Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Wojna · 28 min czytania

Norwegia: Miłość w czasach wojny

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Szum fal rozbrzmiewał po całej okolicy. Wśród rozpoczynającego się sztormu wiał silny wiatr, który uginał drzewa. .Słońce ukryło się za chmurami i w najbliższym czasie nie zapowiadało się na to, aby zza nich wyszło. Mewy obsiadły pobliską latarnię i skrzeczały tak, że niejeden poległy w tej wojnie przekręciłby się w trumnie. Na dodatek zaczął lać deszcz. Plusem tego było to, iż Luftwaffe w takich warunkach atmosferycznych nie podejmie się przeprowadzenia akcji lotniczych i wiążących się z tym bombardowań. Szliśmy ścieżką nie odzywając się do siebie. Tylko Einar coś pogwizdywał. Cholerny dzieciak! Wybrał się na wojnę jak na wycieczkę krajoznawczą! Myśli, że zastrzelenie Niemca będzie równe łatwe jak zamordowanie kaczki na własnym podwórku. Prostolinijny pastuch. Egoizmem i pewnością siebie chcę zawojować świat. Pytanie tylko ,który świat. Spojrzałem na niego. Wyczuł obecność mego wzroku na swej twarzy i odwzajemnił mi się tym samym. - Co tam przewodniku Ljungberg? Coś nie tak?- wypytywał zgryźliwie uśmiechając się przy tym szyderczo. - Jestem porucznikiem szeregowcu! Przywołuję cię do porządku! - Dobra skoro ma być tak oficjalnie- odburknął i zamknął się na dłuższą chwilę. - Eh, ta norweska hołota- chrząknął najniższy z całej naszej piątki. - Angliku tutaj jesteś pod moimi rozkazami, więc przestań wygłaszać swoje zafajdane opinie!- krzyknąłem, gdyż słowa tego herbatożłopijcy bardzo mnie oburzyły. Pozostali nie odzywali się. Anglik spojrzał na mnie z pogardą i splunął na ziemię. - Jestem Smith poruczniku. John Smith. Nazwisko to wiele znaczy na Wyspach Brytyjskich. Mam gdzieś pańskie rozkazy! Tylko, że beze mnie nawet bezpański kundel by was nastraszył! Pieprzona Skandynawia, pieprzona Norwegia i wy tchórze! Nie wytrzymałem. Szybko wyjąłem rewolwer z kabury i wycelowałem prosto w gębę tego sukinsyna. Bez żadnych sentymentów mógłbym go teraz zabić. Pieprzona Norwegia? ? Co on może wiedzieć o tym pięknym raju?! Tchórze?! Jest nim on sam. - No strzelaj jeżeli umiesz się posługiwać tą zabawką!- zakrzyknął ironicznie i rozłożył ręce w oznace bezradności. Zachowywał się jak małe dziecko, które wie że i tak uniknie kary. - Nie zamierzam do ciebie strzelać Angliku. Jesteś dla mnie gnidą, która przynosi hańbę swojemu krajowi- odparłem, a na mej twarzy pojawił się grymas obrzydzenia. Schowałem pistolet. Wszyscy odetchnęli z ulgą, myśląc, że o tym nie wiem. Zgrywali twardzieli. Ja jednak wiedziałem. Znałem ich lepiej niż oni siebie samych. Młodzi, gniewni żądni wrażeń i ja stary wyjadacz i konserwatysta pośród nich. Co ja tu do cholery robię?

- Mamo! Jacyś żołnierze! Zbliżają się! Tam idą drogą!- krzyczała młoda dziewczyna. - Czy mają swastykę? Mają? Taki czarny krzyż przypatrz się uważnie wiesz, że matka słabo widzi- starsza kobieta poderwała się z fotela i ruszyła po strzelbę, która leżała naładowana na szafie. - Mamo nie! To muszą być nasze wojska- krzyczała dalej podniecona. Swastyki nie miałem. Mogłem czuć się bezpiecznie, mimo strzelby skierowanej w kierunku naszej kompani przez starszą niedowidzącą panią. Młoda dama rzuciła się nam w szeregi. Wycałowała nas. Przez chwilę poczułem się jakbym przed chwilą wyszedł cało z jakiejś wielkiej bitwy i uwolnił ludność od okupantów. Uczucie to jednak szybko minęło. Patrząc na dziewuszkę przypomniała mi się Maria. Były bardzo podobne. Obie miały długie, złociste włosy. Ale czy naprawdę ta była podobna? Raczej nie. Teraz każda kobieta będzie mi pewnie przypominać ukochaną. Każda. -Clara jestem, bardzo mi miło panowie żołnierze- powiedziała i roześmiała się. Ekipa byłą zachwycona. Nawet Anglik rozweselił się. Doskonale wiedziałem o czym myśli. Jak bardzo chciałem mu te grzeszki wybić z tego zadufanego łba. Jak bardzo. Jeszcze się z nim policzę. To tylko kwestia czasu.

* Maria stała przede mną w białej, zwiewnej sukience. Uśmiechała się. Również się uśmiechnąłem. Była dla mnie największym szczęściem. Tutaj, w tym pokoju trzygwiazdkowego hotelu paryskiego, całej Francji, na całym świecie. Ona przynosiła mi radość. Rozmarzyłem się. Widziałem teraz fiordy, statki, morze. Brakowało mi tutaj tego bardzo, jednak ukochana wydawała się być odzwierciedleniem tego wszystkiego. - Kochanie co ci jest?- spytała wyrywając mnie z zadumy. - Nie nic naprawdę nic. Zamyśliłem się- odpowiedziałem i puściłem do niej oczko. - Kochasz mnie?- spytała. - Cóż to za pytanie. Oczywiście, że tak - Powiedz to głośno, żebym słyszała. Powiedz - Tak - Nie to. Powiedz ?kocham cię? - Kocham cię - Naprawdę, przyrzekasz? - Ta naprawdę Zaczęło mnie to trochę męczyć, ale kobiety lubią takie rzeczy. Jeszcze na dodatek tutaj, w państwie wielkich miłości. - Pocałuj mnie skoro mnie kochasz. Proszę?- powiedziała. Podeszła do mnie i usiadła mi a kolanach. Mocno ją do siebie przytuliłem. Pachniała kwiatami. Lubiłem kwiaty tak samo jak i ona. Zaciągałem się tym aromatem. Czułem się jakbym jadł najbardziej egzotyczne owoce świata. - Ja Ciebie też kocham Erik. Naprawdę kocham- powtarzała w przerwach słodkich pocałunków. - Wierzę. Wierzę w to?- poszliśmy do sypialni. Wkrótce mieliśmy się rozstać. Dostałem powołanie do armii, a ona mówiła coś o wyjeździe do Polski, do rodziny. Nie wiedziałem gdzie żyję. Po co. Nie mogłem przewidzieć przeznaczenia. Odsłużę, wrócę do Francji. Kupimy z Marią jakiś mały domek z ogródkiem. Może gdzieś w Langwedocji. Czemu może? Czemu kolejne pytania zostaję bez odpowiedzi?

*

Zaproszona nas do salonu. Przeszliśmy przez hol. Chata była skromna, ale nie można było powiedzieć, że biedna. Starsza pani poleciła, aby strzelby postawić pod drzwiami. Tak też zrobiłem. Nie zamierzałem się sprzeciwiać gospodarzowi domu już na samym początku mej znajomości. Usiedliśmy. Clara poszło do kuchni, podgrzać nam zupę. Nie mogłem się doczekać posiłku. Byłem bardzo głodny. Smith zapatrzony był w okno. O czym teraz myśli ten drań? Biłem się z myślami, ale dałem sobie spokój. W końcu nas jest czterech, a on jeden, sam. Nie da rady nas wszystkich położyć. Oj nie da. W tym momencie na stole pojawiła się waza. Zrobił się niezły harmider i Svenson dostał ode mnie po łapach. Ja zacząłem dzielić zupą. Każdy dostał pod krążek talerza. Sprawiedliwie. Sprawiedliwość nie zawsze jednak wzbudzała radość. W tym wypadku też nie. Patrick pierwszy wciągnął cały talerz i oglądał się za następnym. Waza jednak byłą już pusta. Mina mu strasznie zrzedła. Śmiałem się z niego w duchu. Zjadłem jaki pozosstali. Jedynie Anglik się guzdrał. Gdyby przyprawić mu smoking można by pomyśleć, że uczestniczy teraz w jakimś ważnym przyjęciu, bankiecie. Opróżniwszy talerz, wytarł usta serwetką i zaczął swoją mowę w podzięce. - A więc panowie co was sprowadza do Svelkirke, spokojnej wioski rybackiej?- spytała gospodyni. - Dostaliśmy przydział właśnie tutaj. Przewiduję, że pod Oslo nie byliśmy potrzebni. Niemcy nie mają wystarczających sił, aby opanować półwysep. Zostaną szybko powstrzymani- mówiłem w spokoju i skupieniu. - Co pan pieprzy panie poruczniku!- poderwał się John. ? każdy dobrze wie, że wysłali tu tylko piątkę, bo armia nie ma więcej żołnierzy. Mówisz, że co? Że Niemcom nie uda się wylądować na plaży? Chyba jak spadnie śnieg! Pewnie już mają Oslo w swych faszystowskich łapach! Jedyna nadzieja w flocie brytyjskiej. Tylko ona jest w stanie powstrzymać tę nawał?- przerwałem mu brutalnie. - Wasza flota?! Wasza flota jest pod Narwikiem, a my jesteśmy tutaj. Jeśli miałbyś za grosz rozumu wiedziałbyś, że przebycie tak długiej drogi przez te twoje cholerne statki zajmie z kilka dni! Nie wygaduj mi tu głupot Angliku. Ludzi też nie strasz. Tutaj żadnej wojny nie będzie! Żadnej zrozumcie to - Jak to nie będzie?- dołączył się Patrick. ?Przecież ja i Einar chcemy walczyć! Za swoją ojczyznę! Pan nie chce? - Czy ja nie chcę? Chcę, ale nie zamierzam walczyć o nią we krwi, w nędzy i w przygnębieniu. Jak dla mnie całej tej wojny mogłoby tutaj nie być!- poderwałem się od stołu. Dziewczyna jak i jej matka siedziały cicho i nie odzywały się. Strach przeleciał wszystkich. Nie wiadomo co może zrobić piątka kłócących się mężczyzn. Z których każdy miał broń. - Nie powinniśmy się unosić. Jeżeli trzeba będzie będziemy się bić za wolność. Jak na razie taka potrzeba jeszcze nigdy nie zaszła- dorzucił swoje Henning. Po chwili zgodnie postanowiliśmy, że trzeba odpocząć po tym męczącym i stresującym dniu. Starsza pani znalazła nam pokoje. Mych towarzyszy ułożyła po dwóch każdym, ja zaś miałem naszykowane miejsce na starej sofie w salonie. Było już ciemno, w pokoju zapalono dwie lampy naftowe. Nie zamierzałem jeszcze spać. Tym bardziej, że zaraz koło mnie pojawiła się dziewczyna. Spodobała mi się jak i ja jej. Wyczytałem to z jej oczu. - Chciałam porozmawiać, ponieważ rzadko bywa u nas ktoś z daleka. - Ależ proszę bardzo nie jestem jeszcze aż tak bardzo zmęczony, żeby spać- uśmiechnąłem się. Podobała mi się coraz bardziej. - Skąd przybywacie żołnierzu? - Tylko nie żołnierzu. Mów mi Erik. - Dobrze. Ja jestem Clara jak już zapewne wiesz. No więc? skąd przybywasz Eryku? - Heh- zaśmiałem się- Dobre pytanie. Tak w zasadzie z Francji. Spod same Wieży Eiffla- puściłem do niej oko. - Z Paryża?!- spytała bardziej zaciekawiona niż zdumiona. - Tak z Paryża, znad Sekwany. Studiowałem tam filozofię. Dostałem jednak powołanie. Doskonale wiem jaka jest sytuacja w Europie. W Oslo wylądowałem 17 września w dzień, w którym Rosja Radziecka wkroczyła na terytorium Polski. Dostałem przydział na lotnisko, ale niedawno przeniesiono mnie tutaj. No i jestem. - Dobrze, że jesteś?- Klara pochwyciła moją dłoń. Było to bardzo przyjemne. Tym bardziej, że i Maria lubiła trzymać mnie za rękę. Wręcz uwielbiała. Mawiała, że czuję się wtedy bezpieczna i szczęśliwa. A czy ja byłem teraz szczęśliwy? Nie umiałem sobie na to odpowiedzieć.. Nie był to zapewne dobry znak. Niepewność to najgorsze uczucie, które może dopaść człowieka. Gorsze może nawet od samej śmierci, gdyż tej nie jesteśmy stanie uniknąć i całe życie się na nią przygotowujemy. Co będzie nas tutaj czekać choćby za kilka godzin ?...

* Księżyc palił się niczym żarówka nad Sekwaną. Bardzo mocna żarówka. Lubiłem na niego patrzeć. Jeszcze bardziej, gdy przy mnie stała najpiękniejsza osoba na świecie. Maria też lubiła takie romantyczne spacery. Nie byliśmy jeszcze parą. Ona określała to jaką bliższą przyjaźń. Cokolwiek miało to znaczyć dla mnie było to o wiele za mało. Jednak nigdy nie miałem odwagi, aby podjąć poważną dyskusję na ten temat. Dziś wszystko miało się odmienić. Spojrzałem jej prosto w oczy. W te dwa brązowe szmaragdy. - Mario, wiesz ty? jesteś bardzo piękna?- zacząłem się jąkać. Sytuacja stałą się naprawdę stresująca. - Ależ Erik o co chodzi? Coś nie tak? Powiedz źle się czujesz? Chcesz iść do domu?- zadawała ciąg pytań, które docierały do mnie z pewnym opóźnieniem. - Słuchaj nie? to nie to?- wykrztusiłem z siebie i zrobiłem coś czego sam po sobie bym się nigdy nie spodziewał. Padłem przed nią na kolana. - Mario jesteś najpiękniejszą osobą na świecie. Moją muzą, mym słońcem. Chciałbym abyśmy byli bliżej siebie- wystrzeliłem z siebie jak Spitfire, który wypuszcza serię z pokładowego karabinu maszynowego. Dziewczyna zaczęła się śmiać. Oględniej mówiąc to płakała ze śmiechu. Moja wyobraźnia wykreowała teraz faceta, klęczącego po środku parku w garniturze i płaszczu. Wyglądał bardzo komicznie. Pośpiesznie wstałem i otrzepałem kolana. Spod płaszcza wyjąłem podarek dla niej. - Proszę?- powiedziałem szeptem o wyciągnąłem do niej dłoń ze słodkim, pięknym pluszowym misiem. Wzięła go. Wtuliła się w moje ramiona i namiętnie pocałowaliśmy się. Chwyciła mnie za rękę. - Czekałam na to od dawna- oznajmiła po chwili.

* Zbudziły mnie promienie słoneczne padające przez okno. Clara leżała przy mnie całkiem naga. Delikatnie odchyliłem jej rękę, która obejmowała moją szyję. Wstałem i szybko się ubrałem. Słusznie zakładałem, że wszyscy jeszcze śpią, dlatego zachowywałem się bardzo cicho. Wyszedłem na zewnątrz. Rześki, lekki wietrzyk wiał od strony morza prosto w twarz. Małe fale cichutko uderzały o brzeg, jakby nie chciały zbudzić wioski ze snu. Nawet mewy zachowywały się na swój sposób spokojnie. Na niebie wiele postrzępionych chmur staczało boję ze sobą. Wyglądało to na wielką bitwę. Oznaczało to, że sztorm minął. Poczułem się teraz jak na celowniku. Wystawiony przed wrogiem, bezbronny. Zmiana pogody utrudniała sytuację. Nie wiem ile czasu stałem przed domem i rozmyślałem o wojnie. Minęły minuty? Może godziny? Czas przestał się liczyć. Wszystko stanęło, a tylko mi było dane obserwować się temu zjawisku z boku. Podniecony niczym dwunastolatek, który rozpakowuję prezent urodzinowy rzuciłem się na piasek. W tej chwili moim prezentem był właśnie on. Miliony ziarenek lśniących na słońcu jak góry złota. Nie wiem co się ze mną stało. Chciałem wracać do Francji. Tak właśnie tam. Wojna i walka o naród w jednej chwili stała się dla mnie ohydna. Patrząc na swoją broń myślałem, że zaraz zwymiotuję. W mundurze poczułem się jak morderca, przegrany człowiek. Maria z pewnością zawiodła by się teraz na mnie, gdyby zobaczyła ile jest we mnie w tym momencie nienawiści. Powstałem. Samotna łza spłynęła mi po policzku. Otarłem ją nadgarstkiem. - Erik co się stało?- z zadumy wyrwał mnie kobiecy głos, który dobiegał zza moich pleców. - Nie, nic, nic. Musiałem się przewietrzyć. Taka ładna pogoda, aż chcę się żyć!- skłamałem. Nie lubiłem kłamać, ale swoje zmartwienia wolałem trzymać w sobie. Po co zarażać nimi kolejne osoby. Już i tak jest im wystarczając ciężko. - Reszta jeszcze śpi? Czy już wstali?- spytałem, aby szybko zmienić temat. - Engelskmann jeszcze śpi. Wstali tylko ci młodzi. O ile wiem siedzą przy stole, piją mleko i jedzą chleb ze smalcem. - Rozumiem. Muszą się pośpieszyć chciałbym dziś przeprowadzić jakieś manewry- odparłem. Clara popatrzyła na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Norwegia: Miłość w czasach wojny — czytnik · opowiadania