Fantasy · 7 min czytania
Noel
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na spieczonej słońcem planecie, na planecie, która jest najbliżej słońca, na planecie, na której wszystko i wszyscy wymarli, na planecie tej zachował się jeden kwiat. Historia tej planety była taka: Bóg ją stworzył, podobnie jak i Ziemię i resztę planet. Bóg ją wyposażył w rośliny, zwierzęta i ludzi, podobnie jak i na Ziemi. Była to pierwsza planeta, jaką Bóg stworzył. Na początku panowały tu ciemności. Kiedy ludzie już przyzwyczaili się do tych ciemności i zaczęli sobie dobrze radzić bez światła, Bóg dał im światło: stworzył Słońce. Prawda była taka, że Bóg bał się tych ludzi, których stworzył na tej planecie, bo posiadali oni więcej uczuć, niż on sam. Toteż Bóg zastosował niewinny żart: umieścił słońce zbyt blisko tej planety. Wszystko i wszyscy spłonęli. Ale jak już mówiłam, zachował się jeden kwiat. Był ogromny. Czarny. Miał doskonale wyrzeźbione kształty, mieniące się doskonałą czernią. Był piękny. Ale kto miał to piękno docenić? Bóg nie wiedział dlaczego, ten kwiat pozostawał niewzruszony na gorące promienie słońca. Bóg nie wiedział, że kwiat ten rozkwitał i mając cały zapas wody, którą czerpał z ziemi, nie usychał. To nieprawdopodobne, jak zaciętą walkę toczył ze słońcem, by przeżyć. Po co chciał żyć, skoro miał już do końca być samotnym? Dni mijały, a kwiat dojrzewał coraz bardziej. Bóg był z niego niezadowolony, ale mimo to pozostawił go samemu sobie. Sądził, że i tak prędzej czy później uschnie. Po co miał tracić czas i brudzić sobie ręce? Nawet nie wiedział, jak bardzo się mylił. Jednego dnia kwiat zaczął poruszać się niespokojnie. Po długich godzinach męki, jaką musiał przejść, wydostał się z niego człowiek. I w tym momencie zdaliśmy sobie sprawę z nadzwyczajności tego kwiatu, bowiem kwiat zrodził człowieka. W jego czarnych, jedwabnych płatkach leżała mała istota, tak samo czarna jak i kwiat. Nie chodzi o kolor skóry. Długie, czarne włosy spływały mu na ramiona, a ich kres spoczywał bezwiednie u samych kolan. Jego sylwetka przesadnie wychudzona i anemiczna. Twarz nienaturalnie blada. Pod powiekami kryły się ciemne oczy, przyozdobione długimi, czarnymi rzęsami. Nie był nagi. Miał na sobie strój w kolorze czerni, ciasno przylegający do jego ciała. Spał. Śnił mu się koszmar. Skąd to wiem? Ponieważ poruszał się niespokojnie i miał silne dreszcze. Kwiat nie mógł mu pomóc. Trochę to trwało, a potem nastąpił KRZYK. Przerwał odwieczną cisze planety. Człowiek obudził się z koszmarnego snu. Śniło mu się życie. Życie to koszmar. Życie to zły sen. Życie to nierzeczywista przygoda, która kończy się raczej niezależnie od naszej woli. Jego życie się właśnie skończyło. Zeskoczył na popękaną ziemię i zaczął rozglądać się zdezorientowany. Przed chwilą jeszcze był w zupełnie innym miejscu. W miejscu pełnym ludzi, pełnym wrzasku. Tu nie było niczego innego oprócz pustki. Spojrzał na kwiat, który ostatkami sił wydał go na świat. Był martwy. - GDZIE JESTEM? - zapytał, a pytanie to uniosło się wysoko nad nim, uniesione przez echo. Jego głos był nadzwyczaj melodyjny. Bóg nie rozumiał. Nie rozumiał, skąd się tu wziął ten człowiek. Postanowił improwizować. Postanowił do niego przemówić. - OTO STAŁO SIĘ TO, CZEGO CHCIAŁEŚ. – rzekł Bóg. - NIE ROZUMIEM.…