Komedia · 3 min czytania
O kawie i czasie, który podobno jest względny.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ciiiiiiiii. Słyszycie to? Nie? A ja tak, hehe. To właśnie jest cisza. Zjawisko nader rzadkie w moim domu. Chwilo trwaj! „Hej ho, hej ho, do pracy by się szło...” zanuciłam dzisiaj rano anielskim głosem Własnemu, który z miną człowieka skrzywdzonego przez los wychodził z sypialni. Głowę sobie daję uciąć, że słyszał, ale nie, nie dał się sprowokować. Macho. Zaraz potem wparował do pokoju Młodszy z głośnym i jakże dramatycznym protestem, że jak ja nie idę do pracy, to on też zostaje w domu i że sprawiedliwość musi być. Hehehehehehehe. Tyle w temacie. Jakby Karguli oglądał, to by wiedział. /Zresztą spodziewałam się tej demonstracji, jestem przygotowana, milczeniem go pokonam./ Starszy śpi i spać będzie do wieczora. Pamiętam jeszcze te czasy, gdy się wracało z baletów o czwartej nad ranem. Jacież marchewka, jak ten czas ****. Ale nic to. Dzisiaj zagram mu na nosie, niecnierobienie bardzo go wydłuża /czas znaczy się, nie nos/, a ja dodatkowo jeszcze będę grać na zwłokę /oooo, nawet nie wiedziałam, że taka muzycznie uzdolniona jestem/, zaparzę sobie kawę i to parzonkę, nie jakieś tam śmieszne latte czy inne sratte, najlepiej w wiaderku i pić będę przez słomkę. Jestem w niebie! Kawa pachnie i smakuje…