Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 16 min czytania

O jednym takim, co chciał przechytrzyć śmierć.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

-1-

Nazywam się Tommy i jestem najnieszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Mam dwadzieścia lat. Niewiele. Albo dość. Zależy, jak patrzeć. Bo jeśli siedzisz przed lustrem i patrzysz sobie w oczy, widzisz tylko ich wyraz. Tylko jedną rzecz, jedną stronę. Ale jeśli ktoś stoi za tobą, może ujrzeć nie tylko twoją twarz i jej wyraz w lustrze. On widzi również to, co za tobą, czego ty nie zobaczysz dokładnie, dopóki się nie odwrócisz za siebie. A kiedy się odwrócisz, stracisz z oczu to, co widziałeś przedtem. Osoba stojąca za tobą może zawsze widzieć więcej. Właściwie to już na samym początku skłamałem. Nie mam na imię Tommy, tylko Tomek. Tomasz. To ty mówisz do mnie Tommy, odkąd pamiętam. Powiedziałaś, że tak jest bardziej oryginalnie, choć nie wiem, po co coś bezwartościowego czynić oryginalnym. To tak, jakby podnieść z ziemi papierek po cukierku, oprawić go w ramkę i powiesić w galerii sztuki. Widzisz sens? Zresztą, nie zastanawiam się nad tym, chyba przywykłem. Jesteś daleko i jesteś piękna, no i oczywiście ładnie malujesz. Pamiętasz, kiedyś w moim pokoju nie było okna. Nawet małego, zakratowanego. Narysowałaś mi na kawałku kartonu duże okno z kwiatami, firankami i tym wszystkim. Żółtą farbą namalowałaś na nim słońce, tak prawdziwe, że niemal ciepłe. Potem przyszłaś do mnie i powiesiłaś mi ten obraz na ścianie. Dlatego od tamtej pory w moim oknie zawsze świeci słońce. Chciałem umrzeć. Wielu z nas tego chce, tylko niektórzy jeszcze nie teraz. A ja chciałem już, chciałem oszukać śmierć, zagrać z nią tak nieszczerze i oszukańczo, jak tylko można. Boję się śmierci, właściwie od zawsze. Nigdy jeszcze nikomu o tym nie mówiłem, ale to jest jak odwrotność miłości od pierwszego wejrzenia. Kiedy widzisz kogoś, kto wydaje się ucieleśnieniem wszystkich twoich snów i ideałów, coś cię trafia. Ja, od kiedy po raz pierwszy usłyszałem o śmierci, kiedy zrozumiałem, czym jest i ile zabiera, boję się jej aż do bólu, myślę o niej niemal bez przerwy, nie mogę spać. Boję się, że przyjdzie niespodziewanie, więc postanowiłem ją przechytrzyć, okazać się sprytniejszy i odejść sam, a nie wtedy, gdy ona po mnie przyjdzie. Nie jestem głupi. Wiedziałem, że to gra o wszystko i że to ja w tym pojedynku ryzykuję wszystkim, a szanse są dość nierówne. Ale nie przejmowałem się tym. Kiedyś byłem szczęśliwy. To tak, jak zjeść swoją pierwszą truskawkę po zimie. Ale potem przychodzi kolejna zima, kolejne lato i tego lata już nie ma truskawek. A potem kolejne i kolejne, a truskawki wciąż nie chcą rosnąć. Chodzisz codziennie do ogrodu, schylasz się i wypatrujesz, ale widzisz wciąż tylko zielone, przywiędłe liście, bez kwiatów, bez owoców. Nie możesz ich nigdzie dostać i tak bardzo tęsknisz za smakiem truskawek. W końcu zapominasz tego smaku na języku. Brak ci witalności, zaczynasz się poddawać, coraz rzadziej przychodzisz do ogrodu, nauczony doświadczeniem, że i tak nie znajdziesz tam ani jednej truskawki. W końcu przychodzi dzień, że rzucasz wszystko i przestajesz w ogóle tam chodzić. Nie masz już w sobie ani kropli nadziei. Teraz spójrz na mnie, na człowieka, który zapomniał, jak smakują truskawki. Wiesz, jakie to uczucie stracić nadzieję? To tak, jakby wszystkie gwiazdy zgasły i miały już nigdy nie zapłonąć. Pewnie kiedyś to się zdarzy. Słońce zgaśnie, wiesz? Nie sądzę, bym miał tego dożyć. Ty też nie. Ale sama myśl, że któregoś dnia zabraknie tej gwiazdy… nie potrafię sobie nawet tego wyobrazić. Tylko w moim oknie słońce będzie świeciło zawsze, mimo wszystko. Niewyczerpanie. To piękne, Natalko. Nie chciałem, żeby mnie uratowali. Kiedy nie masz już w życiu nadziei na to, że coś się zmieni i kiedy przestajesz na coś czekać, podejmujesz ostateczne decyzje. Właściwie zawsze ratuje cię fakt, że na coś czekasz. Na byle co. Ale gdy budzisz się rano i stwierdzasz, że to już nie ma znaczenia, kiedy opuszczasz swój ogród na zawsze, bo już wiesz, że truskawek nie będzie… i kiedy nie masz nawet siły płakać za utraconym szczęściem ani ruszyć ręką, a następnego dnia stwierdzasz, że nie masz nawet po co otwierać oczu… po co to ciągnąć? Widzisz, leżę teraz, tutaj przed tobą. Dziwię się, że moje ręce nie są przypięte pasami do łóżka. Zdesperowany niedoszły samobójca może zrobić sobie krzywdę nawet łyżką – na przykład wepchnąć ją sobie głęboko do gardła i się udusić. Kreatywność bywa wstrząsająca. Widocznie mi ufają. Nie wiem, dlaczego, w końcu nie dałem im powodu. Może mnie pilnują, kiedy nie widzę. To nie ma znaczenia. W końcu osiągnę swój cel. Mniej się boję, kiedy ktoś jest przy mnie, ale z drugiej strony, czyjaś obecność uniemożliwia mi osiągnięcie swego. Nie umiem znaleźć w tym kompromisu, więc walczę ze strachem sam. Wiesz, myślę, że nienawidzę śmierci w tym samym stopniu, w jakim ją kocham. Wydaje mi się, że mam strasznego pecha w życiu. Bo jeszcze potrafię zrozumieć, że uda im się uratować mnie raz. Dwa razy. Trzy razy – to już podejrzane. Ja próbowałem zabić się sześć razy i za każdym razem mnie odratowano. Każdą próbę podejmuję z jeszcze większą determinacją, z jeszcze większą wolą walki i wygranej. Nie poddaję się. Zamykam oczy z nadzieją, że to już ostatni raz. A potem się budzę i znów widzę ten sam popękany sufit, te same wykrzywione twarze, to samo widmo śmierci nade mną, a w środku ból, którego nie da się wyrazić, bo znów mi się nie udało. I jakąś częścią siebie mam ochotę odpuścić, zrezygnować, ale jednak chęć walki jest silniejsza. Jestem już fizycznie coraz słabszy, czuję to. Czuję i przeraża mnie myśl, że może to śmierć cieszy się z rychłego zwycięstwa nade mną. Nigdy nocą nie zamykam oczu. Kiedy nic nie widzę, boję się bardziej. Właściwie myślę, że potrafię bać się wszystkiego. Kiedy wszyscy śpią, każdy odgłos wydaje się być dziesięć razy głośniejszy niż przeciętnie. Potrafię przestraszyć się wiatru, poruszającej się firanki, uderzania deszczu o szybę, bzyczenia muchy, która dostała się nie wiadomo skąd. Boję się i każdej nocy umieram ze strachu. A jednak wciąż żyję, wciąż oddycham, kolejny dzień wpatruję się w rysy na suficie i rozmawiam z jakimiś ludźmi. Poznałem już chyba wszystkich możliwych psychologów i psychiatrów. To bez sensu. Nie mogę znieść politowania, z jakim na mnie patrzą. Żeby tego nie widzieć, zamykam oczy. Wspominałem, że gdy zamykam oczy, boję się. Zaczynam więc krzyczeć i potem nie ma już nic, nic nie pamiętam, dopiero gdy otwieram oczy, zdaję sobie sprawę, że pewnie coś mi podali i spałem. Męczę sam siebie. Czy kiedyś w końcu mi się uda z tym wszystkim skończyć? Odpowiedz! Dlaczego się nie odzywasz? Od godziny to tylko ja mówię, ty nie wyrzuciłaś z siebie ani jednego słowa. Nie wiem, co myślisz. Powiedz mi. Dlaczego milczysz? Nataliaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

-2-

Droga Natalio! Bardzo za Tobą tęsknię. Wiesz, wyszedłem już ze szpitala. Jestem zupełnie zdrowy. Chciałem napisać do Ciebie od razu, ale pochłonęły mnie obowiązki, których się nazbierało przez tyle czasu. Wróciłem na studia. Jestem szczęśliwy; wiesz, jak bardzo tego chciałem. Dziękuję, że znalazłaś czas i mnie odwiedzałaś, i rozmawiałaś ze mną, mimo że to tak duża odległość. Dzięki Tobie udało mi się przez to przejść.

Tak dobrze potrafię kłamać. Przecież leżę tu wciąż i liczę dziury w suficie. Ale niech ona się nie martwi. Choć tyle mogę zrobić. Będzie szczęśliwsza, jeśli skłamię. Nigdy się nie dowie.

Zaczynam teraz nowe życie. Znalazłem mieszkanie, mieszkam z trójką znajomych. Na pewno polubiłabyś ich także. Teraz mam już okno w pokoju, takie zupełnie prawdziwe, ale obok niego wisi to Twoje namalowane. Powiem Ci, że jest nawet ładniejsze od prawdziwego. No i zawsze mogę powiedzieć, że u mnie jest ładna pogoda, nawet, jeśli w drugim oknie pada i grzmi.

Nigdy nie było żadnego innego mieszkania, a znajomi nie istnieją. Takie to zabawne. Jedyne, co jest prawdą, to twoje namalowane okno na mojej…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
O jednym takim, co chciał przechytrzyć śmierć. — czytnik · opowiadania