Przygoda · 7 min czytania
Nostalgia na dwóch kołach
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Piąta po południu. Późno, trzeba wracać z powrotem. Trzeba pożegnać się z zapachem mazurskich pól, słońcem i uczuciem nic nie robienia. Takie życie. Sezon się kończy i tylko ci najtwardsi będą śmigać do pierwszego śniegu. Ja na pewno będę. Wolę ucierpieć na zdrowiu fizycznym, niż psychicznie wykończyć się w warszawskich korkach.
Kiedy myślę o tym wszystkim, mam w pamięci obraz harleyowca, którego kiedyś spotkałem w Rucianym, w okolicach późnej jesieni w pustym barze.
Akurat męczyłem się z wątpliwie świeżą rybą, kiedy wszedł on. Wyglądał jak typowy rider, w skórach, kamizelce i z długimi wąsami. W ręku trzymał kask. Właściwie kasczek – kaskuś... Taki orzeszek w amerykańskim wydaniu. Gość zamówił taką samą paskudną rybę jak ja i chyba gdyby mógł, to wziąłby do niej browara, albo szklankę Jacka Danielsa. Przynajmniej tak wyglądałoby to, gdyby bar był przy Mulholland Drive, a nie w Rucianym. Niestety zaczarowaną atmosferę jak na Route 66 popsuła zamówiona herbata ekspresowa, która nawet nie miała ochoty naciągnąć w mocno używanej szklance...
Ja niespecjalnie się nim interesowałem, bo miałem swoje własne zmartwienia, jednak jego obraz wyrył mi się w pamięci i chyba tak już zostanie w tej motocyklowej przegródce…
Tego dnia wracałem z Ełku, gdzie moja żona została w szpitalu z powodu komplikacji ciąży.
Część 22 / 2
Byłem zmęczony, bo raniutko wyleciałem z Warszawy, a musiałem być z powrotem wieczorem. Nie to żebym był fizycznie zmęczony, bo jazda na motocyklu zawsze dostarczała mi adrenaliny i swego rodzaju uczucia wyzwolenia z przytłaczających czasami przemyśleń i komplikacji życiowych. To był rodzaj terapii, gdzie musiałem się wyłączyć i miałem czas tylko dla siebie. Czasami człowiek musi pobyć sam ze sobą.
Po prostu byłem smutny i nie wiedziałem jak odnaleźć się w tej, bądź co bądź, nowej dla mnie sytuacji. Jeździłem wtedy SV-ką i była to dla mnie bardzo zręczna i przyjazna maszyna. Swoje pierwsze szlify motocyklowe zdobywałem na motorynce ciotki. Poważnie, wyobraźcie sobie taką sześćdziesięcioletnią Panią, wagi co najmniej trzycyfrowej, albo blisko niej, kupiła sobie motorynkę kiedy przyleciała ze Stanów i sprawiła sobie dom na malowniczej mazowieckiej wsi. Nie muszę chyba pisać, że nigdy na niej nawet nie usiadła, co przekładało się na to że miałem motorynkę do własnej, niczym nie ograniczonej dyspozycji.
Pamiętam pierwsze nawinięte kilometry. Najpierw strach i jazda „wkoło komina”, potem wycieczki coraz dalej i dalej. Potem kolejne motocykle, kilka MZ-tek, które rozkręcaliśmy z kolegami, żeby poprawić osiągi. Po szlifowaniu głowicy i innych zabiegach tuningowych motocykle raczej nigdy nie odpalały. Tak naprawdę wiedzieliśmy o tym, że kolejny sprzęt umarł i nigdy nie przejedzie już ani kilometra już w momencie odkręcania pierwszej śrubki, ale jakoś nigdy nam to nie przeszkadzało. Ręce w smarze, czarne paznokcie, zawalone sprawy. Liczył się tylko zapach naszego „warsztatu”, smarów i nafty do mycia rozkręconych gaźników i innych części.
Nie zapomnę jednego motocykla – MZ Trophy. Wynalazłem go w jakiejś stodole pod Ostrołęką i wymyśliłem sobie, że go…