Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 17 min czytania

Nokturn 3/4

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Cześć druga dostępna pod linkiem http://opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=77611

***Szloch***

Zwykły dzień najemcy. Rano wstaję i leniwo jem śniadanie. Schodzi mi na tym często i dwie godziny, ale nie spieszę się, bo czasu jest aż nadto. Potem zajmuję się rolnictwem typu A. Jest to tak absurdalnie zabawne, że aż nie mam siły się wściekać. W czterech dużych zbiornikach tłoczą się glony, bakterie i nie wiadomo, jakie jeszcze ustrojstwo. Cały ten szlam jest podgrzewany, naświetlany i filtrowany. I ja jem ten syf, który się na filtrach osadza. Tak, wiem: białko, cukry, lipidy, witaminy. Co ja z tym robię? Właściwie nic. Oglądam czy niepsująca się maszyna się nie zepsuła lub czy niemylący się komputer się nie pomylił. Gdybym nie był pewien, że sam sobie absolutnie nie poradzę wywaliłbym to wszystko w pizdu. Tak naprawdę to jedzenie nie jest złe. Po prostu narasta we mnie desperacja, czy może depresja. Wiem, dlaczego tak trudno jest przyciągnąć emigrantów na Nokturna. Nie ma to nic wspólnego z niebezpieczeństwem czy brakiem wygód. Wracając do jedzenia, z maszynki wypadają zielone włókna zbite w sześcianiki, szare kulki podobne do groszku, bladoróżowy krem i dwa napoje klarowny, kanarkowy i mętny, białoszary. Ile dań można zrobić na podstawie pięciu produktów. Próbowałem pocieszać się za pomocą kombinatoryki. Jednak sucha matematyka tym razem mi nie pomogła. Podobnie jak medytacje i inne ćwiczenia mentalne. To w sumie ciekawe, ale pewne wartości nie są jednak uniwersalne. Samotność na Nokturnie. Spoglądam z mojego obserwatorium na czarny las. Niezliczone światełka i połyskujące w ich świetle żółtawe owoce upodobniały go do lasu świątecznych choinek. Spróbowałem zmotywować się w ten sposób i przestawić myśli z tych czarnych kolein. Nawet mi się udało, ale wiem, że to oszustwo. Cóż, cena treningu mentalnego.

Powiedziałbym, że kiepsko jest z moją psychiką. Brzmi to trywialnie. Zresztą według pierwszego prawa psychiatrii głoszącego, że każdy świr uważa się za normalnego, jestem całkiem zdrowy. Tak też pewnie jest, a to tylko depresja, zmęczenie czy może jedno i drugie…

Coś na kształt śmigłowca wylądowało na małym, zarośniętym lądowisku. Pierwszy raz dotarło tu coś innego niż automatyczne transporterki dostawcze. Zainteresowany wyszedłem, więc przywitać przybysza. Czarno-szaro-czerwona kobieta wysiadła z maszyny i skierowała się w moją stronę. Skinąłem jej lekko głową zbyt zaskoczony by wydukać cokolwiek. Kobieta minęła mnie i weszła do hali. Poszedłem za nią w dalszym ciągu nie wiedząc, co zrobić. Kobieta odpaliła panel kontrolny obrabiarki i pracowicie wprowadzała kolejne komendy. Podszedłem bliżej, ale ciągi znaków nic mi nie mówiły. Dla komputera jednak były w pełni zrozumiałe, bo posłusznie odpowiadał mrugając sekwencyjnie diodami i wyświetlając na ekran równie niezrozumiały bełkot. Informatyczka nie przejęła tym, że patrzę jej przez ramię. W końcu rozpoznałem ją. To zakrawało na wariactwo, spisek czy… zresztą sam nie wiem. Wiele z prawdopodobieństwem to jednak nie miało. -To pan prawda? – zapytała kobieta nie podnosząc wzroku. -Tak. – Jej nieprawdopodobna tu obecność wywołała u mnie niespodziewaną reakcję. Dziś rano łaknąłem obecności innych ludzi. Wręcz umierałem z samotności. Teraz nabrałem dystansu. Wrócił mój chłodny sposób rozumowania. -Urządził się pan – dodała lekkim tonem przyjacielskiej pogawędki. Nie przypominam sobie takiego charakteru naszej znajomości. Przyznaję, że mnie intrygowała, ale z innego powodu. -Bez przesady. Właściwie tylko sypialnię mam w jakiś sposób… spersonalizowaną. -Spersonalizowaną? A często z niej pan korzysta? – dwuznacznie zaakcentowała pytanie. -Zazwyczaj raz dziennie – Odparłem z lekkim uśmiechem. -Raz dziennie? Niesamowite –jadowicie skwitowała. Wydęła śmiesznie policzki, gdy komputer wyrzucił coś czerwonym tekstem. -Jest pani informatykiem? – kretyńsko spytałem by podtrzymać rozmowę. Moje ostrzegawcze bariery powoli opadały i chciałem wyciągnąć z tej rozmowy ile się da. -Nie widać? – Wbiła wyjątkowo długą sekwencję. Terminal zastygł z ikonką śpiącego aniołka. Przewróciła oczami. – Właściwie bioinformatykiem o specjalizacji e-trasmisji RNA. -Bioinfogenetyczka? - parsknąłem, bo połączenie wydało się nieprawdopodobne. -Co nie tak?! – warknęła z furią w głosie. -Nie, dlaczego? Po prostu zabawnie to brzmi. –Teraz naprawdę się wkurzyła. Gwałtownie wstała zdzieliła mnie na odlew. Myślałem, że markuje cios, więc nawet się nie uchyliłem. Uderzenie lekko mnie ogłuszyło i na pewno rozwaliło wargę, ale szkielet nie pozwolił mi się przewrócić, więc stałem jak skamieniały. Nie zostało to chyba właściwie zrozumiane, bo usłyszałem. -Nazywam się Cyntia, ty głupi chuju. -Czemu tak niekulturalnie? – zimno spytałem. -Żebyś gnoju wymówił moje imię –zimno odpowiedziała. Patrzyliśmy sobie w oczy przez dobrą minutę. Trwałoby to pewnie dłużej, ale komputer zaćwierkał i coś tam wyświetlił. Spojrzała w jego kierunku przerywając impas. Cichym wypranym z emocji głosem zapytałem. -Lepiej ci? -Chyba tak –Tym razem brzmiała prawie łagodnie. Prawie, gdyż gdzieś na granicy słyszalności czaiła się zimną furia. Jeszcze chwilę pogmerała w konsoli i z lekkim zgrzytem wstała. -Skończyłam. -Wobec tego dziękuję pani za wizytę. Liczę, że wie pani gdzie jest lądowisko. –Hardo spojrzała i skierowała się do wyjścia. Gdy mnie mijała powiedziałem. – Mam nadzieję, że nie wyleci to teraz wszystko w powietrze. -Chciałbyś – odparła na to tylko zupełnie bez sensu. -Do widzenia Cyntiu. – Nie odwróciła się.

Ruszyłem naprzód z trzaskiem ogromnej zbroi. Niczym tytan miałem nieograniczoną siłę. W mojej kotlince byłem półbogiem. Euforia trwała jednak krótko. W krótce przyzwyczaiłem się do maszyny, tutejszego traktora i zabrałem się do pracy. Rozpocząłem żniwa. Żertowce, które Koniew zwał kaloniami były w istocie multikoloniami półsymbiontów. Ich łacińska nazwa miała z dwie linijki, bo standardowa systematyka nie radziła sobie specjalnie z nokturiańskimi formami życia. Zaproponowane przez komputer nazwy również odrzuciłem, nazwa techniczna w stylu ABC123 nie przemawiała do mnie, zaś nazwa handlowa, xotriko-a nic mi nie mówiła. Korzystając z boskiej mocy Adama nazwałem je, więc drzewami. Mało oryginalnie, ale funkcjonalnie, prosto i obrazowo. Zbliżyłem się do pierwszego drzewa. Wielosegmentowa kończyna robota wyciągnęła się w kierunku kolonii. Wspomagany spektroskopem wizjer podświetlał kolonie poszczególnych organizmów. Na zielono świeciły się zwykłe rośliny. Zwykłe w tym sensie, że przetwarzały dwutlenek węgla, związki siarki i co tam jeszcze wyłapią z powietrza na cukry. Oczywiście nie fotosyntezowały, bo też światła jest tu mało i ma za dużą długość fali. Precyzyjnie odciąłem wielki konar zalecane dwadzieścia centymetrów nad kolonią roślinną. Czterometrowy kawałek przeciąłem na oko przez środek i wrzuciłem do przyczepki, którą mój mobilny traktor ciągnął za sobą. Praca mnie cieszyła, gdyż wypełniała mi czas i nadawał sens mojej tu obecności. Jednak z lekkim sentymentem wracałem do czasów, gdy na Kowadle uprawiałem parę hektarów suchego stepu.

Towarowy transporter rozpoczął hamowania już pół kilometra przed końcem bocznicy. Nieziemski pisk rozdzierał zwykłą ciszę. Wyłączyłem słuchawki w aparacie Lebego i znowu otoczył mnie bezgłos. Spojrzałem na sporą stertę przygotowanego materiału. To wszystko w zasadzie cukry i estry, ale ładnie upakowane w bloczki, folie i granulaty. Lekkie, wytrzymałe, ekonomiczne. Zawsze byłem kiepskim sprzedawcą, ale tu Agancja kupi wszystko, co wyprodukuję niezależnie, od jakości i ilości. Transportem zatrzymał się metr przed końcem niską barierką przegradzająca tory. Wyskoczył z niego jakiś znajomy mężczyzna. -Witam popnownie. – Teraz go rozpoznałem. To Koniew. -Nie jest pan przypadkiem budowlańcem? – spytałem zdziwiony. -Inżynierem budowlańcem – sprostował. – Tak, ale jestem też inżynierem logistykiem. I maszynistą, jeżeli już o tym mowa, też inżynierem. –Zostawił mnie zadumanego. I pobiegł w stronę przygotowanego towaru. Z Walizki zaczął wyciągać coś, co wyglądało jak podręczne laboratorium. Zanosiło się na dłuższe posiedzenie. Wysiadłem, więc z Traktora, jak ochrzciłem mojego robota i podszedłem do Koniewa. Wszechstronny inżynier oglądał materiał z różnych stron, skanował skanerem, prześwietlał laserowym spektroskopem, badał pod mikroskopem. Z lekką tremą i rozbawieniem obserwowałem całą tą sytuację. -Nieźle – skwitował wreszcie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nokturn 3/4 — czytnik · opowiadania