Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 12 min czytania

Nowe blizny

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Popiół. Popiół i dym. Powiada się że nic nie bardziej koi umył, jak coraz bardziej spalany papieros. Rzecz dość ironicznie nawiązująca do sytuacji na Pandorze. Im bardziej niszczona, tym coraz mocniej zniewalała umysłu ludzi, uspokajała ich. Zwłaszcza takich jak pułkownik Miles. Cieszył się niezmiernie, że hodowany tytoń w laboratoryjnych warunkach, jest znacznie smaczniejszy i mocniejszy, niż ten ziemski, prawdziwy. Nie obchodziło go to czy to cd nauki, techniki, czy dzięki warunkom księżyca na którym się znajdowali. Jest żołnierzem, dla niego liczą się jedynie efekty. Co pewien krótki czas, spoglądał na wejście do swego gabinetu. Za każdym razem, gdy rozmyślał o efektach kampanii którą przecież prowadzili. A że był człowiekiem czynu i oczywiście mężczyzną, miał swoje potrzeby. A tytoń który zwykle rzadko spożywał, byl kiepskim zamiennikiem by choć trochę się rozluźnić. Jednakże za każdym razem gdy spoglądał w lustro, na trzy równe blizny na twarzy, poczucie obowiązku i sprawiedliwości powracało. Dopił swą poranną, niezwykle mocną kawę, po czym spojrzał na panoramę za oknem, na powracające gigantyczne buldożery, noszące ślady ataków "dzikusów" jak ich nazywał. Uśmiechał się do siebie jako człowiek poświęcony słusznej sprawie, czyli ratowaniu Ziemi, jego ojczyzny. Bo dlaczego wysoko rozwinięta cywilizacja ma ryzykować unicestwieniem, będąc pobłażliwy wobec niebieskich kotopodobnych stworów? Na ekranie urządzenia pojawiła się nagle twarz młodego żołnierza, który właśnie salutował. - Sir? Przyszła właśnie nowa dostawa. - Świetnie, zaraz będę... - odstawił kubek po czym przerwał połączenie. Ponownie spojrzał w lustro wiszące na ścianie. Dotykał każdej blizny po kolei, wspomnienia wracał, znów poczuł się jak żółtodziób który mimo wielu lat służby, już pierwszego dnia się dowiedział do jakiego piekła trafił. - Żadnej, kurwa, litości... - po czym wyszedł z gabinetu.

W hangarze gdzie stacjonowały mechy, była możliwa dość dziwna dyskrecja. Jednakże żaden z naukowców się tutaj nie znajdował, a "dostawa" mogła się nie spodobać nie tylko im. A wśród niektórych najemników, ręka zawsze myje drugą rękę. I na odwrót. Tym razem wśród maszyn, stały cztery osobniku rasy na'vi. Dwa dorosłe obu płci jak i dwoje dzieci, też różnych płci. - Sir, jak widać, ich dzieciaki ą różne nami wzrostem. Może weźmie pan jednego z tych, panie pułkowniku? Kapitan Jenkins twierdzi że są dobrym obiektem do..badań... - Masz mnie za chorego zboczeńca, sierżancie Walters? A może myślisz że sobie z dorosłą kobietą nie poradzę. Powiedz kapitanowi, że jak jeszcze raz się dowiem o jego chorych zabawach, każę avatarom go zgwałcić na wszystkie strony! Jasne? - Tak jest, sir. - Dajcie kobietę do mojego gabinetu, na jakimś stole czy czymś. Przywiążcie do niego jej kończyny łańcuchami, w szczególności ogon. I nie przeszkadzajcie mi przez najbliższe trzy godziny. Sierżant Walter jedynie zasalutował. Kobieta na'vi zastrzygła uszami. Znała język angielki, rozumiała każde słowo które pułkownik wypowiadał. Mając skrępowane ręce, nogi i ogon, wiele zrobić nie mogła. W dodatku wiedziała że Ludzie Nieba posiadają sztuczne twory, które potrafią zabić w mgnieniu oka, a teraz się znajdowała przecież na terytorium zaciekłego wroga. Jej wielkie oczy o szerokich, zielonkawych tęczówkach obserwowała obu Ludzi Nieba. Skrępowana, trzymetrowa istota ze strachem w ślepiach patrzyła na istoty niewiele wyższe od dzieci na'vi. Ten widok byłby przekomiczny gdyby...gdyby nie był na swój sposób straszny. Sierżant przywołał do siebie dwóch żolnierzy, znajdujących się właśnie w mechach. - Zabierzcie ich do centrum dowodzenia, do izolatki. Nie dajcie się zobaczyć jajogłowym, zwłaszcza doktor Grace, jeszcze pamiętam ostatnią kłótnię... Obaj żołnierze jak i oczywiście ich mechy zasalutowali, widać tutaj było oficjalność jak i formalność. Żadnych zbędnych uczuć czy też współczucia. Czysty interes. Jeden dorosły na'vi jak i dwoje dzieci powoli znikały przy wyjściu z hangaru, wraz z żołnierzami. Po policzku błękitnoskórej kobiety popłynęła gorzka łza. Pułkownik powoli zaczął żałować tej decyzji. Gdyby wybrał dzieciaka, już w tej chwili mógłby spojrzeć jemu w twarz. Niejeden bał się spojrzeć w jego puste oczy obłożone lodem z których wydobywał się przenikliwy chłód. A z tego co mu było wiadomo, pępek Na'Vi nie odczuwał strachu, istoty przez niego się nie wystraszą ani trochę, obojętnie jaki wzrok ku niemu się pośle. Miles spojrzał gniewnie, jednakże na sierżanta, który jakby tęsknym wzrokiem patrzył na oddalające się, błękitnoskóre dzieciaki. - Co tak stoicie? Zabierzcie ja mojego gabinetu. Napiszecie raport o tym, jak postanowiłem nauczyć się od tubylców tego i owego. I dopisz że jest tylko do wglądu dla Wielkiego Szefa. Wielki Szef. Ha. Quaritch od samego początku uważał że to on powinien dowodzić absolutnie wszystkim, nie tylko ochroną całego ośrodka. Uważał się za lepszego od Selfridge'a. Z pewnością program Avatar nie miałby racji bytu, bez względu na wytyczne z Ziemi. Nie mówiąc już nic, odwrócił się i odszedł w tronę swego gabinetu w oddali.

Świeży aromat palonej kawy, oczywiście genetycznie modyfikowanej. I świeże powietrze, wprost z otworów wentylacyjnych, pozbawionych trujących gazów. I tubylec płci żeńskiej, skrępowany na długim, prostokątnym stole. Nagi. Quaritch czuł się jak w domu. Bo co powoduje największy strach? Śmierć wojowników którzy oddadzą wszystko, nawet swoje życie za słuszną sprawę? Czy jednak fakt, że ich kobiety są gwałcone ku uciesze wroga? Splamione, brudne, skażone. Miles czuł się jak w raju, a on sam jest paterzem, wiodący swe owieczki, a raczej wilki w ich skórze. Kobieta wyglądała pięknie jak i niewinnie, nawet będąc tak okrutnie potraktowana. Jej skóra była cudownie gładka, dziecięca prawie. Wszak…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nowe blizny — czytnik · opowiadania