fantastyka · 6 min czytania
Nudne lipcowe popołudnie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Siedzieli sobie na murku. Julia, Gruby i Marcin. Młody kręcił się między nimi, szukał czegoś w krzakach. Mówiąc krótko - nudził się. Tak samo zresztą, jak i cała reszta. Patrzyli na robotników, którzy zbierali swoje manele po skończonej robocie. Właśnie umocowali na poboczu drogi wielką tablicę, oznajmiającą kierowcom, że wjeżdżają na odcinek o wyjątkowo dużej ilości wypadków. Czarny punkt. - Pomoże to jak umarłemu kadzidło - Marcin strzyknął śliną przez zęby. Julia podciągała i opuszczała rąbek sukienki. Kto do cholery, nosi teraz takie ciuchy. Żeby choć była różowa. Uwielbiała różowy kolor. Albo te pantofle. Normalnie muzeum.
Leniwe lipcowe popołudnie wchodziło powoli w przedwieczorne przesilenie. Subtelny wietrzyk poruszał napęczniałymi kłosami dojrzałego do żniw zboża. Żółte morze falowało i szumiało monotonnie. Nad ich głowami zwisały wielkie gałęzie starych klonów i dębów, panował przyjemny cień. Szczerze mówiąc pogoda mało ich obchodziła, deszcz nie zmieniłby zasadniczego problemu. Nudzili się. Jak zwykle pierwszy odezwał się Marcin. - To co? Robimy coś? Gruby przestał dłubać w nosie. - Dobra! Kto dzisiaj wychodzi? Julia wiedziała, że to jej kolej. Skrzywiła się niechętnie, cała ta zabawa przestała ją rajcować. Ile można... - Ale żeby to był ktoś miejscowy. Przydałby się tu ktoś nowy. Nie mogę już patrzeć na te same ciągle gęby. - Masz wymagania. Miejscowy...Możemy tak czekać do końca świata - Marcin zsunął się z muru. Przeskoczył rów i stanął na skraju szosy. - Coś jedzie - stwierdził. Podeszli do niego. Patrzyli w stronę nadjeżdżającego samochodu. Po chwili Gruby wzruszył ramionami. - Ledwo się telepie. Jakiś stary grzmot, albo przestraszył się tych tablic. Zdąży zahamować - stwierdził tonem doświadczonego znawcy. Faktycznie. Po chwili minął ich rozklekotany Polonez. Wrócili na murek, do swych stałych zajęć: dłubania w nosie, ziewania i przeglądu garderoby. Nuda. Julia miała doskonały słuch. W końcu chciała kiedyś tańczyć w balecie. Czajkowski...Wróciła na szosę. Teraz już wyraźnie słychać było pracujący na wysokich obrotach silnik. Po chwili zza łuku szosy, w cieniu wiszących nad nią starych konarów pojawił się, wzbijając kłęby kurzu, czerwony samochód. Ten kierowca na pewno nie przejął się policyjnymi ostrzeżeniami. Pędził ile mu fabryka dała. W chwili gdy był kilkadziesiąt metrów od niej, Julia, stojąca dotąd nieruchomo, wyskoczyła na środek szosy... Wściekle zapiszczały opony znacząc asfalt czarnymi krechami! Jechał za szybko, nie miał szans wyhamować. Na kilka chwil przed uderzeniem kierowca skręcił gwałtownie. Zbyt gwałtownie. To nie był bolid Formuły pierwszej. Pojazd stanął prawie dęba kantując na dwóch kołach. Obracał się na dach uderzając w krawędź rowu. Nie zatrzymał się w nim, lecz odbił się i wykręcając szalone piruety wylądował w