Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 25 min czytania

Nostalgia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

''... wszystko, co dobre i złe, zostawia po sobie pustkę, kiedy się kończy. Ale jeżeli było złe, pustka ta wypełnia się sama. Jeżeli było dobre, mogłeś wypełnić ją tylko znajdując coś lepszego.''

''Ruchome święto'' Ernest Hemingway

I znów była jesień, a kolorowe liście pokrywały ubogie korony drzew. Wiatr osobliwie dmuchał tuż nad ziemią sprawiając, że pożółkłe listowie unosiło się w podniebnym tańcu, zataczając charakterystyczne koła. W tej samej chwili okolicę okryła szarość, a cisza poczęła walczyć z głuchym jękiem wiatru. Już tylko nieliczne promyki słońca próbowały przebić się przez złowrogie obłoki. Zaczęło padać. Wielkie krople deszczu coraz mocniej uderzały o podwiędłe liście, które dość wcześnie pojawiły się na ziemi. Strumienie wody spływające po ziemi żłobiły tunele pomiędzy kępami traw, szybko uchodząc gdzieś pod powierzchnię. Ciemność zapanowała nad miastem. Zbliżał się wieczór, dlatego w oknach domów coraz liczniej pojawiało się światło. Światło, które jeszcze niedawno tak bardzo potrzebne było Danielowi. Chłopak sterczał pomiędzy strugami deszczu, które bezwładnie spływały po jego policzkach. Stał tak chwilę, kiedy niczym nieporuszony ruszył przed siebie wolnym krokiem, jakby nie odczuwając ogarniającego go chłodu. Ubrany w ciemnogranatową deszczówkę przechodził obok parku, w którym od kilku dni panowała pustka. Zimne deszcze nie przestawały padać, a ludzie szli obok niego nawet nie spoglądając na starą skrzypiącą bramę. Każde nagłe nadejście jesieni, Daniel utożsamiał z przykrymi wydarzeniami sprzed kilku lat i z tym parkiem. Mimo, że zdążył pogodzić się ze śmiercią ojca, to wraz z przyjściem słoty wspomnienia powracały, a ból znów pojawiał się na jego twarzy. Opuszczony ogród stał się miejscem, w którym chłopak spędzał najwięcej czasu. Nigdy nie przeszkadzała mu zła pogoda czy nieodpowiednia pora. Miał zwyczaj siadać na ławce i zamykać się w sobie tak, że nie docierały do niego żadne impulsy ze świata zewnętrznego. Oczy najczęściej wlepione w jeden punkt, nawet nie drgały w tym momencie skrajnego zadumania. Ręce schowane w kieszeniach, co jakiś czas, dyskretnym wstrząśnięciem, dawały znak żywotności. Tym razem było podobnie. Zesztywniały siedział pod jednym z drzew. Krople świeżego deszczu spoglądały znad jego głowy. Wiatr nadciągał z taką siłą, że nawet schowane tuż nad ziemią krzewy, bezlitośnie szarpał za dłonie. Następny dzień nie przyniósł ze sobą poprawy pogody. Już od samego ranka słońce zostało stłumione przez kłębiaste chmury, a deszcz nieustannie padał, wprawiając mieszkańców miasta w jesienną melancholię. Tego dnia Daniel musiał iść do szkoły. To był już ostatni rok ogólniaka, dlatego należało poświęcać więcej czasu na naukę niż w poprzednich latach. Chłopak doskonale o tym wiedział, ale nie przywiązywał do tego większej wagi. W klasie był przeciętniakiem. Nigdy się nie wychylał, ale nie miał też większych problemów z przyswajaniem materiału. Twarz miał inteligentną, jak twierdziła jego polonistka. Jednakże nie twarz, a głowa jest ważniejsza, próbował sobie tłumaczyć. Od śmierci ojca w jego życiu sporo się zmieniło. Do wszystkich spraw zaczął podchodzić bardziej odpowiedzialnie, stawiając dobro własnej rodziny nade wszystko. Z jednej strony było to wysoce dojrzałe, jednak dla niego, samego z decyzją bycia dorosłym wiązały się tylko i wyłącznie wyrzeczenia. Zaczęło brakować czasu na spotkania ze znajomymi, co spowodowało, że ich krąg rozluźniał się z każdym nadejściem słońca. Daniel siedział w szkolnej stołówce. Podwójne drzwi u jej wejścia, co chwilę otwierały się i zamykały. Mając przed sobą pierwsze śniadanie i zestaw książek gapił się w stronice jednego z podręczników. Książka była oprawiona starannie, ozdobiona złotym żłobieniem. - Co czytasz? - usłyszał nagle. Podnosząc oczy zobaczył przed sobą niewysoką blondynkę, której kręcone włosy obojętnie opadały na plecy. Okrągła twarz, podobnie jak, głęboko osadzone oczy, nie zdradzały całkowicie swego uroku. Dziewczyna odziana w ciepłą kurtkę, w dłoniach trzymała bordowy szalik. - Hemingwaya - odpowiedział unosząc głowę, ukazując jednocześnie okładkę książki. Wyryte litery na jej wierzchu zabłyszczały w świetle lampy wiszącej tuż nad jego głową. - Coś konkretnego? - spytała ponownie, ciągle stojąc opatulona ciepłym ubraniem. - Tak. "Światło życia". Taki ma tytuł. - odparł kierując swe oczy z powrotem w stronę książki. - Jakie ono jest? - dziewczyna znów zadała pytanie odrywając Daniela od lektury. Na jej czole pojawiły się srebrzyste kropelki. Ciepło doskwierało jej coraz bardziej. Nie chciała jednak wychodzić, póki nie otrzyma odpowiedzi. Ręce miała wyprostowane, głowę nieznacznie pochyloną do przodu i cierpliwie czekała na jego respons. - Życie? - tym razem Daniel postarał się o zapytanie. - Światło - poprawiła. - My się chyba nie znamy? - zagadnął, umiejętnie wykręcając się od odpowiedzi. - Sylwia - dokończyła przecierając czoło. - Będziesz tak stała? - spytał, wskazując na wolne miejsce przed nim. - Nie zamierzałam - odparła, po czym zdjęła z siebie nakrycie, wieszając je na stojącym obok krześle - Masz jakieś imię? - spytała, zanim usiadła. - Daniel - przedstawił się spoglądając jej w oczy. - Daniel - powtórzyła w myślach, uśmiechając się dyskretnie, po czym spoczęła przy stoliku. Minęło kilka chwil. Oczy chłopaka znów zatrzymały się na książce. Dziewczyna poczuła się zniecierpliwiona. Czekając, kiedy chłopak dokończy rozdział, zawiesiła na nim wzrok, śledząc jego najdrobniejszy ruch. Na chwile się zamyśliła. - Masz jakiś konkretny powód, że do mnie przyszłaś? - spytał doczytując ostatnie wersy. Dziewczyna, wyrwana z skupienia, oderwała od niego wzrok. - Jeśli chcesz to pójdę? - zapytała czując obojętność w głosie Daniela. - Przepraszam. Nie to miałem na myśli - próbował się usprawiedliwić, zamykając jednocześnie książkę. - Dziwi mnie po prostu, że zupełnie obca mi osoba siada obok, niczym tego nie tłumacząc. - Kilka tygodni temu zmarła moja matka - wydobyła z niekwestionowanym wyrazem twarzy. - Przykro mi - odparł przechodząc obojętnie obok tematu. W jednym momencie oczy dziewczyny zaszkliły się, a spod jej powiek popłynęły gorzkie łzy. Daniel w tej samej chwili poczuł się podle i zrozumiał, że sam niegdyś był w takiej sytuacji. - Masz dość tego zamieszania wokół twojej osoby? - spytał, poprawiając się, uświadomiwszy sobie własne przeżycia związane z odejściem ojca. - Tak - wykrztusiła - Wiem, że masz podobne doświadczenia, więc pomyślałam, że może ty... - nie zdołała dokończyć. Jej głos załamał się i nie był już w stanie nic powiedzieć. - ..., że potrafię ci pomóc? - domówił. - Myślisz, że mogę? - Inaczej nie przychodziłabym. - Jak się z tym czujesz? - spytał, pakując książki do plecaka. - Dlaczego, tak obojętnie do tego podchodzisz? - Wyjaśnię ci to wszystko, jeśli tylko znajdziesz więcej czasu? - odpowiedział podnosząc się z krzesła. - Nigdzie się nie spieszę - wstała zakładając na siebie kurtkę.

Kilkanaście minut później Daniel i Sylwia byli już w parku. Tym samym, w którym wczoraj rozmyślał. Te same drzewa złowrogo patrzyły w kierunku dziewczyny, podobnie jak spoglądały na każdą nową postać. Park wyglądał niezmiennie. Krzewy i liście pokrywały jego środkową cześć. Nieopodal stał stary, drewniany most, który prowadził na niewielką wysepkę. Miejsce otoczone było plugawą wodą, niczym zastygłą lawą, wypływającą z podziemi. Centralny punkt wyspy zdobiła figurka małego chłopca trzymającego w rękach skrzypce. Oczka miał maleńkie, prawie niewidoczne. Starość z każdym dniem zabijała w nim świeżość. Daniel ciągle miał nadzieję, że kiedyś usłyszy jego granie. Legenda bowiem głosiła, że śpiew owych skrzypiec jest płaczem drzew, które po śmierci opiekuna nigdy nie wróciły do naturalnych kształtów. Starzec, który zajmował się parkiem był bezdomnym. Urządził sobie w nim przytułek i razem z drzewami pocieszał przychodzących do niego ludzi. Wraz ze śmiercią starca umarły też drzewa, a ludzie już nie pokazywali się w parku przez długie lata. - Co to za miejsce? - spytała Sylwia, kiedy dotarli na ławkę w pobliżu zastygłej figurki. - Nazywane jest "Parkiem umarłych drzew" - odpowiedział, przypominając sobie apokryficzną opowieść. - Pytam, czym dla ciebie jest to miejsce? - naprostowała dziewczyna sprawiając, że twarz Daniela dziwnie spoważniała. - Wszystkim - odparł bez zastanowienia. - Jest odpowiedzią na dręczące mnie myśli. Przychodzę tutaj od kiedy mój ojciec umarł. - Strasznie tu ciemno, jak na wyrocznię. - przerwała patrząc, jak jasność nie może przeniknąć przez gęste konary drzew. - Jest miejscem rozmów z Bogiem i ostoją w potrzebie - powiedział dokańczając zaczętą myśl. - Nie wierzę w Niego! - dziewczyna gwałtownie wykrzyknęła. - W Boga? Nie wierzę, że nie wierzysz - chłopaka zripostował, nie dając się przekonać. - Dlaczego? - Każdy w coś wierzy, bo jeśli nie, to traci poczucie własnej wartości. Tylko gniewasz się na Niego. Myślisz, że to On jest wszystkiemu winien, a w rzeczywistości jest całkowicie inaczej - Daniel nie zgadzał się z dziewczyną, dlatego próbował wytłumaczyć jej, że była w błędzie. - Niby z jakiego powodu miałabym się na Niego gniewać? - Sylwia nie ustępowała, a jej słowa stały się bardziej siarczyste. - Chciałaś, aby ci pomógł. Nie zdołał. A, może to ty nie pozwoliłaś sobie pomóc - Daniel tłumaczył bardzo powoli, nie przeoczając żadnej okazji do naprowadzenia dziewczyny na właściwy tor. - Gdybym nie pozwoliła sobie pomóc, nie przyszłabym do ciebie - Sylwia także trzymała się swoich racji. Każde kolejne słowo dziewczyny było łagodniejsze od poprzedniego, jakby starała się zrozumieć, co robiła wcześniej. Usiłowała poukładać sobie własny świat, którego sama do końca nie znała. - Więc, czemu nie poszłaś do kogoś innego, tylko do mnie? - spytał, dokładnie wiedząc jaka będzie odpowiedź. - Właśnie - potwierdził samemu sobie. - Tworzysz wokół siebie pierścień, z którego nie można wyjść, ani do którego nie można wejść - spuentował. - Więc, dlaczego w jego środku jesteś ty? - spytała po krótkiej analizie słów Daniela. - Sama mówiłaś, że mamy wspólne doświadczenia. Jesteśmy do siebie podobni. Na chwilę zapanowała cisza. Przerażające cienie padały na siedzące w parku dwie osoby. Po krótkiej, ale żwawej wymianie zdań, Sylwia niespodziewanie wybuchnęła gniewem. - Myślałam, że rzeczywiście chcesz mi pomóc. Myślałam, że jesteś inny, przecież... , ale jak wszyscy, potrafisz tylko osądzać. - Mówiłem, że może tak być, a jak jest naprawdę...? Tego nie wiem. Miałem nadzieję, że ty mi to wytłumaczysz - chłopak umiejętnie zapanował nad emocjami. Atmosfera w parku powali się ocieplała. Znów wrócił pogodny, pełen powagi nastrój, który panował podczas rozmowy w szkole. Krótkie, lecz bardzo trafne spostrzeżenia Daniela zdawały się przerastać pojęcie Sylwii, dlatego dziewczyna reagowała rozgoryczeniem. Niedawna śmierć matki wzbudzała w niej nagłe pokłady złości, które eksplodowały w mało odpowiednich momentach. Daniel to wszystko rozumiał, sam dawniej postępował tak samo, jednak przemiany, jakie przebył w tym czasie podbudowały go wewnętrznie i sprawiły, że czuł się silniejszy psychicznie. Żadne ostre słowo, ani konwulsja nie mogły wzbudzić w nim postawy, w której duże ilości adrenaliny zaczęłyby decydować za niego. - Skąd bierzesz tyle siły? -zapytała dziewczyna, kiedy się uspokoiła. - Staram się nie myśleć o tym, tak dużo. Kiedy to robisz, stopniowo prowadzisz do autodestrukcji, a to żadne rozwiązanie. Nie można się poddawać, a powinno się z tym walczyć. Każde ugięcie się to kolejny gwóźdź do trumny, którą sama sobie budujesz. Potrafiłabyś tego dokonać? - spytał po krótkiej przemowie, pełnej filozoficznych przemyśleń. - Doprowadzić do tego... - Sylwia nawet nie chciała wypowiadać słów, które brzmiałyby: śmierć albo samobójstwo. - Bałabym się - dokończyła. - A nie mówiłem! - chłopak podskoczył wyraźnie zadowolony z kontroli, jaką posiadał nad rozmową. - Co takiego? - dziewczyna spojrzała ze zdziwieniem, nie pojmując uśmiechu na twarzy Daniela. - Jednak, w Niego wierzysz. Mówiłem przecież - Sylwia ciągle nie rozumiała słów chłopaka. - Nie można w nic nie wierzyć - przypomniał, po czym…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%