Fantastyka · 17 min czytania
Nowy Dzień.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Nachyliła się nade mną tak, że jej długie włosy załaskotały mnie w powieki. Nie otwierałem oczu. Oczywiście, nie było mowy o udawaniu, że śpię. Vess wiedziała o mnie wszystko. Po prostu, intuicyjnie. Ewentualna gra byłaby równie skuteczna, jak osłonięcie się przed kamieniem „Gazetą Wyborczą.” Nie dziwiło mnie, że przyszła. Odwiedzała mnie często. Nie chodziło o fakt, prędzej o porę. Za wcześnie. To niepokoiło. - Vess? - Lustro znowu pęka. - Żartujesz – od razu się rozbudziłem. Moja odpowiedź była zupełnie bez sensu, zważywszy na to, że Vess, której wystarczyło rzucić okiem na faceta w tramwaju, by powiedzieć, że pracuje w skarbówce, ma czterdzieści pięć lat, a tak w ogóle to spieszy się do kochanki, była fizjologicznie niezdolna do kłamstwa. - Plac Wielkopolski. Szczelina pojawi się za – spojrzała na zegarek. – Dziewięć minut. - Co jest po drugiej stronie? – Zapytałem, wciągając spodnie. Zacisnęła wargi. - Enklawa. Dzień zapowiadał się zatem naprawdę paskudnie.
*
Czasami przez głowę przebiegała mi niepokojąca myśl: Po cholerę. Po co to wszystko, dlaczego ja. Patrząc chłodnym okiem, statystycznie: już za kilka lat pęknięcia będą pojawiać się tak często, że aby posklejać wszystkie, musiałbym działać sześćdziesiąt godzin na dobę. O ile przeżyję. Już wtedy było niebezpiecznie. Zapach mojej krwi znał każdy wampir w tym pieprzonym mieście, każda harwia znała mój chód. Byłem dobry... Na tyle dobry, by przeżyć. Dwóch byłem w stanie pokonać. Trzech również. A nawet pięciu. Co jakiś czas nawiedzał mnie jednak sen o bezchmurnej nocy. Pułapce. I tysiącach oczu.
*
- Dante – zatrzymała mnie na schodach. Zawsze zastanawiałem się, jak to możliwe, że piękno jest tak kruche, a kruchość tak piękna. Vess wyglądała jak anioł. Było to bardzo przewrotne porównanie. - Weź to. Wcisnęła mi w dłoń kilka szklanych kulek. Spodziewałem się czegoś innego. Runicznego noża. Maści. Awaryjnej formuły, takiego kieszonkowego cudu na czarną godzinę. Niemniej, wrzuciłem je do wewnętrznej kieszeni marynarki, o nic nie pytając. Znając życie, Vess i tak nie potrafiłaby odpowiedzieć. To musi być naprawdę potworny dar – jasnowidzenie. Mój był lepszy. Przynajmniej wiedziałem, na czym stoję. Albo ja, albo oni. Jeszcze sześć minut.
*
W tramwaju zauważyłem leszego. Unikał mojego wzroku.
Część 22 / 3
*
Biegnąc w stronę placu powtarzałem w myślach odpowiednią formułę. Ze szczelinami było jak z mlekiem. Obróć się na moment, w nieodpowiedniej chwili, i leżysz, wykipiało, wystąpiło z brzegów. Pęknięcia pojawiały się nagle, konieczna była maksymalna koncentracja. Jeszcze tylko dwie przecznice. Jak zwykle, kiedy mijałem zamek, nie mogłem nie zerknąć na płaskorzeźbę syreny, zdobiącą portyk. To było silniejsze ode mnie. Lodowaty dreszcz, cień wspomnienia, sprawił, że pobiegłem jeszcze szybciej. Zdążyłem. Pozostało niecałe trzydzieści sekund, gdy wpadłem na plac. Już od jakichś stu metrów przeczuwałem, że coś pójdzie nie tak. Jak wspomniałem wcześniej, dzień po prostu musiał być paskudny. - O, nie... – Jęknąłem, przerażony.
*
Zazwyczaj wyglądało to tak: Pęknięcie poprzedzała Fala. Jeśli byłeś odpowiednio wyczulony, czułeś coś podobnego do swędzenia, głęboko na dnie umysłu. Tak przynajmniej określała to Vess. Nie znałem nikogo innego zdolnego przewidzieć powstanie szczeliny. Ona ponadto podawała czas i miejsce. Wolę nie myśleć, co by było, gdybyśmy jej nie mieli. Vess wołała kogoś od brudnej roboty. Zazwyczaj tym kimś byłem ja. Potem następował rytuał, nasz ulubiony sport. Przypominało to mecz tenisowy, w którym rakietami były odpowiednie formuły, a piłeczką – porcja energii wystarczająco silna, by skruszyć Lustro, cienką warstwę pomiędzy światami. Dzięki pomocy Vess, w większości przypadków docierałem na miejsce już przygotowany, a cała akcja nie trwała dłużej niż trzy minuty. I szczelina znikała. Zdarzały się jednak wyjątki. Generalnie, im mniej świadków, tym lepiej. Lustro miało przewrotną naturę: każdemu człowiekowi po tej stronie odpowiadała jedna kreatura z drugiej... Nie dalej jak miesiąc wcześniej szczelina pękła w jednej ze śródmiejskich kawiarni, pięć osób plus kelner. Nie zdążyłem z inkantacją, wyskoczyły dwa wargulce i baron. Nikt nie przeżył. Kiedy ja zasklepiałem szczelinę, wargol zajął się klientami. Trwało to może sekundę, skurczysyn się nie oszczędzał. Dopadłem go szybko, ale co z tego... I tak, o wiele gorszy był baron. Cały czas się śmiał, miał tłuste usta i przegniłe oko. Zanim z nim skończyłem, drugi wargol był już daleko. Nigdy go nie odnalazłem. Pewnie to on kiedyś odnajdzie mnie. Walka trwała trzy minuty. Usuwanie szkód – o wiele dłużej. Na szczęście nie była to już moja dziedzina. Zapaliłem papierosa i patrzyłem, jak sługi zlizują krew.
*
Ten dzień był nie tylko paskudny. Wszystko wskazywało na to, że będzie zarazem ostatni. Nadszedł bowiem czas otwarcia. Nad placem wisiał olbrzymi transparent: Wiosenny Targ Sztuki. Wszędzie było pełno kramików, sztalug, obrazów i rzeźb. I ludzi. O tak. Tych było, na oko, coś z pół tysiąca.
Część 33 / 3
*
To koniec, powtarzałem w myślach. Nie było sensu nawet składać formuły. Zamknąłem oczy, czekając. Kto pierwszy wrzaśnie: Mężczyzna, czy kobieta? Może dziecko? Czekałem na charakterystyczny odgłos, mokre cmoknięcie, a potem... Co? Pandemonium? Nic się jednak nie stało.
*
Wieczór spędziłem samotnie. Siedząc w fotelu zastanawiałem się, co powiedzieć Vess. Jakimi słowami opisać to, co się stało. Jak to w ogóle możliwe? Nigdy się nie myliła, pęknięcia rodziły się w wymienianych przez nią miejscach, idealnie w wyznaczonym czasie. Fakt. Gdyby szczelina powstała w sercu targowiska, oznaczałoby to... Aż boję się myśleć. Nie wiem jednak, czy większym lękiem nie napawała mnie inna ewentualność. Co, jeśli Vess nie jest jednak nieomylna? Ile razy Lustro pęknie tej nocy, następnej i następnej, a my nie będziemy o tym wiedzieć? Ilu baronów, wargów, ile harwii zacznie beztrosko chodzić po tej stronie? Ile jeszcze mamy czasu? Noc wołała. Musiałem iść.
*
Nie chciałem znaleźć Vess... A przynajmniej, nie wyszedłem po to, by jej szukać. Jeśli spotykaliśmy się, to z jej woli. Wiedziała, którędy pójść, w którą bramę skierować kroki, by natknąć się na mnie, zdziwionego, lecz szczęśliwego. Włóczyłem się pół nocy. Bez celu, bez nadziei. Odkrywałem na nowo stare ścieżki, wdychałem zapach pogrążonych we śnie kamienic. Miasto spało snem twardym, lecz niespokojnym. Dawało się to wyczuć. Jak dziecko, któremu przyszło nocować w lesie, wśród krzewów i tajemniczych dźwięków. W jednej z bram przystanąłem na papierosa. Księżyc przesłoniły chmury, ulice skropił ciepły deszcz. Zaciągnąłem się dymem, ciesząc oko widokiem świateł, odbijających się w wilgotnej powierzchni ulicy. - Palenie zabija – syknęło coś, tuż nad moim uchem. Papieros wyleciał mi z dłoni. Jeszcze zanim wylądował w kałuży, odskoczyłem i wyszarpnąłem sztylet. Rozległo się ciche syknięcie gasnącego peta, a ja mierzyłem wzrokiem harwię, uczepioną sklepienia. Miała paskudne zęby i spojrzenie głodzonej przez miesiąc hieny. - Daję ci minutę na ucieczkę – szepnąłem standardowo. - Poczekam – uśmiechnęła się szeroko. Deszcz wzmógł na sile. Krople wściekle bombardowały ulice, zamieniając je w wartkie strumienie. Obok naszej bramy przejechał samochód, wzbijając dwumetrowe fontanny. W oddali zaszczekał pies. - Już? – Zapytała, skrobiąc pazurami po ścianie. Tynk sypał się jak piasek. Nie odpowiedziałem. Skoczyłem, markując uderzenie w skroń. Odczepiła się natychmiast, lądując w kałuży. Przebiegłem kilka kroków i stanąłem naprzeciw. - Zmokłaś – szepnąłem. - A ty coś zgubiłeś – wyszczerzyła zęby, wyciągając zza pleców mój sztylet. To mnie wkurzyło. Od kiedy harwie znają formuły? W myślach powtórzyłem Protekcję i Maskę. Musiała wyczuć. Zacisnęła pięść i moje ostrze wylądowało na ziemi, skruszone w dziesiątki kawałków. To mnie bardzo wkurzyło. Tym razem zaatakowała pierwsza. Ciężki pazur przemknął mi przed oczami. Gdybym się nie uchylił, nie miałbym już czaszki. Padłem na mokry beton i przeturlałem się tuż obok. Skacząc na nogi, kopnąłem ją w bok tak, że syknęła, uderzając o ścianę. Nie czekając, natarłem. Punktowy cios w kolano, unik, kontra z obrotem, ponownie ujrzałem pazur, tyle, że po drugiej stronie. Szybka formuła, zastrzyk energii i trzask. Harwia wylądowała pyskiem na ulicy, sycząc i bluźniąc. Z oka ciekła jej żółta krew, patrzyła na swoją złamaną rękę. - Miałaś całą minutę. W takich…