Thriller · 38 min czytania
Nueves (odcinek 7, ostatni)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dziwnym zbiegiem okoliczności, przed ważną decyzją albo wielkim wydarzeniem człowieka nagle zaczyna cisnąć. Dlatego krótko przed dotarciem do celu po prostu musiałem się zatrzymać i iść się odlać. Zajechałem w znajome okolice okrężną drogą - nie chciałem wjeżdżać do miasta, żeby nikt mnie nie zauważył ani nie rozpoznał. Nie chciałem też mijać posiadłości Victora Mendozy - miałbym utrudnione manewry, gdybym zbyt szybko wracał tą samą drogą z powrotem, w drugą stronę; pamiętaliby mnie i mogli zaczepić. Na to nie mogłem pozwolić. Oczywiście, jechałem prosto do tejże willi za miastem, przypomnieć się paru starym znajomym - ale oprócz założenia nie miałem na razie nic. Żadnego planu. Wiedziałem, że nie mogę tam wlecieć jak torpeda - zabiliby mnie albo sam bym się zabił, gdybym przedobrzył. Nie miałem też broni. Musiałem się tam dostać inaczej. Mądrzej. Jeśli to mi się uda, reszta pójdzie jak z płatka. Dumając nad tym, rozmyślając i kontemplując, oddałem kilka litrów moczu, zapiąłem rozporek i szedłem z powrotem do auta.Obszedłem wóz z tyłu i ruszyłem do drzwi, od strony drogi. Pisk. Zgrzyt i chrobot żwiru. - Jak łazisz, cielaku? Byłem zaskoczony, bo krzyk wyrwał mnie z kompletnego zamyślenia. Spojrzałem w górę, wprost przed siebie, skąd dobiegał. Przede mną - może pół metra od mojej twarzy - stała furgonetka a jej kierowca wydzierał się na mnie. - Z drogi, bucu! - Przepraszam, przepraszam, przepraszam - udałem skruchę. Dostawca w charakterystycznej niebieskiej czapce miejscowej firmy cateringowej poczuł się, zasypany przeprosinami, kimś ważnym. Chciał się poczuć jeszcze ważniejszy - wyszedł z wozu i zamierzał mnie obić. - Ja ci, kurwa, pokażę! Mnie tu się spieszy do Mendozy, a ten mi wyskakuje jak jakiś niedorozwinięty królik. Zamachnął się na mnie, ale uchyliłem się, po czym z prostej dałem mu po nerach - tam gdzie boli, i gdzie nie widać śladów. Uniknąłem jego kolejnego ciosu; jego ramię świsnęło mi nad głową. Poprawiłem mu z prawej na drugą nerkę, a gdy nawet nie spróbował mi oddać, z lewej dostał w brzuch. Gdy zgiął się wpół, zaszedłem go od tyłu i objąłem ramieniem za szyję, prostując go. Chwyciłem go obiema rękami za łeb, zacisnąłem splot i szybkim ruchem skręciłem mu kark. Mruknąłem z zadowoleniem, gdy kręgi szyjne chrupnęły złowieszczo. Nie puszczając trupa, zaciągnąłem go w cień przydrożnych drzew. Ściągnąłem z niego niebieską firmową koszulkę i przebrałem się w nią, a swoją - brudną i wytartą - wcisnąłem na niego. Wsunąłem na głowę czapkę z daszkiem. Sztywnego gościa od cateringu zawlokłem do własnego auta i posadziłem w na miejscu kierowcy. Chwyciłem go za włosy, odchyliłem mu głowę do tyłu po czym grzmotnąłem nią w kierownicę, aż klakson zatrąbił. Zostawiłem go tak - żeby chociaż na pierwszy rzut oka wyglądało na wypadek. Zatrzasnąłem drzwi i, przebrany za cateringowca, wsiadłem do jego wozu i odjechałem. Furgonetka miała jechać do Casa Mendoza. Dla mnie było to po drodze. Ba! Tam właśnie chciałem się udać, a teraz miałem nawet pretekst, by się tam dostać. Gdy zajechałem pod białe mury posiadłości, z trudem powstrzymałem szczękościsk i grymas gniewu na twarzy. Minąłem drogę prowadzącą do bramy głównej i zatrzymałem się nieco dalej, przy węższej dróżce, wiodojącej do jednego z bocznych wejść. Prosty cateringowiec nie mógł wejść tą samą drogą, którą wjeżdżały do środka drogimi furami największe szychy w okolicy i najbliżsi goryle Mendozy. Wysiadłem i... cóż, próbowałem być cateringowcem. Robić swoje, nie oglądać się na boki, nie patrzeć gorylom w oczy. Wziąłem skrzynkę z naczepy i, ściągając ramiona do przodu i pochylając głowę, poszedłem w stronę małej furtki. Poczułem na sobie czujne, ale jedynie przelotne spojrzenie ochroniarza. Był chyba jakiś nowy, bo nie poznałem go, przynajmniej patrząc z daleka. On też mnie nie poznał. Nie przyjrzał mi się nawet. Ot, rzucił spojrzeniem jak na element krajobrazu, i zajął się wypatrywaniem potencjalnych zagrożeń. Ja mu na takie nie wyglądałem. Bo wystarczą pozory - oczy spuszczone, chude ramionka i mina typu "przepraszam, że żyję" a będziesz dla ludzi małym robaczkiem, którego zadepczą raczej z nudów niż z ostrożności. Szedłem przez placyk wewnątrz murów dokładnie tak - jak robaczek. Wolnym, nerwowym kroczkiem, prosto do kuchni, gdzie miałem odstawić skrzynkę i iść po następną. Facetowi na progu małych, kuchennych drzwi nawet się nie przyjrzałem - i on również zupełnie mnie zignorował. Byłem tylko cateringowcem - jeśli przepuścili mnie strażnicy przed murem, on nie musiał robić nic. Wszedłem i zamknąłem za sobą drzwi. Uderzyła mnie duszna atmosfera kuchni - bulgoczące gary i nieznośny smród tego, co się w nich gotowało. Ale cieszyłem się, że dostałem się właśnie tu. Miałem z zasięgu ręki cały arsenał noży i tasaków - coś, z czego mogłem i zamierzałem zrobić dobry użytek. Odstawiłem skrzynkę i zamierzałem się właśnie rozejrzeć, gdy do pomieszczenia wlazło babsko i pomieszało mi szyki. Weszła do kuchni z przyległego pokoju gdy akurat zwrócony byłem twarzą do niej. Stanęła jak wryta. Ja również zamarłem. Dolores. Stara kucharka; gotowała tu od lat i znała dobrze każdego z nas. Mnie również. Pozna czy nie pozna? Zmieniłem się przecież. Nie było mnie dwa miesiące, przez które najpierw przytyłem jak balon od parówek, potem schudłem na skromnych posiłkach Rosality. Byłem raczej chudy, a teraz jeszcze spuchnięty od kaca i siny pod oczami. Miałem dłuższe, tłuste włosy i byłem zarośnięty jak nigdy. Gdy zobaczyłem się wcześniej rano w lusterku auta, sam się ledwo poznałem. W dodatku przecież nie żyłem. - Emilio... - wyszeptała. Cholerne babsko! Poznała mnie! Jak? - Emilio, jakiś ty chudy! - Nie wiem, o kim pani mówi - mruknąłem, wycofując się. Głupia baba! Przecież nie żyłem, i dobrze o tym wiedziała, a jej w głowie tylko to, że za chudy jestem! - Emilo, przecież ty nie żyjesz! - krzyknęła. Bingo, kurwa! Rzuciłem się w jej stronę i zatkałem tę niewyparzoną gębę. I tak było za późno. Krzyknęła tak głośno, że strażnik przy drzwiach musialby być głuchy, żeby nie usłyszeć. - Co tam się dzieje? Goryl otworzył drzwi i stanął na progu, z bronią gotową do strzału. W małej, dusznej kuchni zobaczył przerażoną, grubą babę i duszącego ją cateringowca. Nim strzelił, zatoczyłem Dolores i pchnąłem w jego stronę, więc gdy otworzył ogień, to ona zebrała kule przeznaczone dla mnie. Wpadła na niego, zawisając mu na szyi. Nie upadł, ale musiał ją objąć i podtrzymać, żeby samemu nie stracić równowagi. Tę sekundę przerwy wykorzystałem - chwyciłem nóż leżący na stole i gdy już puszczał Dolores, cisnąłem w niego. Nóż poszybował ruchem wirowym i utkwił mu w brzuchu. Strażnik osunął się na ziemię. Starczyło mi czasu tylko na to, żeby doskoczyć do niego i zabrać mu broń. Momentalnie przez drzwi wejściowe do kuchni wtargnął następny. Niemal się o mnie potknął, gdy brałem spluwę - lecz nim zdążył zorientować się, co się święci, i jakkolwiek zareagować, padłem na plecy, wymierzyłem i zrobiłem mu dziurę w twarzy. Gdy padł - prosto na mnie - zrzuciłem go z siebie z odrazą, sięgnąłem po upuszczoną przez niego berettę i wstałem. - Dolores, wszystko w porządku? - doszedł głos z pokoju obok. - Dolores? Gdy drzwi otworzyły się, gość stanął jak wryty. W jego okularach przeciwsłonecznych odbijały się trzy trupy i uwalany krwią cateringowiec, mierzący do niego z dwóch pistoletów. Pozwoliłem mu tylko odruchowo zamknąć drzwi, nim posłałem go do diabła jednym celnym strzałem. Pistolety miałem dwa, ale w nich tylko parę naboi, więc nie chciałem bawić się w symetrię. Podbiegłem do niego, z jedną berettą cały czas w pogotowiu i zabrałem mu okulary, po czym wsunąłem je sobie na nos. Ściągnąłem z niego sportową marynarkę i założyłem na siebie. Niebieską czapeczkę z daszkiem cisnąłem w kąt. Nie łudziłem się, że nikt nie usłyszał całej tej strzelaniny. Pewno cała gromada zbirów okrążała teraz dom, szukając cateringowca. Wyszedłem z kuchni do pokoju obok. Byle przed siebie. Miałem dwie beretty, parę naboi i nic do stracenia. Do pokoju, z przeciwnej strony, wparowało trzech goryli. Trochę mnie zatkało - wiedziałem, że z trzema idącymi na mnie uzbrojonymi gościami nie mam szans. Ale nie zobaczyli tego po mnie. Szeroko otwarte oczy zasłoniły okulary. - Mamy cztery trupy w kuchni - krzyknąłem desperacko, udając, że ledwo dyszę. Bez słowa wszyscy trzej polecieli gęsiego do kuchni. Minęli mnie i kolejno wybiegli z pokoju. Ostatni jednak zwolnił i obrócił się. Spojrzał zza okularów na mnie, na moją niebieską koszulkę, i wiedziałem, że zaraz strzeli. - Ty...! - zdążył powiedzieć, nim zrobiłem mu dziurę w grdyce. Olbrzym za nim odwrócił się powoli. Jemu rozwaliłem twarz i poprawiłem w czoło, a ostatniemu sprzedałem dwie kule w plecy. Nie mogłem czekać, aż się odwróci. Nie miałem czasu. Wiedziałem, że zaraz przyjdą następni. Wyrzuciłem jedną berettę - czułem po ciężarze, że jest pusta. Zabrałem broń jednemu z trzech. Cofnąłem się też do kuchni po czapeczkę. Wcisnąłem ją za pas i zakryłem marynarką. Potrzebowałem przynęty. Wszyscy w tej grze byliśmy i łowcą, i zwierzyną. Oni mieli większe siły. Ja miałem tylko siebie - dwie dłonie na pistolety, i spryt. Nie zamierzałem uciekać, chować się. Bez względu na to, ile ich było przeciwko mnie, szedłem im naprzeciw. Wyszedłem do następnego pokoju. Był to główny hol. Drzwi wejściowe, przejście do trzech innych pokoi na parterze i schody na piętro. Gdy wyszedł z nich gruby, masywny gość w okularach, z włosami związanymi w kucyk, z cygarem i karabinem przewieszonym przez ramię, już miałem ciągnąć za spust, gdy najspokojniej w świecie spytał: - Macie go, Esteban? - Nie, senor - odparłem. - Szaleje gdzieś na tyłach domu. To wariat! - Załatwimy go - uśmiechnął się pod nosem, mierzwiąc brwi. - Chodź ze mną. Julio, bo tak miał na imię gość z kucykiem, był jednym z najbliższych goryli Victora Mendozy. Miałem nad nim tę przewagę, że ja go znałem, a on mnie nie. Nie mógł pamiętać mnie jako Emilia, a teraz pomylił mnie z jednym z zabitych. Błąd! Duży błąd! Gdy zmierzał do głównych drzwi, zauważyłem przemykających za oknami goryli, zamierzających wparować do holu. Doskoczyłem do Julio, chwyciłem go za rękę i wykręciłem do tyłu. Karabin zsunął się na podłogę. Wolną ręką ręką wcisnałem mu na głowę niebieską czapeczkę i kopniakiem posłałem w kierunku drzwi dokładnie w chwili, gdy strażnicy otwierali drzwi. Wpadł na nich, a gdy rozsunęli się, łapiąc równowagę, zatoczył się dalej i wypadł na dziedziniec. Bez namysłu wypalili w niego cały zapas amunicji. Niebieska czapka na jego głowie skutecznie ich zmyliła. Gdy przerwali, by przeładować broń, zapanowała konsternacja. - Kurwa, to przecież Julio... - wybełkotał jeden. - Rozwaliliśmy Julio... Już po nas... Nie pomylił się - tym razem nie. Gdy stali, i niektórzy przeładowywali, a inni stali jak zamurowani, pojmując powoli, co właśnie zrobili i czym to grozi, wyskoczyłem z holu i siałem ołów od prawa do lewa, dopóki wszyscy - a było ich z dziesięciu - nie leżeli na ziemi. Słysząc krzyki po prawej, od północnej ściany domu, cofnąłem się do wnętrza i podkradłem się do ściany holu. Widziałem przez okno, jak wolno, ostrożnie, zakradają się do wejścia. Otworzyłem ogień i wykańczałem wszystkich przez okno. Szyba rozprysnęła się na tysiąc kawałków a goryle padali, zaskoczeni, obrywając po plecach, po bebechach - gdzie popadnie. Odetchnąłem głęboko, gdy przez dłuższą chwilę nie słyszałem ani żadnych kroków, ani krzyków. Wcisnąłem za pas dwie beretty. W rękach cały czas trzymałem karabin. Zebrałem magazynki, które powypadały z rąk tym, którzy wykończyli Julio i których przy przeładowywaniu rozwaliłem ja. Spojrzałem groźnie na schody prowadzące na piętro. Zrobiłem głęboki wdech i wydech, i poszedłem sprzątać. Drzwi otworzyły się przede mną same. Kolejny goryl, najwyraźniej zmylony ciszą, wyszedł. Sam nadział się na lufę - z rozpędu wszedł na mnie, a muszka wbiła mu się w splot słonecznny. Ja musiałem już tylko pociągnąć za spust. Zatoczył się do tyłu, odrzucony siłą strzału, odbił się od drzwi, stracił równowagę, upadł i potoczył się po szerokich schodach na sam dół. - Pepe? - dobiegło z korytarza. - Pepe? I wtedy zobaczyłem Juana Carlosa. Była to jedna z tych chwil, gdy czas zwalnia. Sekunda ciągnie się w nieskończoność, obraz rozmywa się przed oczami, dźwięki są głuche i dudniące, a człowiek jakby obserwował siebie z zewnątrz. Już wiadomo, że wszystko jest przesądzone, i teraz można tylko czekać. Kto miał zrobić ruch, już go zrobił, kto miał przegrać - przez niekończącą się sekundę czekał na decydujące posunięcie. Była to tylko sekunda, a wydawała mi się całą wiecznością. Tak jakbym trzymał wciśnięty spust przez stulecia, a Juan Carlos zamarł na wieki z miną niewyobrażalnego zdumienia. Poruszał ustami, ale nie słyszałem go. Gdzieś na krańcach świadomości docierało do mnie, że wymawia moje imię. Dla mnie wyglądał jak ryba, chwytająca powietrze, świadoma tego, że zaraz umrze. Gdy rozległ się huk wystrzału a w piersi Juana Carlosa kula wywierciła dziurę buchającą krwią, czas wrócił do normy. Sekunda była tylko sekundą. Tylko tyle trwało, nim mój dawny przyjaciel padł martwy na ziemię. Spojrzałem na trupa z pogardą i nienawiścią. Martwe oczy zastygły, szeroko otwarte, zdumione; patrzyły prosto na mnie. - Spoczywaj w pokoju, skurwysynu... - mruknąłem, butem przewracając trupa twarzą do podłogi. Wciąż stałem na progu. Nasłuchiwałem kroków - na dole, jak i w którymś z pokoi po lewej, po prawej, czy na wprost. Na parterze nie było żadnego ruchu. Na piętrze też cisza. Dopiero po chwili wychwyciłem cichy, stłumiony świst. Dochodził z zewnątrz, skądś po przeciwległej stronie domu. Ruszyłem kocimi susami przez pokój i wtargnąłem do następnego, a z niego do wielkiego pokoju gościnnego, z ogromnym, płaskim telewizorem, wielką, białą kanapą i barkiem. Drzwi prowadzące na balkon były szeroko otwarte. Na obszernym tarasie gorączkowo kłębiło się paru ludzi. Usiłowali się, wszyscy naraz, wgramolić do wiszącego w powietrzu przy balustradzie helikoptera. Wygarnąłem do nich z automatu i patrzyłem, jak jedni cofają się i padają martwi, zachlapując krwią balkon a inni wypadają z krzykiem przez barierkę. Helikopter zakołysał się i począł się oddalać. Wybiegłem na taras, nie przerywając ognia. Victor Mendoza zdołał wciągnąć swoje grube dupsko na pokład. Poprowadziłem równą serię po kadłubie. Wtedy skończyła mi się amunicja. Rzuciłem karabin i wyciągnąłem zza pasa dwie beretty. Uniosłem je do góry. I wtedy z góry spojrzał na mnie krzywy ryj mojego dawnego szefa. Usłyszałem terkot a z trzymanego przez niego karabinka posypały się w moją stronę strzały. Helikopterem zarzuciło nieco, więc seria poszła po ścianie tuż nade mną. Gdy przeładowywał, przekoziołkowałem w kąt balkonu, tak że gdy podniósł twarz, musiał przez chwilę mnie szukać wzrokiem. Mierzyłem do niego z obu pistoletów, lecz bezskutecznie próbowałem ustrzelić. Helikopter kołysał się a strzały padały o centymetry za daleko w prawo czy w lewo. - Kurwa... - warknąłem pod nosem. - Giń, do cholery! Wiedziałem, że amunicja mi się kończy. Lada chwila zabraknie mi naboi i zostanę bezbronny w szczerym polu, a wtedy Mendoza mnie rozwali. Za mało czasu, by się cofnąć - a nie chciałem zebrać kuli w plecy. Bez namysłu ruszyłem do przodu. Znowu czas zwolnił. Helikopter wisiał w powietrzu prawie nieruchomo a łopaty obracały się leniwie. Nalana twarz Mendozy, lekko zarośnięta, była zastygłą maską gniewu. Zbliżałem się do niej, brnąc jak po dnie oceanu. Czułem każdy mięsień, doskonale kierowałem każdym krokiem, każdym ruchem - znowu tak jakbym widział siebie z zewnątrz i jedynie sterował swoimi ruchami, a nie był sobą. Gdy poczułem szarpnięcie w prawym ramieniu, puściłem trzymaną w prawej ręce berettę. Nie czułem bólu. Rwanie, i jakieś stłumione uczucie ssania - nic ponadto. Nie zatrzymałem się. Dobiegłem do barierki - niemal wpadłem na nią - i pociągnąłem za spust. Raz i drugi. Huk wystrzałów dudnił mi w uszach blaszanym pogłosem. Patrzyliśmy sobie - Mendoza i ja - w oczy. Nagle uniósł brwi. Poznał mnie - byliśmy nie dalej jak cztery metry od siebie. Poznał. Zdziwił się. Zawahał. - Co? - spytał. Nie słyszałem tego. Widziałem tylko, jak wykrzywia usta w wyrazie pytania. Po chwili - po tej nieskończonej sekundzie - wszelki wyraz na zawsze zniknął z twarzy Mendozy. Zniknęła jego nalana twarz, rozszarpana, i zalana krwią. Z dziury na piersi lała się gęsta krew; wsiąkała w żółtą koszulę Victora. W ostatnim spazmie zacisnął palec na spuście, ale gdy upadł na plecy, długa seria poszła w dach helikoptera. Z wirnika poszły iskry a śmigłowiec zachwiał się i przechylił na prawy bok. Victor wypadł z kabiny, głową w dół. Łopaty zwolniły aż prawie przestały się obracać a pojazd szerokim łukiem runął na ziemię. Patrzyłem na kwiat eksplozji z cichą satysfakcją. Potem na Mendozę, leżącego na dnie basenu. Podniosłem berettę i wsunąłem ją sobie za pas. Zszedłem z balkonu i w pokoju siadłem na białej kanapie. Szum krwi w uszach ucichł. Serce uspokajało się a oddech był coraz wolniejszy i cichszy. Wówczas poczułem ból. Dopiero wtedy zauważyłem krew wypływającą z rany na ramieniu. Tuż pod tatuażem kula wwierciła się w mięśnie, po czym przebiła się i wyleciała z drugiej strony. I choć kula przeleciała na wylot, nie utkwiła ani w krwawym mięsie, ani w kości, ból był nieznośny. Oberwałem rękaw niebieskiej koszuli i tak uzyskany pas materiału lewą ręką zacisnąłem na ranie. Przytrzymując jeden koniec zębami, zawiązałem mocno, aż stęknąłem z bólu. Opadłem na białą kanapę i gapiłem się w wyłączony telewizor. Nie miałem ochoty na telewizję. Byłem zmęczony. Zmęczony i syty - upojony krwią wrogów. Zniszczyłem potęgę Victora Mendozy. Zmusiłem do tchórzowskiej ucieczki, a na koniec zabiłem. Odpłaciłem śmiercią za śmierć. Jemu i Juanowi Carlosowi - Judaszowi, który stał i patrzył, jak ginę. Reszta moich winowajców albo już od dawna nie żyła, albo załatwiłem ich sam a nie zauważyłem. Nie chciało mi się teraz iść przewracać trupy i sprawdzać dla satysfakcji. Chciałem odpocząć. - Witaj, przystojniaku. Podskoczyłem i, obracając się do tyłu, szybkim ruchem dobyłem lewą ręką berettę. - Nie strzelaj! Nie mam broni! - krzyknęła kobieta, unosząc ręce do góry. Zmierzyłem ją wzrokiem od góry do dołu. Nie po to, by sprawdzić, czy gdzieś jednak nie chowa broni. Nie było takiego miejsca pod skąpym bikini, gdzie zdołałaby ukryć cokolwiek, co mogło zabić. Po prostu - była niezłą sztuką. Niezgorsze bioderka, jędrne cycki i burza czarnych włosów. - No to zostaliśmy tylko my dwoje - stwierdziła, unosząc brwi. - Ty. I ja. Podeszła do mnie nonszalanckim krokiem i spojrzała mi