Fantasy · 16 min czytania
Nowy (nie)przyjaciel
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ciemność…… Smak krwi w ustach……. Wszechobecny zapach śmierci unoszący się w powietrzu…… Ból rozsadzający czaszkę od środka i ten piekielny gwizd w uszach, maskujący wszystkie inne odgłosy otoczenia…… Chłód desek na moim policzku……. Spróbowałem się podnieć, ale coś dociskało mnie do drewnianej podłogi. Z trudem obróciłem się na plecy, walcząc z zawrotami głowy. Jeszcze chwila…. Udało się, wyciągnąłem nogi spod sterty połamanych i popalonych desek. Wstałem, dotkliwie czując każde stłuczone miejsce na swoim ciele, zawroty głowy znów mnie dopadły, podłoga uciekła mi spod nóg i błoto gościńca otoczyło mnie swoimi ramionami. Pamiętając o zawrotach głowy wstawałem już zdecydowanie wolniej. Powoli wracała mi ostrość zmysłów, poczułem na twarzy wiatr i deszcz, zapach lasu mieszający się ze smrodem palonych ciał. Z mroku powoli wyłaniały się obrazy, leśna polana, klika wozów, wszystkie rozwalone jak ten, spod którego się przed chwilą wydostałem, kilka jeszcze się paliło podobnie zresztą jak okoliczne krzaki. I ciała... zmasakrowane, leżące wszędzie dookoła, niektóre jeszcze dymiły… - Gdzie ja jestem?? Kim są, a właściwie, kim byli ci ludzie?? I skąd u diabła ja się tu wziąłem?? Powoli zacząłem iść, chciałem z bliska zobaczyć, co się tu stało. Po paru minutach wnioski, które zaczęły mi się krystalizować nie były zbyt pocieszające. Większość zabitych ubrana była w mundury gwardzistów, jednak nie wiem, którego z możnych były to barwy. Ewidentnie eskortowali te wozy, gdy wszystko się zaczęło, ale musieli dać się zaskoczyć, bo znalazłem jedynie dwa ciała napastników. Nie wyróżniali się niczym, ale zasadzka musiała być dobrze przygotowana, to była raczej zwykła rzeź niż walka. Poza tym ślady ognia świadczyły też o obecności maga, gwardziści nie mieli żadnych szans. Coś jednak przykuło moją uwagę, ręce obu napastników pokrywały wijące się czarno-czerwone tatuaże. Podszedłem bliżej, żeby im się przyjrzeć, wydały mi się dziwnie znajome, ale nie pamiętałem, z czym mi się kojarzą. Odruchowo spojrzałem na swoje ręce, ale nic na nich nie znalazłem. Im dłużej chodziłem wśród wozów i ciał, tym bardziej wyostrzały się moje zmysły, dojrzenie szczegółów nawet z dala od pełgających płomieni przestało być większym problemem, do uszu zaczęły docierać odgłosy nocnego lasu i… tętent koni. Szybko odbiegłem kilkanaście metrów w las by schronić się w bezpiecznym mroku drzew i czekałem. Konni wjechali na polanę prawie galopem dopiero dwie czy trzy minuty później – jakim cudem usłyszałem ich z takim wyprzedzeniem? Nie był to jednak odpowiedni czas, aby się nad tym zastanawiać, zwłaszcza, że mimo deszczu i odległości dochodziły do mnie szczątki ich rozmowy: - Co tu się kurwa stało ? – krzyczał jakiś oficer, który pierwszy wjechał na polanę. - Chyba bandyci, sir. – odparł jeden z jego ludzi sprawdzając ciała – Panie, poruczniku, to Burrel, chyba jeszcze żyje. - Dajcie mu wody, może coś powie… Deszcz wzrósł na sile i dalsze słowa zniknęły w jego szumie. W każdym razie po kilkunastu minutach oddział opuścił polanę, zabierając chyba jedynego rannego gwardzistę, który przeżył masakrę. Dopiero, gdy zbrojni odjechali, zdałem sobie sprawę z mrowienia, które odczuwałem. Jakby coś poruszało mi się pod skórą na klatce piersiowej... Zerwałem kurtkę, a to, co zobaczyłem zaskoczyło mnie, choć jednocześnie wydało się całkiem na miejscu. Czarno-czerwone „ramiona” tatuażu wiły się, i przeplatały w hipnotycznym tańcu, przesuwając się z klatki piersiowej na brzuch, ramiona, plecy i z powrotem. Po chwili ruszyłem za konnymi. Nie miałem szans ich dogonić, ale i tak dla bezpieczeństwa trzymałem się raczej pobocza traktu. Po chwili, ciszę mąconą jedynie odgłosami deszczu, rozdarł huk eksplozji, a mrok rozświetlił wybuch, mocno stłumiony przez drzewa. Przyspieszyłem kroku, potem zacząłem wolno biec, w myślach już wyobrażałem sobie, co zastanę na miejscu, jednak było tam coś jeszcze. Coś nieuchwytnego, na granicy świadomości, jakby wspomnienie, echo dawnych dni, jedno słowo... threalin… W jednej chwili wszystko jakby zwolniło, przestałem odczuwać zmęczenie, tylko lekki ból i pieczenie pod koszulą, ale zaraz się skończyło. Wiedziałem, że biegnę szybciej niż jakikolwiek inny człowiek, a mimo to dokładnie widziałem szczegóły mijanych drzew, nawet poszczególne gałązki krzaków, przez które się przedzierałem. Parę minut później byłem tam, gdzie widziałem rozbłyski – jakim cudem tak szybko tu dotarłem?? – niepewność walczyła z wrażeniem, że nie wydarzyło się jednak nic nadzwyczajnego. Na miejscu zastałem jedynie śmierć. Po całym trakcie leżały porozrywane i poczerniałe szczątki koni i ich jeźdźców, a w nos znów uderzył swąd spalenizny. Nie przeżył nikt – ktoś zostawił magiczną pułapkę wiedząc, że będą go ścigać?? Tylko, kto to był?? Wiedziałem, że znajdując tę odpowiedź, dowiem się też skąd ja tam się znalazłem i co się stało. Ruszyłem dalej. Pamiętałem to słowo threalin, ale tym razem nic się nie stało, w dalszym ciągu czułem zmęczenie, miałem już dość tego deszczu, błota, lasu, dość wszystkiego. Po niespełna godzinie zobaczyłem zabudowania, była to jakaś przydrożna gospoda, otoczona palisadą. Brama była zamknięta, choć nie wytrzymałaby nawet pięciu minut, gdyby ktoś chciał ją rozbić. Walnąłem kilka razy ręką w rozklekotane deski, nic, cisza, nikt nie usłyszał lub nie miał ochoty wyłazić w taką pogodę. Zacząłem iść wzdłuż ogrodzenia, szukając najdogodniejszego miejsca by przedostać się przez 3-metrowe pale. Gdy tak o tym myślałem, przesuwając ręką po drewnie, w umyśle zapłonęło inne nieznane mi słowo… gherti… i znów pojawiło się to pieczenie w klatce piersiowej. Coś jakby pchnęło mnie w stronę palisady, moje ręce lekko jarzące się błękitem bez trudu „wgryzały” się w mokre drewno i nim zdałem sobie z tego sprawę stałem już na drewnianej barykadzie. Nie zastanawiając się wiele nad tym, co robię zeskoczyłem na dziedziniec – zeskoczyłem z 3 metrów tak jakbym zeskakiwał ze stołka – i mimo wysokości, wody i błota jestem pewien, że nie zrobiłem tego głośniej niż padający dookoła deszcz. Moje dłonie wróciły do normalności, płomień w piersi wygasł, i znów zawrót głowy, ledwo utrzymałem się na nogach. Ruszyłem w stronę drzwi, szybkie spojrzenie w kierunku bramy powiedziało mi ze „strażnik” śpi pijany jak dzika świnia. Otworzyłem drzwi do gospody. Od razu poczułem ciepło, zapach przypalonej pieczeni, kwaśnego wina i cienkiego piwa, ale jakże piękne to były zapachy. Światło tłumiły jeszcze drugie drzwi cztery metry dalej. Wszedłem, przemoczoną kurtkę rzuciłem w kąt ciemnego korytarza wiedząc, że nikt i tak jej dziś stąd nie zabierze. Przekroczyłem drugi próg otwierając drzwi, gospoda była w połowie pusta, trzy stoliki zajęte, trzy puste w sumie dziesięciu klientów, karczmarz i gruba kelnerka, pewnie jego żona. Po chwili dopiero dotarło do mnie, że zrobiło się całkiem cicho, wszyscy patrzyli na mnie jakby zobaczyli jakąś zjawę, czy upiora - gdy teraz o tym myślę, to w sumie mieli trochę racji. Zwłaszcza dla siedzących przy najdalszym stoliku moje pojawienie się było ewidentnym szokiem. Dwa elfy, krasnolud i człowiek, wyglądali jakby stanęli twarzą w twarz ze śmiercią – tylko, dlaczego?? O co tu chodzi?? – spojrzeli po sobie, wiedziałem już że rozumieją się bez słów i zaraz coś się zacznie dziać. Odruchowo ręką sięgnąłem w stronę pasa chcąc wyciągnąć miecz, ale nie było go tam, byłem absolutnie bezbronny – tak mi się wtedy zdawało. Tylko, czego w takim razie oni się bali?? Nie wiem, ale nie miałem czasu specjalnie długo nad tym się zastanawiać. Krasnolud z dzikim rykiem, roztrącając na boki krzesła i stoły, ruszył na mnie unosząc swój młot bojowy do ciosu. Bez…