Fantastyka · 11 min czytania
Nowy Świat: Ragnarok
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kiedy było już za późno? Może wtedy, gdy puściły tamy Żółtej Rzeki powodując największą powódź w dziejach człowieka? Albo gdy setki tysięcy Arabów zmarło na skutek śmiercionośnych upałów w czasie Piekielnego Żaru w Zatoce Perskiej, a miliony emigrantów ruszyło w stronę Europejskiej Oazy? Tej samej, w której trwał właśnie wyścig huraganów w masowej anihilacji europejskiej architektury. A może, było już za późno gdy The Rocket, pierwszy prototyp parowozu, ruszył po torach Anglii rozgrzewając w jej mieszkańcach wręcz fanatyczny zapał do posiadania węgla. Kiedy wydaliśmy wyrok śmierci dla postępu cywilizacji? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, natomiast jestem jednym z niefortunnych świadków konsekwencji ludzkiej pazerności, która doprowadziła do zagłady. Nazywam się Roland Carlsson i jestem mieszkańcem Nowego Świata. Mamy rok 2077. 26 lat od wielkiego Ragnarok. Mieszkaliśmy w Bo35Sk48, dawnym Linköping na południu Szwecji. Jednym z wielu cudownych miast samowystarczalnych energetycznie. Autogenne enklawy, które w złożeniu miały zapoczątkować neutralność emisyjną dwutlenku węgla w skali globalnej. W rzeczywistości okazały się walką z wiatrakami. Świat płonął w ogniu chaosu. Wielkie migracje, konflikty zbrojne, potworne katastrofy klimatyczne. Plan ratunkowy zawiódł albo był wdrożony zwyczajnie za późno. Żyliśmy stosunkowo spokojnie w naszym azylu, aż do tamtego dnia. Ojciec, Gustav Carlsson obudził mnie w środku nocy. Ruszyliśmy Volkswagenem NID. 3 w stronę wschodniego wybrzeża. Przyszłość motoryzacji, proekologiczny samochód elektryczny, który od procesu narodzin do ostatniego dni użytkowania miał wydzielić mniej co2 niż paczka wypalonych papierosów. Ale było już za późno. Bez większych problemów udało nam się dostać do zanieczyszczonych plaż Morza Bałtyckiego. Zielony, śmierdzący kożuch, rozpościerał się w promieniu kilometra od lądu zaśmieconego zlepkiem plastikowej masy z resztkami więdnącej roślinności. Plan był prosty. Zamierzaliśmy przeczekać parę miesięcy na morzu a następnie wyruszyć na Grenlandię, ówczesną Ziemię obiecaną. Toksyczny Bałtyk okazał się bardziej zatłoczony niż przypuszczaliśmy. Trzeciego dnia doszło do incydentu, w którym zginął mój ojciec. Miałem wtedy czternaście lat. Dwóch afrykańskich uchodźców. Chcieli tylko jedzenia. Doszło do szamotaniny, padły strzały. Miałem dużo szczęścia, lecz zostałem sam a odtąd moimi jedynymi towarzyszami byli żal i ściskający za serce strach. Na domiar złego nadszedł czas w którym planeta upomniała się o swoje, rozpoczął się Czas Huraganów, wielki Ragnarok. Kolejny łut szczęścia sprawił, że przetrwałem na szalejącym od wichur morzu bez większego uszczerbku na zdrowiu. Wróciłem na półwysep po osiemnastu miesiącach na morzu. Świat wyglądał jakby coś go przeżuło i wypluło z powrotem. Zdecydowanie większa część terenu i infrastruktury została przetrawiona przez potężne, głodne zniszczenia huragany. Rzeki, kiedyś wartkie i głębokie, dziś skromne strumyczki, zmieniły nurty. Jeziora wysychały. Poczucie bezradności wzbudzał widok marniejącego otoczenia pełnego wszechobecnych odpadów, złomu i śmieci. Cmentarzysko pochowanych, śmiałych nadziei na wieczny rozwój technologiczny trwający w symbiozie z planetą. Dzieło człowieka, a właściwie tylko jego zamówienie zrealizowane przez wszechpotężne siły natury. Przemierzałem półwysep skandynawski pieszo. Unikałem ludzi. Ludzie zawodzili, nawet w dobrych czasach, zaś owe czasy budziły w nich demony pochodzące a z najstraszniejszych, najgłębszych czeluści istoty zła. Wreszcie dotarłem tu, do kresu wędrówki, gdzie w najśmielszych fantazjach nie mogłem przewidzieć tak niewiarygodnego scenariusza dla realnego świata znanego sprzed kilku lat. Moja droga doprowadziła mnie na północ Szwecji, gdzie od dwóch dni poszukiwałem czystej wody. Większość z jezior czas nieskazitelności miała za sobą, a niektóre po prostu wyschły, zamieniając się w toksyczne bajora. Przeklęta kraina stu jezior. Stałem przy brzegu jednego z tych wymarłych akwenów z zanurzonym w wodzie elektrolizerem do pomiaru zdatności do spożycia. Czysta igła w stogu spaczonego siana. W pakiecie z poczuciem bezsensu, wyschniętymi ustami i drugim stopniem odwodnienia, czekałem na wynik pomiaru. Wtedy ujrzałem coś co zdawało mi się przyglądać. Owo coś wystawało lekko ponad taflę mętnej, niezidentyfikowanej jeszcze wody. Głowa istoty przypominała kłębek glonów z powtykanymi gdzie nie gdzie kawałkami plastikowych odpadów. Najpewniej była to głowa gdyż na jej przodzie świeciły blado jaskrawym świtałem dwa ogniki, przywodzące na pierwsze skojarzenie oczy. Jedna z trzech kontrolek elektrolizera zapaliła się oznaczając gotowość urządzenia do pracy. Wydawałoby się, że nawiązałem z istotą kontakt wzrokowy, gdy ta zaczęła powoli kierować się w moją stronę odkrywając humanoidalna postać. Pękate ciało budową przypominało łeb stwora. Z umownie zlokalizowanego brzucha, wystawały plastikowe butelki zaś chude kończyny były obwieszone pękami winorośli związanymi z foliowymi torebkami i śmieciami. Stwór przystanął tuż przede mną i oprócz uderzającego smrodu mułu i wilgoci nagle poczułem, że jest bardzo stary. Kiedy zamigotała druga kontrolka, trzeźwy umysł podał dwie informacje, poziom odwodnienia osiągnął stadium w którym pojawiają się halucynacje, oraz…