Przygoda · 10 min czytania
Nolin - Rozdział 1.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nolin otworzył oczy. Powoli wybudzał się z sennych marzeń. Przetarł oczy i usiadł na posłaniu. Zerknął w małe okno wychodzące na dziedziniec zamku Redmont. Wschodzące słońce oznajmiło mu, że zbliża się ranek. Nolin miał 15-ście lat i był synem miejscowego kowala. W trakcie dnia pomagał mu w kuźni, a po zmierzchu szedł do zamku, gdyż baron Giarel utrzymywał przyjazne stosunki z jego ojcem i załatwił mu jeden z dworskich pokoi. Spało mu się tam dobrze i wygodnie, nie to co w kuźni na rozeszłym i niewygodnym łóżku. Nolin podszedł do drzwi komnaty, otworzył je i wyszedł na korytarz. Pod sobą miał gruby miękki dywan otoczony pozłacaną obwódką. Na ścianach wisiały duże obrazy w złotych ramach i jasne ciepłe pochodnie w żelaznych uchwytach. Przepych tego miejsca zachwycał go przez kilka miesięcy, ale z biegiem czasu się przyzwyczaił. Jego kroki tłumił dywan, stąpając cicho doszedł na sam koniec korytarza i zaczął schodzić po schodach w dół. Mijając kolejne kondygnacje zszedł na sam dół. Zmierzając do wyjścia z zamku na dziedziniec spostrzegł dwóch wartowników stojących po obu stronach ciężkich drewnianych drzwi z mosiężną klamką. Mieli na sobie kolczugę z wzmocnieniami na ramiona. Na to mieli założone naramienniki i narękawy z grubej skóry. Na głowie mieli kaptur z kolczugi, na nim grubą wełnianą czapkę, a jeszcze na niej żelazny hełm. Spodnie mieli nieopancerzone, buty ze skóry bawoła, a rękawice z lekkiego metalu. W dłoniach trzymali halabardy; za pasem mieli proste miecze wykonane nie przez jego ojca tylko zamkowego kowala. Na widok Nolina obaj podnieśli broń do góry i rozstąpili się na boki by go przepuścić. Mijając ich kiwnął każdemu głową i poszedł dalej. Witał się po drodze z wieloma osobami, gdyż był znany na zamku. Po lewej spostrzegł plac treningowy i ćwiczących tam żołnierzy. Część ćwiczyła musztrę stąpając równo i szybko pod rozkazami dowódcy, część doskonaliła się w łucznictwie i fechtunku. Nolin zawsze się skupiał na tej ostatniej grupie. Był pod dużym wrażeniem ich szybkości, koordynacji ruchów, precyzji i przede wszystkim techniki. Sam pobierał prywatne lekcję szermierki u zamkowego mistrza miecza, ale do poziomu zawodowych żołnierzy sporo mu jeszcze brakowało. W zamyśleniu opuścił zamkowy dziedziniec i dotarł do kuźni ojca. Spostrzegł go na tarasie - wykuwał żelazo zamieniając je w miecz. Za nim był olbrzymi piec hutniczy, po jego prawej duży kubeł z lodowatą wodą. Narzędzia do pracy były na dworzu; w budynku był skład na wykute rzeczy i dwupokojowa izba mieszkalna. - Witaj ojcze -pozdrowił kowala Nolin. Po jego ojcu Loringu widać było z daleka, że jest kowalem. Postawą przewyższał większość ludzi, a muskulaturę miał znacznie wykraczającą poza przeciętną. Spojrzał na syna i odłożył wykuwaną właśnie rzecz na pobliski stolik. - Czołem Nolin -odpowiedział- gotowy do pracy? - Oczywiście, że tak. Od czego mam zacząć? - Przynieś no 5-ęć tych długich stali i te 2-ie krótkie, już hartowane. Nolin wszedł do budynku i udał się na zaplecze po materiały. Przedzierał się poprzez wysokie półki; leżały tam różnorakie pancerze, tarczę i uzbrojenie skończone, lub nie do końca. Były narzędzia domowego użytku typu noże, widelce, łyżki i pozostałe przyrządy kuchenne. Luzem leżały najrozmaitsze rzeczy do pracy na roli i surowce potrzebne na to wszystko. Chłopak dotarł do skupiska stali, metali i skór. Zebrał to co trzeba i już miał wyjść gdy jego wzrok spoczął na leżącym samotnie medalionie. Był to dość osobliwy medalion; nie miał nic na czym można by go zawiesić. Wykonany ze złota dookoła miał mnóstwo małych kamyków - Nolin przypuszczał, że szlachetnych - a po środku jakiś znak w nieznanym mu języku. Ojciec mówił mu, że ten medalion to najważniejsza rzecz jaką mają i, że Nolin ma w razie potrzeby z całych sił go chronić. Podobno był ściśle związany z jego matką która odeszła gdy Nolin miał 3-y lata. Wiele myślał o swojej matce. Miała na imię Makla i była piękną kobietą o wielkiej odwadze i szlachetnym sercu. Loring mówił mu, że odeszła bo musiała, ale mimo to chłopak nadal miał do niej uraz. Potrząsając głową wyrzucił z siebie nieproszone myśli i wrócił do ojca. - O, jesteś nareszcie -rzekł Loring- coś długo Cię nie było. - Przepraszam, zamyśliłem się na temat matki. Oblicze ojca spochmurniało - Co konkretnie masz na myśli? - Chmmm, jak by Ci to wytłumaczyć; wiem, że do tej pory o to nie pytałem, ale nadeszła pora bym się czegoś dowiedział. Mianowicie co z twoimi rodzicami, lub rodzicami matki. Czy ja mam dziadków? Barczysty kowal podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu; drugą odbierając naręcze stali. - Dobrze, odpowiem na twoje pytania, ale musimy się wziąć do pracy. Tak więc zaczęli pracować ciężko w pocie czoła przy wybranianiu mieczy i…