Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Zbrodnia · 18 min czytania

Nowy dzień

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

NOWY DZIEŃ (autor: Boru)

Patrzyłem na niego z góry, z okna na pierwszym piętrze, jak sadzi długie kroki, torując sobie drogę przez rzęsisty deszcz. Rozmazany, plamisty, niewyraźny jak na pastelowym obrazie, szedł chodnikiem w zupełnym odosobnieniu – nikogo poza nim, żadnego samochodu, pusta ulica zwyczajnie utopiona w strugach spływającego po niej bodaj całą wieczność deszczu. Nie widziałem, bo przecież nie mogłem, jego twarzy; szara plama ponad szarym płaszczem, pochylona w dół. Jak go znałem, patrzył wprost pod nogi, by nie uczynić tego dnia jeszcze gorszym – kałuże zasłaniały dziury, o które mógł się potknąć i wywrócić. Nie chciał tego, nie dzisiaj, już nie dzisiaj, był zmęczony. Był tak cholernie zmęczony. I jeszcze ta paskudna pogoda – jakby chciała przeszkodzić mu w powrocie do domu. Gdyby padało mocniej (czy to w ogóle możliwe?), najpewniej utopiłby się deszczem, zachłysnąłby się wodą zmieszaną z wielkomiejskim kurzem, tym paskudnym piaskiem miejskiej pustyni: nieprzyjaznej, przyciągającej tajemniczym urokiem, wiadomo, że groźnej, ale to nic nie znaczy, przez to jest jedynie bardziej ekscytująca, uwodzicielska, zgrzytająca między zębami femme fatale… Pustynia miasta okazała się dla niego nie do przebycia. A teraz moknie, sam sobie winien, zagubiony podróżnik, zamiast oazy odnalazłszy fatamorganę, miraż nie do dogonienia, podąża do przodu już tylko w sensie fizycznym, egzystencjalnie dobrnąwszy do końca. Ja to wiem, ale czy on wie? Myślę, że tak. Na wskroś przemoczony, całym sobą daje wyraz pogodzenia się z porażką, jego sylwetka i chód świadczą, że to już teraz. Poddał się, to koniec. Znika mi z oczu, wchodzi do obskurnej klatki schodowej, a deszcz nie przestaje padać. Zalewa sobą miasto, łączy się z ciemnością nocy w jedno, scalają się czerń i wilgoć i świat ma się ku końcowi. Niech no tylko wejdzie… Pomogę mu, odetnę oddech, zatrzymam serce, przerwę nurt świadomości. Niech no tylko wejdzie, a powiem mu, co o tym myślę. Pewnie będzie miał milion wymówek i tłumaczeń swojego zachowania. Nieważne, odchodzę od okna i czekam na niego w ciemnym mieszkaniu. Czekałem tak długo, a on w końcu jest. Mój…

Krople wody skapują z płaszcza, biją o deski parkietu niczym cichutkie werble. Jest szary i tak przemoczony, że musi ważyć dobre paręnaście kilogramów. Cieknie z niego jak z niezakręconego kranu, niedługo pod łóżkiem powstanie kałuża, ale ani ja ani on nie przejmujemy się tym specjalnie. Siedzi na skraju łóżka, znów nie widzę jego twarzy, gdyż ukrył ją w dłoniach; palcami sięga skroni, gładzi je powoli, kolistymi ruchami masuje zmęczoną głowę. Oddechem świszczy na podobieństwo miarowego pogwizdywania, jest mu ciężko, słychać to wyraźnie. Kto wie, czy nie rozchorowałby się, jeśli tylko miałby po temu okazję. Nie wiem, jak zacząć, straciłem trochę rezonu. Myśleć o tej rozmowie to jedno, a umieć ją w końcu przeprowadzić to zupełnie coś innego. Po niej już nic nie będzie takie samo, a on na pewno nie wyjdzie z tego cały. One way ticket. Postanawiam zacząć, bo odwlekanie tego i tak nic nie da. Obaj czujemy na barkach ciężar atmosfery, staje się ona nieznośna, dusi, przygniata do zimnej i coraz bardziej mokrej podłogi. - Myślę, że to już dzisiaj. Nie zareagował, ale musiał mnie usłyszeć. Na razie nie zależy mi, żeby odpowiadał. Ma słuchać, a im mniej będzie mówił, tym szybciej to zrobimy. - Julka cię zostawiła. Zawsze mówiłeś, że gdy to się stanie, to będzie koniec. Opada w poprzek łóżka na plecy, nie obchodzi go, że pościel i koc będą całe mokre, nieznośnie lepkie, a z czasem stęchłe, cuchnące. Tylko nogi wciąż ma na podłodze, a dłonie na twarzy. Świszczący oddech zamienia na głębokie, pełne żalu westchnienia. - Bałeś się tego, wiedziałeś, że Julka odejdzie, gdy posypie ci się całe życie. Jej odejście to nie przyczyna, lecz konsekwencja, że położyłeś tak dużo spraw. Zaniedbałeś… Wzdycha, jakby się nie zgadzał. Ale wciąż nic nie mówi, nie polemizuje. Leży, fizycznie zbezczeszczony przesadnym deszczem, ulany jakby z niego, taka przemokła, szmaciana laleczka. Mam się nad nim ulitować, przestać gadać, prawić kazanie? Czy tego chce? Ale tak naprawdę, wewnątrz siebie, najgłębiej jak się da – czy jest tam ktoś, kto oczekuje współczucia, czy wręcz przeciwnie: chce usłyszeć całą prawdę, calusieńką jaka by ona nie była? Widząc go idącego (pełznącego?) chodnikiem, zrozumiałem, jak nisko upadł. W płaszczu zamienionym przez rozmytą ciemność w połamane skrzydła upadłego anioła, przypomina pątnika, który pragnie się wyspowiadać, otrzymać rozgrzeszenie, ale i pokutę, która odwiedzie go od ponawiania tych samych grzechów w przyszłości. Dźwiga te skrzydła; już niepotrzebne, nie poleci nigdzie na nich, są jak martwe kiście dorodnego niegdyś winogrona. Nie mogę zatem zrezygnować z powziętego planu i muszę mówić. - Nie ma łatwych czasów. Te nasze… Cholera! Te są szczególnie wredne, podstępnie nie ma u nas wojny, ludobójstwa, więc można powiedzieć: jest okej! Nic bardziej mylnego, brak wojny czy głodu nie czyni od razu z tego miejsca raju na ziemi. Chciałeś pracować. To wiem, przecież nawet pracowałeś zaraz po studiach. Śmieszne to, bo praca na etacie, a takie psie pieniądze. Ale brało się, co dawali, zdobywaj doświadczenie – każdy poradnik tak mówił. Nagle wszyscy magistrzy, komu robić? I jakby wychodząc naprzeciw rodzinnej tradycji zamarzyłeś o dziecku, razem zamarzyliście, na tamten moment nie podejrzewaliście z Julką przecież, że już więcej zarabiać nie będziecie, że wśród młodych bezrobocie będzie tylko rosło, w całej Europie w tej kwestii jest przekichane… Śmiech na sali, że tak mało mówi się o konsekwencjach. Co my wszyscy za chwilę zrobimy, jak nie będziemy mieli gdzie pracować, albo będziemy zarabiać na waciki, albo nigdy nie uwolnimy się od umów śmieciowych? Wyjdziemy na ulicę albo się powiesimy. Kredyt mieszkaniowy na sto lat, dziesięcioletni samochód, dziecko z babcią, bo za co na żłobek. A co jak jedno z was straci pracę? Dlaczego możemy myśleć o dziecku dopiero po trzydziestce? Bo kariera? Kariera rozwija się do trzydziestki, a jeśli do tego czasu nie wspiąłeś się na dyrektorski stołek, to już zawsze będziesz miał łatkę kolesia po trzydziestce, którego na spotkaniach kwalifikacyjnych ubiegają młode wilki, pośród których sam jeszcze do niedawna przebywałeś, a z których większość podzieli za chwilę twój los… Ręce, zziębnięte dłonie o pomarszczonej, odmokłej skórze, unoszą się ku sufitowi, odsłaniają twarz. Stoję w kącie pokoju, więc i tak nie mogę dostrzec jej wyrazu, nie wiem, co mówią oczy ani czy w ogóle są otwarte. Ręce opadają bezsilnie na łóżko. Leży rozłożyście, w pozycji krzyżowej. Własne łóżko staje się miejscem jego kaźni, to na nim zostanie ukrzyżowany, cierpiętnik w niemal jezusowym wieku leży i nie ma nic do powiedzenia. Chce słuchać, wiem, że chce słuchać, a ja tu jestem po to, by mu opowiadać. - Tyle rzeczy było inaczej za czasów młodości naszych rodziców. Dużo bardziej popaprane czasy a życie o ile prostsze, bardziej godne, wyrozumiałe dla pierwotnych instynktów związku i rodzicielstwa, praca trzydzieści lat w tym samym zakładzie pracy, ale człowiek się nie bał. Ten strach jest najgorszy; a co, jak jutro stracę robotę, co będę robił? Julka pracuje w sklepie spożywczym, tysiąc pięćset na rękę, sam czynsz za wynajmowane czterdzieści metrów to dziewięć stów. Plus rachunki. Jej frustracja z powodu braku wakacji od pięciu lat jest uzasadniona, ty też czujesz się z tym podle, bo wiesz, że zarabiasz na przeżycie, a nie żeby żyć. Cały dzień w nielubianym kieracie, robota nie taka, jaką by się chciało, tylko jaka jest. Po pracy gotowaliście z Julką wspólny obiad, siadaliście przed telewizorem (co innego robić?), powieki same opadają, na nic nie ma siły, a po paru latach już nawet ochoty. Sport, zdrowy tryb życia – hasła nieważne, nieadekwatne do sytuacji. Przebąkujecie coś do siebie, rozmowa się nie klei, nie rozkręcacie jej na siłę, bo łatwo rozbić się o rafę trudnych tematów, wiecie, że nie będziecie mieli w nich nic ciekawego do powiedzenia, wciąż to samo egzystencjalne trwanie bez specjalnych perspektyw, więc co powiedzieć, jak któreś zapyta: może spróbować by inaczej? Ale że jak jest to inaczej? Okraść bank, rzucić wszystko w cholerę i grać w totka za ostatnią pensję? Przebranżowić się? W wieku trzydziestu paru lat nie zostaje się lekarzem, inżynierem albo informatykiem, a w tych czasach tylko takim powodzi się z zasady. Kto mógł wiedzieć? Rodzicie. To dlatego się z nimi skłóciłeś, gdy pytali po raz wtóry, jaki masz pomysł, żeby było lepiej. A wy to co, do diaska? Dlaczego byliście tacy poczciwi, uczciwi, kochający, dlaczego nie kazaliście iść mu po prostu na medycynę, a w zamian prawiliście te dyrdymały: synu, nie chcemy wybierać za ciebie, jesteś inteligentny i kieruj się sercem. Żeby w życiu było ci dobrze… Co za banialuki! Skąd ledwie dziewiętnastoletni szczyl ma wiedzieć, co będzie dla niego dobre?! Jaka inteligencja, jaka dojrzałość?! Dupy, imprezy i luzackie życie było ci w głowie, ale przecież to nic złego, każdy wiek…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%