Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 15 min czytania

Nokturn 1/4

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

*** pokład Syzyfa – 6 ***

Za oknem rozciągała się ogromna żółtopomarańczowa kula. Gdzieniegdzie pstrzyły się niebieskawe plamy, podobno huragany. Nieopodal majaczyła zaś Stacja Przesiadkowa. Mimo braku wrażenia ruchu jej kontur szybko rósł. Na orbicie wokół planety walały się symboliczne ilości śmieci a ruch statków był niewielki, więc ogromny dwukilometrowy twór przypominjący bączka prezentował się znakomicie. Satelita lśnił niczym mała gwiazda. Odruchowo szukałem liny łączącej Stację z wierzchołkiem Wieży, ale zarówno tytaniczna budowla jak i niby-włókno były niewidoczne. Odległość była jeszcze kolosalna. Wróciłem wzrokiem do planety. Przyglądając się dłużej można, podobno, rozpoznać pojedyncze kompleksy chmur rozciągające się tu na setki kilometrów. Mnie się nie udało. -Nokturn – powiedziałem do siebie –złowieszcza nazwa. -Prawda? – zgodziła się cicha do tej pory kobieta. Stała lekko za mną i nie zauważyłem jej wcześniej. -Zresztą może to nie najlepsze określenie – odarłem, nie okazują zdziwienia, z lekkim wzruszeniem ramion. – Może pani zaproponuje lepsze? -Groźna – rzuciła. -Odstrzęczająca. -Zła. -Złowroga. -Smutna. -Nieprzychylna. O to mi chodziło. –Zmierzyłem ją spojrzeniem. Wyglądała dziwacznie, przynajmniej dla mnie. Pochodziła pewnie z odległej planety, może też odległej kultury. Była wysoka, musiała mieć, co najmniej dwa metry. Tylko raz widziałem tak wysokiego człowieka. Kobieta przy swoim wzroście zachowała dość muskularną sylwetkę. -Spodobałam się? – bezczelnie skwitowała nieznajoma. Lekko się zdziwiłem, ale tylko lewa brew mnie zdradzała. Wątpię by ktoś to zauważył. -Raczej średnio – odparłem zgodnie z prawdą – dobrym słowem byłoby tu zainteresowałam. -Też dobrze – zgodziła się, ale zaraz jej twarz wykrzywił wściekły wyraz – Słowa, słowa, słowa… Skąd jesteś? -Dobre pytanie. Urodziłem się i wychowałem na Kowadle, jeżeli o to ci chodzi. -O to. Kowadło, nie znam. Pewnie jakaś dziura? – Nie wiedziałem czy chciała wyprowadzić mnie z równowagi czy po prostu obrazić. Zresztą może rzeczywiście tak to odbierała. -Ja wiem? – odpowiedziałem dyplomatycznie. – Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Jednak, jeżeli cię to pocieszy prowincja, na której mieszkałem uchodziła za zadupie nawet na Kowadle – wyszczerzyłem zęby w quasi życzliwym uśmiechu. -Bardzo zabawne – odpowiedziała skołowana kobieta. Szybko jej twarz przybrała ponury wyraz, który był jej chyba zwyczajową miną. – Od kiedy jesteśmy na ty? -Jestem na ty z każdym, kto próbuje mnie obrazić. To ułatwia… - zawahałem się – perspektywę. –Kobieta spięła się, ale szybko się rozluźniła i zaszczyciła mnie czymś w rodzaju uśmiechu. -Dziwny z ciebie mężczyzna. U nas takiego nie znajdziesz. -Są inni? – spytałem z lekkim zdziwieniem. -Tak. Mniej zniewieściali – dodała z zimnym uśmiechem i jakimś nieokreślonym, okrutnym błyskiem w oku. Nie odpowiedziałem, czekając aż się speszy. Stacja Przesiadkowa wypełniała już pół widnokręgu. Przypuszczałem, że teraz będziemy dokować, jednak komunikat z głośnika stwierdził, co innego. -Weszliśmy na orbitę stacji. Rozpoczynamy proces hamowania, trwający trzy okrążenia planety. Pasażerowie są proszeni o zajęcie miejsc w kajutach. – Stacja błyskawicznie została za nami. Niemal jednocześnie poczułem siłę ciągnącą mnie do wizjeru. Drgnąłem nieprzygotowany. Moja towarzyszka porządnie się zaparła, więc nawet się nie zachwiała. Została chwilę i odwróciła się chcąc zapewne odejść do kajuty. Lekko musnąłem ją rękaw. Nie powinna tego nawet poczuć, jednak zatrzymała się i spojrzała z pytaniem i jakby oczekiwaniem. -Czy Pani mnie przypadkiem nie podrywa? – spytałem, choć zanim to wypowiedziałem wyczułem błąd i jakby niestosowność mojego przypuszczania. Kobieta zdziwiła się i wybuchła śmiechem. Suchym i stłumionym. Potem odeszła. Wróciłem spojrzeniem do planety. Wypełniała cały wizjer. Z tej perspektywy była brzydka. Mój dalszy los wydał mi się w tej chwili niepewny.

***Stacja przesiadkowa ***

Syzyfem leciało czterdziestu pasażerów. Większość z nich to, jak ja, rozbitkowie na wodach życia. Często przestępcy i uciekinierzy. Zawsze desperaci. Nokturn rozdawał ziemię i maszyny, dawał prawa i ulgi, zachęcał, kusił, mamił. Jednak wygodne społeczeństwa zindustrializowanych planet nie chciały oddawać swoich równie wygodnych obywateli na żer morderczej planety. Tak rozmyślając czekałem w szybko topniejącej kolejce. Zero G. Do podłogi przyciągała mnie tylko elastyczna lina poruszająca się w specjalnych prowadnicach. Zauważyłem, że przeważająca większość moich współpasażerów po krótkiej rozmowie z urzędnikiem kieruje się wzdłuż niebieskiego śladu starannie wyrysowanego na podłodze. Kilku machnęło jakimś dokumentem i poszło w kierunku wyznaczonym przez zielony ślad. Dwie osoby podążyły czerwonym szlakiem. Lilipuci mężczyzna i kobieta, którą poznałem niedawno. Pobudziło to moją ciekawość. Fakt, że najprawdopodobniej już nigdy się nie spotkamy nie miał tu żadnego znaczenia. -Witam. Młodszy intendent do spraw przepływu ludności. Można prosić pana godność? – nad wyraz grzecznie spytał urzędnik. Odpowiedziałem. -Dziękuję teraz miejsce urodzenia. Planeta i jakaś nazwa własna. – Również odpowiedziałem ucieszony brakiem zainteresowania moją osobą. -Dziękuję. To pana nowy dowód tożsamości. – Podał mi niewielką plastikową dyskietkę. – Założyłem panu konto w Zakładzie Świadczeń Socjalnych oraz Wydziale Kontroli Finansowej. Bank zaś właśnie otwiera panu konto. Proszę teraz przejść do działu migracji. Trafi pan tam podążając niebieskim wężykiem. – W międzyczasie przepiął moją linę do innej prowadnicy, podejrzewam, więc, że i tak nie dałbym rady dojść nigdzie indziej. -Dziękuję – skwitowałem energiczny monolog. Już miałem się udać niebieskim szlakiem, gdy urzędnik wtrącił, jeszcze bardziej entuzjastycznie. -I jeszcze jedno. Witamy na Nokturnie! – Nie miał chyba pojęcia jak paradoksalnie to brzmi. W wydziale migracji właściwie nic nowego się nie dowiedziałem, za to musiałem podzielić się z urzędnikami moją wiedzą, o mnie. Nie miałem znowu aż tak dużo do ukrycia, a tutejsze struktury były zadziwiająco taktowne, więc poszło nawet gładko. Podpisałem też kilka dokumentów, odbyłem kilka szkoleń i dostałem klucz magnetyczny do małej koi. Na zakończenie uśmiechnięta urzędniczka życzyła mi miłej nocy i wręczyła świstek będący podobno biletem na windę i skierowaniem do działu szkoleń w jednym. Bilet na windę, dobre sobie. Sekcja była przygotowana na niedoświadczonych kosmicznych podróżników. Tak, miękkie ściany! Ba! Miękkie podłogi. Mogłem porzucić krępującą, lecz także równocześnie podtrzymująca mnie linę. Co zrobiłem natychmiast i co odpokutowałem niemal równie natychmiast guzem. -Się masz podróżniku. – Słowa dosięgły mnie, gdy miałem schować się w moim pokoiku. Odwróciłem się spoglądając na rasowego trepa. Musiał pochodzić z dzikich planet. Albo sam był dziki. Albo jedno i drugie. W każdym razie w zero G radził sobie znakomicie. -Witam. –Postanowiłem być miły, dla własnego bezpieczeństwa. Tyle się teraz słyszy o takich ludziach. -Choć na drina. Nie lubię pić sam, a tobie przyda się towarzystwo i garść informacji. –W myślach przyznałem mu rację. Zgodziłem się skinieniem głowy, co wywołało parsknięcie. Następnie towarzysz skłonił się parodiując dworki ukłon, rewelacyjny widok w nieważkości. Powiódł mnie następnie do całkiem…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nokturn 1/4 — czytnik · opowiadania