Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 1 godz. 3 min czytania

Nowa Era Wuefu - część III

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

VI

- Leo, musimy porozmawiać – zaczął Klemens, zaraz po tym, jak spotkali się w drodze do szkoły następnego dnia. - Zmieniłeś zdanie? - Cholera, człowieku, jakie zdanie?! To jednak wszystko prawda. Nie uwierzysz, co mi się wczoraj przydarzyło... I Klemens opowiedział przyjacielowi całą przygodę z komputerem. Przez całą dalszą drogę głowili się nad znaczeniem komputerowej wiadomości. PPP już było. Cztery razy. Przekroczyli już więc magiczną liczbę trzy, poza którą nie udało się wyjść Grekom. Wczorajsze PPP było ostatecznym. A teraz Ostry kot i przeklęta ziemia. Dzień ten nie był zupełnie normalnym. Po pierwsze była sobota – PINOL odrabiał jakiś dzień na początku roku. Poza tym działo się coś dziwnego. Na pierwszej lekcji uczniowie zostali wezwani do noszenia kwiatów i stołów z jednej sali do drugiej – Stary stwierdził, że na jego imieniny trzeba w szkole zrobić przemeblowanie. To się już zdarzało. Było natomiast coś innego, co jeszcze nigdy nie miało miejsca: pierwsze, główne, dostępne tylko dla SuperVIP-ów drzwi frontowe były otwarte na oścież. Poza tym pani Kochanek, z którą miała się odbyć pierwsza lekcja, nie pojawiła się. Na przerwie ktoś przyniósł sensacyjną wiadomość z równoległej klasy 03: na polskim, matematyce i historii pojawiły się praktykantki. Klemensa i Leonida przeszedł dreszcz na tę wiadomość. - To stanie się dzisiaj – zaczął pierwszy z nich. - Tylko co i gdzie? – zastanawiał się drugi. Przemeblowanie, otwarte drzwi, a teraz szkołę zaczynają opanowywać praktykantki. Następną lekcją miał być język angielski z profesor Ostrowską: - Jeszcze sześćdziesiąt dni do końca roku – zaczęła, wchodząc do klasy. – Dziś mamy do napisania test. Kto jest nieobecny? – spytała, siadając na krześle i otwierając dziennik. – Dyżurny! Drzwi do klasy nagle się otworzyły. Stanął w nich jakiś niepozorny młodzieniec. - Mogę panią na chwilę prosić? – spytał. - Mama przyszła? - Tak – odparł cicho chłopak. - Przepraszam państwa, sprawy wychowawcze – powiedziała pani profesor i wyszła z klasy, a idąc między ławkami mruknęła pod nosem: - Co ten głupi kocur znowu chce? Usłyszał to Leonid, który poszedł usiąść koło Klemensa po kilku chwilach od wyjścia Ostrowskiej. Pani profesor nie wróciła do końca lekcji. Z czasem zrobiło się dosyć głośno. - Kleks, słyszałeś? - Ostrowska sobie poszła. I co z tego? - Kurcze, jak ty nic nie rozumiesz! Kot Ostrowskiej nazywa się przecież Mama! - Ostry kot! – skapował Klemens. - Właśnie! Klemens popatrzył na przyjaciela ze zdziwieniem. - Powinniśmy za nimi iść? - Nie wiem właśnie. Wtem rozległ się dźwięk telefonu komórkowego. - To mój – powiedział siedzący w drugiej ławce Adam, gdy wszyscy w klasie sięgnęli do plecaków po swoje telefony. - Tak, słucham? – w tym momencie chłopak zadrżał. Leonid i Klemens popatrzyli na niego zaintrygowani, podczas, gdy reszta klasy wróciła do swoich zajęć. – Tak jest pani profesor! Oczywiście, jestem na rozkazy waszej wspaniałej, czcigodnej wysokości... Tak jest, już słucham! – ręka mu drżała, gdy trzymał telefon przy uchu. – Oczywiście, będę zaraz tam będę! Dziękuję za łaskę! - Kto to był? – spytał Adama Leonid. - Yyy, koleżanka – odparł nerwowo. Każdy by zauważył, że gość kłamie. - On coś ukrywa – stwierdził Klemens, gdy Leonid wrócił do niego. - Zauważyłem. Tymczasem skończyła się lekcja. Część uczniów wybiegła na przerwę. Adam zaczął się pakować. - Gdzie idziesz? Jeszcze trzy lekcje – zagadnął go Klemens. - Mam konkurs recytatorski. Tak, to prawda. Adam był mistrzem recytacji. W zeszły roku szkolnym wygrał konkurs wojewódzki. W grudniu tego roku popisał się na zawodach krajowych, a dziś miał wystąpić na olimpiadzie międzynarodowej. Z tego właśnie powodu... - ...jadę z Urbaniakową. - Nieźle. Powodzenia – powiedział Klemens. - Dzięki – odparł Adam i wyszedł pospiesznie z klasy. - Czego się dowiedziałeś? – spytał Leonid. - Pakuj się. Idziemy za nim! - Dlaczego? - Wyjaśnię ci po drodze. Szybko! – ponaglił jeszcze Klemens. Obaj chłopacy wybiegli z klasy chwilę po Adamie. Schodami zeszli na dół, ale tak, by ten ich nie zauważył. - Więc o co chodzi? – spytał ponownie Leonid. Dobiegali właśnie na parter. Główne drzwi były nadal otwarte na oścież. Widać przez nie było, jak Adam wsiada do samochodu z jakimiś kobietami i odjeżdża. - Musimy ich gonić! – powiedział Klemens, gdy znaleźli się na zewnątrz. Chłopak wsiadł na jeden z motocykli, które stały przy drodze. – Wsiadaj! – krzyknął do Leonida. - Rany, Kleks, co ty?! - Wsiadaj! Gdy obaj znaleźli się na motorze, Klemens natychmiast ruszył do przodu. Pożegnały ich tylko wrzaski trzecioklasisty, któremu właśnie zwinęli maszynę. - Słuchaj: Adam powiedział, że jedzie na konkurs recytatorski z Urbaniakową. Pamiętasz ją? Uczyła polskiego w poprzedniej szkole. - No i? - Urbaniakowej nawalił samochód, więc podwozi ich Spychała – polonistka z podstawówki. Urbaniakowa i nasza Ptaszyńska znają się dobrze bo mieszkają obok siebie. Rozumiesz? - Nie bardzo. Przejechali właśnie z szaleńczą prędkością, na czerwonym świetle przez skrzyżowanie. - Patrz, jak jedziesz! – wrzasnął za nimi ktoś. Przekroczyli ulicę Narutowicza obok parku Kościuszki. Za samochodem Spychały skręcili w prawo, a potem w lewo. Manewrując pomiędzy innymi autami, posuwali się wzdłuż Niepodległości. - Adam mieszka naprzeciwko ich obu, a w dodatku kawałek dalej mieszka też Spychała. - I co z tego? - Cholera jasna, czy ty naprawdę nic nie kumasz? Skąd, według ciebie, takie nagromadzenie polonistów? - Przeklęta ziemia! – wreszcie zrozumiał Leonid. - Właśnie! Cudem unikając zderzenia z dwoma TIR-ami, przekroczyli skrzyżowanie z Konstytucji i byli teraz na Kąkolewskiej. Żeby dogonić Adama, musieli wymijać samochody chodnikiem. Ludzie uciekali przed nimi na wszystkie strony. Wreszcie samochód Spychały skręcił w drogę wewnętrzną osiedla... - ...Wieniawa!? – nie mógł wciąż uwierzyć Leonid. – Przeklęta ziemia? - Nie słyszałeś, że był tu kiedyś cmentarz indiański? Daję głowę, że jest tutaj Mama i Ostrowska. Samochód zatrzymał się przy drodze, w miejscu, gdzie odchodził chodnik, prowadzący do klatki schodowej Ptaszyńskiej i Urbaniakowej. Wysiedli z niego Urbaniakowa, Spychała i Adam. Nic nie mówiąc, dotarli do bloku. - Widziałeś? – nie mógł się nadziwić Leonid. - Szybciej. Wuef wzywa – ponaglił go Klemens. Obaj zsiedli z motocykla i jak najciszej pobiegli za pierwszą trójką. Po drodze widzieli Małą Gosię, czyli córkę Ptaszyńskiej, jak razem ze swoimi dwoma potężnymi wilczurami robiła obchód dookoła bloku. Adam wszedł pierwszy do klatki, zanim dwie nauczycielki. W drzwiach był samozamykacz. Zanim jednak zatrzasnęły się ona na dobre, z krzaków wyskoczył Klemens i zdążył je pochwycić. - Masz niezły refleks – stwierdził Leonid. Pogoda była w tej chwili dobra. Świeciło słońce, chodź z zachodu nadciągały ciemne chmurzyska. Leonid pomyślał, że być może patrzy na niebo po raz ostatni. - Chodź już! – zawołał go szeptem Klemens. Najciszej jak tylko mogli, wchodzili schodami na górę. W ostatniej chwili dotarli do drzwi mieszkania Ptaszyńskiej, które też właśnie miały się zamknąć. Klemens potrzymał je przez chwilę nieruchomo. Bał się je uchylić. - No, już... – szepnął Leonid, który usłyszał czyjeś kroki na dole klatki. Być może to Mała Gosia. Klemens uchylił drzwi, które wcale nie skrzypiały. Stanęli u progu królestwa wuefistów – mieszkania prof. Gosi Ptaszyńskiej. Wnętrze wyglądało zupełnie normalnie: dywany, meble, półki, lustro, płytki, boazeria, panele. Jak w typowym mieszkaniu. Rozległ się trzask. Chłopacy aż podskoczyli. - Co to było? - Tu jest pusto – stwierdził Klemens, rozglądając się po pokojach. - Widocznie wyszli jakimś tajemnym przejściem. Kroki z klatki stawały się coraz głośniejsze. Jednocześnie do ich uszu dochodziły szczeknięcia i kłapanie pysków. - Wraca Mała Gosia. - Musimy się ukryć. Szybko. Do szafy. To najgłupsze, co mogli zrobić, ale obaj schowali się w szafie. W tym momencie drzwi się otworzyły i rozległo się głośne szczekanie. - Herbert, cicho! Melchior, waruj! Psiska natychmiast umilkły. To zadziwiające, jaką ta dziewczyna miała siłę w głosie. Mała Gosia zdjęła płaszczyk i powiesiła go na wieszaku. Potem weszła do pokoju, gdzie w szafie siedzieli Leonid i Klemens. Psy weszły za nią i natychmiast zaczęły warczeć na szafę. - Melchior, Herbert, powiedziałam! Nastała cisza. Leonid przez cienką szparkę obserwował, jak Mała Gosia przeciąga się, odgarnia włosy, wzdycha i podchodzi do potężnego regału z książkami. Odsunęła jedną z nich i nagle część ściany, na której wisiał portret Czesława Miłosza, rozsunęła się. Mała Gosia ze swoimi psami zniknęła w ciemnym korytarzu. Ściana zasunęła się za nią. - Widziałeś? – rzucił Leonid, wyskakując z szafy. - Nic nie widziałem – odparł z goryczą Klemens. Nie dałeś mi spojrzeć. Weszła tu z tymi wilczurami, pociągnęła jedną z książek i zniknęła w ukrytym korytarzu. - Widziałeś, która to była książka? - Gdzieś tutaj – wskazał na środkową część czwartej półki. - „Dziady”, „Ludzie bezdomni”, „Mitologia Kubiaka”, „Antygona”, „Władca Pierścieni” – Klemens odczytywał tytuły. Popatrz tutaj. „Nad Niemnem” Eliza Orzeszkowa. - To mogło być to – stwierdził Leonid. Klemens pociągnął za książkę. Poczuł opór i usłyszeli dźwięk wewnętrznego mechanizmu. Przekładnie i koła zębate odsunęły fragment ściany, odsłaniając wąski korytarz. - Idziemy? – spytał Leonid. - Nie wiem. Boję się. Stamtąd może nie był powrotu. Jeszcze niedawno byłem zupełnie normalny, a teraz... - A teraz jesteś obrońcą wuefu. Jesteś naznaczony i nie zmienisz tego. - A ty? - Co ja? - Ty nie musisz tu iść. Wracaj lepiej do szkoły i trzymaj za mnie kciuki. - Zwariowałeś? W życiu nie powierzyłbym tobie mojego losu. Sorry, ale idę z tobą. - Nie mogę się na to zgodzić. - Beze mnie nie wiedziałbyś nic o wuefie. Nie gadaj tyle i chodź. Razem ruszyli do przodu. Kamienny właz zasunął się za nimi. Chłodne, szare, kamienne mury były oświetlane tylko przez pochodnie, zawieszone co jakiś czas. Korytarzem tym doszli do kręconych schodów, które schodziły w dół. Nimi dotarli do następnego, większego korytarza. Była to raczej swego rodzaju galeria, urządzona z przepychem, w stylu rokoko. Luksusowe fotele, szafy dębowe i stoliki stały po bokach, a na ścianach wisiały obrazy – między innymi Morsztyna, Kochanowskiego, a także był tam, w szklanej gablocie rękopis Bogurodzicy z piętnastego wieku. - Boże, to jakaś fanatyczka – stwierdził Klemens, oglądając te skarby, zgromadzone najprawdopodobniej przez samą Ptaszyńską. Dalej galeria zmieniała wystrój na typowo klasycystyczny, z takimi ozdobami, meblami i oczywiście portretem Krasickiego na czele. Kolejne pomieszczenie skupiało się na dziewiętnastym wieku i zawierało portrety takich oszołomów jak Słowacki, Mickiewicz, Norwid. Niewiadomo dlaczego, pominięci zostali prawdziwi mistrzowie tego okresu: Sienkiewicz, Żeromski, Reymont. Z mniejszym rozmachem, ale za to z ogromną galerią zbiorów, pokazany był okres dwudziestolecia międzywojennego i samej drugiej wojny. Ale o tym już lepiej nie wspominać. Galeria kończyła się potężnymi, drewnianymi wrotami, bogato zdobionymi, ze złotymi klamrami, wysadzanymi bursztynem. Ale najgorszy był napis: THE GATES OF THE HELL ARE OPEN NIGHT AND DAY. Chłopacy popatrzyli na siebie z zakłopotaniem. Nie bardzo wiedzieli, co robić. - Wchodzimy – stwierdził Klemens i nacisnął ciężką, mosiężną klamkę. To, co ujrzeli po drugiej stronie, olśniło ich. Blask szczerego złota, błyszczącego marmuru, szmaragdów, rubinów diamentów, bursztynu, oślepiał wręcz. Światło dwóch kryształowych żyrandoli odbijało się w kilkunastu lustrach, w dębowych, zdobionych ramach. Kilkadziesiąt greckich, rzymskich i egipskich posągów zdobiło ściany, razem z rzędami kolumn w stylu korynckim. Ogromna sala zwieńczona była potężnym, masywnym sklepieniem, ozdobionym freskami największych mistrzów. Perskie dywany leżały na podłodze z idealnie gładkiego marmuru. Na środku sali stał wielki, lakierowany, dębowy stół, a wokół niego stało kilkadziesiąt krzeseł z aksamitnymi obiciami. W jednym z rogów stało masywne biurko osiemnastowieczne, w drugim, w wielkim, kamiennym kominku paliło się drewno brzozowe. Sala ta, tak bogata, że Kreml, Wersal, pałac Zimowy i Biały Dom niech się schowają, miała trzy wejścia. Jedno z nich prowadziło do galerii, z wystawą Ptaszyńskiej. Pozostałe dwa pozostawały zagadką. - Klemens, przypomnij mi, co my tu robimy, bo chyba mi się zmysły pomieszały. - To był twój pomysł, wariacie. - Ty wiesz, z kim my zadarliśmy? - Nie. Nie jestem nawet w stanie sobie tego wyobrazić. Wtem rozległy się przytłumione kroki. - Idą tu. - Już po nas – stwierdził Leonid. - Nie marudź. Popatrz tam – Klemens wskazał na marmurowe schody obok kominka, częściowo zasłonięte przez dwa, kamienne anioły. – Zobaczymy, co tam jest. - Zwariowałeś – Leonid chciał oponować. Musiał jednak uznać racje Klemensa, gdy kroki stały się głośniejsze. Obaj schodami weszli do pomieszczenia technicznego, pełnego komputerów, monitorów, konsolet i skomplikowanej aparatury. Był tu między innymi wielki regał z monitorami, przekazującymi obraz z pięćdziesięciu kamer, ukrytych w kompleksie. - Popatrz tutaj – Leonid wskazał na trzy kolejne ekrany, na których widać było galerię, którą się tu dostali. – Jeśli ktoś tu był, to nas widział. Na środku pomieszczenia stał wygodny, obrotowy fotel. Klemens usiadł na nim. Wtedy na głównym monitorze ukazał się obraz z wielkiej sali, która znajdowała się za ścianą. Jedne z trzech wrót otworzyły się. W pierwszej kolejności do środka wbiegli gwardziści, którzy stanęli pod ścianami. Za nimi wszedł niewielki gość, ubrany w drogi płaszcz z gronostajów, w wysadzanej rubinami koronie. Po jego prawej stronie do sali wkroczyła profesor Ostrowska, w obcisłym białym mundurze admiralskim, pełnym odznaczeń. Koło niej dreptał mały kot, który był po prostu nagi. Po lewej stronie szedł Adam, który bez przerwy trząsł się ze strachu. Dalej kroczyli inni: Lorek, Trybuszewska, Stróżyk, bibliotekarz Rynek, Zbytniewski, Kornela, Bieniowa, postrach szkoły Łucja Kasprowiak, Czaiński, Krysia, Kochankowa, Misiorna, Wain, Stoczczakowa, a na końcu szły Ptaszyńska, Urbaniakowa i Spychała, a także Mała Gosia, z Herbertem i Melchiorem. Kordon zamykała część uczniów, wybrana spośród wszystkich klas PINOL-a. Nauczyciele zajęli miejsce przy stole, gwardziści stanęli pod ścianami, a uczniowie w kilku grupach, wokół stołu. Na środek wyszedł ten niski gość, ubrany jak co najmniej jak cesarz chiński. - Ty widzisz, kto to jest? – Leonid z trudem mógł to w ogóle powiedzieć. Klemensowi w ogóle nic nie chciało przejść przez gardło. Na podwyższeniu stał Rufin. - Ten sukinsyn jest tutaj wysoką figurą – stwierdził Klemens, gdy oszołomienie minęło. Rufin tymczasem tryumfalnie podniósł dłonie do góry. Wszyscy zebrani, jak na rozkaz, zaczęli bić brawo. Trwało to jakieś dwie minuty, aż chłopak opuścił ręce. Nauczyciele usiedli w ciszy. - Przyszłość będzie nasza, mimo wrogich krzyków, bo my rośniemy tu, niczym kwiaty na śmietniku! – jego słowa odbijały się echem od marmurowych ścian. – Oto nadeszła dla nas wiekopomna chwila. W tym oto bowiem momencie mam zaszczyt ogłosić powstanie wielkiej, potężnej, niezależnej Republiki Wuefistów, samemu, z woli ludu, przyjmując tytuł wielkiego Prezesa Republiki! Głośne brawa rozległy się, wypełniając całą salę. Jak kraj długi i szeroki, wtórowali im też dziesiątki milionów wuefistów przed telewizorami i komputerami. - O zabranie głosu proszę teraz the Empress-Game panią profesor Zofię Ostrowską. Kolejna seria głośnych braw odprowadziła Ostrowską na podwyższenie. - Bez zbędnej gadaniny: z chwilą obecną ogłaszam powstanie Podziemnego Państwa Wuefistów, działającego w ramach Republiki Wuefistów, nad którym obejmuję kontrolę. Wkrótce przejmie ona władzę w kraju i zapanuje nad systemem edukacji społecznej. Niech żyje Republika! Niech żyje Prezes! - Niech żyje the Empress-Game from Nepal profesor Ostrowska! – odpowiedziała zgodnie sala. - Ogłaszam również, że z chwilą obecną, z woli wielkiego Prezesa Republiki powstaje rząd narodowy Republiki, którego skład niniejszym podaję: premierem rządu mianuję mojego wiernego ucznia: Adama! Adam, dygoczący ze strachu, cały zlany potem, ale ubrany w błyszczący garnitur, podszedł po podwyższenia. Tam, z rąk wielkiego Prezesa Republiki otrzymał buławę prezesa rady ministrów. - Dziękuję, panie Prezesie – powiedział, ściskając dłoń Rufina. Kolejni członkowie rządu podchodzili do Prezesa, od którego otrzymywali swoje buławy i ustawiali się jeden obok drugiego, pomiędzy podwyższeniem, a wielkim stołem. - Ministrem propagandy zostaje pan profesor Grzegorz Lorek. Ministrem środowiska mianuję profesor Trybuszewską. Resort infrastruktury obejmie pan Waldemar Stróżyk. Ministrem obrony narodowej zostaje profesor Rynek. Natomiast sprawami zagranicznymi zajmie się mój kot – Mama. Profesora Zbytniewskiego proszę o odebranie buławy ministra spraw wewnętrznych i administracji. Edukacja narodowa i sport, to od dziś sprawy koleżanki Kornelii. Ministrem gospodarki i pracy zostaje pani profesor Iwona Frąckowiak Bień. Ministrem skarbu od dziś będzie profesor Łucja Kasprowiak. Resort sprawiedliwości obejmie profesor Marek Czaiński, a kulturą i dziedzictwem narodowym zajmie się koleżanka Krysia. Ministrem zdrowia zostanie pani profesor Kochanek. Resort rolnictwa i rozwoju wsi to pole działania Misiorny. Szefem służb specjalnych mianuję panią profesor Małgorzatę Ptaszyńską. Ostrowska, po skończonym odczycie, obrzuciła wzrokiem nową rząd Republiki, który właśnie sformowała. Tymczasem w całym kraju nie ustawały gromkie brawa na cześć Republiki i Prezesa. Leonid i Klemens siedzieli w pokoju technicznym i próbowali sobie jakoś logicznie poukładać to wszystko, co właśnie widzieli. Podziemne Państwo Wuefistów, wielki Prezes Republiki, the Empress-Game from Nepal prof. Ostrowska, ich kolega Adam premierem i cała reszta – to było o wiele za dużo. Pewne za to było, że przyszłość szkolnictwa jest zagrożona. Po skończonej ceremonii ustanowienia Republiki i mianowania rządu, gdy łącza satelitarne były już rozłączone, członkowie nowego rządu zostali sami w sali. Nie było już Prezesa Republiki, nie było uczniów ani gwardzistów. Byli ministrowie, szef służb specjalnych i oczywiście the Empress-Game from Nepal profesor Ostrowska. Omawiali oni szczegóły zamachu stanu, w trakcie którego Podziemne Państwo Wuefistów wyjdzie na powierzchnię, rząd Republiki przejmie władzę i wuefiści zapanują nad systemem edukacji społecznej. Wystarczyło też spojrzeć na premiera, by dostrzec, jaka będzie rzeczywistość: Adam był strachliwą łamagą, posłuszną we wszystkim Ostrowskiej. Nie było wątpliwości, że the Empress-Game from Nepal stworzyła właśnie marionetkowy rząd i, że to ona będzie miała rzeczywistą władzę, zaraz po wielkim Prezesie Republiki. Pozostawała tylko kwestia, czy aby na pewno wszyscy ministrowie o tym wiedzieli i się na to godzili. Na wewnętrzne rozgrywki przyjdzie czas później. Na razie pozostaje kwestia, jak przejąć władzę. Do poprowadzenia wojskowego zamachu stanu potrzebna jest potężna armia, którą wuefiści jeszcze nie dysponowali. W jej stworzeniu pomóc miał pewien przedmiot, którego znalezieniem miały zająć się odpowiednie służby. - Czy Arka została już odnaleziona? – Ostrowska zwróciła się z tym pytaniem do Ptaszyńskiej. Wszyscy, prócz Ostrowskiej, siedzieli na fotelach. Ona jedyna chodziła dookoła stołu. Na sali panowała ciężka atmosfera. Wszyscy mieli poczucie, że są marionetkami w rękach Ostrowskiej. Z drugiej strony chcieli być zapamiętani, by pisano o nich w podręcznikach historii, gdy już wielka Republika Wuefistów stanie się faktycznym państwem. - Prace nadal trwają – odparła Ptaszyńska. - Co to ma znaczyć? Powiedziałam: Arka ma być do dzisiaj w moich rękach. - Poszukiwania przez długi czas się opóźniały, ale teraz już wiemy na sto procent, gdzie jest Arka. - Gdzie? - W Wilnie, w klasztorze Bazylianów, przy ulicy Ostrobramskiej. - Więc dlaczego jeszcze nie została stamtąd zabrana? - Mamy problemy z dostaniem się tam. Nie możemy przecież wejść tam z koparkami i zacząć rozbierać murów. - Gosia, ty mi tu nie kombinuj. Wiem, że mnie nie lubisz, ale rób co mówię. Arka ma być w moich rękach najpóźniej za dwa tygodnie. W te chwili osobista duma Gosi została urażona. - Odrobinę szacunku dla szefa służb specjalnych – powiedziała, wstając z miejsca. Ostrowska nie wytrzymała. - Szacunku? Tobie nie należy się żaden szacunek. Myślisz, że jesteś wielka, że wszystko możesz? Jesteś nikim! Jesteś tylko małą Ptaszyńską, której ja pozwoliłam się wybić. Siedź sobie w tym swoich sacrum. Ja jestem o niebo wyżej od ciebie! Wszyscy patrzyli na tę scenę zszokowani. - Chcę mieć Arkę już za tydzień. A wy, moi państwo, zabierzcie się do roboty nad swoimi resortami. Za tydzień, o tej samej porze, w tym samym miejscu, kolejna narada, w sprawie omówienia szczegółów przejęcia władzy. Ostrowska wyszła. Ministrowie odetchnęli z ulgą, a Ptaszyńska zapłakała rzewnie. Mała Gosia i pozostałe polonistki rzuciły się do niej. - Nic nie zostanie zapomniane! Nic nie zostanie wybaczone! – rzuciła jeszcze Gosia na wiatr, bo nikt jej nie słyszał. - Klemens, czy ja jestem chory, czy to się działo naprawdę – Leonid nie był pewien rzeczywistości. - Ja nie wiem. Ja naprawdę nie wiem – odparł równie zszokowany Klemens. - Za to ja wiem – usłyszeli znajomy głos. Przejście, prowadzące schodami do sali, zniknęło za metalową zasuwą. Za to otworzyło się inne przejście, w ścianie bocznej. Ukazali się w nim gwardziści, otaczający wielkiego Prezesa Republiki. - Rufin! - A, tak, niektórzy mnie tak nazywali. Teraz to już nieważne, prawda Kleks? Teraz jestem wielkim, potężnym Prezesem Republiki. Tak, to prawda. Jesteś wybrańcem, który powinien był mnie powstrzymać. Udało ci się przeżyć pierwszy raz, ale teraz już się nie wywiniesz. Myślisz, że udałoby ci się dostać aż tutaj, gdybym ci pozwolił? Cały czas was obserwowałem. I co powiecie na to? - Masz stanowczo zawyżoną samoocenę – stwierdził doktorskim tonem Leonid. - Żarty na potem – odparł Rufin. - Zabrać ich! Polecił Rufin i odszedł. Gwardziści otoczyli chłopców i jednoznacznie wyciągnęli ku nim broń. Było to coś w rodzaju berła: złota, zdobiona laska, z czerwonym kamieniem, opasanym złotymi paskami, na końcu. Poza tym wydawali się dziwnie znajomi. - Kleks, przecież oni są z naszej szkoły. - Rób, co chcą. I tak, konwojowana dwójka, ciemnymi korytarzami została przetransportowana do celi. Kompleks był ogromny, a ukryte przejścia tworzyły wielopoziomowy labirynt. Tak też, gdy znaleźli się w rozdzieleniu korytarzy, usłyszeli czyjeś kroki. Gwardziści zatrzymali się na chwilę. - Gińcie, wuefiści! – wrzasnął ktoś i rozległ się huk wystrzału. Kilka błękitnych, jaśniejących wiązek błysnęło w ciemności i paru gwardzistów przewróciło się na ziemię. Leonid i Klemens instynktownie padli na podłogę. - Chodźcie, szybko! – zawołał ktoś do nich. Chłopacy wstali, a nieznajomy nie przestawał strzelać do strażników. Obaj zaczęli biec w mrok, skąd dochodził głos. Jeszcze kilka razy słuchać było huk, po czym strzały umilkły. - Kim jesteś? – krzyknął Klemens. Korytarz zakręcił parę razy, kilka kamiennych zasuw zatrzasnęło się po ich przejściu i kilka otworzyło się przed nimi. Tak też teraz znaleźli się na większym korytarzu. Światło oświetliło nieznajomego. - Tomczak! – chłopacy nie mogli uwierzyć własnym oczom. - Zmywamy się, natychmiast! Wyjaśnienia później. I znów zaczęli biec. Z jednego korytarza na drugi, kilka kolejnych tajemnych przejść, jakaś sala tortur, Tomczak się zgubił, ale w końcu wyszli na korytarz, który tworzył normalną piwnicę pod blokiem Ptaszyńskiej. - To ogromny labirynt. Będą przeszukiwać wszystkie korytarze, a są ich tysiące. Mamy jakieś pół godziny. - A na zewnątrz nie będzie straży? - Będą na sto procent. A teraz uważajcie: jak krzyknę już, to biegniecie za mną i nie oglądacie się na nic. - Nie ma sprawy – zgodził się Klemens. Leonid westchnął. Tomczak uchylił drzwi, które prowadziły na klatkę. Przez chwilę obserwował sytuację, po czym krzyknął: - Już! – i sam wyskoczył jak wariat na schody. Ze swojej dziwnej broni rozwalił szklane drzwi klatki schodowej. Klemens i Leonid ruszyli za nim. I szaleńczy pościg się zaczął. Tomczak biegł przez środek trawnika przed blokiem, strzelając wszędzie naokoło. Niewiadomo, skąd wzięły się dwie wielkie bestie: Melchior i Herbert. Szczekając na całe osiedle, rzuciły się w pościg. - Proszę pana! – krzyknął Leonid do Tomczaka. - Macie – Tomczak podał chłopakom klucze do swojego samochodu. – Biegnijcie już. Ja ich zatrzymam. Klemens wziął kluczyki i razem z Leonidem zaczęli uciekać. Chodnik prowadził pomiędzy dwoma blokami. W oknach pojawili się jacyś nieznajomi ludzie, trzymający takie same berła. Także nieznajomi stanęli murem na ulicy, do której zmierzali chłopcy. Tomczak walczył dzielnie, rozwalając przeciwników w pył. Jego broń była niesamowita. Jednak wuefistów było za dużo. Pojawiali się wszędzie. Wyskakiwali z okien i balkonów i biegli za nimi. Ich złote laski wysyłały dziwne promienie: niektóre wyglądały jak małe meteoryty, inne były jak pioruny, jeszcze inne przypominały lecące strzały. Tomczak właśnie zdołał unieszkodliwić Melchiora. Warczenie Herberta stało się jeszcze głośniejsze. Nie było możliwości, żeby dostać się do samochodu. Wuefiści otoczyli ich kołem. W pierwszej linii stał Herbert, który warczał wściekle, chcąc rzucić się do ataku. - Poddajcie się – odezwał się jeden z wuefistów. Tomczak wstrzymał ogień. - Naciśnij czerwony guzik na breloczku – szepnął nauczyciel do Klemensa, który trzymał klucze od samochodu. Rozległ się głośny huk, podobny do odgłosu silnika odrzutowego. Światła auta zaświeciły się, oślepiając przeciwników. Maszyna ruszyła do przodu, w stronę Tomczaka i chłopaków. Staranowany został żywopłot, płotek i trawnik. Samochód wjechał w ścianę zdezorientowanych wuefistów, którzy próbowali się ratować ucieczką. Inni z kolei otworzyli ogień do uciekających. Ponownie posypała się kanonada kolorowych strzałów. - Wskakujcie! – zawołał Tomczak, gdy samochód zatrzymał się koło niego. Popłoch był straszny. W powietrzu unosił się zapach spalenizny. Wuefiści strzelali zaciekle, ale samochód był odporny. Tylko Leonid oberwał w rękę, gdy wsiadał. Tomczak nawet nie czekał, aż obaj chłopcy zamknął drzwi. Ruszył do tyłu, potrącając kilku uciekających wuefistów. - Dokąd właściwie jedziemy? – spytał Leonid, gdy udało mu się zamknąć drzwi, mimo targającej siły do- i odśrodkowej. - Na razie musimy ich zgubić – odparł nauczyciel. Wyjechali z trawnika na drogę wewnętrzną osiedla. Kilka sekund później byli już na ulicy Kąkolewskiej. Tomczak skręcił w prawo. - Jadą za nami? – spytał. - Cztery granatowe cinquecento – odpowiedział Klemens, który siedział z tyłu. Leonid przyjrzał się dokładniej desce rozdzielczej. Oprócz radia, regulacji nawiewu i klimatyzacji, była tam jeszcze inna, mała kontrolka z wyświetlaczem. - Co jeszcze potrafi? - Zaraz się przekonasz – odrzekł Tomczak. Dojechali do skrzyżowania. Pościg był zaraz za nimi. Przed skrzyżowaniem kolejka czterech innych aut czekała na zielone światło. Tomczak zjechał na przeciwny pas, który był chwilowo wolny. Wjechali na skrzyżowanie. Cudem uniknęli zderzenia z ciężarówką. Pierwszy samochód wuefistów uderzył prosto w jej naczepę. Opony zapiszczały na asfalcie, gdy Tomczak nagle wykonał ostry skręt w lewo, w aleję Konstytucji 3-go Maja. Wuefiści skręcili za nim. Do tego zaraz otworzyli ogień. RATATATATA – kule dziurawiły asfalt. - Chwyćcie się teraz mocno siedzeń – powiedział nauczyciel i przestawił dźwignie na najwyższy bieg, wcisnął gaz do oporu i zjechał w lewo, na pas zieleni, oddzielający dwie jezdnie. Auto podskoczyło na pół metra przy zderzeniu z krawężnikiem i staranowało metalowy płot. ŁUBUDU – samochód upadł na asfalt po drugiej stronie. - Jedziemy pod prąd! – zaczął panikować Leonid. I rzeczywiście. Inne auta, jadące w drugą stronę, próbowały zjeżdżać na bok. - Jeszcze dwa cinquecento za nami – poinformował Klemens. – Trzecie nie przetrwało przejazdu przez krawężnik. Tymczasem naprzeciwko nich pojawił się TIR, którego kierowca najwyraźniej nie miał zamiaru zjeżdżać z drogi Tomczakowi. - A teraz uwaga – zapowiedział nauczyciel i w ostatniej chwili zjechał w lewo z trasy TIR-a. Samochód zatrzymał się w poprzek drogi. Chwilę potem uderzył w niego jakiś maluch, który nie miał, już gdzie skręcić. Za to następny wóz wuefistów wleciał prosto na TIR-a i zderzył się z nim czołowo. Obie maszyny wpadł na siebie z taką siłą, że małe cinquecento zgniotło się jak harmonijka i zostało odrzucone na dziesięć metrów do tyłu. - Został jeszcze jeden – powiedział Klemens, oglądając zniszczenia. Obie jezdnie alei Konstytucji, pomiędzy Niepodległości, a Jana Pawła II wyglądały jak jedno wielkie pobojowisko. Samochody leżały na nich poobijane, pchające jeden drugiego. Niektórym dym leciał spod masek. Również auto Tomczaka ucierpiało. Z tyłu było wgniecenie po TIR-ze, a cały prawy bok był pomarszczony przez malucha. Tomczak znów nacisnął gaz. Auto ruszyło przez trawnik, koło restauracji Olimp. Nauczyciel skręcił ostro w prawo i wpadł na ulicę Estkowskiego. Znów jechali pod prąd. Za to z oddalającego się karambolu na Konstytucji wyłoniło się czwarte cinquecento. Wuefiści w nim siedzący nie mieli skrupułów. Od razu zaczęli strzelać z ciężkich karabinów. Kilka pocisków utkwiło w karoserii samochodu Tomczaka. Jeden trafił w tylną szybę. Miliony kawałeczków szkła posypały się na Klemensa. Kula utknęła w zagłówku fotela pasażera, na którym siedział Leonid. Tomczak skręcił w Dekana. Wuefiści pozostawali za nim. - Masz. Strzelaj – nauczyciel podał Klemensowi swoją broń. Chłopak ustawił ją na siedzeniu i zaczął celować. Niestety przy ten prędkości tak nim rzucało na każdym wyboju, że nie miał szans trafić. Wąskie wiązki błękitnego światła śmigały w powietrzu, ale padały przed albo omijały wuefistów. RATATATATATA – z cinquecenta padła następna seria strzałów. Klemens ukrył się za siedzeniem. Tomczak skręcił w prawo i wjechał prosto na parking przed Biedronką. Wuefiści dotarli tam chwilę później. Zaczęli się rozglądać, szukając auta nauczyciela pomiędzy pozostałymi, zaparkowanymi. - I już po was – powiedział Tomczak i nacisnął jeden z przycisków na desce rozdzielczej. W jednej chwili przednia część auta przykryła się twardym pancerzem. Nauczyciel wcisnął gaz i samochód, niczym taran, ruszył prosto w cinquecento, które stało przed nimi. Wuefiści próbowali jeszcze strzelać. Przednią szybę szlag trafił, ale w tym momencie nastąpiło zderzenie. Gruby pancerz wgniótł się w fiata, zgniatając go jak harmonijkę. Kawałki silnika i wystrzeliły w bok, wyrzucone siłą uderzenia. Tomczak wycofał samochód. - Musimy się gdzieś ukryć. Za chwilę tu będzie policja. - Proponuję jechać do naszej szkoły – powiedział Klemens. - Do PINOL-a? - Nie do PINOL-a. Do tej wcześniejszej – odparł chłopak. - Aaa, faktycznie. Tam w sobotę nikogo nie będzie – potwierdził Leonid. - Czyli dokąd? – spytał Tomczak. Na parkingu pojawiało się coraz więcej gapiów. - Rumuńska 6. Kilka minut później dotarli pod gimnazjum nr 8 i szkołę podstawową nr 12. Słychać już było syreny policyjne. Radiowozy skręcały właśnie z ulicy Estkowskiego w Rumuńską. - Proszę teraz wjechać na parking po prawej stronie głównego wejścia do podstawówki. Tomczak staranował ogrodzenie. - Teraz musimy wjechać autem na duża salę sportową. - Zwariowałeś? - To jedyny sposób, żeby nikt nas nie zobaczył, gdy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nowa Era Wuefu - część III — czytnik · opowiadania