Fantastyka · 29 min czytania
Nocny Pianista rozdział VI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
VI Minęły zaledwie dwa dni od wyjazdu, a raczej zniknięcia Gerarda, a za oknem spadły pierwsze płatki śniegu. Uradowana tym faktem Veronica, już z samego rana, nie racząc zejść na śniadanie, udała się do ogrodów zamkowych. Zima przyniosła oczekiwane przez nią od dawna orzeźwienie, po upalnym lecie. Na zamku przebywało teraz coraz mniej osób, gdyż prace ogrodowe ustały z powodu nagłej zimy. Biegała, brodziła wśród śniegu, próbowała nawet ulepić bałwana, ale śnieg jeszcze się do tego nie nadawał. Spędziła dobrych kilka godzin na wszelakich rodzaju zabawach, w które próbowała wciągnąć również i inne osoby. Niestety z miernym skutkiem. Jakoś nikt nie wykazywał ochoty do dziecinnych zabaw. Gospodyni Elizabeth wyjaśniła to nieoczekiwanym spadnięciem śniegu i zmianami w nastroju domowników. Około południa, głód zaczął dawać o sobie znaki, więc cała zarumieniona, zdyszana Veronica, udała się do zamku. Przy drzwiach wejściowych jak zwykle stał wysoki, umundurowany mężczyzna, który nigdy się nie śmiał, tylko od czasu do czasu stroszył swoje brązowe wąsy. Tym razem, jednak rozmawiał z nieznajomym mężczyzną, który zdawał się wykonywać dość agresywne ruchy w stosunku do odźwiernego. - Już mówiłem panu, że czarnoksiężnika nie ma w domu i niestety nie mogę pana wpuścić! – brązowe wąsy znów nastroszyły się w gniewie. - Nie wierzę w to, sir i nalegam, by mnie wpuszczono. Ta sytuacja nie może dłużej trwać, proszę... - Ależ pan się głośno zachowuje – Veronica stanęła tuż za nieznajomym, podpierając biodra rękoma i wpatrując się w niego z zagniewaniem. Mężczyzna odwrócił się i dziewczyna spłonęła rumieńcem, choć na jej zaczerwienionej od mrozu twarzy, nie było tego raczej widać. - Ronald.... - Nie prosiłam pana o przedstawienie się – przerwała mu Veronica, widząc jak nieznajomy skłania się nisko, wymawiając swoje imię. – Czarnoksiężnika nie ma w domu, proszę przyjść jak wróci. - To sprawa nie cierpiąca zwłoki. Czy może pani się z nim jakoś skontaktować? Veronica zacisnęła dłoń, na której spoczywał sygnet. - Nie, proszę pana. Jest bardzo zimno – dodała po dłuższej chwili. – Zechce pan wejść i zjeść z nami obiad? - To będzie dla mnie zaszczyt – Ronald uśmiechnął się, a w jego policzkach pokazały się śliczne dołeczki. Był bardzo przystojny, wysoki, o brązowych, wesołych oczach i równie brązowych włosach. Cerę miał jasną, świeżą, zaczerwienioną od mrozu z delikatnym zarostem. Widać był jeszcze bardzo młody. Dziewczyna czując na sobie uważne spojrzenie nieznajomego, zaczerwieniła się jeszcze bardziej i wyminęła mężczyznę, każąc odźwiernemu otworzyć drzwi. - Przebyłem bardzo długą drogę – zaczął wyjaśniać Ronald, zdejmując płaszcz i strzepując zeń śnieg. – Nie zawitałem nawet do domu, choć było po drodze. - Gdzie pan mieszka? – zapytała Veronica. - Moim domem jest świat – odrzekł, a widząc zdumione spojrzenie dziewczyny, dodał już nieco weselej – Dużo podróżuję, a mieszkam niedaleko stąd. Nazywają ją Doliną Trzech Jezior, słyszała pani? - Nie, niestety. - W takim razie zapraszam jak tylko skończy się zima! Nie ma cudniejszego widoku ponad tamten – Ronald ponownie ukazał swoje dwa dołeczki w policzkach. - Wierzę na słowo – Veronica skinęła ręką, każąc iść za sobą, prosto do jadalni. Nieznajomy szedł za nią posłusznie, rozglądając się z dziwną ciekawością wokoło. Dziewczyna czuła pewną satysfakcję, w końcu to ona tutaj rządziła, a ten przystojny mężczyzna mógł tylko podziwiać i zazdrościć. - Piękny zamek – głos Ronalda zadudnił w pustym hallu. – Czarnoksiężnik musiał się nieźle namęczyć przy jego „upiększaniu” – ostatni wyraz mężczyzna niemal przeliterował. Veronica milczała i szła przodem, zastanawiając się, co ten człowiek miał na myśli, mówiąc o „upiększaniu”. Doszli do dużych, zdobionych w drewnie drzwi, które były wejściem do jadalni. Ronald nie wykazał żadnych „ochów” i „achów”, będąc już w pomieszczeniu. Veronica miała nieodparte wrażenie, że mało go interesowało to, co się tu znajdywało, choć gdy było się tu pierwszy raz, nie można byłoby pewnie oderwać wzroku od uroku zamku. Przynajmniej ona tak się zachowywała podczas swoich pierwszych dni pobytu. Nieznajomy sprawiał wrażenie, jakby był tu nie pierwszy raz, choć czasem rozglądał się wokół siebie. Jego uwaga była skupiona wyłącznie na Veronice, jakby ona miała być jakimś szczególnym obiektem badań naukowych. Milczeli przez dłuższy czas i dopiero pod koniec obiadu Ronald zdołał wyrzucić z siebie to, co widać było go gryzło od momentu, gdy spotkał Veronicę przy wejściu. - Czy pani nazywa się Veronica Gautain? – zapytał. - Skąd pan wie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, lekko zaniepokojona. - Tu wszyscy o pani mówią. Przynajmniej moi znajomi. Dziwimy się, że może tu pani mieszkać, w zamknięciu, u boku... czarnoksiężnika – ostatnie słowo przeszło przez gardło Ronaldowi jak wyjątkowo duży kąsek jedzenia. - Tu jest bardzo pięknie, wesoło i tajemniczo zarazem. Nie widzę powodu, dla którego ktoś nie chciałby tu mieszkać – Veronica wzruszyła ramionami. - Ja bym nie chciał – odparł spokojnie Ronald. – Wolę powiew „świeżego” powietrza, przygodę, świat, ciepło rodzinnego domu. Tutaj niczego takiego bym nie znalazł. Dziewczyna utkwiła wzrok w talerzu. Przed chwilą ten mężczyzna powiedział coś, co ją bardzo zabolało. Zatęskniła za domem. - Boli, prawda? – zapytał, spoglądając na nią czule. – Tęskni pani do domu, do prawdziwej miłości, ciepła, wolności. Czyż nie? Veronica tylko westchnęła, ale nic nie odpowiedziała. - Proszę wybaczyć śmiałość i poufałość... Co cię tu trzyma? Chyba nie powiesz mi że to coś, co nazywa siebie czarnoksiężnikiem? Dziewczyna zamrugała nerwowo oczami. - Jak to „to coś”? – zapytała zdziwiona. - Tak, Veronico. To „coś” cię tu przywabiło i trzyma w zamknięciu. Nie widzisz tego? - Ależ on mnie do niczego nie zmuszał. Przyszłam tu dobrowolnie, nawet kazał mi odejść, na co się nie zgodziłam – obruszyła się Veronica. - Bardzo sprytne z jego strony. Wyczuł twój słaby punkt i teraz się go trzyma. „Odejdź Veronico, odejdź.” I nie odejdziesz, bo ci go żal, prawda? - Jesteś drugą osobą, która źle się o nim wyraża. Dlaczego tak go nie lubicie? - Znam go – odparł z goryczą Ronald. – I wierz mi, nie chciałbym mieć z nim do czynienia, nawet raz w życiu. - Na jakiej podstawie tak sądzisz? – Veronica czuła, że ta dyskusja przeradza się w otwartą wojnę i nie zamierzała jej przegrać. - Na razie nie mogę ci powiedzieć. Wiedz jednak, że wiem o nim bardzo dużo i ze szczerego serca życzę ci, żeby się od ciebie odczepił. - Dziękuję, ale sobie poradzę – warknęła. Cała ta dyskusja zaczęła się robić niebezpieczna. Nieznajomy najwyraźniej chciał nastawić ją przeciwko czarnoksiężnikowi. Wywołało to u niej oburzenie, gdyż nigdy nie znosiła fałszywych osób. Być może robił to z jakichś osobistych pobudek, które zapragnęła poznać. - Czy on cię kiedykolwiek dotknął? – zapytał znienacka Ronald. - Cóż to za pytanie? – oburzyła się. - Odpowiedz! - Tak, czasami, ale rzadko. Nie myśl sobie, że on mnie nie szanuje! - Nie chodziło mi o to, co masz na myśli. Wiem, że prawie wcale cię nie dotyka i w ten sposób uważasz, że cię szanuje. Nie myśl, że gdyby mógł to zrobić, nie zrobiłby tego. - Co mam przez to rozumieć? Ronald uśmiechnął się, lecz tym razem krzywo i kwaśno. - On i tak cię nie czuje, Veronico. Jestem więcej niż pewien, że wścieka się z tego powodu. Veronica zamarła z widelcem w ręku. - Jak to nie czuje? - Po prostu nie czuje. To tak jakbyś teraz wyciągnęła rękę, chcąc mnie złapać, a poczułabyś tylko powietrze. - Kłamiesz. - Mówię prawdę. Jak nie wierzysz, to zapytaj jego samego. Mieszkasz z nim od dłuższego czasu. Każdy normalny mężczyzna widziałby w tobie kobietę, prawda? Ale on nie. On tylko cię traktuje jak własną muzę, czyż nie? Wiedział za dużo. Stanowczo za dużo. Veronica wstała gwałtownie od stołu. - Nigdy cię nie tknie, nie powie, że cię pożąda, bo to mu nic nie da. Nie poczuje ciepła twoich dłoni, delikatności twoich włosów. Niczego. – ciągnął dalej Ronald, któremu najwyraźniej sprawiało satysfakcję, wyjawianie dziewczynie tej okrutnej prawdy. – Cóż to za uczucie wiedzieć, że choćbyś nie wiem jak się starała, on niczego nie odczuje? - Daj mi spokój! Jesteś okrutny! - Veronica trzasnęła sztućcami o stół i wybiegła z jadalni. - Po co jej to mówiłeś? – odezwała się Elizabeth. - Bo nie mogę patrzeć jak on nią powoli zawładnie, a ona stanie się ptakiem w klatce. Ktoś musi jej powiedzieć prawdę. - Lepiej żebyś to nie był ty. Przynajmniej dla twojego własnego dobra – Elizabeth pokiwała głową z niezadowolenia. Veronica pobiegła prosto do swojej sypialni. Będąc już w środku rzuciła się na łóżko i wtuliła głowę w poduszkę, starając się nie oddychać. Leżała tak aż do zapadnięcia zmroku. Starała się zapomnieć o tym, co usłyszała przy obiedzie, lecz na próżno. Czy to możliwe? Czy to możliwe, że człowiek, który jest takim wspaniałym artystą, nie czuje? Przecież to absurd. Nagle przypomniała sobie swoją wizytę w amfiteatrze. Znów widziała przed sobą Gerarda, grającego na fortepianie i tę cudowną melodię z niego wypływającą. Jego dłonie niemal nie dotykały wtedy klawiszy. Nie czuł ich. Czuł po prostu muzykę. Jak mogła to przeoczyć? Niemal niczego nie dotykał. Wszystko jak pod wpływem magnesu przyciągało się do niego, ale rzadko kiedy trzymał coś w ręce. Dlaczego nie zwracała na to wcześniej uwagi? To, że był czarnoksiężnikiem, przyćmiło jej rozsądek. W końcu mógł robić wiele rzeczy. W pokoju zapanował już całkowity mrok. Veronica zsunęła się z łóżka, wyciągnęła dłonie i zaczęła łapać powietrze. Dotykała po kolei, po omacku wszystkie sprzęty w sypialni. Starała sobie wyobrazić jak to jest nie czuć. Gdy jej empatia sięgnęła szczytu, wiedziała już jak to mogło być. Zaczęła coraz bardziej współczuć Gerardowi. Nie mogła sobie wyobrazić co by to było, jakby ona nic nie czuła. To tak, jakby istnieć w rzeczywistości w postaci ducha. Nic przyjemnego. Utrata jednego ze zmysłów. Po prostu koszmar. Dlaczego on go nie miał? Teraz to pytanie nurtowało jej umysł. Coś zielonego zabłysnęło w ciemnościach. Jej sygnet. Pogładziła go palcem. Dlaczego teraz cię tu nie ma? Wyjaśniłbyś mi wszystko, pomyślała. Usiadła z powrotem na łóżku i wpatrywała się w ciemność przed sobą. Nie wiedziała czemu to robi. Lubiła jednak siedzieć nieruchomo i patrzeć w nic. Nagle delikatny powiew dziwnego wiaterku omiótł jej szyję, potem ręce i resztę ciała. Nadal siedziała nieruchomo, ale uśmiechała się do siebie. - Jesteś tu, prawda? Jesteś... czuję cię – szepnęła. W pokoju nadal panowała cisza, przerywana szumem wiaterku. - Odezwij się. Muszę cię o coś zapytać. Wiem, że tu jesteś... Mistrzu? Jeszcze przez chwilę słychać było tylko bzykanie jakiejś muchy na oknie, a po chwili odezwał się znajomy, cudowny głos.
Cóż to za chłopiec tu przybył? Cóż to za gość do nas zawitał?
Veronica uśmiechnęła się szeroko, ale nadal nie wstała z łóżka. Wydało jej się, że w ciemnościach dostrzegła zarys postaci. - To Ronald... Podobno cię zna i ma do ciebie sprawę, Mistrzu.
Głupi chłopiec! Zawitał nie w porę. Zaproś go tu na dłużej. Mistrz chce znać jego zamiary.
- Tak, oczywiście – odparła Veronica. – On powiedział o tobie coś dziwnego... – dodała i urwała po chwili, nie wiedząc czy dobrze robi. - Cóż takiego powiedział? – głos Gerarda nie był już melodyjny. Wyczuła, że mimo wszystko dobrze zna odpowiedź na swoje pytanie. - Mówił, że... że nic nie czujesz. Czy to prawda? Znów zapanowała cisza. Tym razem całkowita. Dziwny zarys postaci zniknął w mroku. - Jesteś tutaj nadal? Mistrzu? Poczuła dotyk chłodnej dłoni na swoim karku. - To prawda, Veronico. Powiedział prawdę. Veronica przytrzymała jego dłoń, oddychając głęboko. - Wiesz, że teraz cię dotknęłam? - Wiem, widzę. - Ale nie czujesz? - Nie. - Dlaczego Gerardzie, dlaczego? – łza spłynęła po jej policzku. – Nie powiedziałeś mi. - Nie mogłem. Może kiedyś ci wszystko wyjawię. Nie teraz jednak, nie teraz. Musisz zrozumieć. - Próbuję – westchnęła. – Wiem, jak ci ciężko. Czy można coś zrobić, żebyś znów czuł? - Sądzę, że nie. Nie chcę o tym rozmawiać. Głaskał jej włosy, szyję, twarz. Wiedziała, że siedzi tuż za nią, ale nie odważyła się odwrócić. - Wiedz, że chciałbym to umieć. Umieć czuć wszystko dookoła, a zwłaszcza ciebie. Niczego innego teraz nie pragnę. Lecz to niemożliwe. Idź lepiej spać, Veronico. - Zostań ze mną, dopóki nie zasnę – położyła się, nakrywając kołdrą aż po szyję. Poczuła jego oddech tuż nad swoim uchem, delikatny dotyk jego dłoni na głowie. - Zostanę, ale śpij. Poproszę dziś gwiazdy, by śniły ci się najcudniejsze sny. Veronica uśmiechnęła się. - A ja je za to ubłagam, żeby choć w snach przywróciły ci czucie – westchnęła i zamknęła oczy. - Tak, poproś. Może ciebie wysłuchają. Mnie nigdy nie chciały – odparł z lekkim rozżaleniem i zniknął. Veronica już spała i uśmiechała się przez sen. O czym śniła? O tym, co tylko dobrze ułożone do snu dziecko może śnić. ***
Odgłos kroków odbijał się echem po zamkowych podziemiach. Płonące pochodnie rzucały cienie na mroczne, kamienne mury, przybierając co jakiś czas złowrogie kształty. Kroki na chwilę ucichły, dając znak, że ich właściciel zatrzymał się. Na sąsiedniej ścianie pojawił się zarys wysokiej postaci. Ów cień wyciągnął sztylet i ponownie ruszył przed siebie. Szedł coraz szybciej i szybciej... Za rogiem zadudniły kroki drugiej osoby. Zatrzymał się, przylgnął do ściany, zaciskając sztylet w pięści. Wstrzymał oddech, nasłuchując jak niepożądana osoba zbliża się do niego. Była już tylko kilka stóp dalej... Jeszcze chwila, jeszcze moment i będzie po wszystkim... Donośny, kobiecy krzyk rozniósł się po podziemiach. Kobieta podniosła się gwałtownie z ziemi, otrzepując suknię. - Co tu u diabła robisz? – syknęła na widok Ronalda. - Śledzę go, moja droga – odparł zmieszany napastnik, masując sobie nogę, której o mało nie złamał, rzucając się na gosposię. - Nie wygłupiaj się, jego tu nie ma. Za to ona cię szuka od pewnego czasu. Lepiej żeby nie wiedziała, iż buszowałeś w podziemiach. Ronald zrobił kwaśną minę. - Muszę ich odnaleźć, Elizabeth! Oni muszą tu gdzieś być! - Może i są, nie wiem, ja wolę się w to nie mieszać. Lepiej już chodź ze mną! Ruszyli wzdłuż podziemnego korytarza, którego dziwne malowidła ścienne przyprawiały o ciarki na plecach. - Jesteś już w to zamieszana, Elizabeth. Pomogłaś mi w wielu sprawach. Chyba nie zamierzasz się teraz wycofać? – spojrzał na nią uważnie. - On czuje pismo nosem. Nie jest idiotą. O nie! – Elizabeth pokręciła głową. - Myślę, że jeszcze go nie poznaliśmy. Czuję zbliżającą się tragedię. To wszystko jest…