Fantastyka · 21 min czytania
O dziewczynie, która rozbijała lustra
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Oprowadzał mnie po salach Instytutu opisując kolejne "przypadki", a ja przyglądałem się im, robiłem notatki i tylko czekałem na znamienne słowa: "Ten jest twój", ale one jeszcze nie chciały się pojawić. Oni byli różni, feeria osobowości, niepojęci, szaleni, tacy jak wszędzie... Żadnemu nie poświęciłem więcej niż drobnego skrawka mojej uwagi. Byłem młodym i zdolnym psychiatrą. Za sobą miałem zdane z wyróżnieniem studia magisterskie, a przed sobą wielką, świetlaną karierę. Ta praca w Instytucie Wilmuta satysfakcjonowała w pełni (przynajmniej chwilowo) moje ambicje i próżność. Być może byłem głupi w tym swoim zadęciu, ale świat leżał u moich stóp i nie znałem słowa "niemożliwe". Wreszcie weszliśmy do ostatniego pokoju. Różnił się sporo od pozostałych - był umeblowany, honorowe miejsce zajmowały biblioteczka oraz wielka, czerwona, kontrastująca z zielonymi, NIE OBITYMI MATERACEM ścianami sofa. Siedziała na niej dziewczyna, na oko piętnastoletnia. Miała krótkie, mysie włosy i szare oczy pod przymkniętymi powiekami. Matowe, puste oczy. Siedziała nieruchomo. Sprzęty wyglądały na nieużywane. Gdzieś miarowo tykał zegar. Siedziała, trzymając ręce na kolanach i oddychała regularnie. A my staliśmy, zastygnięci w kontemplacji dziwnej postaci. Dziwnej po dziesiątkach rozkrzyczanych, rozdmuchanych osobowości. Mam wrażenie, że mój przewodnnik celowo pokazał mi najpierw tamtych. Chciał wywołać uczucie zdziwienia, szok. Udało mu się, ale tylko na drobną chwilę. - Katatonia? - mój głos przebił ciszę jak nóż ze świstem przecina powietrze. Dziewczyna drgnęła, a przewodnik uśmiechnął się cierpko samymi kącikami ust. - Tak nisko nas oceniasz? Wiesz, czym się zjamujemy - powiedział. Czekałem cierpliwie na wyjaśnienia. Świadomie wywołałem na twarzy grymas ironii i wyższości. Przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami. Nie podobało mu się, że przyjęli kogoś nowego, to niebezpieczne - wyczytałem z jego oczu. W końcu jednak spuścił wzrok i skapitulował. Westchnął, po czym wyciągnął z kieszeni jakiś płaski przedmiot. Obserwowałem uważnie jego poczynania. Położył tą rzecz przed "pacjentką" i szybkim ruchem odwrócił na drugą stroną, po czym natychmiast się odsunął. Było to lusterko, takie jakiego kobiety używają w podróży do poprawy makijażu. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy i spojrzała na nie. Widząc je, czy może bardziej swoje odbicie w nim zawarte, otworzyła usta w niemym krzyku i próbowała rozbić zwierciadełko, rzucając je na podłogę. Dywan nie pozwolił na to. W pokoju nie znajdowały się żadne ostre przedmioty, dziewczyna miotała się więc bezcelowo. Mój towarzysz przyglądał się temu z miną: "Znane, nic ciekawego", więc nie chcąc wydać swojego braku doświadczenia, przybrałem ten sam wyraz twarzy. W końcu nastolatka, trzymając lusterko tyłem do twarzy, ścisnęła z całej siły gładką powierzchnię palcami. Szkło pękło, kilka odłamków upadło kryjąc się w grubym dywanie, większość pozostała wbita w palce "chorej". Kilka kropli krwi zabarwiło biel jej sukienki. Ona tymczasem nie przerywała, ciągle gniotła pozostałe gładkie odłamki, aż ze zwierciadła zostały tylko ostre szklane igiełki i kryształki wielkości ziaren piasku. Zapatrzony na niecodzienne zjawisko nie zauważyłem, że mój przewodnik zniknął w międzyczasie, a teraz wracał w towarzystwie pielęgniarki, która wyprowadziła dziewczynę z pokoju. Przez cały ten czas "pacjentka" nie wydała ani jednago dźwięku, jej oczy poza początkowym przerażeniem pozostały matowe, a ruchy były powolne i dokładnie wyważone. - Co o tym sądzisz? - spytał, po dłuższej chwili milczenia i, nie dając mi czasu na odpowiedź, kontynuował. - Jej determinacja przechodzi wszelkie granice. Ostatnio, kiedy miała na sobie kaftan bezpieczeństwa, própowała zgryźć lusterko zębami. Mój planowany cyniczny, naukowy wykładzik diabli wzięli. Nie mogłem dłużej tamować zdziwienia. Nie tyle nad zachowaniem pajentki - widziałem już wiele groźniejszych przypadków, co jego. Musiałem zapytać: - Dlaczego więc teraz jej na to pozwoliliście? - Dla lepszej diagnozy, doktorze Contarel. Pracujemy nad nią trzy lata i nadal nie potrafimy dociec przyczyny dziwnego zachowania. Teraz pana kolej. Ona od dziś jest pana, doktorze. - uśmiechnął się uśmiechem "I kto jest teraz górą?", ale moja pewność siebie miała niesamowite zdolności regeneracji. Byłem gotowy stawić czoła wyzwaniu. - Zobaczymy - powiedziałem hardo. I wyszedłem.
* * *
Nie przekazali mi wyników swoich badań. Nie powiedzieli nic. Wszystko musiałem zaczynać od początku. Próbowałem rozmawiać... Na praktykach KAŻDEGO pacjenta udawało mi się zmusić do dialogu. Z Rei okazało się to niemożliwe. Odpowiadała półsłowkami, nie odsłaniając ani kawałka swojej duszy. Niemalże zwątpiłem czy ją ma. - Witaj Rei - brak jakielkolwiek reakcji jej strony. - Jak się dziś czujesz? - Dobrze - nawet na mnie nie spojrzała. - O czym myślisz? - O niczym.
No właśnie. Zwykle po prostu siedziała na sofie, wyglądając na pogrążoną w myślach, lecz jej oczy, szaro-złote oczy pozostawały puste. Co jej się stało? Co doprowadziło do takiego stanu? O co chodziło? Wiedziałem, że Instytut zajmuje się tylko szczególnymi przypadkami z dziedziny psychiatrii, fizjologii, chirirgii... Wiele się o nim słyszało. Choć dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że mówiono dużo... o niczym. Organizację ogarniała tajemnica. Prowadzono mnie zawsze prosto do kompleksu poświęconego mojej podopiecznej, nie widziałem pozostałych budynków, pokoi... Kiedyś przypadkowo (przynajmniej oficjalnie) otworzyłem drzwi do jednego z pomieszczeń, po których oprowadzano mnie pierwszego dnia. Było puste. Kilka kolejnych też. Jakby miejsce mojej pracy otaczała bezpieczna ściana bezosobowej próżni. Dlaczego mnie okłamali?
Część 22 / 2
- Witaj Rei... Jak się dziś czujesz? - uśmiechnęłem się przyklejonym uśmiechem lekarza. - Dobrze. - Gotowa do kolejnej serii testów? - Tak. Wcześniej próbowaliśmy z metalem, szkłem, plastikiem, folią... każdą powierzchnię, która w jakiś sposób odbijała światło. Efekt zawsze ten sam. Dziś ostatnia z serii "lustrzanych prób" - do szerokiej, płaskiej, czarnej, matowej miseczki nalałem trochę wody. Tak, by odbijała jej twarz. - Nachyl się Rei - zrobiła to. Spojrzała w taflę, zamrugała oczami i zastygła. Nic. Żadnej reakcji. Ożywiłem się - w końcu był to pewien przełom! - Rei? Dlaczego nie boisz się tego... zwierciadła? Zawsze przecież uciekałaś od swojego odbicia... - zapytałem z nadzieją. Może wreszcie czegoś się dowiem. - To woda - powiedziała dziewczyna. - Woda się zmienia. Nie... zabiera - zakończyła. Nie zrozumiałem. Stałem zastanawiając się nad jej słowami i kluczem w nich zawartym. Ona w tym czasie wzięła miseczkę i powolnym ruchem, przeglądając się w tafli jeszcze raz, wylała wodę na dywan. Nie wiedziałem co o tym myśleć. W każdym razie wyczułem postęp. Z odkrycia zwierzyłem się Duncanowi - mojemu przełożonemu-przewodnikowi, zanim jeszcze napisałem raport. Nie okazał zdziwienia czy zadowolenia tylko spojrzał pogardliwie. Czyżby moi poprzednicy robili podobnie? Nie, nie mogłem zwątpić w swoje zdolności. To dopiero początek. Bardziej niż rozbijanie luster męczyła mnie apatia Rei. Pomimo, że codzienne testy - EEG, EKG, testy krwi, moczu, psycho-ruchowe wychodziły normalnie, nie miała w ogóle woli ani własnego zdania. Nie miała w sobie życia. Co można zrobić z taką pacjentką? Przynosiłem jej różne rzeczy, czytałem, zadawałem ćwiczenia do wykonania, namawiałem do śpiewu czy rysunku. Wykonywała moje polecenia. Prace były dobre - technicznie, lecz pozbawione zupełnie charakteru. Nic jej nie ożywiało. Oprócz luster. Zapytałem ją raz czy nienawidzi siebie. Zaprzeczyła. - To dobrze - powiedziałem. - bo ja Ciebie lubię - uśmiechnęłem się. Niespodziewanie okryłem, że mówię prawdę. Pomimo nikłego postępu, codziennego strachu, że wyrzucą mnie z pracy (dwumiesięczny kontrakt lada chwila się kończył), czułem do niej sympatię. Nie mówiła wiele, zawsze wprowadzałam mnie w atmosferę spokoju, przez ostatnie kilka tygodni czułem się wyciszony jak nigdy, To ona był moją terapią, nie ja jej. Pod wpływem impulsu zbliżyłem dłoń do jej twarzy i pogładziłem policzek jej wierzchem. Chłodna, aksamitna skóra. Popatrzyła na mnie. Pierwszy raz spojrzała mi w oczy. Szaro-złote jeziora... Nie były puste, jak sądziłem. Bardziej myślałbym, że coś jest w nich głeboko ukryte. Zobaczyłem w nich siebie... Nagle jej źrenice rozszerzyły się, zaświecił w nich strach, odsunęła się gwałtownie, a kiedy chciałem ją przytrzymać, uderzyła mnie w twarz. Wtedy mnie oświeciło. Zobaczyła swoje odbicie w moich oczach! Teraz siedziała skulona w rogu kanapy szepcząc cichutko: - Nie, nie, już prawie... nie... Przeraziłem się. Do jakiego stanu mogło ją to doprowadzić? Chciałem kogoś wezwać, chciałem podejść do niej i ją przytulić, kiedy nagle drzwi się otworzyły i wpadły przez nie dwie pilęgniarki, a zaraz za nimi Duncan. - Ja... ja... - nie mogłem wydusić słowa. Czyżby obserwowali mnie przez cały czas? - Nie martw się - powiedział z kpiącym uśmieszkiem. - Nie wyrzucimy Cię za to z pracy. Właśnie udało Ci się zrobić coś, czego nie dokonali Twoi poprzednicy. Udało Ci się uzyskać Reakcję! Powoli dochodziłem do siebie. Zdałem sobie sprawę z tego, że oni jeszcze nie domyślali się o tym odbiciu w moich oczach. Sądzili, że reakcję wywołało coś innego - dotyk? Ale na pewno tego wcześniej próbowano... Ponieważ zabrali Rei na jakieś badania, które miały potrwać do jutrzejszego wieczora, miałem wolne. Poszedłem do swojego mieszkania (które znajdowaoł się na terenie należącym do Instytutu - do czasu wygaśnięcia kontraktu nie wolno nam było opuszczać tego obszaru wielkości 20 km2) i zmęczony położyłem się, by przemyśleć sytuację. Przed północą zadzwonili z Zarządu w sprawie przedłużenia umowy o kolejne dwa miesiące. Zasnąłem z mieszaniną ulgi i niepokoju.
* * *
Wszedłem do jej pokoju, by z przestrachem stwierdzić, że jest on pusty. Rzuciłem się do drzwi. Były zamknięte. Moja karta nie działała. W końcu skapitulowałem i usiadłem na sofie, z twarzą w dłoniach. Moja głowa była pusta. Żadnych myśli. Wstałem, jakby kierowała mną jakaś inna, obca siła i stanąłem naprzeciw nagiej ściany. Całą jej powierzchnię zajmowało ogromne, gładkie lustro. Spojrzałem na swoje odbicie. Moje odbicie. Ona. Ona po drugiej…