Polityka · 8 min czytania
Nowe (stare) zagrożenie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Artykuły zamieszczane na portalach informacyjnych niezmiennie mnie bawią. Na jednym z nich przeczytałam, że Rosja i Białoruś przeprowadzają manewry wojskowe, symulujące atak na Polskę i Litwę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby autor nie rozważał możliwości obronnych naszego kraju. Pusty śmiech. Jakich możliwości? Ktoś powiedział, że Rosjanie pokonają naszą „armię” w jeden dzień, Niemcy w dwa, a harcerze w tydzień. Zresztą według publicysty jedyną nadzieją dla nas jest właśnie przybycie Bundeswehry. No, nie wiem czy to jest najlepszy pomysł. Ich przodkowie bardzo lubili tu zaglądać. Gdy ostatnio przybyli jesienią na grzyby to szukali ich bez mała sześć lat. Zresztą o jakiej wojnie mówimy. Wystarczy że Rosja zakręci kilka kurków i sami zadeklarujemy przystąpienie do Wspólnoty „Niepodległych” Państw. W sumie nie powinnam się tak bardzo tym przejmować. Warszawa ma być poczęstowana taktyczną bronią jądrową. Nie będę więc miała szansy odegrać roli Salomei i nie będę mogła rozpaczać po żadnym przystojnym Odrowążu.
Cały ten tekst miał zresztą mówić o czymś zupełnie innym. Na wstępie pytanie. Kto jest największym wrogiem każdego „prawdziwego patrioty”? Sama na nie odpowiem, bo to proste. Rosjanin i Żyd. To tradycyjne podejście i wcale nie twierdzę, ze do końca błędne. Tyle tylko, że osobiście zauważam inne i nie wiem, czy nie bardziej niepokojące zagrożenie. Może jeszcze nie dla mnie, ale dla moich dzieci i potencjalnych wnuków, kto wie… To zagrożenie to islam. Wyznawcy Proroka pchają się do Europy drzwiami i oknami, a nie widać na horyzoncie żadnego Karola Młota albo Lwa Lechistanu. Uważam ten fakt za realne niebezpieczeństwo dla naszego kontynentu. Nic nie zapowiada by ten proces miał się w jakiś sposób zatrzymać. Nie przy dotychczasowym postępowaniu europejskiego zachodu. Francję niedługo będzie można nazwać Nową Algierią, a Anglię Małym Pakistanem. Także w innych krajach zaczynają powstawać silne środowiska islamskie. Czy widać kogoś kto próbuje jeszcze powstrzymać napływ muzułmanów do Europy? Choćby mimochodem, w sposób niezamierzony? Ja widzę. Otóż właśnie Rosję i Izrael. Nie robią tego oczywiście z jakichś altruistycznych powodów, ale broniąc swoich partykularnych interesów. Przy tym jednak powstrzymują, w pewnym przynajmniej stopniu, przeciek islamu przez Kaukaz i Bliski Wschód. Już słyszę te oburzone głosy. Państwa zbrodnicze, przestępcze, ludobójstwo, dzieciobójstwo, przemoc itp. No cóż, nie robią one na mnie wielkiego wrażenia. Aż do bólu jestem pragmatyczna i cyniczna. Oczywiście szkoda mi cierpiących, nawet ginących dzieci palestyńskich czy czeczeńskich, ale jeszcze bardziej szkoda mi polskich, a zwłaszcza… moich. Może czas bardziej przejąć się losem swojego narodu niż innych. Jeszcze tylko my ciągle chcemy walczyć o „wolność naszą i waszą”; świata jakoś niespecjalnie obchodziły losy polskich dzieci w rozlicznych wojnach. To truizmy, wszystkim doskonale znane, ale jakoś nie dochodzą do miejscowych umysłów. Nie chcę widzieć jak moje dzieci trykają pięć razy dziennie głowami w dywanik, a zawodzenia muzeinów wolałabym słuchać tylko podczas wycieczek po krajach Orientu. I cóż ten nasz zachodni, zachłyśnięty swoim dobrobytem i „wolnością” świat, robi? Strzela sobie w nogę. Pozwala upadać kolejnym arabskim reżimom, utrzymującym do tej pory fundamentalistów w ryzach. Mubarak był zły, Saddam był zły, Kadafi bardzo niedobry, można nawet sięgnąć, aż do upadku irańskiego szacha. Co mamy w zamian? Fanatyczną tłuszczę, która, gdy tylko zrobi u siebie porządek z krnąbrnymi, skieruje rozbuchaną agresję swoich zawiedzionych…