Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 1 godz. 9 min czytania

Nowelki-Posłaniec

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}Posłaniec{/b}

Rozdzialik 1 Utracona nadzieja

Ainahem Sol. Jak zwykle panuje tu duży ruch. Ci którzy przyjeżdżają są rewidowani przez strażników przy hełmach noszących charakterystyczne ,obfite pióropusze w barwach królewskiego grodu: czerwieni ,srebra i złota. Gdy zaś już ich dobytek zostanie przeszukany przed podróżnymi roztwiera się jedna z trzech potężnych bram - w zależności od stanu do którego należą. Miasto od pierwszego błysku który dostrzeżesz na jednej z jego licznych złotych kopuł zniewala ,olśniewa ,czaruje. Wskaże ci smukłe ,białe świątynie:pytając :“ Czyż nie są piękne?” Zwróci twoją uwagę na zaciszne ogrody ,a gdy już zakrztusisz się ich bogactwem bezwstydne Ainahiem Sol pokaże się od zupełnie innej strony, odsłaniając zakrytą część swojej twarzy. Zobaczysz wtedy bezdomnych na bocznych uliczkach którymi spływają ścieki lub też małe ,obskurne zaułki. Na koniec porazi swoją szczerością ,wielce bezpośrednią. Jej gest dostrzec można choćby w postawie strażników stojących przy bramach ,żartują z każdego podróżnego i nie ważne czy to się komuś podoba czy nie ,gdyż lekka zaczepka jest cechą mieszkańców stolicy, a także swoistym przywitaniem nowo przybyłych. Jednocześnie wielu jest też takich co wyjeżdżają ,sprzedawać swoje wyroby w innych, dużych grodach państwa. I wielu również jest takich co przesiedla się teraz na północ ,ponieważ tereny te, częściowo autonomiczne, dają przy handlu nie obkładanym cłem większy zysk. W tamtejszych też to osadach,pod słowem „swoboda” więcej można znaleźć hulaszczego,rozpustnego życia któremu przyklaskuje się pijąc z zarówno szlachetnie urodzonymi jak i z plebsem. A pije i wojsko na służbie,piją i wielcy panowie ziemscy (z każdym kto handluje ciekawymi plotkami) ,piją i ci o których zwykło myśleć się,że alkoholu nie ma w ich słowniku doświadczeń życiowych,słowem nie piją tylko ci których na to nie stać,a nie znają kogoś na czyj koszt mogli by to praktykować. Na szczęście „swoboda” nie jest jedynym hasłem przyciągającym ludzi ,na szczęście należy również do nich „zarobić pieniądze na pewno”.Na północy zyski bez cła wynoszą co prawda więcej,trudno jednak utrzymać te pieniądze,kiedy jest się samemu z daleka od rodziny(została przecież na południu) a wszędzie wokół słychać brzęk kufli. Dzięki więc temu wciąż nieprzebrane tłumy przybywają do stolicy ;prężnie się rozwijającej, w kupiectwie i rzemieślniczym fachu , gdzie istnieje aż kilkanaście tamtejszych cechów ,a liczba corocznie budowanych zakładów stale się zwiększa. Są to tysiące ludzi, tysiące myśli, tysiące marzeń i pragnień tworzące Ainahiem Sol i pobielane mury wznoszące się nad tym wszystkim. Mury te , trwały każdego dnia tak samo nieporuszone , również i tego gdy w wschodzącym słońcu na ranną zmianę zjawił się przy nich strażnik Rzeim. Był zaspany i donośnie ziewał. Patrzył w niebo ,mrużąc oczy z wysiłku (z zwiewania!) a w kącikach pojawiły mu się łzy ,przy czym prawidłowo stwierdził ,że praca zacznie się dopiero kiedy nadjadą pierwsi kupcy. Pech chciał ,że jeden właśnie pokazał się na horyzoncie ,to jest pagórku którego łagodny łuk rysował się przez wewnętrzną bramę wjazdową. A to oznacza ,że nie będzie miał czasu na rozmyślania... póki ich nie odprawi, “O ile nie pojawią się kolejniowi“- skalkulował.. Zniechęcony i nieco zniecierpliwiony podszedł do dwójki kolegów którzy w przeciwieństwie do niego nie spóźniali się notorycznie i nie musieli odpracowywać za to karnych godzin. Rzeim podrapał się po kroku i przywitał. Odpowiedzieli mu przyjaznymi skinięciami ,jeden poprawił sobie hełm na głowie siląc się na dostojeństwo ,a nuż okaże się ,że to jacyś bogaci kupcy z piękną córką? Wóz jednak rozwiał wszystkie wątpliwości ( i nadzieje też) w momencie gdy zatrzymał się przed bramą. Stary ,rozklekotany- zastanawiali się jak długo jeszcze pociągnie. Zabytkowy człowiek z kilkudniowym zarostem, w przepoconej koszuli której barwy nie było już sposób odgadnąć wychylił się z niego ciekawie i pokazując na towar za nim spytał czy można. -Wjedźcie. -Ech, kolejniowi dość nieciekawi -podsumował jeden z trzech strażników ,opierając się na włóczni.-Chłopie ,Rzeim cości oni(czemu oni) takowi nieciekawi tera...? -Doć nie pytojcie mni, nie wiem.- odpowiadający był oparty o mur przy bramie gdzie pilnowali. -Ech, to ci z pierwych ,zewnętrznych wrót nieciekawych chłopów puszczać nie powinni ku nam. -Nie wybrzydzaj.-padło kąśliwie. -Ej, Rzeim doć dziewki trzeba ci! Obszukałbyś sobie jaką. -Obszukam ,obszukam. Tyle, iż nie tera jeszcze.-był to dowcip na który ryknęli śmiechem,a który rozumieli tylko oni. -Nie tutaj!- strażnik pokazał zbliżającemu się jeźdźcowi by zawrócił.- ”Bogowie cuże za idioci wierzchem w takowy gorąc jeżdżą?” Panie !-krzyknął na szlachcica- Doć prywatnie ,tak? Bogacz nic nie odpowiedział ,tylko popatrzył się wzrokiem szczerze zdziwionym ,że tak zwykły strażnik śmie pytać go o cel wizyty. Ale ów strażnik nie będąc w ciemię bity ,od razu odgadł znaczenie tego spojrzenia ,dzięki czemu szybko mógł się wyjaśnić:- Toż brama ku mości panom tam iże jest. Tutaj bowiem kupców przeprawiamy- szlachcic nawrócił siwka w stronę pobliskiej bramy dla możnych. A gdy oddalił się dość daleko by nie mógł nic dosłyszeć ,strażnik wpadł w szał parodiowania go. -Kwo, kwo, kwo- ino ,że kwoka jaka na tym koniu!- zaczął komicznie machać rękami i wykrzywił twarz w grymasie udając minę szlachcica. Robił to na tyle dobrze ,że pozostała dwójka nie wiedziała co ze sobą zrobić ,ale pierwszy z żartu zakrztusił się Rzeim. Chwilę potem obydwoje podpierając dłonie na kolanach błagali kompana by przestał, rozbolały ich już bowiem mięśnie brzucha i nie mogli złapać tchu , on jednak parodiował dalej. -Cholera, toż tacy prawie(naprawdę) jyszcze po świecie tym stąpają! -wysapał Rzeim w przerwie pomiędzy jednym spazmem śmiechu a drugim. Nagle sielankę przerwała uwaga komika na temat całego korowodu kupców który właśnie dostrzegł. -O cholera... -Trza będzie obsłużyć... a będzie roboty to dużo. -Rzeim !- niespodziewanie zawołany , odwrócił się ,a z wrażenia wypadł mu łuk z ręki który zawsze z namaszczeniem polerował, o ile oczywiście nie pracował lub ewentualnie żartował. Widząc kto przed nim stoi wydał cichy okrzyk zaskoczenia ,na co jego kompani odwrócili się także i zaraz poszli w jego ślady padając na kolana . -Wasza wysokość.-zadeklamowali chórem. -Cześć ci! -dorzucili po chwili ,tym razem nie równocześnie. -Rzeimie ,mężu... pani ,umiłowana siostra ma widzieć chce cię. Śpiesz się. -O- oczywiście panie.-chłopak przejął się tym bardzo ,na tyle, że wstając potknął się ,wywołując wśród świty księcia cichy chichot. -Powstać juże możecie.-zwrócił się Retiliur do pozostałej dwójki, gdy wezwany pobiegł w stronę zamku.-Dacie przestąpić mi?- pytanie postawione w ten sposób ,stworzyło sytuacje w której wartownicy wyszli na ludzi mniejszego rozumu, co oczywiście wywołało ponowny “dyskretny śmiech” wśród książęcej świty. Następnie przeszli oni nie zwracając już uwagi na istnienie strażników. -Szczęściarz ,doć z Rzeima owego.-skomentował później jeden z nich- Ku prażącymu słyńcu stać nie będzie. A upolne popołudnie ino widać będzie.-spojrzeli w niebo. Nie było teraz ani jednej chmurki na nim. Słońce właśnie wschodziło na centralny punkt nieboskłonu.

*

Nic do stracenia! Jeżeli istnieje coś ,to tylko do zyskania! ...ale... jego własne życie zostało postawione w zastaw, jednak czy obawiał by się mniej gdyby stał pod murami tylko czekając? Wpił boki pięt w ciało wierzchowca. Galopuje. Nic do stracenia- tak mu powiedziała księżniczka. -Wiesz ty przecież jakowa sytuacja jest obecnie tu. Ty wiesz boś bystry ,doć większym liczbom ,ku panice dążyć nie chcę. Z pewnością postrzegłeś ty Rzeimie wznowione (tutaj: wzmożone) oddziały królewskie? -Lecz ody mnie czeguż żądasz pani? -Jesteś spostrzegawczy.-oznajmiła dziewczyna.-Poniesiesz wiadomość. -Dokąd ,ma pani?- zapytał machinalnie zanim zdążył zastanowić się nad tym co chce powiedzieć i kiedy już padła odpowiedź, całkowicie uświadomił sobie czego się od niego oczekuje. Świadomość ta wywołała nieprzyjemny prąd który przewędrował mu wzdłuż kręgosłupa. .-Ku Restilu?- powtórzył głucho ,wierząc ,że się zwyczajnie przesłyszał ,a odpowiedzią będzie stanowcze “Nie.” -Jedynawy nasz krajan sojuszniczy. -Jaśnie ma pani ,ale... -Nie chcę abyś widoku rzucał się swym oglądem (Nie chcę byś się w oczy wyglądem rzucał.) Posłać tam oficjalnego poselstwa nie mogę ,gdyż toć juże na paktów rozszczepienie z atakującymi uchodziłoby to. A tak... kładzie cień szansy jeszcze się ku sojuszowi.-zamilkła i po dłuższej pauzie dodała nienaturalnie spokojnym głosem:- Panika źle wróżyłaby teraz juże ...więc ...twój łuk! Tak, poślemy zaklęcie ku niego byś bardziej silny był. -Jaśnie pani mai! Dobrze pani ma z pewnością przeczuwasz ,iże zaatakują juże oni nas. Wisz to! Sprawą pani to twego ojca je! Coże więc za sens gońców słać ,gdy bezpieczniej oddziały ku wojnie szykować!- Rzeim umilkł porażony swoim zuchwalstwem względem osoby piastującej w ojczyźnie jedną z najwyższych godności, a przecież wyrzucił to co leżało mu na sercu. -Właśnie rzekłeś o kilka słów za wiele. Ale nic to.-dodała po krótkiej pauzie i uśmiechnęła się.- Któże we warcaby, gdym na pojedynki cię zapraszałam, zawżdy ( zawsze) przodował? -Pani... -Rzeimie ,oficjalne formy darujmy sobie.-zbliżyła się do niego ubrana w piękną,, błyszczącą zbroję.-Ufaj mnie. Doć nie polegnę. - Pani al... -Tam! Coże przeze okinnice dostrzegasz? Spojrzał posłusznie przez otwór w murze na świat. -Wojska pani ,całe oddziały ,ino i takoże chłopów,mieszczan zwykłych jako i ja. -Nie je ty zwykłym mieszczaninem. Bowiem wybrałam teraz ku ważnej misji ciebie. Toć życie tam,na zewnątrz wrze. Juże niedługo. Lud nie okierunkowuje temu (nie zdaje sobie z tego sprawy) ,ale doć kwestia dni kilku, tygodni najwyżej , a uderzą oni. Całe życie które postrzegasz tam zmiecione zostanie. Plany są lecz...- miała zamknięte oczy , smutne usta. Czy cierpiała? Nie wiedział ,ale była teraz tak blisko niego. Mógł poczuć delikatną woń jej perfum...- dobre ino są one w warcaby ,nie w bitce prawdziwej. Wiele może ulec zmianom ,dlategoż to ciebie proszę.-sam nie wiedząc kiedy dał się przekonać słowom księżniczki, czarującym i władczym zarazem. Miała dziecięcą ,smutną twarz i poczuł do niej coś na wzór bratniej miłości. Schwycił swój łuk. A poświęcił go kapłan z królewskiej świątyni ,rzucając na niego zaklęcie , wystarczyło teraz że Rzeim powiedział “Płoń” a strzały same zapalały się. Łuk ten to jego jedyna broń ,czy wyglądał by bowiem wiarygodnie podając się za posłańca, będąc uzbrojonym po uszy (choć pewnie powinnam napisać po zęby ,ale ja lubię wyolbrzymiać...)? Tymczasem jechał już na północny- zachód ,aby nie skupiać uwagi szpiegów na wschodzie, tamtędy bowiem planowana była ewentualna trasa ucieczki mieszkańców. W duchu powtarzał sobie :”Nie wile do stracenia ,nie wile do stracenia.” nieustannie próbując się w ten sposób choć trochę podbudować. Nie ułatwiała mu tego rażąco ostra świadomość ,że ryzykuje życiem ,nawet jeżeli przecież to mała cena za królestwo. Bał się bardzo. Jadąc co koń wyskoczy , drugiego dnia swojej podróży dotarł do wsi ,sporej nawet ,a nie chronionej tymczasem przez żadną palisadę. Tutaj bowiem jak zasłyszał, ludzie nie obawiali się napaści. Spoglądając na wioskę ,poczuł jak paniczne zimno usztywnia mu wszystkie członki ,gdy przypomniał sobie to czego dowiedział się wczoraj. A wczoraj oglądał tę mapę którą tłumaczyła mu księżniczka i dobrze zapamiętał jak mówiła::” Tom zaś ,półtora dnia raptem, zbiorą się jakie wrogie oddziały z pewnością .” Właśnie tutaj. -“Ludzie ci doć są całkowicie bezbronni.” -pomyślał wstrzymując konia ,który sam z siebie szedł jeszcze wolniutko. Zwierzę na pomoc(jeździecką) zareagowało nerwowym ruchem do przodu , dolatujący dym najwyraźniej bardzo je drażnił. Rzeim odwrócił się w stronę ogniska i zaciekawiony patrzył.- Spoo-jniee ,spokojnie, dobry- powtarzał cały czas do rumaka kojącym głosem, równocześnie klepiąc go po szyi. Kilku mężczyzn uwijało się przy słomie i zbutwiałych kawałach drzewa. Męczyli się z nimi wyraźnie znosząc je i usypując z nich pokaźne stosy. -No.-sapnął jeden z nich otrzepując swoje brudne dłonie o nie bardziej czyste spodnie. -Podpalić!- krzyknął inny. I drugie ognisko zapłonęło. Teraz już z dwóch leciał czarny ,gryzący dym. Ogień bowiem tylko się tlił ,a o dym chodziło tu głównie. Ogier Rzeima podskoczył zaniepokojony, zanim mężczyzna zdążył go opanować zatoczył jeszcze kółko. Dym unosił się dostojnie ,przypominając na tle nieba refleksy światła na wodzie. Różniła je tylko barwa. -Coś ci ,skąd tutaj ty?- zapytał posłańca jeden z grupki owych mężczyzn, gdyż dopiero teraz zauważono jego obecność. Mieszkańcy stanęli półkolem wokół niego. -Przejezdny ,panie. Wieśniak zlustrował go wzrokiem. -To ci ubranie twy, skądże? Rzeim zawahał się chwilę z odpowiedzią ,zastanawiając się czy mówić prawdę.-Z Ainhem Sol.- I to jego wahanie zaważyło na tym ,że spojrzeli na niego jeszcze bardziej nieufnie. -Oo!- wciągnął z świstem powietrze inny i dorzucił z błyskiem w oku.- Doć ty bogoty! Posłaniec roześmiał się na to sztucznie ,starając się nadać swojej wypowiedzi beztroski ton. -Chłopie....- znów udał wesołe parsknięcie- ...a oglądam (wyglądam) jako książę jakiś? Ponownie z taksowali Rzeima od stóp do głowy. - Ku kędy zmierzacie?- spytał ponownie ten pierwszy ,patrząc bardzo podejrzliwie. -Ku granicy ino(do granicy tylko/prawie).-skłamał szybko Rzeim ciągle uspokajając konia, ten był bowiem bardzo podenerwowany. -A... -zamyślił się zadający posłańcowi pytania. -Gońcem królewskim ja je i długawa droga ma.-słowa te sprawiły ,że motłoch zgromadzony tuż obok, szerzej otworzył oczy.-A cuże te ogniska i dymy znaczyć mają? -Te?- padło pytanie z tłumu.- Doć pomocy my inoże wzywomy a innych przestrzegam także. -Na manatkach ino jesteśmy. W chwili codziennej być tak iż ucieczką trza bedzie ratować sie. -”O , sprawę iźli zdają sobie z niebezpieczeństwa.”.- przyznał z ulgą. Starszyzna wioski zaprosiła go na poczęstunek. To była bogata wieś. Widać to było po niej samej i po ludziach . Chodzili ubrani w bogato haftowane i pięknie zdobione koszule. Chaty miały solidną budowę i przyjemne drewniane ,a nie słomiane dachy. Przy każdej zaś widział to kury ,to króliki -mieszkańcy mieli co jeść i za co żyć. Akurat szedł za starszyzną ,prowadzony do jej obejścia gdy ku niemu wyskoczył niewielki ,czarny pies. Zajadle szczekając i szczerząc zęby, być może przymierzał się właśnie do ataku, ale w tym momencie dwójka podrostków wyparowała z domu tuż obok. Roześmiane zaczęły jednocześnie przytulać i odciągać zwierzaka. -“Szczęśliwe dziatki.”- skomentował Rzeim. Nieco później jego pochód minęły dwie, młode rozgadane dziewczyny. Spojrzał na nie zaintrygowany. One także miały piękne, haftowane koszule ,a do tego obcisłe ,długie spódnice zdobione motywami roślinnymi. Faktycznie mieszkańcy byli tutaj bogaci. Po posiłku porozmawiał dłuższą chwilę i gdy sam udzielił odpowiedzi na wszystkie pytania, przy okazji dowiadując się o drogę , elokwentnie próbował wyciągnąć coś więcej o panujących w tutejszym okręgu terytorialnym nastrojach. -A to.- odchrząknął gospodarz -najważniejszy wśród starszyzny ,bez większych chęci rysując stan rzeczy . -Niedaleko stąd ku Ainahem Sol toż wic atak szybko nastąpi tu jeśli stolica padnie lub oblężona ostanie przez obce wieprze.- podsumował swoją wypowiedź ,na co Rzeim zamyślił się- w jego głowie przeleciały wspomnienia niejednokrotnych potyczek w warcaby z księżniczką. .Wierzył w jej wielki strategiczny i szybko kojarzący fakty umysł. -“Poźno toć ,ich tłumy takoże są.”- a miał na myśli goniec wszystkich dowódców i wojskowych taktyków ,którzy zbierają się i przez wiele godzin dzień w dzień, dyskutują nad mapami. Niemożliwe, żeby Ainahem Sol tak łatwo dało się zdobyć. Zacisnął zęby.-Dzięki wam gospodarzu.- ukłonił się nisko w podzięce i na odchodnym dał im radę by czym prędzej się ratowali ucieczką. -Dziewki pikne, dziatki zdrowe -żałość ogromna by wszystek stracić to.

-Racyji wile ma ten junach.- toczyła się dyskusja pomiędzy starszyzną kiedy posłaniec opuścił już chatę. -Tak. Coże myślisz? Brać dobytki nasze? -Jeszcze nie ,toć możliwe ,iże burze bokiem obejdzie nos. Bo toć ,iże królewski był- to racyja pewna, insygnia i znaki miał.

Zwierzę zaciekawione odwróciło łeb w jego stronę. Widać było po koniu ,że miał przyjazne nastawienie i ciesząc się na widok mężczyzny ,podniecony zaczął węszyć powietrze wokół niego,gdy ten podszedł niedbałym krokiem. Westchnął ciężko. I nawet siwek z zainteresowaniem już skubiący jego rękę nie był w stanie polepszyć mu humoru. Z pobliskiej chatki , znajdującej się za plecami gońca wybiegło dziewczę z wiankiem na głowie ,w asyście dwóch chłopaków. Byli niewiele młodsi od Rzeima który pochylony zbierał sznury z uwiązu i nagle poczuł gwałtowny skurcz w żołądku. Skurcz jednak nie puścił po chwili tylko zaczął przybierać na sile,aż zabrakło tchu. Posłaniec pochylił się jeszcze bardziej i złapał za brzuch. A kolory rzeczywistości zaczęły się rozmazywać ,płonąć ,migotać. Zamigotały i zgasły. Zrobiło sie zimno. Dostał dreszczy które rozchodziły się po całym ciele przejmując swoim lodowatym dotykiem każde włókno ,każdą komórkę . Zakłuło go w oczy. Zacisnął powieki. Szum. Potężniejący z każdą chwilą. -”Cuże sii dzie...” “Nic się nie dzieje.” “To dlaczego zadajesz to pytanie ,skoro nic się nie dzieje?” “Bo ty zadałeś je wcześniej.” “Czyli jednak coś się dzieje.” “To zależy. A czy ty mnie pytasz?” “Ja? Chyba tak. Bo niby czemu miałbym zadawać pytania sobie?” “ Więc w takim razie coś się dzieje.” “ Bo ty pytasz?” “Nie. To dlatego ,że Ty chcesz wiedzieć.” “ A czy moje pytania mają moc sprawczą?” -Czy moje pytania mają moc sprawczą? Cisza. -Czy wic jeśli spytam ,to mi odrzekniecie?! Cisza, również. A przecież wystarczy wrócić. Cienie. Zjawy. I głosy. Co one mówiły? “To zależy. A czy ty mnie pytasz?” Nie! Nie ,nie! To wcześniej... o... Tak ,to zdanie: “Więc w takim razie coś się dzieje.” -Coś sii dzieje.-powtórzył Rzeim , a jego świadomość zawieszona gdzieś między “tam daleko” a “tutaj” podpłynęła bliżej. Zobaczył chmury. Były pod nim,a on - czując,że waży mniej od piórka unosił się powoli ponad nimi. Znacznie bardziej w dole,w prześwitach pomiędzy chmurami wirowały mu kolory odzień plebsu. Plebs. Co się z nim dzieje? A co się ma dziać? Nie wiem, lecz gdy jeden z tych ludzi odwraca się w moim kierunku ,widzę wyschniętego trupa. Innemu odpadają kawałki żywego jeszcze ciała od twarzy! Co wam się stało? “Oni nie żyją.” Nie żyją ,nie żyją- słyszał j echo. -”Ale... doć kapłanie! Kapłaniii!- biegnę unosząc się w powietrzu ,gdzieś nad miastem. Jakbym nie należał do tego świata. To nie mój świat.- Kapłaniii doć chwalebni! Pani!- ale moja pani ,księżniczka Raillen też jest tylko zwęgloną bryłą mięsa. Wszyscy. Wszyscy! Wszyyscyyy!!! Porywa mnie coś ,słyszę głosy, jednak inne niż wcześniej. Nikt nie żyje. I ten nikt właśnie patrzy się na mnie i śmieje się. Od jego śmiechu burzą się mury Ainahem Sol. Kruszeją kamienie, jeden po drugim. I wielkie smoki przelatują nade mną. Odgłos ich skrzydeł. I ich ogień palący mnie do nagich ,żywych wciąż kości. Ich śmiech. Wszyscy się śmieją ,również ci umarli. -“Doć koniec juże.” “Co końcem nazywasz ty?” “ Początek czegoś nowego.” -I rzeczę znowu pytania. “A jaka to różnica Rzeimie?” “Twe pytania są naszymi radami.” “Kim jesteśmy? Głosami które mówią ci ,że nie warto się starać gdyż Ainahem Sol i tak upadnie.” “I tak tego nie uchronisz.” “Nie zarzucaj nam nie logiki! Wiadomość którą dalej ponieść chcesz nie uratuje logiki przez którą patrzysz na świat ,zburzą ją twoje własne uczucia.” “Patrz! Jakże śmiesznie te trupy wyglądają gdy z nas tak szydzą!” -To me trupy! “Twoje?” “Co to znaczy „Twoje”?” “ Jesteś jednym z nich? Nie, ty jeszcze żyjesz. .Patrz.” -i głos odsłonił przed Rzeimem wizję zagłady stolicy. Na jego oczach ginęła linia obrońców , a pozostali w mieście ludzie łkali o pomoc. Wznosili ręce do bogów. A głosy ,gdzieś głęboko w świadomości Rzeima śmiały się z nich. Trwała rzeź mieszkańców -pracowała bez wytchnienia za pędzel mając miecze,za farbę ludzką krew, zdobiła nieme mury. Ale skoro on nie należy do tego świata to czemu tak wyraźnie czuje jej mdły zapach? Jakby rozkładała się kilka dni. Zanurzył palce w czerwonej kałuży i posmakował. Czy ten świat jest realny? Stolica płonie. A z każdym odpadającym z jej wielkiego cielska kamieniem ,posłaniec czuje jak i jemu wyszarpują kawałek ciała. Kawałek po kawałku. Otacza go ból konającego miasta. Zamyka oczy. Słyszy krzyki ludzi którzy właśnie tracą swoje życia. Ale słyszy coś jeszcze . Głos Ziemi. Doświadcza ona wielkiej ulgi ,że wkrótce zostanie zniszczona dziwaczna konstrukcja przylepiona do jej ciała, tamująca dopływ świeżego powietrza do jej skóry. Zupełnie jak pryszcz który wreszcie zostanie usunięty przez dobry kosmetyk. Rzeim znów pojawił się gdzieś wysoko nad Ainahem Sol która stoi w oczyszczających Ziemię płomieniach. “I w co teraz wierzysz?” “A czym jest wiara?” “ A co zaś stanowi o twoim człowieczeństwie?”- przyłącza się do rozmowy trzeci głos. -Kimże wy? „To pytanie w twoim przypadku nie ma sensu.” „Ponieważ nie będziesz w stanie zaakceptować naszej prawdy.” „Ale możemy równie dobrze powiedzieć,że jesteśmy twoimi głosami. ” “Głosami.” “A w co wierzysz?” -Wiara ma? “Niczym. Ponieważ nawet przyjmując bierną postawę podporządkowujesz się losowi.” “A nawet przyjmując aktywną nie podporządkowujesz mu się wcale...” “I tak zmieciony zostaniesz.” -Czyż na odwrót być nie winno?- spytał Rzeim. “A co to odwrót?” “To coś co on teraz zrobi. Ucieknie. Życie i ludzie zawsze uciekają gdy poczują się zagrożeni.” “A to ludzie nie są życiem?” -Dość! Oswobodźcie mni... Oswobodźcie mnii!! Ino gdzie je ja? Oswobodźcie mnii !!-z całej siły desperacji, spowodowanej chęcią przeżycia Rzeim zaczął uderzać w otaczające go zewsząd ,szklane szyby. Z początku nie zobaczył w nich nic ,choć przypominały lustra. Nic. Lecz gdy się zmęczył waleniem ,zaczął im się przyglądać ,a po dłuższej chwili wpatrywania się z każdej wyzierała już na niego jego własna twarz. Co inna szyba to inny wiek miało to oblicze: tam niemowlę Rzeim , tu podrostek. Im mocniej mężczyzna w nie uderzał tym bardziej szyderczo się uśmiechały. Chodził od szyby do szyby , a dopiero gdy znalazł tą z twarzą w jego wieku i kopnął w nią z całej siły, pękła. Był wolny. “I cuż zrobiłeś?” “Wybrałeś ,ale nic więcej już, prawda?” “Dlaczego?” “Dlaczego prawda? Ponieważ to prawda boli. Wybierasz prawdę?” Głosom odpowiedziało jego głuche milczenie. “Ha! Więc i ty doszedłeś do wniosku!” “Ale ten wniosek będzie cię wiele kosztował.” -Kosztował? “ Właśnie zgodziłeś się za niego zapłacić ,pytając!” “ Wniosek brzmi: prawda jest niema.” “ A nadzieja upada.” “ Coże wybierasz?” -Ino prawdę wybieram ja. Upadek nadziei powiadacie? “ Tak. Ale to Twoja prawda.” “ Idź Rzeim.” Zakrztusił się powietrzem. W końcu oddycha po raz pierwszy. Kolory znów zaczęły migać. To czy one choć na chwilę zniknęły? Nie przypominał sobie ,ale i jednocześnie nie pamiętał by widział bezbarwny świat. Czy to nie to samo? Nie? Nie mógł pamiętać wyblakłych barw swojego poprzedniego życia i dlatego te wydały mu się takie nowe ,świeże ,soczyste. Mniam. A poczuł też lizanie gdzieś na górze. Lizanie się wzmagało. Przez chwilę towarzyszył mu ból. Odwrócił głowę. Lizanie ustało. Trudno zlokalizować tą górę z której pochodziło. Czym była? Wtem! Niesamowite! Położył na tej górze rękę i nawet się po niej podrapał. I wtedy kolory przestały migotać i zlały się w jeden odcień: brudną czerwień. W tej też barwie zobaczył trzy ,pochylające się nad nim twarze. Ktoś zadał im głębokie ,cięte rany, ciekła z nich krew. Patrzył na ich powolną śmierć. Poderwał się. Koń również. Wystraszony. -” Co sii dzie...” “Upadek nadziei.” -zakotłowało mu się w głowie .Rzeim stał jeszcze chwilę półprzytomny nim odzyskał świadomość wszystkiego co się stało i zdał sobie sprawę ,że to co teraz ,może być czymś realnym i dzieje się na prawdę. Dziewczyna i chłopcy spojrzeli na przybysza zmieszanym wzrokiem. -Nic panie ci?- spytała. -Kalir przecie widzisz.-przerwał jej wściekle chłopak. Wziął z jej rąk ogłowie i podał posłańcowi. Dziewczynie zaś spojrzeniem nakazał trzymać się z daleka. -Panie czy dobre wszystko?- rzucił drugi wieśniak. -Nic mi. -To dobre.-odparł kładąc siodło na ziemi.- Chodźcie.-zwrócił się do koleżanki i cała trójka szepcząc między sobą oddaliła się pośpiesznie. Rzeim wziął haust powietrza ciesząc się ,że wreszcie może oddychać. Nie wiedział ,że w chwili gdy zbierał liny ,a dzieciaki podeszły podać mu jego rzeczy zbladł i stanął w miejscu nieruchomo. Nie oddychał ,ruszał tylko nerwowo oczami ,aż te mu nabiegły krwią. Bełkotał coś niezrozumiale. Wcale nie łapał się jednak za brzuch. Więc to wszystko stworzyła jego wyobraźnia? Ale czy to na pewno była jego wyobraźnia? -” Wile razy ja zasłyszołem doć o natchnieniach ku ludziom przez bogów zsyłanych.”- koń kręcił łbem i zadzierał go do góry nie dając sobie włożyć wędzidła. Zwierzę nie było szczęśliwe z powodu dalszej drogi ,z chęcią zostało by sobie tutaj i skubało trawę.

*

-”Lecz upość musiołem też. Kiedy? Doć podnosiłem sii.”- roztrząsał w myślach po raz kolejny utratę świadomości i wizje których doświadczył. Analizował je na bardzo wiele różnych sposobów, dochodząc nieraz do niedorzecznych wniosków. Dał więc sobie z tym spokój. Jedno wiedział -sytuacja królestwa się pogarszała i nie mając czasu do stracenia wciąż ponaglał konia. “Nie wile do stracenia.”- brzęczały mu w głowie słowa księżniczki. Odwiedził jeszcze kilka wsi i jedno większe miasto. Im bardziej kierował się na wschód ,tym bezpieczniej teoretycznie powinni czuć się mieszkańcy ,ponieważ blisko już granicy sprzymierzonego państwa. Tymczasem nastroje wszędzie były podobne. Ludzie byli bardzo podenerwowani i z wielką ostrożnością podchodzili do każdego przybysza. Wszyscy oni patrzyli nieufnie na Rzeima, nawet kiedy okazywał na swoim siodle i odzieży, królewskie oznaczenia . Wtedy najczęściej tym co przekonywało tłum, był koń. Byle mieszczanin nie dosiadał by tak wytwornego wierzchowca. Na wschodzie,gdzie po kilku dniach od wyruszenia przybył, wieśniacy też obawiali się napaści ,bardziej ,niektórzy, niż ci mieszkający blisko stolicy. Podejrzewali bowiem możliwość zasadzki przez główne wrogie siły z tej właśnie strony kraju. Im więcej Rzeim słuchał tych wszystkich przepowiedni ,domniemań ,tym bardziej wracał myślami do rodzinnego miasta. Ainhem Sol. Tam mieszkają jego bliscy. I jest to miejsce jego dzieciństwa. Jako mały chłopiec często wspinał się na wewnętrzne umocnienie bastionu i z rozwartą buzią podziwiał powlekane złotem w zachodzącym słońcu równiny wokół twierdzy. Oraz potężne mury oczywiście .Wierzył ,że obronią go przed każdym złem które wyciągnie rękę po niego bądź po piękną stolicę. Ale wojna nie jest ani dobra ani zła. Jest żadna. Nijaka. Teraz stanowi nadciągającą rzeczywistość.

Koń zwolnił. Nie był już to nawet kłus. Jego oddech stał się chrapliwy. Był bardzo zmęczony, ponieważ Rzeim gonił go bez wytchnienia przez ostatnich kilka dni. Musiało się to odbić na zwierzęciu. I odbiło. Zaczął nieznacznie utykać na przednią ,lewą nogę i mężczyzna nie mógł zrobić nic więcej jak pozwolić odpocząć mu przez najbliższe dwa dni. Była to drogocenna strata czasu ,ale pocieszał się tym ,że i tak nad wyraz szybko dotarł w pobliże granicy. Jeszcze dziś ją pewnie przekroczy. -Noże ,doć odpoczynek należny tobie.-zwrócił się do konia.-O! Tam ino las ,cień dobry w prażący południe będzie.-zsiadł i poprowadził za sobą ufnego ogiera. Przez krótki ,co prawda, czas odkąd byli w swoim towarzystwie, zdążyły się już między nimi wytworzyć silne więzy emocjonalne. Przyczyniał się do tego z pewnością fakt,że prawie nieustannie podczas podróży byli skazani wyłącznie na siebie ;jedząc w swoim towarzystwie ,razem śpiąc i grzejąc się ciepłem swoich ciał. Dla Rzeima było to trudne doświadczenie ,choćby dlatego,że odpoczywał tyle co konie, długo przed świtem będąc już w siodle bądź na nogach.- Ku dziś od wsi gdzieżem byli droga krótkowa ,tożem jak wściekli gonił i kontuzja tobie teraz...Pokaż. Cuże? Boli? I będzie ,dwy dni odpoczynku tobie konieczne; ludzie jakoże powiadali wrygie pomykające oddziały widzieli tu. Czas nasz stracony, jeżeli ty nie ozdrowiejesz. Zwierzę prychnęło i zarżało. -Wiem to ja. Tu jednak odpoczynku zdobędziemy. I ja i tyś zmęczeni. Zaprzestonie słyńce ,tedy ruszymy w dalszą drogę.-Las był idealny na takie upały. Miał bardzo grube poszycie dlatego panował tu półmrok i przyjemny chłód. Cudownie pachniało żywicą. Ognista kula tylko wesoło przebłyskiwała przez listowie. A cisza zakłócana jedynie śpiewem ptaków i odgłosami leśnego życia. Dzięcioł. Starannie wykonujący swoją pracę. Szuka robaków. Rzeim podniósł uśmiechniętą twarz do góry. Nawet nie zauważył w którym momencie koń został w tyle ,zainteresowany taką ilością nowych roślin. Podczas gdy wierzchowiec zabierał się za degustację,on przedzierał się przez zarośla by wypaść na małą ścieżkę.- Tuże... -wyszeptał rozglądając się.-Kędy (tędy) dobrze iść .Zawrócę po konia... -ale urwał i zatrzymał się ogarnięty strachem. Lęk zaraz ustąpił ,lecz pojawiły się pytania. Co to? Co to są te odgłosy? Wsłuchał się uważnie. Coś jakby płacz. Płacz? Ktoś tam płacze. Dziecko! To ludzkie dziecko. Wsłuchał się znów. Jednak już niczego , prócz tego płaczu ,jego uszy nie pochwyciły. Rzucił się w kierunku dźwięku. Biegł bardzo długą chwilę wprost przez zarośla ,aż wypadł na maleńką polankę, gdzie zobaczył skulonego chłopczyka . Dopadł do niego i zaczął gorączkowo wypytywać .-Co ci? Co ci? Sam czemuś? Gdzie matka? Co ci? Malec przeraził się jeszcze bardziej i rozpłakał na cały głos. Rzeim po chwili wahania przytulił go. -Ciii. Cichaj ,cichaj. Gdzie twoi?- ponowił swe pytanie gdy dziecko się uspokoiło.-Gdzie? Ale ono przez długi czas tylko płakało, zanim nareszcie usłyszał jak szlocha: -Srebrnia ,duża rzieka. -Rzeka? Wieś czy miasto?! -W... wieś. Z ratuszem.-po akcencie chłopca Rzeim poznał ,że musi pochodzić z tych ziem. Ale rzeka i ratusz? Minął dużo... zaraz! -” Wczoraj dzień ,wieś duża z drewnianą wieżą po środku ,jako zasłyszałem zwano ratuszem. Lecz rzeki tam nie było.”- przypomniał sobie. Dziecko zaczęło zanosić się,krzyczeć: “Mama !” ,a potem po prostu przytuliło się do mężczyzny i zmęczone szybko zaczęło przysypiać.-” Cudnie tera i cuże dalej?’- Jakie wyjście ma? Jakie wybrać? Może odprowadzić chłopca do tej wsi ,nie mając nawet pewności czy to jego . Ale straci w ten sposób kilka dni ,bo konno nie pojedzie. A czy zastanie tu rumaka gdy,jeśli, wróci? Nie ,trudno ,ale nie może mu pomóc. Ryzykuje własnym życiem by ta misja się powiodła ,więc co będzie złego jeśli poświęci jeszcze jedno życie? A może najeźdźcy widząc takie bezbronne małe się zlitują?- “ Ku temu nie liczyłbym.”- odezwał mu się w głowie głos rozsądku. Wściekły spojrzał na dziecko. I wtedy bardzo szybko poczęła topnieć wola jego. Czy to nie bezbronnych ma ochraniać? Rozgoryczony i zły na siebie, szturchańcem zbudził ufnie śpiącego chłopczyka. Rozkazał mu iść za sobą.- ”Źle czynię ja...”- wyrzucał sobie ,choć w środku się radował.-Koniu! Koniu? Tuże jesteś.-rumak odpowiedział prychnięciem, niezbyt zadowolony ,że go się odrywa od jedzenia. Wyraził nawet swoją dezaprobatę machając tylną nogą w powietrzu. Za co dostał tęgiego klapsa w zad którym się nastawił. Rzeim nie czekał jednak ,aż spotulnieje, tylko szybko doskoczył do niego,wykorzystując zaskoczenie i dopiął popręg. Potem bez ceregieli chwycił go za wodze. Wyszli z lasu. Popołudnie. Chłopiec znów zaczął płakać.-Doć jeśli iść chcesz zy mną ,iść o własnych nogach będziesz musiał i cisza!- dziecko już nie wydało z siebie żadnego dźwięku ,wsunęło jedynie swoją małą rączkę w dłoń mężczyzny. Spojrzało na niego, ledwo nadążając za jego wolnym przecież krokiem ,uśmiechało się. A twarz miało całą w klikach i łzach.

Rzodzialik2. Uratowana ofiara

Chłopiec prawdopodobnie stracił całą rodzinę która uciekała przez las do sąsiedniego królestwa. Może wybiły ją grasujące tu grupki żołnierzy czekające tylko na znak z góry by połączyć się w jeden oddział. Może być też tak ,że żołnierze porzucili chłopca, albo jakoś niepostrzeżenie ,odłączył się od nich. Ale sam? Żadnych ciał w lesie nie było. Nikogo. Rzeim szedł zamyślony, krok miał szybki , a malec mimo to bez słowa skargi dzielnie utrzymywał tempo. Posłaniec czuł na sobie wielki, dodatkowy ciężar w postaci dziecka. Czemu to spadło na niego? Akurat teraz? Czy to jakaś próba ,los okrutny go testuje?” Czy próba toć ?” powtórzył sobie w myślach. Było już szaro. Zza pobliskiego wzgórza coś wyskoczyło. Biegło ku nim niezgrabnym krokiem i wołało: -Jeść! Luudziee! -”Diabeł.”- Rzeim spojrzał badawczymi oczyma na sytuację ,a niewiele miał czasu do oceny. Wierzchowiec cofnął się przezornie; wyczuwało się jego napięcie. Chłopiec zaczął szlochać. -Cicho!- ryknął Rzeim.-” Doć ostrzegali mni przede diabłami żarłocznymi tutaj grasującymi. ”Auriel do mni!- koń choć niechętnie to jednak podszedł do mężczyzny. Łuk został błyskawicznie wyciągnięty z sajdaku ,a także jedna strzała. Diabeł zatrzymał się na ten gest w pół kroku. -Tyy... -wycharczał i pokazał długie, szpilkowate kły ściekające śliną. Napiął chuderlawe dłonie i zaprezentował pazury. Rzeim wiedział ,że są one w stanie rozpłatać mu ciało aż do kości. Kości zresztą też. -Wynocha!- warknął na pokrakę. -Wynocha!- powtórzyła przedrzeźniając się. -Ja tuć głodny jestem ,a tyy wynocha!- głośny bulgot dobył się z gardła diabła, który pędem błyskawicy rzucił się w kierunku swojej zdobyczy. Chyba tylko refleks łuczniczy wyrobiony w praktyce uratował trójkę podróżnych. Świst. Świii-ii. Strzała utkwiła prosto w gardle potwora. Zwalił się jak długi na plecy, wciąż jeszcze wierzgając silnymi nogami. Rzeim z niekłamanym przerażeniem musiał stwierdzić ,że byłoby naprawdę źle gdyby coś takiego dobrało im się do skór. Tym bardziej odetchnął z ulgą. Chwycił ponownie za wodze przestraszonego konia i przytulił dziecko obejmujące go kurczowo w pasie. Przeżycia dzisiejszego dnia wyczerpały go na ciele i duchu: musi odpocząć. Obozowisko rozbili pół godziny drogi od poległego diabła. Siwek nie ufał już tej nocy obietnicy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nowelki-Posłaniec — czytnik · opowiadania