Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 11 min czytania

Nowy Świat

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Sobota. Dla wielu Wielka lub po prostu wolny dzień, dla innych paschalna, a jeszcze innych Jare Gody. Siedzę przy kawiarnianym stoliku na Nowym Świecie. Księżyc w pełni przygląda mi się badawczo. Pierwszy dzień wiosny, kulturowo rzecz traktując, zaowocował ciepłym wieczorem, który wzmacnia tchnienie nadziei na odnowę, odrodzenie sił witalnych, odmłodzenie, dobre plony.

Cieszę się temperaturą miasta. Natężenie ruchu wzmaga się, głosy przechodniów jakby jaśniejsze, nie tłumione chustami, szalikami, włosy uwolnione spod czapek i kapturów błyszczą w świetle latarń. A ja, w tej zawierusze, spokojnie raczący się myślami z papierosem i piwem.

Bar jest prowadzony przez kobietę o coraz starszym sercu. Często tu dawniej bywałem. Przyglądam się stałym bywalcom. Poszarzeli. Nad oparciami zaokrąglone plecy, siwizna, przerzedzenia, słabsze głosy, mniej słów w kieliszkach. Rysia, jak zwykle cała w różowym stroju, z pierścionkami, bransoletkami, kolczykami, siedzi ze znajomymi. Puder nie daje rady zamaskować wieczornego męskiego zarostu. Wdzięczenie się do wysokiego bruneta ośmiela wódeczką. Markotnieje, wstaje, macha ręką, mówi „pa” i wychodzi. Bokser, jak go nazywam z racji wklęsłej nasady nosa, który kojarzy mi się teraz z Myślicielem Rodina, podpiera głowę zanurzony w rozmyślaniach. Nawet nie zaczepia mnie ani starszego pana w kapeluszu, który także należy do świata tego baru. Owinięta luźno wokół szyi dżentelmena czerwono-niebieska apaszka spływa końcówkami pod wciśniętą za kamizelkę białą koszulę. Ozdobne guziki kamizelki łypią równym szeregiem spod ciemnej sztruksowej marynarki na kobietę, na której kruchym ciele czerwienią się kapelusik i żakiet (mimowolne skojarzenie z Mariee Chagalla rozbawiło mnie), zaś czarna spódnica kontrastuje z opartym o kolano kieliszkiem białego wina, w którego tafli odbija się tęgi gość, rozmawiający głośno przez telefon. Mężczyzna kręci nerwowo szklanką z piwem. Gwałtownie wstaje, wykrzykuje przekleństwa, wrzuca napoczętego papierosa do popielniczki i wychodzi, pchając przed sobą wzburzenie. Chwilę potem bokser też odchodzi, a po nim czerwony żakiet unosi kapelusik w stronę Alei Jerozolimskich. Pozbawione obiektu obserwacji guziki, chowają się pod marynarką. Starszy pan podnosi się z eleganckim trudem i idzie na przystanek.

Kobieta, która zwykle towarzyszy wpatrzonemu w barowy telewizor mężczyźnie, wychodzi na zewnątrz. Pomaga starzejącemu się sercu, sprzątając po gościach, za co dostaje kieliszeczek czystej i inne gratisy z baru. Siada przy stoliku po wzburzonym, bierze papierosa, zaciąga się z lubością i nabożnie dopija pozostawione piwo. Dar losu rozluźnia jej ciało, miękko dopasowując do krzesła. Przeciąga chwilę aż po filtr papierosa. Wstaje, zbiera szkło ze stolików i popielniczki i zanosi do środka. Wraca ze ścierką, przeciera blaty, podnosi śmieci spod stolików, znika. Zostaję sam.

Przyglądam się przechodniom. Głównie młodzi ludzie. Piękni. Zastanawia mnie, że widzę więcej kobiet niż mężczyzn. Natychmiast rozpoznaję te, które mają partnerów. Nie rozglądają się, nie zwracają uwagi na mężczyzn. Szukające obdarzają mnie spojrzeniem to przelotnym, to badawczym. Zakochane uśmiechają się bardziej do siebie niż do innych, mniej szczęśliwe zaś są powściągliwe, choć uważne. Zdesperowane idą wolniej, by mieć czas na przyglądanie się i analizy. Pary mogę podzielić na te, które dopiero się poznają, te, które się zakochują, takie, co właśnie się kochają i te, których miłość wydała już owoce. Widzę też kobiety patrzące na siebie uważnie i obejmujące się czule oraz mężczyzn idących bardzo blisko siebie lub ukradkiem trzymających się za ręce.

Dwoje, w średnim wieku, przystają tuż obok. Mężczyzna patrzy uważnie w jej oczy i pyta:

― Mam chodzić na siłownię?

― Nie.

― To dobrze, bo tu nie chodzi o to, że chcę być gruby czy zaniedbany, ale nie tak chcę się starać.

― Dobrze.

Dziewczyna całuje go, odchodzą.

Piękny wieczór. Początek wiosny. Może kolejny początek wszystkiego? Idę Nowym Światem i patrzę na ludzi. Patrzę i mijam. Pozwalam, by mnie minęli. Mijanie. Mijanie się. Ile życia mija w mijaniu? A na mijaniu ile? Każdy człowiek to inny świat. Ile światów się minie? Może rzeczywiście jest tak, jak powiedziała Ann Deveria*, że życie idzie swoją drogą, a my swoją? Mijamy się. Ale też spotykamy. Nowych ludzi. Nowe światy. Nowe okazje na spełnienie pragnień.

Wstępuję na whisky na Krakowskim. Pełno, gwarno, ciekawie, miło. Na schodkach wokalistka, obok na krześle gitarzysta. Dobrze im wychodzi. Jestem za szybą swoich myśli, obserwuję, czasem podsłuchuję ludzi z boku. Rosjanie, Hiszpanie, gdzieś dalej ktoś mówi po angielsku.

Przy stoliku obok siedzi mężczyzna. Jest spięty. Nerwowo łyka piwo, rozgląda się. Wstaje na widok ładnej kobiety, która z radością go wita. Jest w niej łagodność, lekkość, otwartość. Całuje ją pospiesznie, byle jak, co zmienia jej nastrój. Siadają. Kelner słucha, kiwa głową, odchodzi. Częstuje ją papierosem, palą, patrzą na siebie, rozmawiają. Duet kończy występ, słyszę ich głosy.

― Czemu tu? Dlaczego nie chciałeś przyjechać do mnie? ― pyta ona.

― Chciałem ― odpowiada. ― Jednak… najpierw muszę ci coś ważnego powiedzieć.

Kelner…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%