Przyjaźń · 50 min czytania
NP STORY
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
NP STORY
Siedzę na parapecie, poranne, czerwcowe słońce świeci na kartkę, na której właśnie piszę. Obudziłam się dziś i stwierdziłam, że chcę napisać coś poważnego, prawdziwego i specjalnie dla Ciebie. Wiedziałam, co będzie głównym tematem opowiadania. Każdy ją zna- osobiście bądź też z książek, środków masowego przekazu, od znajomych, rodziny. Nie każdy z tych, którzy mieli zaszczyt ją spotkać, docenił ją i pozwolił, aby zmieniła jego życie na lepsze. Chciałam napisać o niej najpiękniej i najlepiej, jak tylko potrafię. I tak mi to nie wyjdzie, ale cały czas staram się sobie wmawiać, że to przecież intencje się liczą. Zaczęłam wymyślać bohaterów, szukać różnych wątków. W myślach wertowałam wszystkie utwory, w których się z nią zetknęłam, poszukiwałam inspiracji. Włączyłam nawet radio, mając nadzieję, że właśnie tam usłyszę, jak mam przedstawić całą sprawę. Rozglądnęłam się po pokoju i…..tak, rozwiązanie było tak blisko, że moje zaspane jeszcze oczy go nie dostrzegły. Przecież to właśnie dzięki niej jestem tutaj, w naszym mieszkaniu! To dzięki niej piszę to dla Ciebie! Sama znam ją doskonale…. Co zobaczyłam w pokoju? Nasze zdjęcie. Wiesz, które? To z wakacji, kiedy jeszcze byłyśmy całkiem szalone, kiedy każde słowo znaczyło zbyt dużo, kiedy myślałyśmy, że życie jest długie. To zdjęcie oprawione w niebieską ramkę, nasze ulubione. Tak, od początku chciałam pisać o Przyjaźni. Będąc Najlepszą Przyjaciółką wiem o niej wiele, może nawet wszystko? Od razu zaznaczam, że ten tytuł nie przyszedł mi łatwo. Wcześniej wiele razy wysłuchałam, pocieszałam, również zasmuciłam, doradziłam niejeden raz, napisałam setki stron listów. Sama też powiedziałam Ci wszystko, szukałam u Ciebie pocieszenia, rady, zawsze byłaś przy mnie. W końcu zostałam mianowana. Pewnej zimowej nocy(wyjątkowo mroźnej, jak na nasz klimat), kiedy moje życie znów odmieniło się dzięki Tobie, powiedziałaś: "od dziś jesteś moją NP.". Pamiętam, że nie byłyśmy jeszcze wtedy dorosłe, ale nie byłyśmy już dziećmi. I teraz, kiedy chcę napisać o Przyjaźni uświadomiłam sobie, że by opisać całą jej wagę, piękno oraz niezniszczalność (wbrew pozorom) wystarczy spisać fragment naszej biografii. Na pewno jednak nie zrobię tego tak po prostu. Nie będzie to powieść z cyklu: "realizm króluje", obiecuję Ci to. Myślę, że warto naszkicować sam początek naszej znajomości, widzę to wszystko, jak przez mgłę, ale bardzo wyraźnie pamiętam, jak razem zniszczyłyśmy ogromny zamek z piasku, który budowałyśmy przez jakąś nieprawdopodobną dla 4 letnich dziewczynek ilość czasu…. Najbanalniejsze miejsce na zawieranie znajomości- piaskownica. Od tamtego dnia już właściwie zawsze byłyśmy razem. No, może ten mały kryzys w liceum trochę nas rozdzielił, ale w końcu dałyśmy sobie radę, jak ze wszystkim zresztą. Najważniejsza decyzja zapadła, kiedy miałyśmy po 19 lat i dyplomy ukończenia szkoły średniej. Dalszą edukację postanowiłyśmy prowadzić jakieś 20 km od naszych rodzinnych domów. Niezbyt dużo, ale dla nas to był wystarczający powód do wynajęcia mieszkania. Najbardziej zapadł mi w pamięci moment, kiedy weszłyśmy do pustych pokoi, mając przy sobie to, co już zawsze miało stanowić podstawę naszej egzystencji: telewizor z pilotem, sprzęt hi-fi z pilotem, toster, gofrownicę oraz kilka płyt i kaset. Później wpadłyśmy na pomysł zainwestowania w jakieś meble, ale nie było to aż tak ważne. Nie wtedy. Leżałyśmy na podłodze, objedzone goframi ze zbyt słodkim sosem truskawkowym i patrzyłyśmy w ekran telewizora, ciągle zmieniając kanały. Wydawało nam się wtedy, że stałyśmy się dorosłe, nagle miałyśmy same dawać sobie radę. Niezbyt wiedziałyśmy, jak to się robi, ale wierzyłyśmy, że razem nam się uda. Wiara była zdecydowanie najważniejszym kawałkiem naszego życia. Dalej tak jest, prawda? Zawsze we wszystko wierzyłyśmy! Przede wszystkim w siebie, we własne siły, w to, że jutro będzie jeszcze lepiej niż jest dzisiaj. Kiedy teraz, nadal siedząc na parapecie, widzę w oddali morze, to przypominam sobie, jak kiedyś wierzyłyśmy, że będziemy potrafiły dopłynąć aż do zachodzącego słońca. Pamiętasz to Maggie? Miałyśmy po kilka lat. Ty byłaś Queencessą, ja Beauty Queen From Mars. To był ten czas, kiedy ubierałam się tylko na czerwono, a Ty na niebiesko! Pamiętam projekty wszelkich karoc, pałaców, jadłospis, w którym zawsze na pierwszym miejscu były gofry, kisiel i przypalone tosty! No i truskawki! To był ten czas, kiedy dotarło do nas, że jako władczynie potrzebujemy jakiegoś faceta u boku. Poszukiwania nie zajęły nam wiele. Później, właśnie przez ten pomysł, leczyłyśmy niby złamane serca. Piszę "niby", bo przecież obie wiemy, że to nie były prawdziwe miłości. Wtedy za wszelką cenę usiłowałyśmy sobie wmówić, że to ten jedyny facet, wierzyłyśmy! Na szczęście nadszedł dzień, kiedy odrobinę zmądrzałyśmy.
Patrząc na cała naszą przeszłość teraz wydaje mi się, że przebiegłyśmy życie ciągle się śmiejąc. To nie znaczy, że zawsze było dobrze, bo przecież wcale nie było. Po prostu z każdej prawie sytuacji wychodziłyśmy zwycięsko i to był powód do radości. Zawsze też miałyśmy świadomość, że nigdy nie zostaniemy same. Każda z nas wiedziała, że jeśli w pojedynkę jej się nie uda, to wtedy wkroczy NP i wiadomo było, że wtedy już sprawa jest wygrana. Przypominasz sobie, jak jeszcze w liceum sama usprawiedliwiałaś sobie nieobecności? I jak nakryła Cię dyrektorka i musiałaś zmyślać jakieś dziwne historie i dopiero, kiedy ja powiedziałam, że mówisz prawdę, to pani Ci uwierzyła…. To tak jak ja podpadłam rodzicom wymykając się z domu i pewnie miałabym szlaban na 1000lat, gdyby nie Twoje zmyślone wyjaśnienia! Nawet nie będę opisywać niezliczonych sytuacji, kiedy któraś z nas próbowała zdobyć jakiegoś faceta! Wtedy to dopiero były przekręty!
Zawsze uśmiecham się na myśl o wakacjach, tych w które pojechałyśmy z Lucy i Dominiciem. Pamiętasz, prawda? Nie byliśmy przecież wtedy daleko. Wyrwaliśmy się z domu, tak zwyczajnie wsiedliśmy do autobusu nie bardzo nawet wiedząc, gdzie będziemy mieszkać. Dojechaliśmy jedynie do Mendocino☼, niecałe 100km od domu, ale w rzeczywistości byliśmy dużo dalej: w siódmym niebie!!! Było to wszystko tak dalekie od codzienności, że tylko w ten sposób można nazwać miejsce, w którym były wtedy nasze duszyczki! Poszliśmy do kina na najgłupszy film sezonu, słuchaliśmy najbardziej kiczowatej muzyki, robiliśmy zdjęcia z timerem i było wspaniale! Ile temu to było? Chyba w '89. No tak, wiele lat temu. Ale ten czas szybko leci! Dopiero co obchodziłyśmy Twoje przyjęcie osiemnastkowe. Dominic, Lucy i ja zrobiliśmy furorę! Niesamowite to wszystko było! Oczywiście jak zwykle zawaliliśmy z prezentem. Jednak to dlatego, że bardzo nam zależało, by dać Ci coś naprawdę specjalnego. No i….zajęło nam to więcej czasu niż powinno. I nagle skończyłyśmy studia, mamy porządnie wyposażone mieszkanie, świetną pracę, bardzo poważne plany. Nagle mamy zbyt dużo lat, by znów móc tak po prostu wsiąść w autobus i jechać gdzieś, gdziekolwiek. Zawsze byłyśmy odpowiedzialne, ale z wiekiem to niestety wyszło na pierwsze miejsce. Inna sprawa, że teraz rzeczywiście mamy zbyt dużo poważnych obowiązków, by móc znów zrobić to, co kilka lat temu. To, co właśnie chcę dokładnie opisać. Była to zdaje się najbardziej szalona podróż naszego życia. Wtedy byłyśmy przekonane, że jesteśmy już dorosłe, ale też doskonale wiedziałyśmy, że na pewno nie wiemy, co tak właściwie robimy….I chyba właśnie o to chodziło. Miałyśmy około 20 lat, zaliczony pierwszy rok studiów i nie do końca poukładane w głowach. Chociaż wiedziałyśmy kim jesteśmy, kim chcemy być i co chcemy od życia. Było w tym też mnóstwo szaleństwa i właśnie to pchało nas do przodu. Dzięki temu osiągnęłyśmy to wszystko, co mamy dzisiaj, czyli niezwykłe pozycje zawodowe, jak na 25 latki i nieskończoną przyszłość przed nami. Nie będę już mieszać dalej, tylko przejdę od razu do opowieści. Uwaga! Przenosimy się teraz do….chyba do końca lipca 1992 roku…..
-Alex! Alex!!! Chodź tu do cholery!- Maggie krzyczała tak głośno i tak długo, że aż się przestraszyłam! Zerwałam się z fotela i przebiegłam do salonu, po którym skakała moja rozhisteryzowana NP. -Co się stało?! -Słuchaj! Tylko posłuchaj! Nagrywam to całe!!!' Na ekranie był nasz ukochany zespół. Już zrozumiałam kwiczenie Maggie i od razu zaczęłam robić to samo. Pokazywali urywki z trasy koncertowej, a przy tym grała jakaś dziwna piosenka. Zaczęłam słuchać….. To z całą pewnością śpiewał nasz boski rockman, ale…..nie znałam tej piosenki! -Maggie co to za muzyka??! To też Bon Jovi?!?! -Tak, mówili, że to jakaś demówka. Alex posłuchaj tylko!!! Ta muzyka! Ten text!! W tym momencie jednak utwór dobiegł końca, a na ekranie pojawił się Richie Sambora, mówiący, że na następny album nie mam na razie, co liczyć. -Alex! To jest to! Co my tu jeszcze robimy?! Jedziemy! Jutro rano wyjeżdżamy! -Co?! O czym ty mówisz?! -Nie słyszałaś?! -Przecież weszłam na sam koniec piosenki! -"I never was scared of nothing, there was nothing, that we couldn't do. We used to think, that we can walk on water, just because we wanted to. & it all seems so easy, when you're living not just alive" -Ładne.… -Alex! Słuchaj dalej: "We talked about our dreams & how we'd like to spend our lives/ When freedom was a tank of gas in a long summer night". To jest przesłanie! Jedziemy! Zawsze miałyśmy jechać do Hollywood, nie pamiętasz?! Obiecałyśmy sobie, że tam pojedziemy, będziemy udawać gwiazdy i chodzić na castingi! Już nie ma odwrotu! -Maggie! Uspokój się! Nie możemy przecież tak po prostu wyjechać. Jest milion rzeczy do załatwienia. -Chociażby co?! -Noo….trzeba się spakować…..zadzwonić do rodziców…ustawić video, żeby nagrało "Miasteczko Twin Peaks"….. -Alex….nie wydziwiaj!- moja NP wykrzywiła usta, tupnęła i założyła ręce jedna na drugą. No tak, doskonale wiedziałam, co to znaczyło: "daj spokój, bo dobrze wiesz, że nie dam za wygraną". Na to ja reagowałam tak: marszczyłam czoło, odrzucałam włosy, a następnie krzyżowałam dłonie. To znaczyło: "zaczynasz mnie denerwować, uważaj!". -Maggie posłuchaj. Chcesz wsiąść do samochodu, dojechać do Los Angeles i co? Przecież nawet nie mamy wystarczająco dużo kasy na przeżycie! Gdzieś tam musimy mieszkać, benzyna też nie jest tania! -Ty w ogóle nie masz wyobraźni! Przecież zarobimy! -Jak?! Myślisz, że przyjmą nas tak z ulicy?! A może pójdziemy do klubu karaoke, zaśpiewamy, a publiczności tak się spodoba, że dadzą nam za to kasę?! Przecież…. -Moment! Czy chcesz przez to powiedzieć, że nie potrafię śpiewać?!- -Maggie….ty mnie osłabiasz chwilami! Chciałam tylko powiedzieć, że w ten sposób nie zarobimy! Został nam tylko miesiąc wakacji i myślę, że rozsądniej byłoby poszukać pracy tutaj, gdzieś w San Francisco. -Chcesz tu siedzieć przez miesiąc?! Koniec gadania! Jutro rano wyjeżdżamy!- wyszła z pokoju. Przewinęłam tę piosenkę Bon Joviego. Rzeczywiście była wspaniała! Ujmująca….. "I want to scream, when I have this dream, that my whole life just passed me by" oraz "(…)There's still freedom in this tank of gas(…) so drive, just drive"……
Weszłam do pokoju Maggie. Siedziała na parapecie, tak jak ja teraz, i patrzyła gdzieś daleko ponad to, co mogła widzieć za falującym na horyzoncie morzem. Usiadłam koło niej. Bałam się odezwać. Wszystkie myśli biegły zbyt szybko, by którąkolwiek złapać i powiedzieć głośno. -Siostrzyczko…"I've been thinking, it's hard to speak these nights, can I confess what's on my chest, what's really on my mind?". "Maybe we ain't kids no more, but I'm too young to die". "We'll drive. Just drive". Maggie popatrzyła na mnie. Chociaż znałam ją na wylot nie wiedziałam, jak mam rozumieć jej poważną minę. Czy jest zła (chyba jednak nie…zawsze wtedy wrzeszczała), a może chce mi dać do zrozumienia, że się na mnie zawiodła i nie zdecydowała jeszcze, czy mi wybaczy (ale przecież wtedy zamykała się w pokoju…)? -Ale….Ty masz rację. Nie możemy tak po prostu wyjechać, rzucić wszystkiego- zwiesiła smutno głowę- Jak zwykle dałam się ponieść chwili. No tak, ona to potrafiła mnie dobić! Na szczęście wiedziałam jak postępować w takich sytuacjach. -Proszę podać imiona i nazwisko!- krzyknęłam jej do ucha, a biedna NP aż podskoczyła! -Eee….Magdalene Ann Angela Clim! -Dobrze, a teraz data i miejsce urodzenia! -Yyy…11 października 1971 San Francisco, California. -Świetnie! W takim razie już wiesz, co robimy jutro? -Ale Alex…..no tak wiem!- Rzuciła mi się na szyję, przez co o mało nie wypadłyśmy przez okno! A upadek z trzeciego piętra, nawet na trawę, mógł być naszym ostatnim doświadczeniem życiowym.…
Włączyłyśmy Bon Joviego najgłośniej, jak się tylko dało i zaczęłyśmy pakować wszystkie ciuchy. Ustaliłyśmy, że jedziemy moim samochodem, ponieważ miał większy bagażnik. Jeśli nasza podróż skończyłaby się tylko w LA, to nie było daleko. Mniej niż 400mil☼. Jednak….my zawsze byłyśmy nieprzewidywalne i tak naprawdę, to nie wiadomo było, czy nagle nie znajdziemy się w Nowym Jorku, a może na Alasce lub w Mexyku….. W jednej chwili padły wszystkie nasze dotychczasowe plany dotyczące wakacji. Miałyśmy chodzić i szukać pracy, bo….mnie wywalili ze sklepu z ciuchami (kryzys gospodarczy i nie mieli kasy na 3 sprzedawczynie…), a Maggie złożyła wypowiedzenie z perfumerii po tym, jak szef zaczął się do niej wyraźnie przystawiać. Planowałyśmy też wyjechać gdzieś z naszymi pozostałymi Przyjaciółmi. Wszyscy studiowaliśmy i w ciągu roku raczej nikt nie miał czasu, by spokojnie pogadać i poszaleć. Wiadomo było, że nie możemy ich wszystkich zabrać w tą podróż. Dlaczego? Otóż kiedyś, pewnie z 10 lat temu, przyrzekłyśmy sobie, że pewnego dnia wsiądziemy razem do samochodu na podbój Hollywood. To miała być nasza wycieczka życia! Później jednak wszystko potoczyło się zbyt szybko. Będąc w liceum nie mogłyśmy jechać, bo rodzice by nas wydziedziczyli. My, zawsze idealne i kochane córeczki, nie mogłyśmy im zrobić czegoś takiego. Kiedy zaczęły się studia to z kolei nie było na nic czasu. Ciągle się uczyłyśmy i pracowałyśmy. Na początku było nam bardzo ciężko, bo żadna z nas nie była w stanie utrzymać pracy dłużej niż dwa miesiące. Nie chciałyśmy brać pieniędzy od rodziców, bo przecież warunkiem wynajęcia mieszkania było to, że będziemy same płacić czynsz i rachunki….Nigdy im nie mówiłyśmy, że jest nam ciężko, że prawie nic nie jemy, że mamy te same ubrania od czasu wyprowadzenia się od nich, bo na nowe nas nie stać….Zawsze rozmawiałyśmy z nimi o osiągnięciach na studiach, o naszych facetach…..Szeroko omijałyśmy tematy związane z pieniędzmi. Za wszelką cenę dążyłyśmy do bycia dorosłymi. Może trochę na siłę, ale dobrze się z tym czułyśmy. Wszystko naokoło się zmieniało, a tylko nasza przyjaźń pozostawała taka sama. Kiedy rok temu Maggie wpadła do domu i krzyknęła, że zaręczyła się z Ewanem, to muszę przyznać, że nieźle się przestraszyłam! To oznaczało zaburzenie porządku, a tego bardzo nie lubię. Po miesiącu jednak zaręczyny zostały zerwane…..obie strony stwierdziły, że może jednak nie o to dokładnie im chodziło. Wtedy byłam jeszcze z Lancem i niezbyt wiedziałam, co z tego związku wyjdzie. Nic nie wyszło, co odpowiednio odchorowałam i dziś mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że wszystko potoczyło się dobrze. Co prawda od 4 miesięcy byłam sama, ale wcale nie ubolewałam z tego powodu za bardzo. Kiedyś na pewno nadejdzie taka chwila, że założymy rodziny. To kwestia znalezienia Tego Jedynego. Chyba jednak odbiegłam od tematu….Ciągle to robię! Zadzwoniłyśmy do rodziców, do Przyjaciół i krótko przekazałyśmy im wszystkim, że po prostu musimy wyjechać. Chcieli zadawać zbyt dużo pytań, zbyt dużo byśmy chciały na nie odpowiadać. Skoczyłyśmy na zakupy, spakowałyśmy wszystko. Zasnęłyśmy na fotelach w salonie…..często nam się to zdarzało.
Część 22 / 2
Obudził mnie dźwięk suszarki do włosów. Maggie co rano męczyła się, by ułożyć sobie włosy. Ja nigdy nie używałam suszarki, inna sprawa, że z moimi lokami, to nawet suszarką dużo bym nie zrobiła… Chciałam wstać z fotela, ale w końcu z niego spadłam. Specjalnie mnie to nie wzruszyło, byłam jeszcze porządnie nieprzytomna. Pokój wydał mi się dziwnie ciemny, co było zaskakujące, bo nigdy nie zasłaniałyśmy zasłon, a okna były naprawdę duże. Wszystko wyjaśniło się, gdy spojrzałam na zegar od videa….Dopiero wtedy rzeczywiście się obudziłam! Była 4:12 nad ranem!!!!! Zerwałam się z podłogi i z krzykiem pobiegłam do pokoju mojej Przyjaciółki, która powitała mnie swoim rozbrajającym uśmiechem i łaskawie wyłączyła suszarkę. -Maggie!!!! Zgłupiałaś?!? Czy wiesz, o której suszysz sobie włosy?!- byłam zdesperowana! Wstawanie przed 10 rano zawsze stanowiło dla mnie jedną z najcięższych tortur! A co to w ogóle za pora 4:12?!?! Wtedy to czasem kładłam się spać! -No. Wiem, która jest godzina- przeglądała się w lustrze, poprawiała sobie kołnierzyk od bluzki. -Maggie!!!!!- ja naprawdę byłam zła! Ona o tym doskonale wiedziała…. -Słucham?!- zawsze mi to robiła!!! Zawsze uwielbiała mnie wkurzać! Słodziutko się uśmiechała, blondynki, to tak potrafią. Mają taki charakterystyczny naprawdę uroczy uśmiech, którego żadna kobieta o ciemniejszych włosach nie jest w stanie skopiować! Farba do włosów też nic nie daje. Maggie potrafiła wykorzystywać wszelkie takie chwyty. Tym razem jednak postanowiłam się tak łatwo nie poddawać! Była 4 rano!!!!! Mnie nie wolno budzić o tej porze!!! W ogóle to, po co ona tak wcześnie wstała?! -W ogóle to po co tak wcześnie wstałaś?! -No przecież musimy jechać. -No przecież nie w nocy! -W nocy? No nie w nocy, jest już rano. Zabiła mnie tym stwierdzeniem! Każdą kwestię wypowiadała ze spokojem mrówki cierpliwie toczącej zdobycz. -Maggie…..dajże mi spokój! Co ty robisz?! Dlaczego suszysz włosy? Po co tak wcześnie? No i w ogóle co się dzieje, bo ja przecież muszę kiedyś spać! -Ah Alex….Za dużo pytań. Mam mokre włosy, wiec je suszę! Musimy wcześnie wyjechać, jeśli chcemy być w LA przed wieczorem! Mówiłyśmy o tym wczoraj. -Tak, mówiłyśmy, ale "wcześnie" to znaczy o 10! -Alexis moja kochana! Nie bajeruj już. Gdybyśmy wstały o 10, tak jak ty to lubisz, to pewnie nie wyjechałybyśmy w ogóle. Wycofałam się. NP jak zwykle miała rację. Z drugiej strony 4 to……….morderstwo! Poszłam do kuchni i włączyłam expres do kawy. Tak, dorobiłyśmy się nawet tego! Tak naprawdę, to nie był nasz, należał do mojego kuzyna, ale kuzyn wyjechał i pozwolił mi zaopiekować się kilkoma przedmiotami z jego gospodarstwa.
WYJECHAŁYŚMY!!!!! W mieście był bardzo duży ruch, jak na 5 rano. Zrobiło się też całkiem jasno, słońce grzało coraz mocniej. Dziwnie się czułam, patrząc na moje miasto, jeszcze nie do końca obudzone, jakby dopiero przecierało oczy. Przypomniało mi się, jak wracałyśmy z jednego z naszych wypadów pod namiot. Miałyśmy chyba 16, może 17 lat i uciekłyśmy z domu na kilka dni. Oczywiście za zgodą rodziców….Mieszkałyśmy w lesie pod namiotem, kilka razy nocowałyśmy też na plaży….Teraz uświadamiam sobie ile rzeczy mogło nam się przydarzyć, mogłyśmy nawet nie wrócić w całóści! Wtedy też o tym wiedziałyśmy, ale z wdziękiem omijałyśmy takie myśli. Wracałyśmy przez całą noc. Podczas tej wycieczki wypróbowałyśmy najróżniejsze środki transportu. Łącznie z samolotem, jachtem i furmanką…Kiedy dotarłyśmy do San Francisco było po 4 rano. Po nieprzespanej nocy kroczyłyśmy ulicami wyjątkowo szybko. Byłyśmy dumne z siebie, że udało nam się wrócić do miasta bez żadnych pieniędzy! Niestety czekała nas jeszcze długa droga do domów, ale przynajmniej wiedziałyśmy gdzie jesteśmy i w jakim kierunku iść dalej. To było na koniec sierpnia i powietrze pachniało już jesienią. Czułyśmy w nim jeszcze wolność. Pomimo ogromnego zmęczenia ciągle się śmiałyśmy i tak naprawdę, to wcale nie miałyśmy ochoty wracać do domu. Jednak dla nas, materialistek, brak funduszy był zbyt dużą przeszkodą- zawsze. Teraz też nie miałyśmy zbyt dużo w portfelach, ale inaczej podchodziłyśmy do pieniędzy, w końcu same je zarabiałyśmy. Wracając do naszej podróży. Byłyśmy już prawie na autostradzie, gdy nagle przypomniałam sobie o rzeczy strasznej i niewybaczalnej! -Mag! Zawracaj!!! NP z wrażenia aż przyhamowała ostro. -Dlaczego?! -Błagam zawróć! Muszę być w domu! -Alex jesteśmy już chyba 20mil od domu! -NP prrooosszzęę…… -NP……musimy??? Wróciłyśmy jednak. Maggie przez całą drogę jęczała, mruczała, lekko mnie zwyzywała, ale widać stwierdziła, że rzeczywiście muszę wrócić, bo ostatecznie się uspokoiła. Podjechałyśmy pod dom, a ja szybko wemknęłam się do środka, wzięłam to, o czym zapomniałam i tak by NP nie widziała schowałam do walizki. Oczywście nie obyło się bez pytań, na które wcale nie miałam zamiaru odpowiadać, dlatego, że doskonale wiedziałam, że zostałabym zamordowana za to, co zrobiłam. Łudziłam się, że sprawa pozostanie niewyjaśniona… Dalej nie wiemy, jak to się stało, że przejechałyśmy dużo ponad 100mil nawet tego nie zauważając. Cały czas wydawało nam się, że dopiero co wyjechałyśmy. Co chwilę zmieniałyśmy kanały w radiu, śpiewałyśmy i nie mogłyśmy uwierzyć, że naprawdę jedziemy do Hollywood! Zdarzały się też chwile grozy, kiedy nagle zaczęło się kończyć paliwo, a stacji beznynowej nie było widać na horyzoncie. Raz na czas robiłyśmy postoje, kiedy to zamieniałyśmy się rolami i druga mogła prowadzić. Obie miałyśmy bzika na punkcie samochodów!!! U Maggie objawiało się to przede wszystkim bardzo szybką jazdą, u mnie było to zawsze coś więcej.Kochałam samochody same w sobie. Zdaje się, że geny zrobiły swoje. Całkiem przez przypadek zdałyśmy z Mag prawo jazdy tego samego dnia. Nigdy nie zapomnę tej daty- 20 grudnia 1989, równocześnie ze zdaniem tego egzaminu wolność uderzyła nam do głowy! Biegałyśmy z NP po parku, plaży. Wiał bardzo silny wiatr i było dość chłodno, ale to tylko potwierdzało, że miałyśmy rację, jakby przyroda nam potakiwała. Są takie momenty w życiu, kiedy czuje się, że nic więcej Ci już nie potrzeba, w żyłach pulsuje bezgraniczne szczęście. Ten dzień prawie cały był taki, cały przesycony euforią. Czerpałyśmy z niego ile tylko mogłyśmy, bo dobrze wiedziałyśmy, że następny taki może nie nadejść szybko.
Na dłuższy postój postanowiłyśmy się zatrzymać dopiero późno po południu w San Luis Obispo. Było to całkiem duże miasto. Wystarczająco duże, byśmy mogły się w nim zgubić…..Najpierw szukałyśmy jakiejś pizzeri. W końcu jednak tak się pogubiłyśmy, że zależało nam by tylko wrócić na autostradę! W sumie, to nie byłyśmy tak daleko od LA, ale cały dzień jazdy swoje zrobił i potrzebowałyśmy dłuższej chwili odpoczynku. Niestety czas, który na to przeznaczyłyśmy zmarnował się na błądzeniu po San Luis Obispo! No cóż….widziałyśmy dużo atrakcyjniejsze, chociażby pod względem architektonicznym miasta. Podczas szukania drogi wyjazdowej popełniłyśmy kolejny błąd, który przekreślił nasze szanse na dotarcie do Hollywood przed zmrokiem. Wjechałyśmy na autostradę i kiedy już miałyśmy świętować to cudowne wydarzenie zorientowałyśmy się, że jedziemy w złą stronę!!!! Wracałyśmy do San Francisco!!! Najbliższy zjazd był za 50 mil!!!! Maggie histeryzowała plątając się z mapą, a ja kurczowo ściskałam kierownicę nie mogąc się zdecydować, czy lepiej zwolnić, czy dołożyć gazu. Ze zdenerwowania tok myślowy nam się zatrzymał i tak jechałyśmy….. Tak naprawdę, to dopiero wtedy humory nam się popsuły. W aucie nie miałyśmy już nic do jedzenia, a o zatrzymaniu się i kupieniu czegoś raczej też nie mogło być mowy- straciłyśmy już wystarczająco dużo czasu. To akurat szło nam dobrze… Po dłuższej chwili milczenia Maggie zaczęła się śmiać. Coraz głośniej, coraz bardziej! Nie wiedziałam, jak to odebrać, ale….to było jedyne, co nam pozostało. Bolały nas brzuchy i mięśnie twarzy od śmiechu, ale nie mogłyśmy przestać! Kompletne wariatki!
Już jadąc we właściwym kierunku, więc też trochę spokojniej, zaczęłyśmy obliczać prawdopodobieństwo dotarcia do LA przed północą. Szanse były raczej znikome. Niestety w miarę drogi coraz wyraźniej widziałyśmy, że dobrze będzie, jak dotrzemy na miejsce przed 1 w nocy.
Siedziałyśmy na chodniku, jadłyśmy pączki i jogurt. W ogóle nie byłyśmy śpiące, nawet nie przyszło nam to do głowy od ponad 3h! Pomału robiło się jasno. Neony bledły prawie tak szybko jak gwiazdy. Księżyc rozpłynął się razem z napisem "Marriott- your best choice". Pączki były jeszcze gorące. Śmieciarze pogwizdywali wesoło, jakiś chłopak przemknął na rowerze z zawrotną prędkością, aż pofrunęły za nim ulotki porozrzucane na ulicy. Było po 4 rano. Dalej nie wiedziałyśmy, jak to się stało, że jednak osiągnęłyśmy cel podróży?! Było wtedy zbyt późno by szukać hotelu i zbyt wcześnie by się nad tym zastanowić…..logika naszego myślenia. Chodziłyśmy więc po metropolii nie czując czegokolwiek innego niż tylko szczęścia. W końcu na naszej drodze pojawił się zapach z piekarni i wtedy też przypomniałyśmy sobie, że miałyśmy coś zjeść już w słynnym San Luis Obispo…. Pan piekarz był zachwycony klientkami już o 4 rano i w nagrodę dostałyśmy jeszcze dwa duże jogurty. Usiadłyśmy na chodniku i w milczeniu obserwowałyśmy jak miasto jednocześnie budzi się do