wyswobodzić, wpadł w jeszcze większy szał. - Przestań nędzna niewiasto, mówię ci przestań!! – szarpnął ją za włosy. - Zostaw, puść! To boli! Gdzieś z głębi zamku wydobywały się złowrogie głosy.
Szaleniec i morderca requiem już dla siebie śpiewa! Pomści własne nieszczęście lecz zguba wieczna już czeka!
- Teraz pożałujesz swego czynu, Veronico! Za chwilę dowiesz się odrażającej prawdy, lecz nigdy jej już nie wyjawisz! Nigdy! Słyszysz!? Schodzili coraz niżej. Schodził właściwie sam Gerard, gdyż Veronica uwięziona w jego objęciach, szamotała się jedynie i głośno krzyczała.
Od nikogo żadnego współczucia! Od nikogo ciepłego słowa i miłości! Jedynie pogarda dla mej pasji i życia widok ludzkiej twarzy skrzywionej we mdłości!
Tuż przed nimi otworzyły się na oścież tajemnicze drzwi. Gerard wypuścił z objęć dziewczynę, jednocześnie popychając ją silnie, by weszła do środka. Veronica ujrzała przed sobą straszny widok. Dwa szkielety, przyczepione do ściany żelaznymi łańcuchami, niemal wisiały bezładnie. Z pewnością to o nich wspominała Sylvia. Gerard zatrzasnął drzwi. - Witam cię w moich prawdziwych posiadłościach, Veronico! – wybuchnął śmiechem prawdziwego szaleńca. – Moja zemsta za chwilę dobiegnie końca. Myślałaś, że sobie odpuszczę? Czarnoksiężnik coraz bardziej zbliżał się do niej. Veronica oddalała się, aż w końcu uderzyła plecami o ścianę. - Dlaczegóż miałbym nagle stać się potulnym barankiem, skoro jestem... potworem!? A tak poza tym, to ty bardzo nieładnie mnie OSZUKAŁAŚ! Nagle coś dziwnego uniemożliwiło Veronice ruchy nóg. Żelazny łańcuch, wyrósłszy jak z pod ziemi, owinął się wokół jej nogi, wrzynając w skórę. Syknęła z bólu, lecz nie spuszczała wzroku z Gerarda. Wtem kolejny łańcuch pojawił się na jej drugiej nodze. Czarnoksiężnik ponownie się roześmiał. - No, dalej! Teraz sobie możesz krzyczeć! Nie krzyczysz? Dalej, krzycz! – szarpnął nią silnie. – Nic cię teraz nie uratuje... no, może prócz ciebie samej. Popchnął ją, zmuszając, by uklękła. - Zacznij nowe życie wraz ze mną! Wykup nasze życie swoją miłością! Przysięgnij mi miłość! Teraz, tutaj, przed moimi nieszczęsnymi rodzicami, który zrodzili potwora! Dalej! – znów pochwycił ją za włosy. Veronica ukryła twarz w dłoniach, szlochając głośno. - Przestań beczeć! Gdzie jest ta odważna osoba, co sprzeciwiła się właśnie mnie!? Gdzie ta odważna Veronica, która ośmieliła się uciec przede mną!? Przysięgaj swoją miłość, ale to już! - Płakałam nad twoim losem, Mistrzu. Moje łzy - gorące i pełne współczucia, były prawdziwe. Teraz to dzięki tobie zamieniły się w sople lodu i stały się łzami nienawiści! Gerard zaczął miotać się po pokoju jak szalony. - Wybacz mi Veronico, proszę, wybacz... - Nie! Och, jeszcze do niedawna przysięgłabym, że cię kochałam, szanowałam i pomimo zła, jakie mi wyrządziłeś, wybaczyła. Teraz widzę tylko potwora, ogarniętego szaleństwem i obsesją. Nie proś mnie o wybaczenie... Umrę prędzej, niż przysięgnę miłość przed tobą! - A więc dobrze! Nie będę cię miał jako żywy, to będę miał jako martwy! Dałem ci wybór: resztę życia wraz ze mną, lecz ty wybrałaś przesyłkę prosto do naszego grobu! Wedle twojego życzenia, kochanie. Veronica ponownie zaczęła płakać. Czarnoksiężnik przesunął na środek wielkie lustro, które stało w rogu. - Kiedyś mówiłeś, że nie możesz mi dać tego, czego oczekuję. Dlaczego? Och, Gerardzie, dlaczego to robisz? Dlaczego żądasz ode mnie wyznań miłości, skoro nigdy mnie o nie prosiłeś? Akurat teraz? Cóż ci zawiniłam? Uciekłam ze strachu. Jesteś mordercą! Spójrz prawdzie w oczy! Zamordowałeś rodziców, mojego ojca, tamtych ludzi... Kogo jeszcze? Teraz nas!? Dlaczego? Powiedz mi dlaczego?! Gerard rąbnął ze złości pięścią w stół. - Dlaczego, dlaczego, dlaczego!? - przedrzeźniał. - Chcesz wiedzieć!? Proszę bardzo! Szarpnął ją, by powstała. W jego oczach błyskały teraz groźne iskry. Twarz wykrzywiła się w akcie odrazy i rozpaczy zarazem. - Moi rodzice nie byli magami. Zwykli śmiertelnicy, którzy pragnęli czegoś więcej niż zwykłe życie. Zwykli nieudacznicy, głupcy! Nie wystarczało im to, co mieli. Nie wiedząc co robić, udali się na rytuał satanistyczny. Tam doznali objawienia oraz wskazówki co do osiągnięcia nieśmiertelności. Według niego, osiągnąć nieśmiertelność miał zapewnić im ich własny syn - geniusz. Owe dziecko miało być poczęte za sprawą szatańskiego preparatu. Musieli wykopać trupa z podmiejskiego cmentarza, świeżo pogrzebanego. Do sporządzenia tej obrzydliwości posłużyli się też własną krwią. Do czego to ludzie są zdolni, prawda? – wybuchnął spazmatycznym śmiechem, lecz natychmiast diabelski śmiech ustąpił nagłemu atakowi czkawki. – Moja matka tuż po zażyciu tego świństwa, zaszła w ciążę... ze mną! Gdy się urodziłem, wszystko było jasne. Moje oczy ciskały diabelskimi iskrami, nie czułem nic. Nie płakałem, nie czułem potrzeby przebywania wraz z matką. Gryzłem ją, kopałem. W dodatku zacząłem wykazywać dziwne zdolności, które były po prostu magią! Nieszczęsna myślała, że jak mnie ochrzci, to szatan opuści jej rodzinę. Ksiądz, który spróbował mnie ochrzcić padł trupem, jak tylko przyłożył rękę do mojego czoła! Veronica osunęła się na ziemię, dysząc ciężko. Gerard widząc jej przerażenie, jeszcze bardziej zaczął się śmiać, pomimo tego, że czkawka go nie opuszczała. - Wtedy padła ostateczna decyzja. Dziecko trzeba było zabić! Zamordować własne dziecko! – czarnoksiężnik mimo woli skrzywił się. – Nikt nie wiedział, że właśnie tego pragnął szatan. Krwi dziecka, które nie było winne temu, co z niego zrobiono! Przez pychę, zło i chciwość! Moje życie uratowała Elizabeth – ówczesna pokojówka moich rodziców. Porwała mnie i ukryła właśnie w tym zamku. To nieco poprawiło moją sytuację, lecz nie do końca. Nikt prócz niej się mną nie zajmował. Bali się nie tyko moich zdolności…