Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 31 min czytania

Nowy rok - 2006

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W końcu nadszedł ten dzień – 31 XII 2005. Drżącymi rękoma podsumowywał swe życie...

31 grudnia 2005

Włącznik lampy pstryknął głośno. Ciepłe, pomarańczowe światło rozlało się po pomieszczeniu. Mimo, że delikatne, przytłumione, raziło go w oczy. Odwrócił wzrok. W kącie brązowy bokser szamotał się z gumową kaczką. Powarkiwał, szturchał ją nosem, atakował łapą. Gumowy przyjaciel bez słowa znosił wszelkie tortury. Mężczyzna omiótł, przyzwyczajonym już do światła, wzrokiem pomieszczenie. W odcieniach żółci, jasnych brązów i pomarańczy nieduży pokój sprawiał wrażenie przytulnego, ciepłego i przyjaznego. I rzeczywiście, często stanowił dla niego miejsce ucieczki, jedyny azyl w całym tym szarym i zimnym świecie. Zeszyt leżał na biurku. Lekko sfatygowaną, zieloną okładkę zdobiły malutkie, czerwone różyczki. Otworzył na pierwszej stronie. Chłonął idealne, smukłe linie wyrysowane czarnym atramentem. „Mój pamiętnik” – brzmiał napis, który znał już na pamięć. Jej pamiętnik. Przesunął wzrokiem po Jej imieniu. Poczuł narastający ucisk w żołądku. Przekartkował do tego miejsca, gdzie na szczycie strony widniała data 31 grudnia 2004 – dokładnie przed rokiem. Zaczął czytać:

„Mistycy, niezależnie od wyznawanej przez siebie doktryny, zgodni są co do tego, że wszystko, co nas otacza, jest takie, jakie być powinno. Wszystko. Cóż za przedziwny paradoks. Najtragiczniejsze jest jednak to, że większość ludzi nigdy tego nie jest w stanie zrozumieć.”

Anthony de Mello

Przeskoczył wzrokiem cytat i czytał dalej:

„Jest 31 grudnia. Ostatni dzień 2004 roku. Spoglądam przez okno. Ulica tonie w szarości. Ludzie przeskakują kałuże, przemykają gdzieś szybko. Ani milimetra śniegu. Ani odrobiny radości. Deszcz wybija o parapet smutną melodię. Krople strumyczkami płyną po szkle. Wpatruję się bezmyślnie w szybę. Powstrzymuję łzy. A ryczeć mi się chce. Po raz milionowy zadaje sobie to pytanie – DLACZEGO? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?... Próbuję się uspokoić, ale łzy już kapią na kartkę. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?...

Przy Nim staram się nie okazywać smutku. Próbuję ukryć to wszystko. Jednak kiedy mnie nie widzi, nie potrafię już się opanować. Nie mogę już tak dłużej. Wiem, że on wie. Chociaż staram się jak mogę i tak zna mnie zbyt dobrze, żeby nie zauważyć.

- Podobno mistycy, niezależnie od wyznawanej przez siebie doktryny, twierdzą, ze wszystko, co nas otacza, jest takie, jakie być powinno. – powiedział mi wczoraj. Zapytałam, udając zaskoczenie, o co mu chodzi. - Tak mi się przypomniało. – odparł z uśmiechem. - A ty co o tym sądzisz? Odpowiedział, że nie wie. Gryzę się z tym zdaniem od tamtej pory. Powtarzam je sobie w myślach. Próbuję także nucić, na pocieszenie, Armstronga:

I see trees of green........ red roses too I watch 'em bloom..... for me and for you And I think to myself.... what a wonderful world.

Płaczę coraz bardziej.

I see skies of blue..... clouds of white Bright blessed days....warm sacred nights And I think to myself .....what a wonderful world...

DLACZEGO? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?...

Wiem, że jest źle. Bardzo źle. Według lekarzy nikłe są szanse, że Krzysztof dożyje lata. Krzysztof! Krzysiu! Tak bardzi Cię kocham. Nie zostawiaj mnie teraz! Jestem zrozpaczona. Próbuję się jakoś trzymać, tylko dla Niego. Czuję jak mój świat trzęsie się w posadach i grozi zawaleniem. Nie zostawiaj mnie!

Jest koniec roku. Pamiętam poprzedniego Sylwestra. Jeździliśmy na nartach. Kochaliśmy się. Tańczyliśmy nago w cieple kominka. O północy, przy świetle księżyca, rzucaliśmy się śnieżkami. Tak długo, aż oboje przemokliśmy do suchej nitki i trzęśliśmy się z zimna. Ponownie kochaliśmy się, skąpani w blasku ognia z kominka. I jak zawsze takiego dnia, rozmyślaliśmy co przyniesie ten nowy, 2004 rok. Byliśmy tacy szczęśliwi.

Teraz ze łzami w oczach spoglądam na miniony rok i boję się następnego. Boję się, że 31 grudnia 2005 będę siedzieć tutaj sama i rozmyślać o Nim. Rozpamiętywać chwile, które już nigdy nie wrócą.

Ostatnio prześladuje mnie sen. Śni mi się jego pogrzeb. Na skąpanej w blasku księżyca, niemal bezkresnej, zasypanej śnieżnym puchem łące, jakieś podobne do duchów, czarne postacie, wykopują dół. Łzy przymarzają mi do twarzy. Lodowaty wicher przeszywa ciało. Kiedy wrzucają go do środka próbuję krzyczeć. Jednak jakaś, ubrana w czarną rękawiczkę, dłoń zatyka mi usta. Druga targa za włosy. Przeraźliwy głos, rozdzierający serce szepcze: - Nie bój się. Wszystko będzie dobrze.

Boję się tego roku. Tak bardzo się boję!”

Krzysztof podniósł wzrok znad pamiętnika. Z trudem powstrzymał napływające mu do oczu łzy. Bokser nadal powarkiwał na kaczkę. Ta ciągle nie protestowała. Na świecących jasnoniebiesko klawiszach telefonu wystukał z pamięci numer. Odczekał jeden sygnał. Drugi. Zrezygnowany rozłączył się przy trzecim. Zastanawiał się do kogo należy ta twarz, która spogląda na niego z lustra. Facet miał mocno posiwiałe włosy, twarz pokrytą kilkoma, chociaż jeszcze drobnymi, zmarszczkami. Jego chłodne, stalowoszare oczy patrzyły na Krzysztofa bez wyrazu. - Kim jesteś? – wyszeptał. Przecież to nie mógł być on. Jego bujna fryzura była zawsze czarna. Twarz promieniowała uśmiechem. Ona zawsze mu mówiła, że w jego oczach czai się jakiś zawadiacki chochlik. Mężczyzna, który na niego patrzył, był przygarbiony, jakby zmęczony. Stanowił jawne przeciwieństwo jego, 37 letniego, wysportowanego, Krzyśka Zawadzkiego. Wyglądał na przynajmniej dziesięć lat więcej. Nie, to nie mógł być on.

Spojrzał na zegarek. Jaskrawo czerwone światełka wyświetlacza odbijały się w połyskującej powierzchni pudełka, na którym stał budzik. Cyferki jednoznacznie układały się we wzór: 21:43. - Dwie godziny, siedemnaście minut – błyskawicznie obliczył – sto trzydzieści siedem minut. Wydobył pudełko spod budzika. Podniósł wieko. W pomarańczowym świetle ukazał się masywny zarys Beretty. Przez dłuższą chwilę przyglądał się pistoletowi. Jego prosty, klasyczny kształt emanował siłą. Przywodził Krzysztofowi na myśl chłodną rzeczowość, zdecydowanie. Moc ostateczną. Nie zamykając wieka, odłożył pudełko na najniższą półkę. Zerknął na pamiętnik, wciąż otwarty na tej samej stronie. Włączył radio.

Miasto tonęło w strugach deszczu. Grube, zimne krople spływały mu po twarzy. Koszula momentalnie stała się mokra. Tak samo zresztą jak inne części garderoby. Lało tak, że nawet pies, tylko na chwilę wystawił ciekawsko pysk na balkon i momentalnie zawrócił. - Najwyraźniej nie jest to nawet pogoda pod psem – pomyślał Zawadzki. Miasto było skąpane w światłach. Tysiącach, milionach różnokolorowych świateł, które dodatkowo odbijały się od mokrych ulic, chodników. W szybach wystawowych, lakierach aut na ulicy. Z położonej na wzniesieniu kamienicy miał znakomity widok. Przypomniał sobie tamto zdanie – „podobno wszystko jest takie, jak być powinno”. Kiedyś nawet trochę w nie wierzył. Zza niedomkniętych drzwi balkonowych, dosłyszał słowa piosenki:

Kraków jeszcze nigdy tak, jak dziś, nie miał w sobie takiej siły i może to ten deszcz, może przez tę mgłę, może to mój nastrój ale w każdej twarzy ciągle widzę cię. Wśród turystów Rynek tonie znów, ktoś zakrzyknął głośno, błysnął flesz... Na Gołębiej twój płaszcz zaczepił mnie w wystawowym oknie, w autobusie , w tłumie gdzieś...

Widzę cię - tak, wiem nie zrobię więcej zdjęć - tak, wiem nie będę prosił, lecz... - tak, wiem to przecież żaden grzech - tak wiem...

Narastał w nim ból. Z każdym słowem wzbierał, potęgował się. Próbował powstrzymać łzy. Jednak tekst Myslovitz przywołał znów wspomnienia.

Kraków hejnał gra - tak wita mnie, patrzy na mnie, jakby wiedział, że wracam po to, by choć na kilka chwil zamknąć oczy i móc uwierzyć, że

Widzę cię - tak, wiem nie zrobię więcej zdjęć - tak, wiem nie będę prosił, lecz... - tak, wiem to przecież żaden grzech - tak wiem...

Łzy zmieszane z deszczem płynęły mu po twarzy. Trząsł się z zimna, ale nie mógł oderwać wzroku od skąpanego w blasku miasta.

Widzę cię - tak, wiem nie zrobię więcej zdjęć - tak, wiem nie będę prosił, lecz... - tak, wiem to przecież żaden grzech - tak wiem...

Założył suche ubranie. Z szuflady wyciągnął plik żółtych kartek. Spojrzał na zegarek: 22:03 Siedząc, przez dłuższą chwilę wpatrywał się w pustą kartkę. Napisał kilka słów, skreślił je i ponownie napisał:

Chciałem zobaczyć słońce, chociaż na chwilę Ale jego nie było Chciałem zobaczyć słońce, po raz ostatni Nic, tylko chmury, wiatr i deszcz... Bo bez Ciebie nie ma słońca.

Przeczytał jeszcze raz, wyrwał kartkę, przedarł na pół i rzucił zmiętą na podłogę. Bokser natychmiast zaczął poszturchiwać kulkę, a gdy ta odskakiwała, gonił ją zawzięcie po całym pokoju. Krzysztof nawet nie zwrócił na niego uwagi. Znów przyglądał się pustej kartce. Zerknął, po raz setny tego wieczoru, na zegarek. Poczuł narastające napięcie. Drukowanymi literami napisał: „ZARYS POMYSŁU”. Pisał dalej:

„Książka o pisarzu - na początku szło mu kiepsko. Nie tyle nawet, że nikt nie chciał wydać jego tekstów. On sam był po prostu nimi zawiedziony. Wszystkie pomysły w głowie, zdawały mu się być takimi świetnymi, wciągającymi. Jednak kiedy zasiadał, żeby je zapisać, problemy mnożyły się momentalnie. Zdania nie chciały układać się w logiczną całość, brakowało mu odpowiednich słów. A te, które wcześniej zdawały się brzmieć tak błyskotliwie, na papierze wręcz przerażały. Mężczyzna wiele razy rzucał pisanie. Jednak zawsze po jakimś czasie do niego wracał. Pomysły kłębiły mu się w głowie. Nie chciał ich zapomnieć, więc pisał. Ale było wciąż źle. Pracował w biurze rachunkowym, zarabiał w miarę nieźle, ale z całego serca nienawidził tej nudnej roboty. Czuł się nieszczęśliwy. Zaczynał rozumieć, że jego marzenia, by zostać pisarzem, móc zaszyć się spokojnie w górskim domku z dala od miasta i rachunków, są mrzonką. Próbował szukać swego miejsca w świecie. Czytał książki o filozofii, religiach i czuł się coraz gorzej. Aż w pewnym momencie dotarł do zbioru opowieści Anthonego de Mello. Wyczytał zdanie, że według mistyków, wszystko na świecie jest takie, jakim być powinno. Zastanawiał się nad tym przez długie, samotne wieczory. Nieraz ronił łzy powtarzając sobie ten tekst, prawie jak zaklęcie. Wciąż bezskutecznie. Lecz pewnego dnia, przeszło mu przez głowę, że może to prawda. Może wszystkie problemy, niepowodzenia, smutki też mają swój cel? Czytywał biografie wielkich ludzi i niemal za każdym razem odkrywał ogrom przeciwności losu, które piętrzyły się na ich drodze. Zastanawiał się, czy byliby oni tymi wielkimi, którymi się stali, gdyby nie przeciwności. Coraz mocniej przekonywał się do tego, że wszystko jest takie jakie być powinno. Nigdy nie miał pewności. Nie potrafił sobie wytłumaczyć w ten sposób wielu spraw -głodujących ludzi, terroryzmu, znęcania się nad dziećmi... Mimo to, stawał się stopniowo spokojniejszy. Postanowił pisać nadal. Walczyć o swoje marzenia, niezależnie od tego co się wydarzy, od racjonalnych szans. - Może to, że jeszcze nie umiem pisać, też ma jakiś cel? – myślał wtedy.”

Krzysztof odłożył pióro. Zaczął się zastanawiać, skąd kiedyś przyszło mu w ogóle do głowy, żeby próbować pisać. Nagle odżyły dawne wspomnienia. Przypomniał sobie szum górskiego strumienia, gdzieś w Bieszczadach, na odludziu - zimną wodę, słońce przyjemnie grzejące w plecy. Śpiewały ptaki. Siedział z Piotrkiem, swoim bratem i rozmawiali chyba jak nigdy wcześniej i nigdy później. Jego brat miał wtedy ze dwadzieścia lat, on sam koło siedemnastu. Piotrek zwierzył mu się wtedy, że chciałby pisać, zostać pisarzem. Wyszło tak, że brat szybko przestał pisać, albo nie miał odwagi nigdy pokazać swoich tekstów. Ale dzięki tamtej popołudniowej rozmowie, wiele lat później on sam złapał za pióro. I tak to wszystko się zaczęło.

- Dodać gdzieś w treści, – dopisał na marginesie – że podłapał obsesję pisania dzięki swojemu bratu. Dzięki spotkaniu nad strumieniem w Bieszczadach.

Wystukał numer brata. Jednak po chwili wahania odłożył słuchawkę. Co niby miał mu powiedzieć? Zapytać, czy pamięta tamto popołudnie? Dziękować mu z to? I przy okazji usłyszeć, jaki Piotrek jest szczęśliwy, jak dobrze mu z Ewką, a ich mała rośnie jak na drożdżach? Oczywiście, cieszył się ze szczęścia brata, ale nie miał siły o tym wysłuchiwać. I jeszcze te, pewne jak w banku, pytania – jak zamierza spędzić sylwestra, co u niego? I tak dalej. Nie - postanowił nie dzwonić. Mógł równie dobrze napisać do Piotrka list i poprosić go w nim, żeby zrealizował jego pomysł na książkę. - Tak będzie lepiej.

Spojrzał na zegarek. Jego wzrok prześlizgnął się po pudełku z pistoletem. Ponownie zaczął pisać dalej:

„Aż w końcu poznał kobietę. (Jak? – tak zwyczajnie jak było naprawdę? – przyszła kiedyś do niego do biura. Była wściekła bo pomylił się w jakimś ważnym dokumencie. Na dworze lało jak z cebra, więc była też zupełnie przemoczona. Próbowała na niego krzyczeć – ale niezbyt jej to wychodziło. Kiedy zaproponował, żeby ją udobruchać, gorącą herbatę i miejsce przy grzejniku, nawet się uśmiechnęła. Wtedy zobaczył po raz pierwszy ten jej niesamowity uśmiech. Przegadali ponad godzinę, o różnych sprawach, mniej lub bardziej banalnych, aż odwiózł ją do domu. Później przez 3 dni z powodu wcześniejszego wyjścia z pracy szef był na niego wściekły. Ale to już nie miało dla niego żadnego znaczenia.)”

Spojrzał na jej zdjęcie. Wyglądała na nim dokładnie tak samo jak wtedy w biurze. Odgarniała kosmyki mokrych, jasnych włosów z czoła i wpatrywała się w niego tymi swoimi przenikliwymi, niebieskimi oczyma. Pisał dalej:

„Między nimi zaiskrzyło. Tak po prostu. Szybko stali się parą. Mężczyzna był szczęśliwy. Jak nigdy wcześniej w życiu. Pewnego razu postanowił coś napisać. Ot tak, bardziej z nudów. Z kilku zdań błyskawicznie zrobił się pomysł na opowiadanie, a wkrótce na książkę. Pisał wieczorami. Powoli książka nabierała realnych kształtów. Wiele razy chciał już przestać, wrzucić to wszystko do kosza. Ale Ona szeptała mu, żeby się nie poddawał. Wierzyła w niego, dodawała mu skrzydeł. Wysyłał powieść do wielu wydawców. Zazwyczaj bez odzewu. Chociaż dwóch nawet odpisało - że jest w miarę interesująca, ale niezgodna z oczekiwaniami na rynku i według nich zupełnie nie rokująca nadziei wydawniczych. Aż pewnego dnia zadzwoniła kobieta, Oliwia Pszczyńska. Właśnie wylano ją z pracy w wydawnictwie, ale ona nie miała zamiaru się poddawać. Zaproponowała, że jeśli tylko on się zgodzi, wyda jego książkę. Wątpił w sukces, ale przecież nie miał nic do stracenia. Oliwia szybko udowodniła, że jest niezwykle operatywną kobietą biznesu. Ku jego zaskoczeniu, wydała i wypromowała powieść. Niespodziewanie książka osiągnęła pewien sukces na rynku. Zaistniał wtedy jako pisarz. Ona i Oliwia nakłoniły go, by wziął bezpłatny urlop i pisał dalej. Druga książka przeszła bez echa. Za to trzecia osiągnęła już duży sukces. Teraz mógł czuć się już pełnoprawnym pisarzem. Mimo, że zarobił w ten sposób mniej niż w biurze rachunkowym, bez zastanowienia rzucił pracę. Poświęcił się pisaniu. Będąc przy Niej i pisząc czuł się szczęśliwy.

Pewnego dnia, jadąc samochodem, miał wypadek. W zasadzie nic mu się nie stało, jednak lekarze zalecili rutynowe badania. Zwlekano długo, wysyłano go na wciąż na kolejne badania. Aż w końcu powiedziano mu, że to rak. Było lato 2004, sytuacja pogarszała się coraz szybciej.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nowy rok - 2006 — czytnik · opowiadania