Fantastyka · 1 godz. 18 min czytania
Nowa Era Wuefu - część IV
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
VIII
Nowosilcow miał swoją wileńską siedzibę w pałacu, zbudowanym w stylu eklektycznym na przełomie XVIII i XIX wieku, stojącym obok Uniwersytetu Wileńskiego. Teraz pełni on funkcję siedziby prezydenta Litwy. Za pałacem znajduje się ogród, przed nim natomiast sporych rozmiarów plac, ograniczony Uniwersytetem i zabudowaniami innego klasztoru. Był wtorek, wczesne popołudnie, gdy Klemens, Leonid i Zyta dotarli do pałacu. Jak się okazało, Zyta nie była całkiem normalną dziewczyną: miała zamiłowanie do petard, co kilkanaście minut temu uratowało jej życie. Ogólnie wiedziała sporo na temat konwencjonalnych materiałów wybuchowych, ale jej zainteresowanie skupiało się na tych o bardzo małej sile rażenia, czyli petardach. Mogła przedstawić w szczegółach ich historię na zawołanie. Niemniej zachwiała się, gdy usłyszała opowieść Klemensa i Leonida. Trudno jej jednak było zaprzeczyć, po tym, co widziała. Co nie znaczy wcale, że uwierzyła. Była raczej w stanie podobnym do ekstazy, czy może nawet lekcji fizyki, gdy człowiek coś robi, kompletnie tego nie rozumiejąc, ani w to nie wierząc. - Co teraz? - Popatrzcie tam – Klemens wskazał na kolejkę, która ustawiła się przy bocznym wejściu do pałacu. Byli to jacyś młodzi ludzie, z plecakami, więc pewnie uczniowie – wycieczka szkolna. – Chodźcie, dołączymy się – powiedział chłopak. - Kleks, zwariowałeś? - Jak chcesz się dostać inaczej do pałacu prezydenta? Leonid zwiesił głowę. Uważał, że to największy idiotyzm, jaki można sobie w tej chwili wyobrazić. Ale Klemens już ruszył w stronę grupy uczniów, więc Leonid poszedł za nim. Zyta też, choć nie bardzo się orientowała, o co chodzi. Jakaś kobieta coś paplała po litewsku, może po rosyjsku – prawdopodobnie opiekunka. Był tam też gość w garniturze – strażnik i starszy facet, pewnie przewodnik. Klemens, Leonid i Zyta starali się tam wejść, wyglądając na normalnych uczniów, a jednocześnie nie rzucając się w oczy nauczycielowi grupy. Udało im się. Dla zwiedzających było dostępnych dwanaście pomieszczeń, między innymi pokój, w którym mieszkał Nowosilcow. Całość była urządzona z klasycystyczną skromnością, lecz pełną smaku. Białe ściany współgrały z ciemnymi, drewnianymi meblami, obrazami, pewnymi zdobieniami, w postaci kolumn i fryzów. W końcu go znaleźli: biały, wysoki na metr dwadzieścia, stojący zegar, z tarczą w złotej oprawie. Wyglądał naprawdę pięknie. Trójka z Polski odłączyła się od grupy, cały czas zresztą starali się wyglądać na oddzielnych turystów. Zaczekali, aż reszta opuści salę. Ochroniarze, którzy stali na korytarzu, też nie zauważyli, że ktoś został w środku. - No i jesteśmy – powiedział Klemens. - I to w tym ma być ukryta Arka? - Wszystko się zgadza. Bracie, i twój zegar już stanął i nie ruszy Do drugiego południa. – Bracie, myśl o duszy. - I ten zegar nie działa. Czyli wszystko się zgadza. Rzeczywiście, złote wahadło stało w miejscu, jakby nagle zamrożone. - Nie chcę go rozbijać – powiedział Leonid. – Poza tym jak niby mamy się potem wydostać stąd? - Potem się zobaczy. Najważniejsza jest Arka – odparł Klemens. - Nie byłoby dobrze dla niej, gdybyśmy zostali tutaj aresztowani albo jakby nas wuefiści dopadli. Zyta w tym czasie w ogóle się nie odzywała. Klemens tymczasem zgiął rękę i z całą siłą przywalił łokciem w tarczę zegara. - Czy ty zwariowałeś? – rzucił Leonid, patrząc na potłuczone szkło i kawałki pękniętej tarczy. Klemens przywalił jeszcze raz i już widzieli obnażony mechanizm przekładniowy zegara. - Możesz przestać wszystko rozwalać? Zaraz tu będą strażnicy! - Tym bardziej musimy się pospieszyć – odparł Klemens i zaczął oglądać mechanizm. - Kurcze, tu nic nie ma! - Popatrzcie – powiedziała Zyta i pokazała na podstawę zegara: dolna obudowa wnęki z wahadłem była jakby przecięta wzdłuż słabą rysą. - Ręką deski nie złamię – odparł Klemens, opukując pokrywkę. - To drewno jest pewnie spróchniałe w środku – powiedział Leonid i uderzył z całej siły pięścią w pokrywę – Auuaa! - Lakier chroni przed próchnieniem. Nic z tego. Potrzebujemy czegoś mocniejszego – stwierdził Klemens i zaczął się rozglądać. - Dlaczego, wy chłopacy wszystko chcecie rozwalać? – spytała dziewczyna. - I mówi to ta, która nosi przy sobie petardy – skitował ją Klemens. - Będziecie łaskawi zerknąć? – nachyliła się nad podstawą zegara. - Co tam jest? W bocznej ścianie, kilkanaście centymetrów od podłogi, bardzo słabo było widać dwie śruby, wkręcone naprzeciw siebie w drewno. To one najprawdopodobniej utrzymywały deseczkę, która stanowiła dolną obudowę wnęki wahadła. - Macie śrubokręt? – spytała Zyta. - Ja mam scyzoryk – odparł Leonid. – Odsuńcie się. Śruby na pewno były wkręcone o wiele później, niż powstał sam zegar. Wtedy nie wykorzystywano takich elementów do łączenia części sprzętów. Mimo to na pewno były tam co najmniej sto pięćdziesiąt lat. - Przykro mi, Kleks, ale wygląda na to, że niepotrzebnie rozwaliłeś ten zegar – powiedział Leonid podczas odkręcania ostatniej śrubki, gdy deseczka zaczęła się już lekko wahać. Co prawda była tam mocno wciśnięta, od ponad stu lat, ale porządne uderzenie skutecznie ją usunęło. Ukazała się przed nimi skrytka. Wewnętrzne, drewniane ścianki nie były pomalowane ani polakierowane, przez co stały się bardzo chropowate. Cienkie warstwy drewna odchodziły od pozostałych. Ale najciekawsze było pudełko, leżące w środku: Miało wielkość przeciętnej śniadaniówki i przypominało chińską pagodę: drewniane ściany i skośny dach z czarnej dachówki. Do tego niewielkie zdobienia na krawędziach. - To ma być Arka? - Co to jest? Obaj chłopcy nie wiedzieli, czy są bardziej zdziwieni czy rozczarowani. Spodziewali się czegoś innego. Za to nagle zalśniły oczy Zyty. - Ja wam powiem, co to jest. W Chinach takich pudełeczek używa się do przechowywania drobnych, używanych wyłącznie dla rozrywki, materiałów wybuchowych. - Czyli to pudło na chińskie petardy? - Autentyk, z siedemnastego wieku. Wspaniałe – Klemens i Leonid nie do końca byli w stanie zrozumieć fascynację Zyty, która, chwyciwszy pudełko, zaczęła je dotykać, jak jakiś szlachetny kamień. Delikatnie popchnęła wieko i powoli je unosiła. Wewnątrz było kilkanaście krótkich, kolorowych lasek. Nie było na nich żadnych oznaczeń ani opisów. - Prawdziwe chińskie petardy, sprzed około czterystu lat – stwierdziła Zyta z zachwytem. - Kleks, ty coś z tego rozumiesz? - Zupełnie nie mam pojęcia, co o tym myśleć, Leo. Miała być Arka, narzędzie pozwalające stworzyć potężną armię, a jest pudełko z chińskimi petardami sprzed kilkuset lat. - Powiedz mi, Kleks, czy jest możliwość, że źle rozszyfrowałeś znaki Mickiewicza i po prostu znaleźliśmy przez przypadek coś, co schował tu ktoś dla zabawy? I obaj byli tak zdumieni, że nie zauważyli, jak dziewczyna odwróciła się z pudełkiem i wyciągnęła z niego część zawartości. - Nie wiem. Niczego już nie jestem pewien – odparł Klemens. – Może faktycznie należało szukać jednak w klasztorze? - Przecież Eustachy przyznał nam rację... i w ogóle... - Ciii – przerwała im dziewczyna. Słychać było kroki. Najpierw ciche, potem coraz głośniejsze. - Musimy się ukryć! - Ciekawe, gdzie. Owszem. W pomieszczeniu nie było żadnej szafy ani łóżka, pod którym zmieściłyby się trzy osoby. Wtem otworzyły się drzwi. To pewnie strażnicy. To muszą być strażnicy. Usłyszeli głosy i trzaski. A jeśli to wuefiści? Przecież Eustachy mógł wszystko przekazać swoim, zanim... Do pokoju weszła Ptaszyńska, w asyście kilku gwardzistów. Wszyscy oni byli wyposażeni w te dziwne berła. Sama Ptaszyńska miała długi, czarny płaszcz, włosy tradycyjnie rozpuszczone i uśmiechała się w swój swoisty sposób. - Dziękuję wam. Zawsze byliście moimi najlepszymi uczniami. - Sama pani nie była w stanie odnaleźć Arki? Ile razy omawiała pani „Dziady” na lekcjach? I nigdy nie zauważyła pani paradoksu z imionami? - Oddaj mi to – przybrała rozkazujący ton. - To wszystko, na co panią stać? Wykorzystywać uczniów? Nic pani sama nie potrafi? Jest pani nikim! Taka jest prawda! Fanatyczka i wariatka i to wszystko! Dalszy wywód Klemensa przerwała błyskawica, która strzeliła w chłopaka z wyciągniętego berła Ptaszyńskiej. Czerwona wytwarzała świecącą poświatę. Grom przeszył ciało Klemensa. Najpierw rzuciło nim o ścianę, a potem padł on na ziemię. - Kleks! – krzyknął Leonid, podbiegając do przyjaciela. - Przynieś! – powiedziała nauczycielka, wskazując na Arkę. – Albo zaraz zginiecie całą trójką. - A bierz ją, poczwaro! – odparł chłopak i rzucił pudełkiem w Ptaszyńską. Nie zdołała go pochwycić, więc spadło ono na podłogę. Petardy rozsypały się wokoło. Tymczasem Klemens doszedł już jako tako do siebie. - To wam nic nie pomoże – stwierdziła Ptaszyńska. - A to? – spytała Zyta, która stała dotąd z boku, ignorowana zarówno przez gwardzistów jak i przez samą nauczycielkę. Dziewczyna wysypała z rozpiętego plecaka całą zawartość. Kilkaset różnych petard pokulało się po całej podłodze, mieszając się z pozostałymi. Trudno było rozpoznać te, pochodzące z pudełka. - Przesadziłaś. Jeśli stoi za tym miłość, to ci wybaczę. Ale jeśli nie... Błękitna wiązka śmignęła w powietrzu. Po chwili chmura dymu opadła, ale Ptaszyńska stała cała. - Ja jestem zbyt silna, żebyś mógł mi zrobić tym krzywdę. Brać ich! - Kleks, Zyta, uciekamy! – krzyknął Leonid, który stanął strzelając do strażników. Potem dołączył do dziewczyny i przyjaciela. Cała trójka wybiegła na główny korytarz. Zauważyło ich dwóch ochroniarzy prezydenckich, którzy zaczęli coś krzyczeć po litewsku. Klemens wbiegł do jakiegoś pokoju. Pozostali za nim. Zamknęli drzwi. Była to również sypialnia, lecz połączona z innym pomieszczeniem. Weszli tam, gdy słychać już było wuefistów, próbujących otworzyć drzwi z korytarza. Kolejna była łazienka, stojąca pomiędzy dwoma sypialniami. Weszli do tej drugiej. Siedział tam facet w garniturze. Klemens zobaczył go i przeraził się. Patrzyli na siebie chwilę, poczym chłopak cofnął się do łazienki i zamknął drzwi od środka. - Co tam było? Tymczasem rozległy się syreny alarmowe. - Widziałem Paksasa! Jesteśmy otoczeni – odparł Klemens. - Może oknem? - To nic nie da. Zaraz będzie tu policja, wojsko, służby specjalne. I wuefiści. Jesteśmy zamknięci w prezydenckiej łazience. I w dodatku to oni mają petardy, cokolwiek one potrafią. - Nie całkiem – powiedziała dziewczyna i wyciągnęła kilkanaście kolorowych lasek z kieszeni. – Gwizdnęłam parę. - To nic nie da – stwierdził Klemens. – Została nam najwyżej minuta. To koniec. - Musi być stąd jakieś wyjście – powiedział Leonid i zaczął się rozglądać. Tymczasem dziewczyna zaczęła przyglądać się porwanym petardom. Były czerwone, zielone, niebieskie i żółte. Żadnych napisów. Oprócz jednej. Któraś zielona miała przylepioną naklejkę z jakimś krótkim tekstem po litewsku. Zyta nie znała w ogóle tego języka, ale rzucił jej się w oczy wyraz „Nemunas”. Sama nie wiedziała, dlaczego, ale odpaliła petardę i rzuciła ją na podłogę. Dał się poczuć słaby swąd prochu. Obaj chłopacy jednocześnie spojrzeli na petardę. Zanim jednak zdążyli coś powiedzieć, ona eksplodowała. Dokładnie w tej samej chwili obie pary drzwi się otworzyły. W jednych ukazali się Ptaszyńska i gwardziści, w drugich prezydenccy ochroniarze. Był huk i trochę pyłu, ale Klemensa, Zyty i Leonida już nie było. THE GATES OF THE HELL ARE OPEN NIGHT AND DAY – widniał napis na wrotach, prowadzących do przebogatej sali, pełnej marmuru, złota, bursztynu i diamentów. Rufin, wielki Prezes Republiki popchnął je tylko lekko, a rozwarły się przed nim automatycznie. Blask złota i marmuru olśnił go w pierwszej chwili. Potem można się było przyzwyczaić. Prezes dostrzegł niską postać, siedzącą przy wielkim stole. Prócz nich wewnątrz było tylko kilku strażników. - Niech żyje Republika! Niech żyje Prezes – zakrzyknęła postać, wstając. - Niech żyje the Empress-Game from Nepal, profesor Ostrowska! Witaj, Zosiu. Jak idą sprawy? – spytał Prezes, zbliżając się do nauczycielki. - Praktykantki opanowały szkołę bez większych przeszkód. Selekcja uczniów przeprowadzona pomyślnie. Ten smarkacz, Adam spisuje się nieźle, rząd funkcjonuje, a Mama wygłosił przemówienie w ONZ. - Moment naszego całkowitego panowania jest bliski – rzekł Prezes i zarecytował: Władza tak jak narkotyk Władza to wielka siła Budzi miłość i lęk Czasami też zabija Obiecuje tak wiele Słowa, Prawdę Omija Gdy uklękniesz, dłoń poda Lecz umie też zabijać - Proszę popatrzeć na to – powiedziała Ostrowska i wskazała nagłówki w gazetach: „Karambol w Lesznie”, „Zamieszki na Wieniawie”, „Tajemnicze zdarzenia w PINOL-u”. - Ludzie są głupi. Niedługo zapomną. W tym momencie ze ściany, nad specjalnym podwyższeniem wysunął się wielki, plazmowy monitor. Ukazał się na nim obraz z centrum Leszna: potężny plac budowy. Część domów i kamienic jest wyburzana, a na środku skupisko dźwigów i wielka góra materiałów budowlanych. Ciężarówki bez przerwy dowożą cegły, stalowe belki, piasek i beton. Kilkaset ludzi krząta się po wielkich wykopach i przy fundamentach. - Widzę, że Ostrowska Metropolitan powstaje zgodnie z planem. - W obecnym tempie nowa stolica powstanie nawet szybciej, niż to przewidywaliśmy. W najbliższych dniach zakończę też tę sprawę w trybunale. Miasto będzie nasze. - Wszystko układa się doskonale – odparł Prezes. - Nie wszystko. Pamiętasz tych dwóch, którzy ci się wymknęli stąd? Prezes zmarszczył brwi na to wspomnienie. Ostrowska kontynuowała: - Złapaliśmy już i ukaraliśmy Tomczaka. Więcej nie będzie z nim kłopotów. A dzieciaki... Eustachy zawiódł. - A Arka? - Ta idiotka, Gosia ją w końcu znalazła. Tylko, że oni uciekli. - Jeśli mamy Arkę, to nie są w stanie nam zaszkodzić. Nie martwię się nimi. - Ptaszyńska twierdzi, że oni zniknęli nagle. Byli, wybuch i zniknęli. - Ale ona ma Arkę? - Większość. Widocznie zabrali część zawartości ze sobą – odparła Ostrowska. Prezes usiadł na fotelu. Nie była to dobra wiadomość. - To oznacza wojnę – stwierdził. – Wielką wojnę. - Jest jeszcze jedna sprawa – dodała Ostrowska. – Chodzi mi o polonistów. - Czy coś się stało? Nigdy nie było z nimi problemów. - Ta fanatyczka, Ptaszyńska może chyba doprowadzić do buntu. Nie było dobrym pomysłem mianowanie jej dowódcą sił specjalnych. Ona nie będzie wiecznie posłuszna. - Zmusimy ją do posłuszeństwa. - Ona pragnie władzy i potęgi. Wewnętrzne bunty nie będą dla nas korzystne w czasie wojny. Tymczasem obraz na ekranie zmienił się. Teraz pokazywał on wejście do PINOL-a. Na samym środku, na wielkim postumencie, stał pomnik. Dyrektor Wain we własnej osobie. Potężny, muskularny, w stylu antycznym, przedstawiał wielkiego działacza i wspaniałego władcę. - A ten tutaj? – spytał Prezes. - Tym proszę się nie martwić. Władza strzela mu do głowy, ale jeśli za bardzo się wychyli, to wystarczy, ze lekko go przycisnę, a znów będzie potulnym barankiem. - Doskonale. Ostrowska Metropolitan ma zostać otwarty 23 czerwca. Przejęcie władzy odbędzie się 25 czerwca tego roku. Ku chwale Republiki! - No i co o tym sądzicie? – spytał Leonid, przyglądając się rzece, która wyłaniała się z lasu, robiła ostry zakręt, rozlewając się przy tym szeroko na boki i dalej przepływała pod mostem drogi szybkiego ruchu. Całą trójką stali na wzgórzu, skąd rozciągał się wspaniały widok na rozlewiska Niemna. Był zachód słońca. - Świat stanął na głowie – stwierdził Klemens. - Jakby na to nie patrzeć, to właśnie odwrócenie wszystkiego zwiastowało zazwyczaj nadejście wuefistów. Pamiętasz? - Dobra, słuchajcie, wierzę wam – wtrąciła się dziewczyna. – Świat pełen jest dziwów i magii, a szkoła nie jest jedynie tym, na co na pierwszy rzut oka wygląda. OK. Właśnie odpaliłam siedemnastowieczną, chińską petardę, której eksplozja przeniosła nas z wileńskiego pałacu Nowosilcowa na wzgórze nad Niemnem. W to też mogę uwierzyć. Ale czy możecie mi wyjaśnić, o co właściwie w tym wszystkim chodzi? Chłopcy popatrzyli na siebie. - Widzisz, to długa historia. - Chcę ją usłyszeć! - Dobra – rzekł Leonid. – Poznasz historię wuefu. Tylko pamiętaj, że słuchasz tego na własną odpowiedzialność. - Po tym, co stało się z Eustachym, nic mnie już nie przestraszy. - Zdziwisz się. Tak wiec ponownie zaczęła się cała opowieść o wuefie. Wuefiści, szkoła, poloniści, Republika, Prezes, marionetkowy rząd... W końcu dotarli do Arki i do jej zawartości. Magiczne petardy... Ale co one właściwie jeszcze potrafią? Gdy opowieść się zakończyła, Zyta siedziała na jakimś dużym kamieniu z oczami na orbitach. Poza tym panowała pełna konsternacji cisza. Udało im się uciec, ale to na pewno nie był koniec. Wuefiści mają Arkę – przynamniej jej większość. - Już wiem! – krzyknęła Zyta. Mówiliście, że Arka ma moc tworzenia. Eksplozja petardy sprawiła, że znaleźliśmy się tutaj, czyli zmieniona została rzeczywistość. - Do tego też jako tako doszliśmy – stwierdził Leonid, choć sam do końca nie wiedział, co mówi. - Odpalenie petardy powoduje zmianę. Coś powstaje albo coś się zmienia. - Tylko jak określić, co chcemy zmienić? - Na tej petardzie, którą ja zapaliłam, była naklejka z jakimś tekstem po litewsku. Było tam słowo „Nemunas”, czyli Niemen po naszemu. Może zwariowałam, ale, żeby cokolwiek zmienić, trzeba napisać dwuwiersz i przykleić go na petardę. - Zwariowałaś – skwitował ją Klemens. - Hej, to wy przyjechaliście tu, żeby znaleźć to – powiedziała, wyciągając kilka petard. – Co więc proponujecie? - Klemens, ona może mieć rację – powiedział Leonid. – To jest nawet prawie logiczne. - Co powiedziałeś? – zerwał się nagle drugi chłopak. - Że to jest logiczne. - Wcześniej! - Ona może mieć rację. - Powiedziałeś „Klemens”. - Tak masz na imię, nie? - Znamy się od dziesięciu lat i od pierwszego naszego spotkania mówisz do mnie Kleks. Co się teraz stało? - Kurcze, nie czepiaj się szczegółów. - To nie szczegół – stwierdził Klemens i zaczął schodzić ze wzgórza. - O co ci chodzi? – spytał Leonid, dobiegając do niego. - Ona ci zawróciła w głowie i tyle! - Ale gdzie ty tak uciekasz? - Musimy złapać jakiś transport – odburknął Klemens. Leonid się w tym momencie zatrzymał, by zaczekać na Zytę. Ta zaczęła schodzić do niego. - O co wam poszło? – spytała, gdyż nie słyszała, co mówił kolega chłopaka. - Eee... Jemu trochę ostatnio nie idzie w szkole i jest marudny. Mimo wszystko w końcu dzieci doszły do porozumienia i jeszcze tej samej nocy przekroczyli granicę. Nazajutrz, przez Augustów, Łomżę, Ostrołękę, Pułtusk i Legionowo dotarli do Warszawy, cały czas łapiąc autostopy. W stolicy musieli się trochę natrudzić, by złapać kogoś jadącego w stronę Leszna. Zabrał ich kierowca TIR-a, jadący do Gostynia. Po drodze jednak zaliczyli nocleg w Kole. Następnego dnia byli w Gostyniu, skąd autobusem dotarli do Leszna. Byli więc w domu w czwartek. I trzeba powiedzieć, że była to niezła przejażdżka. Co jednak do tego zdarzyło się w Lesznie? PANI NA LESZNIE – brzmiał tytuł w gazecie. – Niepozorna nauczycielka języka angielskiego z leszczyńskiego PINOL-a przejęła władzę w mieście. - Co tutaj się dzieje? Ulice wysprzątane, domy przyozdobione, wszyscy są jacyś zaaferowani – dziwił się Leonid. - Spójrzcie tutaj – powiedział Klemens, który trzymał gazetę. – Ostrowska wygrała proces o władzę w Lesznie. Żaden sędzia nie odważył się podważyć jej żądań. Teraz oni mają Arkę. Trzeba działać szybko. - Ja mam pewną propozycję – zaczął Leonid. – Wuefiści mają Arkę, prawda? Chcą przeprowadzić zamach stanu. Do tego potrzebują armii, którą stworzą przy pomocy magicznych petard, prawda? No cóż, niestety jedyne rozwiązanie w tej sytuacji jest, moim zdaniem, nad wyraz oczywiste. - Leo, przestań. Takie coś jest niemożliwe. Jak ty sobie to wyobrażasz... - Sorry, Kleks. Nie widzę innego wyjścia. Musimy stworzyć swoje wojsko. - Czy ty zdurniałeś już do reszty? Chcesz stworzyć armię? I może będzie ją trzymał na swoim strychu? - Klemens, on ma rację – wtrąciła się Zyta. – Potrzebna nam jest armia i możemy ją stworzyć. - „Potrzebna nam jest armia i możemy ją stworzyć” – powtórzył Klemens. – Zejdźcie na ziemię! Nie da się stworzyć armii! - A jeśli wuefiści właśnie teraz to robią? – zapytał Leonid. – A tak właściwie, Zyta, to jakie „nam”? Twoja rola już się tutaj skończyła. Nie pozwolę ci iść dalej z nami. - Ty mi nie pozwolisz? A pamiętasz, co zrobiłam z tamtym? Chyba nie chcesz tak samo skończyć? Zresztą jestem w to uwikłana i zamierzam się odegrać. - Leo ma rację. Nie możemy ci na to pozwolić. - Chłopaki, dajcie spokój. Beze mnie sobie nie poradzicie. Uratowałam wam życie, no nie? - Kategoryczne nie! – ciągnął dalej Leonid. - Leo, ona w sumie ma rację – odparł teraz Klemens. - Widzisz? – dziewczyna była wyraźnie zadowolona ze zwycięstwa. - Nie zgadzam się – próbował wciąż chłopak. - Odczep się już. Trzeba zdecydować, co robimy dalej. - Bierzemy to wybuchowe i... - No właśnie, co potem? Nikomu z nich nie chciało przejść przez gardło to, żeby zapalić petardę i... najprościej w świecie stworzyć armię. - Jest jeszcze jednak kwestia – zaczęła Zyta. – Ktoś musi napisać zaklęcie. Piszecie wiersze? Klemens i Leonid popatrzyli na siebie. Żadnemu z nich do głowy by nie przyszło, ze by zająć się tym, czego tak nie nawiedzili na lekcjach z Ptaszyńską. - Więc ktoś nam musi pomóc – stwierdziła dziewczyna. – Znacie kogoś odpowiedniego. - Ja znam takiego jednego, ale prędzej pokonamy sami wuefistów, niż uda nam się nakłonić go do pomocy – odparł Klemens. - Kogo? – był ciekawy Leonid. - Adam – odrzekł chłopak. - Ten tchórz? Nie powiem, że zwariowałeś, bo teraz nie ma już rzeczy niemożliwych, ale... - On nie jest wuefistą. Jest premierem, bo Ostrowska mu kazała. - No właśnie. On się boi Ostrowskiej jak ognia..., jak teorii względności... jak fizyki kwantowej. Adam to ostatnia osoba, którą uda nam się nakłonić do pomocy. - Na pewno nie trzyma z wuefistami z własnej woli. A na wierszach zna się jak nikt. I choć było to bardzo ryzykowne, to całą trójką udali się w kierunku szkoły. Mieli nadzieję napotkać Adama, wracającego z niej, gdyż zbliżała się godzina o której w czwartek kończyli lekcje. Przechodzili przez rynek. I nie byłoby tam nic dziwnego, gdyby nie tłumy, jakich miejsce to nie widziało do 1989 roku. Cały plac był pełen. Ulice, które od niego odchodziły, lśniły czystością i na nich również zbierali się ludzie. - Co się tu dzieje? – spytał Klemens jakiejś przypadkowej kobiety. - Nie wiecie? Nowa pani Leszna będzie pozdrawiać poddanych. - Ostrowska – natychmiast szepnął Leonid. - A więc to prawda. Przejęła władzę. Zbliża się apokalipsa. Trzeba zabierać Adama i natychmiast się wynosić – powiedziała Zyta. Leonid drżał na myśl, że dziewczyna mogłaby z nimi iść na wojnę. I w ogóle na wojnę? Co to za bzdura? Przecież wojen nie ma? Ostatnia dawno się skończyła. Myśl, że mogłaby nadejść następna była tak odległa jak szóstka z angielskiego u Ostrowskiej. Ale niestety to prawda. Zyta, Klemens i Leonid przeciskali się przez trzydziestotysięczny tłum. Każdy chciał być jak najbliżej by jak najlepiej widzieć nową władczynię. Dzwon ratusza uderzył dwanaście razy. Zapadła idealna cisza. Ludzie wstrzymali oddech. Wszyscy byli zwróceni w kierunku środkowej kamienicy południowej pierzei rynku. Wtem drzwi na balkon tejże kamienicy się otworzyły. Z mroku wyłoniła się władczyni, w przebogatym, królewskim stroju. Ludzie, starzy i młodzi, emeryci i renciści, magistrowie i profesorowie – wszyscy padli na kolana. Z początku nikt nie odważył się spojrzeć na Ostrowską. Klemens zdołał dostrzec Rufina, kryjącego się we wnętrzu kamienicy. Tymczasem nauczycielka uniosła prawą rękę w faszystowskim pozdrowieniu. Cały rynek, niczym wulkan, wybuchł dziką radością i uwielbieniem dla nowej władczyni. Krzyk trzydziestu tysięcy ludzi, jak grom, rozniósł się po całym mieście i było go słychać aż w dalekim Zaborowie. - Ludu Leszna! – przemówiła Ostrowska. Momentalnie zapadła głucha cisza. Nawet ptaki nie odważyły się zaśpiewać. - Chodźcie. Nie chcę tego słuchać – powiedział Klemens. - Racja. Zmywajmy się stąd – poparła go Zyta. - To było wspaniałe – pochwalił Ostrowską Prezes Rufin, gdy wracała ona z balkonu, odprowadzana przez ryk tłumu: Vivat the Empress-Game from Nepal profesor Ostrowska! - Ma się ten dar przekonywania – odparła skromnie nauczycielka. - Za dwanaście dni całkowita władza spocznie w naszych rękach. Nasi specjaliści prowadzą badania nad Arką. Sztab przygotowuje plany zamachu, a Ostrowska Metropolitan jest prawie gotowy. I rzeczywiście. Na południe od rynku wznosiła się potężna bryła ogromnego wieżowca. Otaczało go kilka równie wielkich dźwigów, gdyż prace wykończeniowe, z udziałem trzech tysięcy robotników, wciąż trwały. Ostrowska Metropolitan miał kształt tuby, masywniejszej niż Pałac Kultury i wybijał się ponad niską zabudowę na ponad dwieście metrów wzwyż. Ściany ze szkła i aluminium połyskiwały w słońcu, podobnie jak iglica, zatknięta na zwężającym się ku górze, szczycie. Główna bryła wznosiła się na kilkukondygnacyjnej podstawie, w kształcie kwadratu. Frontowe wejście wychodziło wprost na nowo nazwany Trakt Republiki, który prowadził do Rynku, do mieszkania Ostrowskiej. Wejście to, z potężnym kolumnowym portykiem, przyozdabiała seria posągów Ostrowskiej. W biurowcu Ostrowska Metropolitan będzie mieścić się siedziba rządu Republiki. - A co w końcu z tym Rynkiem? – spytał po jakimś czasie Prezes. - Staruszek się jednak nie nadawał i musiałam go zdymisjonować. - Kto jest następcą? - Generał Bieniek. Właśnie wrócił z Iraku. Sama amia będzie gotowa za kilka dni – powiedziała w końcu Ostrowska. - Czy zdecydowano już, kogo wybrać? – spytał Prezes. - Tak. Wybór padł na naszego wielkiego przodka, zgodnie z zapowiedziami. Prawdopodobnie powstaną też oddziały pomocnicze z jego epoki. - Znakomicie. A więc niech świat przygotuje się na spotkanie z wojskiem Republiki – z ARMIĄ ROMANTYKÓW! Ostatnia lekcja się zakończyła. Praktykantka wyszła z klasy. „Ludzie, niech to się już skończy” – pomyślał Adam, pakując plecak. Do końca roku szkolnego, czyli do momentu zamachu będzie musiał pozostawać premierem podziemnym, czyli nadal normalnie uczestniczyć w zwykłym życiu. Ale potem koniec mordęgi z praktykantami. Tylko, czy podoła zadaniom premiera? Czy zdoła zadowolić prof. Ostrowską? I Gosię? Jego Gosię? Nie może się nie udać. To by oznaczało koniec. On nie przeżyje tego wzroku Ostrowskiej... „Adam, zawiodłeś mnie” – pobladł na samą myśl o usłyszeniu takich słów. To byłoby potworne. Nic nie jest gorsze. Zosia i Gosia. Jego dwie nauczycielki, którym nie odważy się przeciwstawić. Tylko, żeby one były zadowolone. Żeby one go doceniły. On się naprawdę stara. A teraz do Ostrowskiej. Nie może zapominać o obowiązkach premiera. Adam opuścił mury PINOL-a i, z nikim nie rozmawiając, ruszył w drogę do domu – szczęśliwie podziemne królestwo Ptaszyńskiej mieściło się niedaleko jego domu. „Obserwują mnie” – pomyślał, wchodząc na ulicę Niepodległości. Wystąpienie Ostrowskiej skończyło się już dwie godziny temu – cały PINOL był na nim obowiązkowo obecny. Mimo to w okolicach rynku było nadal dużo ludzi. Każdy z nich mógł być wuefistą-agentem, odpowiedzialnym za ochronę premiera. No i ten Ostrowska Metropolitan, wybijający się ponad kościół św. Mikołaja. „Niedługo zacznę tam urzędować” – pomyślał Adam. – „Będę miał swoje biuro prawie na samej górze”. Ale jeszcze o piętro wyżej będzie Ostrowska. I to ona będzie patrzeć z góry na swoje prywatne miasto. Będzie mogła stamtąd obserwować każdego jednego mieszkańca, zarówno w centrum, w śródmieściu jak i na przedmieściach: na Wieniawie i Osiedlu Przyjaźni, a także na najdalszych rubieżach: w Zaborowie i Gronowie. Adam szedł dalej, a w miarę, jak zbliżał się do swojego domu, coraz bardziej trząsł się ze strachu. „Are you afraid of me?” – pyta Ostrowska. – „Of course you are”. Chłopak zbliżał się do skrzyżowania Niepodległości z Dąbrowskiego. Po prawej stronie, koło hurtowni „Kos” znajdował się niewielki skwer z drzewami. To właśnie tam ktoś zaczepił Adama, podchodząc go od tyłu. - Chodź ze mną – powiedział nieznajomy. Adam, jak zwykle w takich sytuacjach, zaniemówił. Nie był pewien, czy to nie ktoś nasłany przez Ostrowską. Ale po co ona miałby coś takiego robić? Mimo wszystko chłopak był zbyt bojaźliwy, by się przeciwstawić. Jakież jednak było jego zdziwienie, gdy między drzewami dostrzegł dwóch dawnych kolegów z klasy oraz jakąś dziewczynę, której nie znał. - Cześć, Adam – powiedział Klemens. - Cz... cześć – zająknął się chłopak. - Nieźle się urządziłeś – stwierdził Leonid. – To się dopiero nazywa uwikłanie w historię. Zostałeś premierem, co? I jeszcze u Ostrowskiej? - Skąd wy wiecie? – Adam był wyraźnie zdziwiony, ale jednak bardziej przestraszony. - To długa historia – odezwała się tym razem dziewczyna. – Jestem Zyta. I wiem o tobie wszystko. Wszystko, co jest związane z wuefistami i twoim marionetkowym rządem. No i tym – wskazała na olbrzymi Ostrowska Metropolitan, którego szczyt widać było przez liście drzew. - Powiem od razu: chcemy ci zaproponować współpracę – zaczął Leonid. - Chcemy cię prosić o pomoc – poprawił go Klemens. - Zwariowaliście? Tu jest pełno wuefistów! Zaraz was złapią! - Ostrzegłeś nas. Czyli nie jesteś do końca z nimi. - Muszę już iść. Nie chcę nawet myśleć o tym, co mi Ostrowska zrobi, jeśli się spóźnię choćby o sekundę. - Właśnie. Posłuchaj: mamy część zawartości Arki. Możemy wygrać z wuefistami. Potrzebujemy tylko twojej pomocy do napisania zaklęć. - Zwariowaliście? Oni już tworzą armię. Nie macie szans. Oni są najpotężniejsi. To im przeznaczone jest panowanie. My jesteśmy skazani na wyginięcie. - Więc wolisz ginąć jako ich marionetka? - Nie rozumiecie. Oni... - Wiemy wszystko. Boisz się Ostrowskiej. Adam zbladł jeszcze bardziej, na wspomnienie tego nazwiska. - Pomóż nam, a już nie będziesz musiał się jej bać. - Czy wy oszaleliście? Chcecie walczyć z jej wysokością the Empress-Game from Nepal? Z Prezesem? Z polonistami? Z REPUBLIKĄ!?!?!? Jesteście szaleni. - Może, ale i tak nie zamierzamy patrzeć, jak wuefiści doprowadzają do upadku wuefu. - Adam, posłuchaj – zaczęła Zyta. – Razem byliśmy w Wilnie i uciekliśmy wuefistom, prezydenckim ochroniarzom i antyterrorystom. Wiem, że oni dwaj byli w podziemnym pałacu Ptaszyńskiej, w czasie twojego mianowania. Uciekli wtedy samemu Prezesowi. Mamy część petard z Arki i wiemy doskonale, co z nimi zrobić. Potrzebujemy tylko pomocy przy napisaniu zaklęć. Adam, to jest możliwe. - Wiecie, co się stało z Tomczakiem? Wuefiści go złapali. Zapadła cisza. - Tomczak poświęcił się dla nas – powiedział Klemens. – Widzisz? Tym bardziej powinieneś do nas przystać. - Jeśli natychmiast stąd uciekniecie, to spróbuję was ochronić. - Jeśli Ostrowska cię spyta czy nas widziałeś, to nie odważysz się skłamać. Chodź z nami teraz. - Nie mogę. - Ona nie mogła aż do tego stopnia cię opanować. Adam, nie daj się prosić. - Czy wy naprawdę myślicie, że możecie poprowadzić wojnę z wuefistami? Że przy pomocy petard stworzycie armię, która będzie wam posłuszna? - Jeśli wuefiści tak mogą, to my też. Zresztą jeśli ty nam pomożesz? - Dobra, niech wam będzie. Ale musimy wyjechać gdzieś poza Leszno. Spotkamy się jutro rano. Cześć. - Ty, czekaj. Chyba nie sądzisz, że cię tak puścimy. - Nie ufacie mi? - Ufamy, ale wiemy doskonale, że jeśli wrócisz do niej, do już się nie wyrwiesz, a jutro wpadniemy w pułapkę, gdybyśmy czekali ani ciebie. Musisz iść z nami już teraz. - Stąd nie da się tak po prostu uciec. Oni cały czas wszystko obserwują. Kontrolują miasto. Nikt nie może wyjechać bez ich pozwolenia. Teraz pewnie też wiedzą, że z wami rozmawiam. Spójrzcie na tych wszystkich przechodniów. Ktoś z nich jest agentem. - Adam, nie przesadzaj. Powiedz lepiej od razu: pomożesz nam czy nie? - Nie mogę... - A więc dobrze. Idziesz z nami. Koniec. Nagle z drugiej strony ulicy, na czerwonym świetle zaczęła biec jakaś grupa chłopaków, ubranych na czarno. - Nie mówiłem? To oni. Już po nas. - Zyta, daj mu petardę. Musimy się stąd natychmiast wynieść. Leo, zacznijcie uciekać. Ja ich zatrzymam – polecił Klemens i zaczął wyjmować z plecaka ściongę. - Masz. Wiesz, co z tym robić – powiedziała dziewczyna i podała Adamowi petardę. - Ale ja... - Pisz, bo zaraz zginiemy! – krzyknął na niego Leonid i podał mu długopis. W tym momencie powietrze przeszyły pierwsze gromy, ciskane z broni wuefistów. Odpowiedziały im świsty błękitnych promieni ze ściongi Klemensa. Cała czwórka zaczęła biec. Wtedy jednak któraś z wrogich wiązek trafiła Leonida w udo. Chłopak przewrócił się na ziemię jak kłoda. - Cholera, dostałem! - Adam, pisz! – prosiła go dziewczyna. Klemens powalił właśnie dwóch następnych wuefistów. Przechodnie naokoło zaczęli uciekać. Nie było czasu na szukanie samoprzylepnego papieru, więc Adam musiał pisać na samej petardzie. Minęła chwila, nim zdołał obmyślić odpowiednie zaklęcie. Ręka przy tym trzęsła mu się strasznie, a nad głową strzelały błyskawice. Teraz jednak nie było już odwrotu. To jedyna szansa, żeby uciec od Gosi i Zosi albo ci wystrzałowcy go zastrzelą. Adam zebrał się w sobie i zapisał drobno na petardzie: Niech się wuefista nie wytęża, Bo naszym celem jest Ślęża! - Masz! – chłopak podał petardę Zycie. - Dlaczego Ślęża? – spytała dziewczyna, czytając napis. - Zapalaj – odkrzyknął jej Adam. Kolorowe strzały śmigały w powietrzu w jedną i w drugą stronę. Dymiły się już drzewa naokoło i paliła trawa. Zyta chwyciła petardę. Miała na dyle dużą praktykę, że nie potrzebowała nawet zaryski. Odpaliła petardę o chropowatą powierzchnię dżinsów, jednocześnie ścierając dużą część lontu, by nie czekać za długo na wybuch. Rzuciła petardę, która eksplodowała jeszcze zanim dotknęła ziemi. PUCH BUCH TRZASK ŁUBUDU! Mgły opadły i wokół siebie ujrzeli las. Wszędzie pełno drzew. Ale najważniejsze, że nie było już wuefistów. - Udało się – cieszył się Leonid, który nadal leżał ranny na ziemi. - Tylko gdzie my jesteśmy? – spytał Klemens. Lufa jego ściongi jeszcze się dymiła. - Na Ślęży – odparła Zyta. - Adam, dlaczego akurat tu? - To tutaj, za kilka dni, zgrupują się wojska wuefistów, które następnie, pod przywództwem Ostrowskiej ruszą na stolicę. - Coś mi nie pasuje. Przecież Lorek organizuje tutaj wyjazd w dzień przed zakończeniem roku szkolnego – powiedział Leonid. - No właśnie. Wycieczka to przykrywka. - No i co teraz? – spytała dziewczyna. - No cóż... Wuefiści nas szybko nie znajdą. Ludzi tu generalnie nie ma. Proponuję tutaj rozbić namioty.
IX
Obozowisko stało już godzinę później. Adam i Klemens zajęli się zbieraniem drewna na ognisko. Wszystko było gotowe przed zmierzchem. Pozostała teraz podstawowa kwestia: mieli petardy, wiedzieli jak ich użyć, mieli Adama do pomocy przy napisaniu zaklęć. Nie pozostawało więc już nic innego, jak zabrać się do tworzenia, choć nikt z nich nie chciał tego pierwszy zaproponować. - Już chyba czas, żebym powiedział wam coś więcej na temat planów wuefistów – zaczął w końcu pierwszy Adam. – Armia, którą chcą stworzyć, nie będzie zwykłym wojskiem. To tak naprawdę armia fikcyjnych i rzeczywistych postaci, związana z dziewiętnastowiecznym romantyzmem. - Zaraz, zaraz – przerwał mu Leonid. – Chcesz powiedzieć, że wuefiści tworzą wojsko z postaci literackich? Bohaterów Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Kraszewskiego, Fredry, Lelewela, Syrokomli... - Dokładnie. Możecie nie wierzyć, ale wuefiści tworzą armię romantyczną. Wiem, bo przecież jestem premierem w ich rządzie. - Byłeś premierem w rządzie Ostrowskiej. Ale to... No przecież oni nie mogą być na tyle głupi. Jak to możliwe? Przy pomocy wojska bohaterów literackich zorganizować zamach stanu? A może my wcale nie musimy tutaj nic robić? Przecież i tak nie mają szans na powodzenie. - Tak sądzisz? Podam ci przykład: Mickiewicz w „panu Tadeuszu”, w kilku ujęciach pokazał armię Napoleona, maszerującą przez Księstwo Warszawskie. Teraz wskrzeszą tą armię razem z całą resztą bohaterów. I co ty na to? A wikingowie i wojowie ze „Starej Baśni”? Armia rosyjska, maszerująca przez Petersburg w „Dziadach”? Ale to nie koniec. Armię romantyczną wspomagać będą oddziały poboczne: Reymonta i Żeromskiego. No i w końcu do opanowania tego wszystkiego potrzebny jest wielki wódz: wiem, że zastanawiają się pomiędzy Stalinem, Juliuszem Cezarem i Aleksandrem Wielkim. A na samym czele armii znajdzie się the Empress-Game from Nepal profesor Ostrowska. Brrr... Aż ciarki przechodzą. Wszyscy słuchali tego z opuszczonymi szczękami. Nie można było powiedzieć, że to niemożliwe, bo w wuefie nie ma rzeczy niemożliwych. Nie można też stwierdzić, że to niewyobrażalne, bo fizyka stworzyła już wiele rzeczy, których nie można sobie wyobrazić. Ale to... po prostu nienormalne! - No cóż... – zaczął Klemens. – Przede wszystkim musimy się chyba zastanowić nad oddziałami, które będą w stanie odeprzeć romantyczną armię. - Kleks, ty zwariowałeś? Naprawdę chcesz to zrobić? – Leonid miał tak poprzewracane w głowie, że już sam nie wiedział, co mówi. - Kurcze, Leo, przecież po to tu jesteśmy, no nie? Przyjeżdżając tu wyrzekliśmy się wszelkich związków z normalną, codzienną rzeczywistością. I to wszystko w obronie wuefu. Nie rozumiesz? Musimy nauczyć się myśleć tak, jak fikcyjny super bohaterowie z filmów. Nie masz zastanawiać się, jak to jest możliwe, tylko jak się temu przeciwstawić. - Ja mam pomysł – powiedziała Zyta. – Oni mają armię romantyczną, a wszystkim przecież powszechnie wiadomo, choć pewne grona nie chcą tego przyjąć – tu skinęła w kierunku Adama, który był wielbicielem romantycznej poezji. – ...Wszystkim wiadomo, że od Słowackiego o wiele lepiej czyta się Prusa, a Sienkiewicz niesie o niebo większe przesłania od Mickiewicza. Stwórzmy więc własne wojsko... - Pozytywistów! – załapał Klemens. - Szaleństwo – stwierdził Leonid. - Nie marudź – odparła Zyta. – Adam, poradzisz sobie? - Oprócz tego proponuję jeszcze coś – odezwał się Klemens. – Jeśli oni mają armię Napoleona, to my stwórzmy samego Napoleona. - OK. Dobra! Niech wam będzie! – powiedział Leonid. Macie rację. W takim razie ja proponuję jakiegoś wielkiego stratega. - Na przykład? Bismarcka? - Jakiego tam Bismarcka. Kogoś o niebo większego. Tego, który ma w rękach potęgę. Wielkiego marszałka! - Piłsudski! – Klemens zrozumiał. – Walczyć u boku marszałka! Aż mi serce mocniej zabiło! - Marszałek pokona Stalina? – spytał z powątpiewaniem Adam. - Ty to w ogóle w niego nie wierzysz. On jest marszałkiem, nie rozumiesz? - Dobra, dobra. Ale na Stalina proponuję jeszcze kogoś. Piłsudski zajmie się ogółem dowodzenia, ale będę się czuć pewniej jeśli wystawimy kogoś tylko przeciw radzieckiemu wodzowi. Hitlera! - Adolfa! – wszyscy zawołali z przerażeniem. – Sama myśl o wskrzeszeniu go była zbyt potworna. - Poza tym Adolf w końcu przegrał ze Stalinem. - Jeśli wuefiści nie stworzą też Churchilla i Roosevelta, to sam Stalin sobie nie poradzi – bronił się Adam. - Nie, na to nie można się zgodzić – powiedział Leonid. - Spokojnie, tylko na jedną bitwę. Przecież nie musimy go zaraz robić kanclerzem. Żydów też tu żadnych nie ma. Zresztą chcieliście, żebym wam pomógł, no nie?…