Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 22 min czytania

Numer 159

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Okolica była wprost wymarzona do tego aby się w końcu zatrzymać, zrobić kilka przysiadów, zjeść kanapkę i ruszyć w dalszą podróż. Jonatan nacisnął na hamulec i dwutonowy jeep gładko wytracił prędkość zjeżdżając z drogi na miękkie pobocze. Wreszcie mógł wyłączyć silnik. Po czterech godzinach bezustannej jazdy w tym piekielnym upale, w jego głowie po tym jak otoczyła go nagle cisza, wciąż szumiało. Przymykając oczy miał wrażenie, że dalej pędzi przed siebie, a maska jego samochodu połyka z rozkoszą kilometry drogi. Wygramolił się wreszcie na zewnątrz ziewając przy tym szeroko i rozprostował kości, aż coś mu chrupnęło nieprzyjemnie w kręgosłupie. Jeszcze tylko godzinka i będę na miejscu, pomyślał z satysfakcją. Oparł się o maskę samochodu i zapatrzył przed siebie. Wciąż się nie mógł zdecydować, czy dobrze zrobił decydując się po tylu latach na podróż do rodzinnego domu. Wprawdzie dawno już przebaczył ojcu bezceremonialne wygnanie z domu, ale to uczucie zawodu, zdrady wręcz, wciąż tkwiło w nim głęboko i było jak stary zaropiały kolec kaleczący duszę. No i te oczy matki, gdy opuszczał dom… Czy naprawdę chciał wracać? Matka i tak już nie żyła, więc właściwie, po co? Po jaką cholerę? Sam nie wiedział, co go podkusiło. To był moment, gdy poczuł, że musi tam wrócić. Myśl, która nieoczekiwanie wdarła mu się w głowę i została w niej do teraz. Ale skąd się wzięła? Czy to ważne, stwierdził w końcu? Przyjadę, zobaczę go, może się nawet nie odezwie, i odjadę. Tak. Tak to pewnie będzie wyglądało, doszedł do wniosku i kończąc przykre rozmyślania rozejrzał się wokoło. Dopiero teraz tak naprawdę dostrzegł, w jakim miejscu się zatrzymał. Krajobraz do złudzenia przypominał jego rodzinną wioskę. Tyle, że do niej miał jeszcze z grubsza licząc prawie sto mil do przejechania. A mimo to, gdyby jechał jako pasażer i spał, obudzony w tym miejscu dałby sobie głowę obciąć, że jest już na miejscu. Te same pagórki na horyzoncie poprzetykane pojedynczymi kępami drzew, po lewej strzelista wieża starego zamku, w którym tak bardzo lubił szwendać się jako dzieciak, dalej rdzawa plama dachu olbrzymich magazynów zbożowych… No i ta rzeka! Wypisz wymaluj, wyglądała jakby ją ktoś odbił przez kalkę i przeniósł o te sto cholernych mil wcześniej.

Coraz bardziej zaciekawiony podobieństwem dwóch miejsc Jonatan uznał, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby ciut dokładniej spenetrować okolicę. W końcu wcześniej nie słyszał, aby w pobliżu jego rodzinnej miejscowości rozpościerał się bliźniaczy krajobraz, i było całkiem zrozumiałe, że wpadł na taki pomysł. Cóż… człowiek od zarania miał nos najwidoczniej po to, aby go wtykać tam, gdzie go jeszcze nie było. Poza tym, i tak nigdzie mu się nie śpieszyło, a ciekawość rozpalała go coraz bardziej. Podbudowany tą myślą otworzył bagażnik, wyciągnął z torby opakowaną w cienką folię bułkę z żółtym serem i pogryzając ją ruszył w kierunku widocznego w odległości kilkunastu metrów koryta rzeki. Miał zamiar dotrzeć do starej chaty, którą miał w tej chwili przed sobą, jakąś milę dalej patrząc wzdłuż rzeki. Jeśli (uznając oczywiście, że padł ofiarą własnego roztargnienia, co do mapy) miałaby to być jego wioska, to ten stary dom musiałby być… jego domem – z daleka też był podobny. Jak dwie krople wody. Było to oczywiście absurdalne podejrzenie, ale Jonatan nie przejmował się tym. Miał ochotę na ten spacer. Poza tym, jakiś głos w jego głowie uporczywie powtarzał mu, że powinien zawrócić, wsiąść do jeepa i ruszać stąd w cholerę póki jeszcze nie jest za późno. Ów głos był najwidoczniej cwany jak sam diabeł, bo wiedział, że Jonatan to natura absolutnie przekorna, i jeśli mówi mu się, że ma usiąść, to na sto procent facet będzie stał jak kołek. Stało się więc to, co było nieuniknione w tej sytuacji – Jonatan, co prawda przez moment zawahał się, przystanął nawet w połowie drogi między samochodem, a brzegiem rzeki, ale w końcu machnął ręką, jakby odganiając wątpliwości i poszedł dalej. Niby na co miałoby być za późno, zaśmiał się w myślach?

… Przeszedł już z ćwierć mili, a szara plama starego domu wciąż tkwiła w tym samym miejscu i w ogóle nie wydawało się, że jest coraz bliżej. Było to trochę dziwne. Jonatan zatrzymał się, odwrócił i spojrzał w miejsce, z którego wyruszył – dostrzegał jeszcze zarys jeepa. Może jednak wrócić, zapytał sam siebie? „Aaa…, pieprz to! Te parę głupich metrów jeszcze możesz przejść” – wewnętrzny głos był zdecydowany. – „Chyba nie obleciał cię tchórz, co?!”

Uśmiechnął się do swoich myśli i ponownie ruszył przed siebie. Po kilkunastu krokach uświadomił sobie dlaczego dom wydawał się wciąż tak odległy. Spowijała go delikatna mgła sprawiając, że jego kontury miękły i zacierały się z daleka. Spojrzał w niebo i ze smutkiem stwierdził, że nie widać już błękitu, a słońce skrywały szare i sine chmury. Zrobiło się też chłodniej. Był zły na siebie. Zaklął w duchu mając nadzieję, że nagle nie lunie. W przeciwnym razie szykował mu się prawdziwy prysznic. Przyspieszył kroku i teraz z każdym mijanym metrem drewniana chałupa rosła mu w oczach. Z każdą też chwilą mgła robiła się coraz gęstsza i Jonatan zaczął w końcu żałować, że dał się skusić na wypad. Co ja najlepszego robię, zastanawiał się? Mogłem jechać. Byłbym już prawie na miejscu…

W końcu dotarł. Stał na wydeptanej ścieżce prowadzącej do furtki w ogrodzeniu. Po prawej stronie leniwie snuła się w korycie ciemna woda, po lewej zaś tkwił nieruchomo niczym namalowany, ciemny las. Stare drzewa milczały, jakby zdziwione pojawieniem się człowieka w tym miejscu. Było cicho jak makiem zasiał. Jonatan zadrżał, bo tak właśnie zachował w pamięci swój rodzinny dom – cichy, wciśnięty między niemy las i delikatnie szemrającą rzekę. Rozglądając się wokoło i wciąż nie mogąc się nadziwić, że oto widzi przed sobą do złudzenia podobne miejsce, jak to które zapamiętał z dzieciństwa i młodości, ruszył w końcu powoli w stronę furtki. Powinna skrzypieć, gdy tylko ją dotknę, przypomniał sobie. Chryste, mam nadzieję, że ta jest naoliwiona! Ojciec Jonatana zawsze zapominał o tym, i w końcu jego żona przestała mu o tym przypominać, dochodząc do wniosku, że to może i lepiej, bo przynajmniej siedząc w domu i słysząc to przeraźliwe skrzypienie było wiadomo, że ktoś idzie. Dotykając furtki Jonatan czuł się teraz tak, jakby cała jego dusza przysiadła mu na ramieniu. Wreszcie pchnął ją najdelikatniej, jak potrafił. Ciszę rozdarło przeraźliwe skrzypienie… Chyba zwariowałem, pomyślał słysząc upiorny zgrzyt. Albo mam jakieś pieprzone de ja vi. Wszedł na kamienie wyznaczające ścieżkę prowadzącą do drzwi domu. Znowu przystanął i zaczął się zastanawiać. Wiedział, że to ostatni moment, aby się wycofać. Tym bardziej, że wyglądało na to, że dom jest opuszczony – szyby w oknach były brudne, zasłonięte od wewnątrz czymś szarym. Dach nad wejściem zwisał niemal do połowy ściany, jakby go ktoś pociągnął z wielką siłą i zostawił własnemu losowi. I ta cholerna mgła. Postał jeszcze chwilę niezdecydowany, co robić dalej i nagle, sam nie wiedząc dlaczego, skierował się na tył domu. Przecisnął się przez olbrzymie chwasty sięgające niemal dachu, przebrnął przez jakąś kupę starego żelastwa i nagle stanął zdumiony. – Chyba śnię…– szepnął sam do siebie. – Coś takiego…? Patrzył na zarośnięty chwastami cmentarz. Przynajmniej to nie zgadzało się z otoczeniem jego domu. Na powierzchni przypominającej połowę boiska piłkarskiego, z wysokiej trawy wyrastał las drewnianych krzyży. Stały w kilku idealnie równych rzędach. Ostanie tonęły już we mgle, ale Jonatan podejrzewał, że ciągną się one pod sam brzeg lasu. Stał na skraju cmentarza, gapił się w las krzyży i tak był zaskoczony tym co widział, że na moment zapomniał, po co tu właściwie przyszedł. Jak człowiek, który wyrwany zostaje nagle ze snu i w pamięci ma jeszcze końcówkę koszmaru sennego, podszedł w końcu niemrawo do pierwszego z brzegu krzyża i nachylił się chcąc przeczytać kto został pod nim pochowany. Zamiast imienia i nazwiska zobaczył jednak niezdarnie wygrawerowaną cyfrę „0”. Żadnej innej, choćby najlichszej wiadomości… To wprawiło go w jeszcze większe zdziwienie. Prześlizgnął się wzrokiem kolejny raz po gładkim monumencie i podszedł do następnego. Ale i na nim oprócz tym razem „1” nic więcej nie wypatrzył. Sprawdził jeszcze kilka następnych krzyży docierając w ten sposób do ostatniego z rzędu, na którym jakaś niewprawna ręka wydłubała cyfrę „11”. – Dziwne – mruknął pod nosem. – Co to za upiorne miejsce?! Zaczął się wycofywać, gdy wtem przyszła mu do głowy myśl, żeby sprawdzić ostatni z grobów. Nie było go widać we mgle, więc ruszył w kierunku granicy lasu. Po przejściu kilkudziesięciu metrów pomiędzy zarośniętymi mogiłami dotarł wreszcie tam gdzie chciał. Koniec tej cmentarnej niespodzianki wieńczyły dwa krzyże, jednak te leżały na ziemi w miejscu, gdzie powinny znajdować się mogiły. Na jednym z nich widniała cyfra „159”, na drugim tymczasem nic nie było.

Jonatan nie wiedział, co o tym myśleć. Nic rozsądnego nie przychodziło mu do głowy. Wyglądało na to, że był to prawdziwy cmentarz z tradycyjnymi mogiłami. Ale skąd, u licha, i po co, te dziwaczne cyfry?! Po co komuś ponumerowane krzyże, zachodził w głowę? Naraz po plecach przebiegły mu ciarki. Jakiś irracjonalny strach podpełzł do gardła i kazał mu czym prędzej wynosić się stąd. Tym razem się nie zastanawiał. Usłuchał własnej intuicji i prawie biegiem ruszył z powrotem. Z każdym krokiem w jego głowie potęgowało się wrażenie, że za plecami coś zbliża się do niego. Wyobraźnia podpowiadała mu, że może to być coś strasznego, wielkiego i kosmatego, z zakrzywionymi szponami i wystającymi z paszczy ostrymi kłami. Niemal czuł obcy, gorący oddech na karku. Włosy zjeżyły mu się na głowie, a całe ciało przebiegł dreszcz strachu. Nie rozumiał skąd wzięło się to uczucie paniki, bo przecież żadnych kroków za sobą nie słyszał. Ale coś było tuż za nim, i dałby sobie głowę obciąć, że się nie myli. Naraz, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko minęło. Gdy tylko przekroczył krawędź cmentarza. Strach gdzieś odpłynął zostawiając po sobie jedynie zimne krople potu na czole. Jonatan odetchnął z ulgą, ale nie odważył się obejrzeć za siebie. Zwolnił tylko i spokojnym już krokiem wszedł na dziedziniec chaty. Był już na ścieżce z kamieni, gdy kątem oka złowił w szybie jakiś ruch. Zatrzymał się, wstrzymał oddech i zaczął się wpatrywać w kawałek brudnego szkła. Czuł, jak serce ponownie zaczyna mu bić coraz szybciej. Zdawało mu się, że szara zasłona wciąż jeszcze lekko drga, jakby muśnięta dłonią. Ale równie dobrze mógł to być tylko psikus jego wyobraźni. Dlaczego nie? Gdy tak stał bez ruchu, za jego plecami rozległ się nagle trzask. Stało się to tak nieoczekiwanie, że Jonatan aż podskoczył ze strachu. Błyskawicznie odwrócił się i… zobaczył napuszonego kocura przycupniętego na płocie. Z ulgą wypuścił powietrze z płuc, mając przyjemne wrażenie, że uwalnia w ten sposób sporą…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%