Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Religia · 8 min czytania

O, bogowie,o, boginie moi

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Jasny poranek witał nowy dzień a ciepły zachodni wiatr hulał wesoło po kamienno-glinianej komnacie chorego. Nastały dni wiosny, cudownej orzeźwiającej wiosny. Matki wszelkiego życia, która rodzi to co ma umrzeć. – Dni są coraz dłuższe, a niebo takie błękitne. Gdzie jesteś mój przyjacielu z Nieba? – szeptał starzec zerkając na jaskrawy błękit wlewający się przez kamienny otwór – kończy się żywot, który za wiele widział wiosen. Nastał czas pożegnań. – Sala była obszerna, ciemna i chłodna. Wilgoć i grzyb trawiły ściany, a unoszący mdły zapach bezlitośnie obnażał prawdę o chorym. Pharsafran umierał na chorobę wszystkich ludzi. Na starość.

Słońca górowały nad osadą a ciepły wiatr zachodni hulał wesoło po kamienno-glinianej komnacie chorego. Nastały dni wiosny, cudownej orzeźwiającej wiosny. Matki wszelkiego życia, która rodzi to co ma umrzeć. – Dlaczego cię nie ma przyjacielu? Jak długo mam jeszcze czekać. W końcu obiecałeś mi że jeszcze się zjawisz. Na moją siwą głowę przybądź – jęczał starzec zerkając na jaskrawy błękit wlewający się przez kamienny otwór – Niebo jest takie żywe, czy nie czas na twoją obecność? – Sala była obszerna, ciemna i chłodna. Wilgoć i grzyb trawiły ściany, a unoszący mdły zapach bezlitośnie obnażał prawdę o chorym. Pharsafran umierał na chorobę wszystkich ludzi. Na żal. Kobiety służyły mu w ostatniej jego drodze po tym świecie. Namaszczały go wonnościami, przyoblekały w lniane szaty i zmywały ropę z jego ust i klatki piersiowej.

Wieczór płonął żywą czerwienią a chłodny wiatr północny wdarł się do kamienno-glinianej komnaty chorego. Nastały dni zimy, martwej sennej zimy. Matki wszelkiej śmierci, która rodzi to co ma żyć. – Nadchodzi noc. A ciebie niema mój przyjacielu z Nieba. Wątpię w nasze spotkanie. Może zapomniałeś o mnie? – szlochał starzec zerkając na jaskrawą pochodnie słońc wlewającą się przez kamienny otwór. – Namaszczono mnie i pozostawiono samemu. Me ciało spocznie w kamiennym kurhanie. – Sala była obszerna, ciemna i chłodna. Wilgoć i grzyb trawiły ściany, a unoszący mdły zapach bezlitośnie obnażał prawdę o chorym. Pharsafran umierał na chorobę wszystkich ludzi. Na zwątpienie.

– Zbudź się o śpiący. – zawołał głos – Oto przybyłem do ciebie stary przyjacielu – Pharsafran zbudził się. Jego zmęczony wzrok podążył ku sierpowi miesiąca i gwieździe płonącej na czarnej twarzy władcy czarnego nieba. Tysiąc gwiazd, które jaśniały obok, nie były tak cenne jak ta jedna. – Jesteś – rzekł starzec. – Za dni cię nie było, gdy błękit był jasny, a teraz jesteś w ciemną noc. Czy to ty mój przyjacielu z Nieba? – W tejże chwili światło oblało komnatę chorego, a błękit wypełnił niebo. Było to najjaśniejsze niebo jakie staruszek kiedykolwiek widział. Niebo pełne mocy. Przed mężczyzną stanął chłopiec. Jego szaty miękkie i cudnie zdobione, pełne przepychu złota i srebrnych nici falowały na wietrze. Blond włosy chłopca iskrzyły niczym pioruny a ogromne niebieskie oczy, oczy Nieba, przyglądały się mu z ciepłem i wrażliwością. – Mój mały Książe. – mamrotał starzec – nareszcie.. – Gdy się spotkaliśmy po raz pierwszy nie byłem wiele wyższy od ciebie, przyjacielu. – odparł gość. Głos jego był melodyjny i chłopięcy. – Przedstawiłem się jako Książe, a ty spytałeś czemu nie król? Zaś ja odparłem że nie mam królestwa ani poddanych, by nimi rządzić. – – Wiele wiosen minęło. – mężczyzna pokiwał głową – Dziś jestem stary, zmęczony i ropa zalega mą wątrobę, kości, serce oraz krew. Jednak cieszę się że przybyłeś. Cieszą mnie każde twe słowa, bo są jak lampy jaśniejące w ciemnej komnacie. – Światło zza pleców chłopca rozbłysnęło, chłonąc jego delikatną sylwetkę. – Dzisiejszego dnia skończymy ostatnią lekcję, którą rozpoczęliśmy wiele lat temu. – stwierdził gość. – Pamiętam że w złości rozeszły się nasze drogi. W twojej złości, nie mojej. – Pharsafran zakasłał. Świst płuc nie rokował…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%