Inne · 27 min czytania
Nostalgiczna pogoda
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Stojąc na opuszczonym peronie, cichym chyba tylko o tej porze – ziemi niczyjej dnia i nocy – mogłem usłyszeć delikatny szum strumyków wody, przelewających się rowkami miedzy nierównymi płytami nawierzchni. Szary świt przywitał miasto chodnymi podmuchami porywistego wiatru, a stelaż dachu stacji, gdzieniegdzie przykryty tylko fragmentami blachy, wydawał się grobowo poważny, jak zdjęcie z przeszłości. Na twarz spadały mi niekiedy pojedyncze krople deszczu, sączące się powoli i jakby bez przekonania z zimnego, choć jeszcze przecież letniego nieba. Witałem je z pewną ostrożną wdzięcznością, jak subtelne przypomnienie o rzeczywistości, od której dzieliło mnie świeże jeszcze wspomnienie jak zawsze zbyt krótkiego snu. Nie mogąc zdobyć się na utrzymanie myśli w jakimś logicznym toku, zadowalałem się rozwijaniem urywków, próbując pobudzić się do życia - doceniłem znak ostrzegający mnie przed zbliżaniem się do torów, rozważyłem perspektywę inwestycji, zapowiadanych swego czasu szumnie w tych okolicach, i z zadowoleniem rozważyłem obietnice tych zmian tylko po to, by mgliście przypomnieć sobie o jakimś braku funduszy, dość rutynowo ogłoszonym przez którąś z gazet.
Stałem tak już kilka minut, pogrążony w swoim postrzępionym zamyśleniu, gdy kątem oka dostrzegłem zbliżającą się do mnie sylwetkę, dziwnie zgarbioną i wykrzywioną, zdaje się jakiegoś bezdomnego staruszka czy staruszki - czas nie dba chyba o płeć i równie zniekształca każde człowieczeństwo. To „bezdomnego” nasunęło mi się jakoś mechanicznie, może za sprawą dworcowej atmosfery, mimo to skarciłem się za ten pospiech - w moich myślach słowo to zabrzmiało nieprzychylnie i z pogardą, co zawsze irytowało mnie niesamowicie, burząc wyobrażenie o empatycznym i wrażliwym sobie. Odwróciłem wzrok, by spojrzeć bez chęci, właściwie przymusem nawyku, na zatarte cyfry niedbale opiętego na przedramieniu zegarka - wytężywszy zmęczony wzrok, dostrzegłem nawet godzinę i po chwili bezrefleksyjnego zamarcia, wymruczałem bezwiednie – „5 min”. - W istocie, drogi panie, tyle właśnie, usłyszałem zza pleców. To zgarbiona sylwetka przysunęła się bliżej, kiedy zajęty byłem zegarkiem. Ton jej głosu, jednak męskiego i jakby przyjemnie zakonserwowanego, nie pasował zupełnie do sytuacji, pory, miejsca i postury jegomościa; był głęboki i dźwięczny, dziwnie uprzejmy i dziwnie opanowany – elegancki, pomyślałem; wykształcony - dodałem po chwili. - Wiec pan tez czeka? - Zapytałem zmieszany, właściwie tylko po to, by dopełnić obyczaju. Zaraz wypomniałem sobie bezsensowność pytania. Nieznajomy zdziwił mnie jednak, gdy ściągając delikatnym ruchem kaptur, odsłonił sympatyczną, chociaż wyraźnie zatroskaną twarz, mówiąc: „Nie, nie dzisiaj. Pogoda jest zbyt nostalgiczna”. Powiedziawszy to, a może po prostu milcząco, wypowiadając swoją kwestię tylko w mojej sennej głowie, oddalił się wolno, nie chcąc najwyraźniej dalszego kontaktu.
Odrobinę skonsternowany, coraz bardziej trzeźwiejąc jednak ze snu, oczekiwałem znajomego odgłosu zbliżającego się pociągu. Po chwili, jednak nieco wcześniej niż się tego spodziewałem, gładkie wierzchy torów zamigotały odbitym światłem reflektorów w panującym ciągle półmroku. Mechanicznie sięgnąłem po torbę, leżąca na ostatniej trzymającej się jeszcze desce jedynej w pobliżu ławki, i przywołałem w pamięci obraz schowanego w portfelu biletu. Mam go, uspokoiłem dobrodusznie swoje natręctwo. Przecież wiem. Kiedy przesunąłem wzrok z powrotem na torowisko przede mną, nie zastałem tam oczekiwanej jednolitej bryły pociągu osobowego, jaki miał dowieźć mnie do stacji przesiadkowej w mojej dość długiej podróży, a poszarpanego węża jakiegoś dalekobieżnego pociągu. Zatrzymał się, chociaż o ile tylko wiem i o ile pamiętam, nigdy wcześniej nie zdarzyło się to tutaj ani właściwie nie powinno zdarzyć. Bez dalszego zastanawiania, rutynowo odczytałem z tabliczki kierunek i ucieszyłem się niezmiernie, gdy okazał się pokrywać z moim celem. Bardziej z ulgą niż dalszym zdziwieniem wsiadłem do pierwszego wagonu i rozejrzałem się wkoło; oprócz samotnego mężczyzny, przykładu tego, co nazwać można chłopską powierzchownością, korytarz był zupełnie pusty. Bez namysłu otworzyłem drzwi pierwszego pod ręką przedziału, nie chcąc zawierać z samotnym podróżnym żadnej znajomości, i z zadowoleniem przyjąłem fakt, że znalazłem się w nim zupełnie sam wobec niezwykle kuszących, choć twardych i zbitych w jedna lawę, siedzeń. Usiadłszy przy oknie i wsunąwszy torbę miedzy kolana, oparłem się łokciem na stoliku, palcem drugiej ręki wykonując rytualne poszukiwania - papieros, zapalniczka, działająca zapalniczka. Czas płynął wolno, odmierzany monotonnym stukiem kol, zatrzymując się wraz z pociągiem przed światłami czy stacją, to znów powracając konsekwentnie do przerwanego rytmu. W międzyczasie jednolity krajobraz nizinnych pól i łąk rozświetlał się cieplnymi promieniami wrześniowego słońca, które znajdywało coraz częściej przesmyk w ciągle gęstej warstwie stalowoszarych chmur, pamiątce po nocnej burzy.
Siedziałem najwygodniej jak tylko pozwalały warunki, opierając nogi o fotele naprzeciwko i szukając odpowiedniego kąta, pod jakim mógłbym ułożyć boleśnie obijającą się o róg kanapy i okna potylicę. Wolno i machinalnie paliłem trzeciego papierosa, korzystając z – zapewne przejściowej – swobody w przedziale, nigdy bowiem nie lubiłem karcących, pełnych wyrzutu spojrzeń współpasażerów, którzy z sobie jedynie znanych powodów zajmowali przedziały dla palących, by onieśmielać potem wykorzystujących je zgodnie z przeznaczeniem ludzi. Mój wzrok błądził po ciasnej kabinie, zatrzymując się co chwila na jakimś detalu, mało znaczącym elemencie na ścianie, siedzeniu czy szybie; w podobny stan dziwnej melancholii i marazmu wpadałem dość często, wcale więc nie czułem się nieswojo, a nawet potrafiłem odnaleźć odrobinę pociechy w tym wyciszającym oddaniu bezczynności. Niedługo jednak zmiana pogody spowodowała, że dość gwałtownie wyprostowałem się i otrzeźwiałem, zaczął bowiem padać znowu gęsty deszcz, a strużki wody, przedostające się do środka przez nieszczelną oprawę okna, spływały mi po twarzy. Wzdychając ciężko, oparłem łokcie na kolanach, na tych zaś głowę, i siedziałem tak przez jakiś czas, starając się o niczym nie myśleć. Niestety natura przemaga często wysiłek woli, i moja wrodzona skłonność do rozważań odezwała się także teraz. Przez głowę, chaotycznie i pozornie bez związku, przelatywały mi obrazy i skojarzenia, jak nagłówki gazet pojawiały się hasła różnych problemów, by zaraz ustąpić miejsca nowym i jeszcze mniej spójnym. Dotykałem w takich momentach całej substancji tego, co składało się na moje życie – a, muszę wyznać z przykrością, nie były to rzeczy przyjemne. Bardziej czułem intuicyjnie, niż nazywałem i analizowałem, samotność i poczucie pustki. Tak, z całą pewnością to właśnie niepokoiło mnie najbardziej, chociaż patrząc na sprawę trzeźwo – o dziwo mogłem zdobyć się i na taką refleksję – występowało we mnie wszystko, do tego zwielokrotnione i wzmocnione, za wyjątkiem właśnie pustki. Jednak, jak mi się zdawało, to wszystko było jak stelaż, szkielet zrujnowanej stacji, na której zdarzyło mi się wsiadać – dość misterne i dość skomplikowane, ale przecież puste, a do tego szpecące, niechciane i obce. Widziałem dokładnie wszystkie swoje blokady i krępujące natręctwa, całą tą misterną konstrukcję lęków i nawyków, dyktującą głęboko schowanej i pokornej świadomości każdy ruch, cenzurującą każdą swobodniejszą myśl. „Dobrze, jesteś samotnym głupcem, nie umiesz się na nic zdobyć; tak, nie lubisz ludzi… nie, gorzej nawet – boisz się ich i unikasz, udając dla les dehors wyniosłość. Przegrywasz. Jesteś upokarzany. Tracisz to, co cenisz… albo nie cenisz tego, co masz. Tragedia. Jesteś swoją tragedią, rozumiesz?” – te i podobne rzeczy przechodziły mi przez głowę, męcząc mnie i nużąc, gdy siedziałem spokojny siłą przyzwyczajenia, patrząc przez lekko rozszczepione palce na brudną podłogę.
Część 22 / 2
Czas płynął, a ja tkwiłem tak nadal, pogrążony w myślał i smutniejący, ogłuszony i zmęczony. Pisk przyhamowującego pociągu stał się tym bodźcem, który pomógł mi otrząsnąć się z odrętwienia i wyprostować pulsujące już tępym bólem plecy. Wyjrzałem za okno i, nie dostrzegłszy śladów miejskiego krajobrazu, opadłem bezwładnie na oparcie fotela, które rozdziela się mniej-więcej na wysokości karku, powodując wrażenie nienaturalności pozycji i dyskomfort. Po chwili, nie mogąc znaleźć siedząc tak dobrego ułożenia ciała, osunąłem się swobodnie głębiej na siedzenie. Ciągle nikt nie zakłócił mojej samotności, nawet konduktor, co w innych okolicznościach przynajmniej zwróciłoby moją uwagę; teraz jednak patrzyłem tępo w przesuwający się dość wolno krajobraz za oknem – prawdopodobnie stan torowiska czy duże zagęszczenie przejazdów było za to odpowiedzialne, przemknęło mi przez głowę. Powoli powracało nocne zmęczenie, a ciało dawało wyraz tęsknoty za odpoczynkiem; ja jednak nie chciałem zasypiać, po części z obawy przed przegapieniem odpowiedniej stacji, po części z lęku przed bliżej nieokreślonym niebezpieczeństwem – jak często takie właśnie „bliżej nieokreślone” zagrożenie dyktowało mi nastroje i wymuszało zachowania… Nieprzyzwoicie, pomyślałem jeszcze mgliście, powoli poddając się fali znużenia. Słońce znów wyglądało zza chmur, a jego promienie to rozbłyskały na mokrych liściach drzew w mijanym lesie, to gasły gwałtownie. Zasypiałem, oczywiście nie świadomy tego wystarczająco, by się zbuntować, a jedynie śladowo przytomny, zupełnie na granicy snu i jawy. Nagle, bardzo wyraźnie, zupełnie nie sennie, a jakoś przejrzyście i prawdziwie, zobaczyłem jak kolejne drzewa stopniowo tracą zieleń, stają się żółte i czerwone, jak słońce na przemian gaśnie i zapala się – jednak nie rytmem wyznaczanym przez ruch chmur, a jakby momentalnych zachodów i wschodów; jak, w końcu, tracą wszystkie liście i otula je cienka warstwa śnieżnego puchu, który topnieje zaraz i przechodzi w warstwę lodu. Tu obraz zatrzymuje się, choć przesuwa dalej wraz z pociągiem, moje powieki opadają ostatecznie, a umysł poddaje się w rezygnacji snowi. Słyszę tylko cichy syk – to papieros, gdy sen rozchylił moje zaciśnięte dotąd palce, wpadł do popielniczki przy oknie, w której nazbierało się w czasie deszczu trochę wody.
Wzdrygnąłem się i podniosłem głowę. „Co?” – niemo wyrażały zapewne moje zaspane oczy, otwierając się i rozglądając po przedziale. „Gdzie ja jestem?”, pomyślałem ze strachem, wbiwszy wzrok w siedzącego naprzeciwko mężczyznę. „Czy on był tu wcześniej?”, „Dlaczego ja się tak czuję, tak… dziwnie?”, „Co jest kurwa z moimi płucami! Powietrza, kurwa!” – na tym zatrzymałem się na chwilę dla pewnej ważniejszej refleksji, zdało mi się bowiem coś niewyobrażalnego, najzupełniej dziwnego i przerażającego – odniosłem wrażenie, że to nie ja nie mogę oddychać i to w ogóle nie ode mnie zależy, kiedy wciągnę powietrze, wyprostuje się czy odezwę. Tu byłem ja, niezaprzeczalny i namacalny, jeśli nie z krwi i kości, to przynajmniej integralny duchowo, z pełnią władz intelektualnych i swobodą… myśli. Był tu jednak ktoś jeszcze, i to właściwie ja byłem i czułem z tym kimś, mając też dostęp do jego myśli i uczuć – „bez zmieszania”, przypomniałem sobie nagle dogmatyczną formułę. Sen? Tak, sen, oczywiste, aż nazbyt jasne, pewne… Tylko przecież ja nigdy, nigdy dokąd tylko sięgam pamięcią, nie doświadczyłem – ani nie pragnąłem nawet, zdaje się – tego dziwnego fenomenu sennej świadomości, tak zachwalanego przez głodnych wrażeń ludzi. Nie, kiedy ja śnię, po prostu śnię. Oglądam film, nieprzytomny, ogłuszony, nieczuły. Tutaj jednak… tu wszystko było prawdziwe. Rozeznanie i trafne rozpoznanie mojej sytuacji, ten tak jasny wniosek o moim położeniu, przyszły jakoś z góry i gwałtownie, objawione bardziej niż wymyślone. „Kolejny atrybut snu”, pomyślałem z rosnącym przerażeniem; mimo to nie mogłem się jednak ostatecznie przekonać, i w konsekwencji uspokoić, że to fantazja. Wszystko to i jeszcze więcej działo się we mnie w sekundach w oczekiwaniu na wdech.
Ten nastąpił. Powolna, paraliżująca fala bólu przeszła mnie (czy jednak naprawdę – „mnie”?) od głębi klatki piersiowej do powierzchni skóry i od przepony do piersi. Straszne, dławiące uczucie niewypowiedzianego cierpienia, bardzo realnego i już wcale nie sennego, znalazło wyraz w długim napadzie kaszlu. Ta osoba – powinienem mówić tak raczej niż „ja” – była bardzo zmęczona i przestraszona, oraz, równie jak ja, zdezorientowana. Powoli powracały w jej głowie fragmenty urwanych przez sen myśli, jakieś obrazy i różne uczucia. Starałem się zorientować w sytuacji, poznać ją, dowiedzieć się o czym tak myśli i czego się tak boi, oraz, na litość, dlaczego tak boli, gdy oddycha? Na razie jednak na niczym nie skupiała się dłużej i, jak się zdaje, unikała tego, co gnębiło ją najbardziej. Patrzyła tylko smutno na mężczyznę, który w czasie paroksyzmu kaszlu wstał zwinnie i szybko, uklęknął przy niej i położywszy dłoń na jej policzku, patrzył tylko milcząco. Dla kogoś z zewnątrz była to wręcz okrutna obojętność, rażący brak przejęcia cierpieniem i zaniechanie…